"Trent" - komiks, który zawiera wszystko, czego szczerze nienawidzę w "klasycznych frankofonach".
Papierowy tytułowy bohater, przy którym Wołodyjowski czy Winnetou to skomplikowane, pełnokrwiste indywidua rodem z Dostojewskiego czy Dickensa.
Jego banalne, moralne rozkminy, na poziomie średnio rozgarniętego szóstoklasisty.
Plot twisty w poszczególnych historiach, których nie powstydziłby się dowolny odcinek Scooby Doo "a kuku, to nie byłem ja/to nie był on/tylko udawałem/a więc to tak! Dżizzz...
Świat przedstawiony. No cóż... Kiedyś byłem w zoo i widziałem goryla, który puścił pawia, a potem zassał wszystko z podłogi. To samo robią mainstreamowi frankofońscy autorzy. Tutaj - czerpią z Londona, Curwooda, Coopera (którzy i tak romantyzowali temat - takie czasy dla literatury), z drugiej ręki przedstawiając, jak mały Leo czy Rodolphe wyobrażali sobie dziką amerykańską północ. Pełni ckliwości i idealizowania, za to z minimalną znajomością realiów, że o psychologii postaci nie wspomnę.
Rysunki - do bólu poprawne, student I roku ASP narysuje drewnianą chatę w śnieżnej zamieci. I co? Żadnego autorskiego sznytu, nic ekspresyjnego, oryginalnego.
Wydanie - bardzo fajne. Osiem tomów oryginalnej serii w jednym "opasłym tomiszczu, które ładnie wygląda na półeczce" i potrzebne mi jest jak k****e majtki w deszcz.
Czterdzieści lat temu może byłby to hit w "Świecie Młodych". Bo okurczeblade, grizzly i strzelali. Nic ten komiks nie wnosi do medium, totalna popelina, a przez natężenie głupot nie sprawdza się nawet jako rozrywka dla dzisiejszych dziesięciolatków, bo nawet oni wyłapią w nim fałsz i blagę.
Piąte miejsce na forumowym podsumowaniu 2024 roku. Ojojoj. Ojojoj.
Gdybym przeczytał "Trenta" wcześniej, z pewnością nie skusiłbym na zakup "Memphis" tego samego scenarzysty. Bo to też kał pierwszej wody. Ale o nim może kiedy indziej.