Jamie Delano i inni – "Hellblazer – tom 2"Drugi "Hellblazer" Jamiego Delano przynosi ze sobą następne przygody Johna Constantine’a z czasów jego pierwszych solowych występów. Tym razem otrzymujemy 11 zeszytów regularnej serii oraz kilka dodatków, które składają się na kolejne ponad 400 stron komiksu.
Tom jest dość obszerny, a spośród zawartych w nim treści można wyodrębnić dwie główne składowe. "The Horrorist" to limitowana seria, która wyszła poza główną numeracją w formie dwóch powiększonych zeszytów – całość mieści się na powierzchni ok. 100 stron. Przedstawiona w niej historia ma nieco odmienny klimat, bo zarówno w warstwie graficznej, jak i scenopisarskiej mamy do czynienia z bardziej psychologiczną opowieścią z nieco psychodelicznym zacięciem. Według mnie to ciekawe urozmaicenie i zgrabnie poprowadzona fabuła, która uderza w klimaty niepokoju, mrocznych wizji i wyciągania z ludzi zła. Przy okazji zdarza jej się faktycznie kopać po głowie, bo jest brutalnie, dosadnie i momentami całkiem odważnie.
Natomiast najistotniejszą, bo zajmującą większość objętości tego zbioru część, stanowi rozbudowana historia "The Fear Machine", na którą składa się aż 9 zeszytów, a jej publikacja na przestrzeni serii ciągnęła się przez niemal rok (plus za jej uzupełnienie można uznać opowieść z annuala, która w pewien sposób koresponduje z jej treścią). Podoba mi się taka forma pisania runu przez Delano i to, że ponownie dostajemy dłuższą fabułę, która ma czas i miejsce w spokoju się rozwinąć. Akcja toczy się własnym tempem, zahaczając po drodze o kilka wątków, dostajemy też trochę reperkusji wydarzeń z poprzedniego tomu. Przede wszystkim jednak rozwijana jest nowa opowieść, gdzie stawka jest dosyć wysoka, a skali wydarzeń nie brakuje rozmachu. Autorowi udaje się też wykreować i wpleść do scenariusza gamę fajnych postaci drugoplanowych, które szybko można polubić i aż szkoda, że na koniec nie wszystkie zostają z nami. Miałem pewne obawy w stosunku do zakończenia, bo czytając ostatnie zeszyty zaczęło pojawiać się odczucie, że zostało już mało czasu i finał może wyjść nieco po łebkach, aczkolwiek końcowy efekt okazał się dla mnie całkiem zadowalający, choć faktycznie autor narzucił w nim trochę zbyt duże tempo. Mimo to historię zaliczam do udanych i uważam ją za wartą odnotowania spośród tych, które już się u nas ukazały, choćby przez sam wzgląd na skalę i obszerność.
Zbiór zamykają kolejne dwa zeszyty regularnej serii, w których rozpoczyna się już inna fabuła. Zastanawiałem się, czy dobrym wyborem było dołączanie ich do tego tomu, czy nie lepiej byłoby może przenieść je do trzeciego, bo obecnie zostajemy z urwanym zakończeniem – na pewno ostatni zeszyt mógłby rozpoczynać następny zbiór – jednak są ku temu pewne podstawy. W oryginale właśnie w tym momencie run Delano zaliczał pewien przestój, podczas którego ukazały się zeszyty Morrisona i Gaimana, a kontynuacja historii miała miejsce dopiero po kilku miesiącach, więc w pewnym sensie taka decyzja oddaje stan pierwotny.
Rysunkowo to w przeważającej większości klasyczna kreska, która dobrze wpasowuje się w lata, w których powstała i jest dokładnie tym, czego moglibyśmy spodziewać się po tytule Vertigo z tego okresu. Za grafikę odpowiada kilku twórców, którzy trzymają się raczej podobnego stylu, przez co całość mimo rotacji nazwisk pojawiających się w poszczególnych zeszytach, jest ze sobą bardzo spójna. Spośród autorów z tej puli najbardziej podobały mi się zeszyty rysowane przez Marka Buckinghama i Alfredo Alcalę oraz annual Bryana Talbota. Osobno wypada wspomnieć Davida Lloyda, który w "The Horrorist" zaprezentował diametralnie inny styl. Jego prace są bardziej malowane i prezentują zeschizowany klimat mrocznego snu, który bardzo dobrze współgra z tą fabułą.
Przeglądając forum, łatwo idzie odczuć, że akurat ten run w "Hellblazerze" zebrał spore grono przeciwników i nie do każdego trafił. W sumie nie jest to dla mnie jakieś niezrozumiałe, bo widać po nim i upływ czasu, i momentami niezgrabną manierę narracji, dużą ilość tekstu czy czasami nazbyt powolną akcję. Więc jakkolwiek nieprzychylne opinie mnie nie dziwią, tak osobiście czytało mi się go dobrze i drugi tom oceniam chyba nawet lepiej niż pierwszy. Poziom jest co prawda podobny, ale przy tym bardziej wyrównany, w większości uniknięto karykaturalnych momentów, które raziły mnie w poprzedniku, i jednak bliżej mi do oldschoolowego klimatu Delano niż tych bardziej współczesnych, nastawionych na szybszą akcję odsłon pokroju chociażby pierwszego zbioru Careya, który przeczytałem w zeszłym roku. Ja bawiłem się dobrze i na pewno sięgnę po ostatnią część.
Na koniec mała ciekawostka. W trzecim zeszycie "Sandmana" Gaimana pojawia się gościnnie Constantine, a akcja tamtej historii rozgrywa się właśnie podczas wydarzeń z "The Fear Machine", do czego znajduje się również nawiązanie w tym tomie. Ja po skończeniu lektury powtórzyłem sobie ten zeszyt i było to całkiem fajne uzupełnienie.
7/10 – podobnie jak tom pierwszy.