Jean-François Di Giorgio, Paul Teng – "Shane"Zakup tego komiksu dłuższy czas chodził mi po głowie, zanim w końcu faktycznie się na niego zdecydowałem, bo mimo że warstwa graficzna z miejsca bardzo mi się spodobała, to tematyka nie była dla mnie przesadnie interesująca. Ostatecznie jednak ciekawość zwyciężyła i nie tak dawno zapoznałem się z albumem autorstwa Di Giorgio i Tenga. Na komiks składa się pięć części, z których za każdą odpowiadają ci sami autorzy, przez co całość sprawia spójne wrażenie – finalnie okazuje się, że tylko sprawia, ale o tym za chwilę.
Przez większość czasu czytało mi się ten tytuł raczej przyjemnie i krytyczne opinie, jakie zebrał po premierze, wydały mi się trochę na wyrost. Poszczególne rozdziały to nie są jakieś wyżyny scenopisarstwa, jednak mamy tu do czynienia z solidnymi przygodowymi fabułami, które są dosyć różnorodne tematycznie i aż do czwartego rozdziału nie miałem większych zastrzeżeń. Postacie są nieźle zarysowane (aczkolwiek lekturze, zwłaszcza w pierwszym tomie, nie pomaga fakt, że najwyraźniej w tamtych czasach co drugi mężczyzna miał na imię Henryk), a historie nie nudzą i sporo w nich pojedynków, spisków czy romansów osadzonych na tle prawdziwych wydarzeń historycznych. Nie rzuciły mi się też w oczy jakieś specjalne głupoty fabularne, czego trochę się obawiałem po recenzjach. A kiedy dotarłem do wątków skradzionych relikwii i tajemnic krzyżowców, zaczęły nasuwać mi się całkiem miłe skojarzenia, bo poczułem się trochę jak w czasach, gdy zaczytywałem się w podobnych tematach u Dona Rosy.
Tak więc do pewnego momentu lektura była dosyć solidna, ale rozczarowanie nastąpiło, gdy przeszedłem do finału, a fabuła zaczęła już zmierzać ku zakończeniu. Czytając ostatnią część, miałem wrażenie, jakby autorzy nagle zmienili koncepcję i niektóre wątki przestały się ze sobą zgrywać, jak gdyby w międzyczasie uznano, że pewne wydarzenia potoczyły się jednak trochę inaczej niż to przedstawiono wcześniej w samym komiksie.
Między innymi cały wątek dotyczący Luca z Caen w ogóle mi się nie spina:
- Shane ściga go od trzeciego albumu, przy czym nic nie sugeruje, żeby kiedykolwiek wcześniej się spotkali, po czym w piątej części bez problemu rozpoznaje go w tłumie
- bohaterowie są zdziwieni, że Luc nie wsiadł na pokład odpływającego statku, zastanawiają się, czy być może nie zdążył, jednak nigdzie wcześniej nie było zasugerowane, że miał płynąć dalej, więc nie rozumiem, skąd to zaskoczenie? Było powiedziane, że Luc już płynie, przez co Shane kieruje się do miasta, w którym statek miał przybić do brzegu, a w tym tomie autorzy przedstawili to trochę tak, jakby dopiero miał na niego wsiąść
- Luc miał też niby szantażować Henryka z Blois, przez co ten miał zamiar zrobić wszystko, żeby się go pozbyć, bo wiedział zbyt dużo na jego temat, tymczasem dalej ma go na swoich usługach, a wątek już nie istnieje
Kwestia dziecka Matyldy też jest tutaj całkiem inaczej przedstawiona, no ale ok, w tym przypadku można bez bólu uznać, że po prostu inaczej przedstawiła sytuację Shane’owi niż to faktycznie wyglądało.
Natomiast, czy można coś sobie w tych kwestiach dopowiedzieć czy nie, nie zmienia faktu, że wszystko to przełożyło się na wrażenie chaosu i poczucie, jakby autorzy pogubili się we własnym scenariuszu. Decyzje głównego bohatera i ostateczna konkluzja też niezbyt przypadły mi do gustu, także lekturę zakończyłem jednak z dosyć średnim wrażeniem.
Jak wspomniałem, głównym powodem, dla którego kupiłem ten album, były mimo wszystko rysunki. I na tym polu się nie zawiodłem, bo warstwa graficzna nadal mi się podoba. Kreska jest klasyczna, a przy tym dosyć dokładna i szczegółowa. Projekt głównego bohatera, który faktycznie wygląda jak Brad Pitt, momentami nieco wytrąca z immersji, ale nie jest to jakiś wielki problem. Nie ukrywam, że najprzyjemniej patrzyło mi się na kobiety, choć i krajobrazy, budynki czy panoramy miast spod ręki Tenga wypadają całkiem atrakcyjnie. Spotkałem też sporo komentarzy, że rysownik kiepsko radzi sobie z dynamicznymi ujęciami, jednak mnie w czasie lektury ten aspekt specjalnie nie raził w oczy. Równie udane jest kolorowanie, które zdecydowanie dobrze się prezentuje.
Samo wydanie także jest bardzo porządne. Nie podoba mi się tylko, że na stronie tytułowej każdego rozdziału podkreśla się, że za kolory odpowiada Graza, podczas gdy reszta autorów jest pomijana, tak jakby to obecność polskiej kolorystki była tu najważniejsza. Szkoda również, że zabrakło okładek poszczególnych tomów. Trochę dziwne jest też ułożenie pierwszych stron, bo zaczynamy od tytułu pierwszego albumu, potem mamy autorów i wszelkie technikalia dotyczące całej serii, a dopiero później sam komiks. Wydaje mi się, że najpierw powinna być strona tytułowa całego zbioru, później kwestie techniczne i dopiero rozdział pierwszy, no ale to już szczegół. Jeżeli chodzi o papier i ogólną jakość wydania, nie mam żadnych uwag i uważam, że naprawdę nie ma na co narzekać.
Ostatecznie więc nie wszystkie rozwiązania fabularne mi się podobały, niektóre wątki potoczyły się inaczej niż bym sobie tego życzył, a pod koniec pojawiło się trochę dziwnych zgrzytów, jednak lektura nie była zła, a warstwa rysunkowa bardzo przyjemna dla oka. Nie jest to raczej nic ponad solidny tytuł i generalnie wolałbym w tej oprawie przeczytać jakiś konkretniejszy scenariusz, ale kilka niezłych przygód można z tymi postaciami przeżyć.
Większość komiksu czytało się przyjemnie, więc niech będzie to 6/10.