Garth Ennis, Marc Silvestri – "The Darkness"W czasach, kiedy Mandragora święciła sukcesy, wielokrotnie miałem ten komiks w rękach, jednak ostatecznie nigdy go nie przeczytałem, mimo że zdawał się idealnie trafiać w moje ówczesne gusta. Byłem wtedy łasy na wszelkie "dorosłe" odskocznie od Kaczora Donalda (choć tego nie przestałem czytać jeszcze przez kilka lat), a najlepiej, żeby były brutalne, mroczne i pełne demonów. W związku z tym zaczytywałem się w "Spawnie" i każda podobna pozycja z miejsca zwracała moją uwagę. Także nazwisko Ennisa było mi już wtedy znane, a nawet czułem się jego fanem, bo to był czas, kiedy po raz pierwszy sięgałem po "Kaznodzieję", crossover Hitmana z Lobo czy jego wersje Fury’ego i Ghost Ridera. W sumie sam nie wiem, dlaczego "The Darkness" koniec końców mnie ominął, ale w gruncie rzeczy nigdy nie był to tytuł, którego czułbym potrzebę nadrabiać (mimo, że Ennisa dalej lubię), natomiast niedawne ogłoszenie ponownego wydania w Polsce ożywiło wspomnienia i skłoniło mnie ku temu, aby jednak zwrócić się w jego kierunku.
Mandragora wydała trochę więcej, ale ja skupiłem się na pierwszych sześciu zeszytach, czyli tych, które napisał Ennis, a zilustrował Marc Silvestri. I cóż, no trzeba sobie powiedzieć, że to nie jest ten Ennis z "Kaznodziei" czy "Hellblazera". Scenariusz tutaj to dużo bardziej wyrobnicza robota, w której próżno szukać celnych dialogów, postacie są średnio interesujące, a historia momentami głupawa. Fabularnie to taki miks gangsterskich porachunków z horrorem i elementami superhero, skrojony tak, aby być jak najmocniej cool i uderzać we wszelkie nastoletnie instynkty. Główny bohater do najbystrzejszych w klasie raczej nie należał, a niektóre sceny są żenujące, ale mimo wszystko pewne walory rozrywkowe ta seria dalej zapewnia. Jest to rozrywka prosta i dosyć niewysublimowana, w której więcej niż sensu jest akcji i pięknych kobiet, jednak trzeba przyznać, że pewne nutki komiks nadal potrafi zagrać tak, żeby poruszyć w czytelniku ten młodzieńczy entuzjazm. Mimo wszystko śledziłem przebieg wydarzeń z jakimś zainteresowaniem i chociaż dostrzegam wszelkie słabości, to w tym kiczu kryje się pewien urok – a być może to moja nostalgia za dawnymi czasami – który sprawia, że niekoniecznie uważam czas poświęcony na lekturę za stracony.
Jeśli o rysunki chodzi, te idealnie oddają charakter historii i doskonale korespondują ze scenariuszem. Silvestri tworzy ilustracje tak, aby każdym ich aspektem uderzać w te same tony, co Ennis. Tak więc graficznie jest równie dynamicznie i widowiskowo, co kiczowato i z przesadą. Część projektów postaci średnio mi się podoba (wojownicy Angelus w tych świetlistych zbrojach czy członkowie Bractwa Ciemności w debilnych kapturach), z drugiej strony nie będę zaprzeczać, że seksowne anielice nadal robią wrażenie i potrafią na moment przyspieszyć bicie serca. Wizualnie to dokładnie to, z czym kojarzy mi się przełom lat 90. i początku XXI wieku, wraz z wszelkimi jego zaletami i wadami. Nie jestem fanem takiej stylistyki i z zasady sięgam po pozycje rysowane w inny sposób, ale miłośnikom takiej kreski na pewno "The Darkness" przypadnie do gustu.
Generalnie zresztą całość jest idealnym odzwierciedleniem czasów, z których się wywodzi i dużo prawdy jest w stwierdzeniu, że albo się to kocha, albo nienawidzi. Myślę, że przede wszystkim sięgnąłem po ten tytuł zbyt późno, bo wszystko tu wydaje się idealnie trafiać w nastoletnie upodobania. Gdybym miał do tej serii sentyment, być może i chciałbym ją teraz postawić na półce, a tak raczej niekoniecznie, bo to tylko komiksowy popcorniak czystej wody – aczkolwiek ładne wydanie i pani Angelus na okładce...
5/10 i komiks bardziej z kategorii guilty pleasure.