Przymierzałem się już jakiś czas do napisania tej opinii, ale lektura drugiego tomu Rozbitków Czasu zmusiła mnie wręcz do tego. Drugi tom jeszcze nie jest ukończony, ale przeżywam męki czytając go i chciałbym podzielić się wrażeniami.
Pierwsza część tego klasycznego Sci-Fi była nieco lepsza, lub łatwiejsza w odbiorze. Być może wpływ na to miała obecność drugiego z twórców, który przy tomie numer dwa zbierającym kolejne zeszyty nie pracował, oddając całość tworzenia Gillonowi. Rysownik ten zresztą jest otoczony czcią - przed każdym z rozdziałow czytamy wspomnienia innych twórców, wypowiadających się z reguły w superlatywach o jego dorobku. Przyznaję, że rysunki są dość mocnym punktem albumu, jednak gdyby nie bogata kolorystyka, to większość teł byłaby zupełnie pusta, miejscami wręcz nudna. Daleko Gillonowi do Leo, którego trylogię Aldebarana stawiam zdecydowanie wyżej. Przede wszystkim jednak Gillon jest kiepskim twórcą komiksu - Rozbitkowie Czasu są mocno statycznym utworem, kompletnie przegadanym. Akcja posuwa się do przodu za pomocą dymków. Kadrowanie praktycznie nie istnieje. Większość plansz składa się z 4 rysunków, które w powiększonym wydaniu Scream Comics pogłębiają wrażenie męczarni i niezamierzonego komizmu. Rozbitkowie Czasu powinny były być powieścią scifi, a zrobiono z tego komiks, który z jakichś powodów stał się kultowy.
Oprócz ściany tekstu, braku jakiejkolwiek dynamiki oraz ubogich miejscami rysunków to, co odstrasza, to wypowiedzi bohaterów. Są do bólu nacechowane romantyzmem, wręcz bełkotliwe, pełne opisów przeżyć wewnętrznych naszych protagonistów, naiwne, irytujące. To wszystko potęguje wrażenie płaskiej kreacji postaci, które są nudne, jednakowe, zupełnie obojętnie dla czytelnika. Ludzie, którzy podróżują przez wszechświat planszami dyskutują o przeznaczeniu, miłości, ale w kompletnie niestrawny sposób.
Jak dla mnie Rozbitkowie Czasu to głównie mają wartość historyczną. Komiks jest nudny, przegadany, mało komiksowy, bełkotliwy. Rysunki potrafią być fajne, miejscami świat przedstawiony jest ciekawy, ale większość pomysłów jest żenująca - człowiek z XX wieku, który w ciągu 3 dni wymyśla szczepionkę, będącą jednoczeście trucizną, korzystając z technologii statku 1000 lat starszego od niego. Krwiożerczy mnisi na drugim końcu wszechświata. Reszty nawet nie chcę komentować. Kompletne rozczarowanie. 4/10.
W międzyczasie czytałem sobie Blueberrego, którego pierwsze części oryginalnie były publikowane w latach 60., a więc jakieś 20 lat wcześniej przed Rozbitkami, i pod względem sztuki tworzenia komiksu Blueberry jest o lata świetlne przed Rozbitkami.
PS. Chętnie sprzedam.