Tom Taylor, Darick Robertson – "Hellblazer: Wzlot i upadek"Po "Power Rangers" zabrałem się za kolejną powtórkę, która od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie. "Hellblazera" Toma Taylora zapamiętałem co prawda jako pozycję bardzo średnią, jednak od mojej ostatniej lektury tego komiksu minęły już prawie 2 lata, a w tamtym momencie miałem akurat dłuższą przerwę od tej serii, więc być może to nie był dobry czas na zapoznawanie się z tym tytułem. Zastanawiałem się, czy dzisiaj, kiedy po drodze nadrobiłem trochę braków, a przede wszystkim znowu regularnie czytuję przygody Johna Constantine’a, odbiorę tę historię lepiej. I cóż, po części tak jest, aczkolwiek nadal szału nie ma.
"Wzlot i upadek" ukazał się jako osobna miniseria i nie ma żadnego sensu próbować umieszczać ją w continuity, bo to ewidentny elseworld. Pod względem fabuły to niezależna historia, z którą bez problemu można zapoznać się nawet bez znajomości głównej serii. Muszę przyznać, że przy ponownej lekturze nieco bardziej przekonałem się do tego komiksu. Fabularnie jest solidnie, napisane to jest całkiem sprawnie, kilka momentów fajnie zagrało, a całość mogłaby posłużyć jako gotowy scenariusz do filmu. Trzeba natomiast wziąć poprawkę, że jest to nieco inna interpretacja – czuć w tym trochę takiego ducha kina grozy klasy B sprzed kilku dekad, a więc jest dosyć krwawo, a momentami przemoc jest ukazana w połączeniu z lekko humorystycznym wydźwiękiem. W ogóle zresztą jest tu trochę humoru, który niekiedy jest faktycznie trafiony.
Co dalej niezbyt mi pasuje, to przesadzony fan service w postaci nachalnej żonglerki personaliami twórców "Hellblazera" – poza pierwszoplanową obsadą, praktycznie każda postać czy nazwa miejsca nawiązują do kogoś z historii serii, a więc na kartach tego jednak dosyć krótkiego komiksu będą przewijać się Delano, Dillon, Fabry, Jamie, Alan, Rick… To oczywiście niezbyt duży zarzut, ale według mnie za dużo tu tego w stosunku do objętości albumu, co powodowało tym, że w czasie lektury traciłem immersję i przeszkadzało mi to, aby dobrze wczuć się w przedstawiony świat.
Graficznie natomiast to bardzo porządna robota Daricka Robertsona, którego kreska również nadaje komiksowi oldschoolowego klimatu, co dobrze współgra z obraną w scenariuszu konwencją, a użyta stylistyka ponownie wzbudziła moje skojarzenia z horrorami z lat 80. Warstwa wizualna to zresztą kolejny aspekt, który dużo bardziej spodobał mi się przy okazji powtórki, bo przy pierwszym czytaniu rysunki niezbyt przypadły mi do gustu. Podsumowując więc, odświeżenie tej historii okazało się całkiem przyjemne, nadal nie jest to nic obowiązkowego, ale na pewno dużo bardziej solidna pozycja, niż ją zapamiętałem.
6/10 i niezłe uzupełnienie głównej serii.