Donżon - wydanie zbiorcze T1Mimo sporego stażu komiksowego jakoś nigdy wcześniej nie interesowała mnie ta pozycja. Wsród licznych ochów i achów gdzieś tam zasłyszanych czy przeczytanych przypadkiem tu i ówdzie to, szczerze pisząc, nawet do końca nie wyłapałem o czym to jest i czego się spodziewać.
Nie oceniaj książki po okładce czy tytule mówią mądrzy ludzie - ja postanowiłem zaliczyć się do tych niemądrych i niestety oceniłem. Negatywnie. Okładka wyglądająca jak jakiś mix He-Mana z Kaczkami, plus ten tytuł sugerujący jakiegoś błędnego Don Kichota wróć Joana, co to w ogóle ma być... nieee, to nie może być dobre.
Szcześciem w nieszczęściu otwartość umysłu pozwala mi czytać różne dziwne rzeczy. Pojawiła się okazja i skorzystałem z niej - Donżon wylądował u mnie na czytadle. I wsiąkłem.
Dawno, dawno temu, grałem w grę komputerową - nie, nie Tomb Raider (chociaż też) - Dungeon Keeper. To dobra gra była, bo odwracająca zwyczajowe role - zarządzaliśmy podziemiami pełnymi potworów, pułapek, niebezpieczeństw, chroniliśmy skarby przed zakusami wstrętnych rycerzy na białych koniach i (super)bohaterów. Coś stworzonego specjalnie dla mnie.
Całkiem niedawno z kolei grałem w jeszcze inną grę komputerową - Don't Starve. To taka pozycja z gatunku survival, gdzie trzeba przetrwać jak najdłużej, bo wszystko w około chce nas usunąć ze świata przedstawionego. Mnóstwo możliwości, wymagająca rozgrywka, a przede wszystkim bardzo przyjemnie przerysowana, komiksowa wręcz grafika z zadziorem, dodająca całości uroku. I też nie trzeba być tym dobrym, trzeba tylko przetrwać. Znowu, po latach, coś dla mnie.
I tu wchodzi Donżon, cały na czarno. Nigdy do lektury Donżona nie zdarzyło mi się przeczytać słowa dungeon jako donżon, a teraz to jedyna opcja. Donżon Kiper!
Jest sobie zatem nie żaden błędny rycerz, a pełnoprawny zamek z podziemiami (tytułowy Donżon), jest Strażnik, czuwający nad tym by potwory chroniące skarby miały co jeść i dbający, by biznes się kręcił, są jego pełnokrwiści pomocnicy, częściej swoimi przygodami generujący tylko nowe problemy niż faktycznie pomagający, są czary i jest magia, jest rozbudowany świat fantasy gdzie nikt nie jest ani biały ani czarny, gdzie fabuła jest nieprzewidywalna, ale zawsze - gdy się nad nią zastanowimy - spójna i logiczna. Jest też w końcu humor, częściej czarny lub montypajtonowski niż klasyczny, a także sensowne, czasem nawet błyskotliwe dialogi. Wszystko jest podkraszone wszelkimi możliwymi nawiązaniami (najczęściej poważnie-prześmiewczo) do wszelkiego fantasy, żeby tylko wymienić gadający miecz z supermocami i własnym charakterkiem oraz zasadami. Czego chcieć więcej? I to wszystko okraszone stylistyką graficzną, która tak bardzo mi się skojarzyła ze wspomnianym Don't Starve - po dziesięciu stronach byłem kupiony, i w sumie teraz gdy piszę te słowa to nie wiem o co mi chodziło z tą okładką.
Bardzo, bardzo miłe zaskoczenie. Polecam wszystkim, nawet tym których "jedyna przygoda z seksem i przemocą to bycie przyłapanym na masturbacji przez matkę i dostanie w dziób"
Daję 9/10 i po krótkiej przerwie na inne pozycje zamierzam pochłaniać kolejne tomy.