Altor - komiks nie jest niczym wybitnym w warstwie graficznej (choć kilka pejzaży potrafi zachwycić), dialogowej ani narracyjnej. Z drugiej strony ma jakiś unikalny "vibe bezpiecznej przygody" i sielankowy koncept świata (skoro czuwają nad nami taaaakie kosmiczne siły, to wszelkie zagrożenia są drobnostką). Jeśli lubiłeś "Labirynt", "Ciemny kryształ" czy "Niekończącą się historię" to w "Altorze" odnajdziesz znajome emocje. Po pierwszym trójksięgu twórcy odchodzą od klimatów fantasy na rzecz beztroskiej eksploracji kosmosu w stylu Valeriana. Bohaterowie nie są przesadnie skomplikowani, ale po części dzięki temu budzą sympatię i nie drażnią - ich motywacje są przekonujące, a ich zachowania logiczne (nawet te nieskuteczne). Tłumaczenie też wybitne nie jest ("autorytet Ulwinu" zamiast "władze Ulwinu", "służyłeś wrogu"), ale nie przeszkadza w lekturze. Mi czytało się całkiem przyjemnie i beztrosko, a młodsi czytelnicy zapewne mogą z "Altora" wyciągnąć znacznie więcej (synowi się podoba).
Mazeworld - długo się łamałem, ale w końcu kupiła mnie okładka z labiryntem. Akcja zawiązuje się kapitalnie, ale potem bywa już różnie, nie zawsze logicznie, nie zawsze z sensem. Wizja świata jest szalona, uroczo niespójna, momentami groteskowa, ale wszystko to jest wyraziste i narysowane bez pudła. Jak dla mnie za mało w tym wszystkim było jednak... labiryntów, ten przewodni koncept świata wykorzystano w niewielkim stopniu. Nie jest to komiks wybitny, ale w sumie mi się podobało i korci mnie żeby do niego wrócić. Czyli na razie zostaje na półce.
Wspomnienia z Wiecznej Teraźniejszości - o ile wcześniejsze tytuły z serii Mroczne Miasta były raczej oniryczne, to ten wkracza już bardziej w surrealizm. Nie dosięga poziomu poprzednich albumów (może nie licząc Drogi Armilii), ale to nadal sugestywna, momentami nawet hipnotyzująca lektura.
Powrót Kapitana Nemo - duet Schuiten i Peeters po raz kolejny testuje na nas zmianę formy (a wydawca także zmianę formatu) opowieści, z mało zadowalającym skutkiem. Wprawdzie koncepcja albumu przeplatająca losy tytułowego kapitana i samego Verne'a oraz rzucająca to na plan uniwersum Mrocznych Miast jest sama w sobie interesująca, ale już jej wykonanie pozostawia co nieco do życzenia. Charakterystyczne pastelowe malunki zastąpiono tu efektywnymi monochromatycznymi rycinami (dopiero na koniec "wżera" się tam kolor), a zamiast komiksowych dymków dostajemy suchy tekst. Bardziej sprawdza się jako lektura uzupełniająca niż pełnoprawny, obowiązkowy tytuł serii. Tym niemniej podobało mi sie i nie żałuję zakupu.
Achtung Zelig! Druga wojna- jazda bez trzymanki, totalny fabularny odlot, w dodatku prześwietnie narysowany. Bardzo chciałoby się więcej.
Excalibur: Kroniki - bardzo grzeczna adaptacja arturiańskiego mitu. Nie grzeczna w sensie zgodności z kanonem (bo go wypacza), ani obyczajowo (bo sporo golizny tu zaznamy). Grzeczna, bo schlebiająca typowym czytelniczym gustom i szyta na ich miarę. Feminizm, antyklerykalizm (jedyny chrześcijański duchowny to ucieleśnienie zła, seksualnie zaburzony sadysta i mizogin), czarno-biały świat, malarska epickość. Wszystko bezpieczne, zgodne z trendami i łatwo sprzedawalne. Szlachetne postacie są bez skazy, nikczemne złe do szpiku kości. Kobiety piękne bez wyjątku (no, może poza jedną staruchą) i to współczesnym nam rodzajem piękna - wszystkie niczym modelki Victoria's Secret, kształtne i gładkie, nie skażone gramem tłuszczu, niezależnie od wieku, warunków bytowania, fachu czy liczby urodzonych dzieci. Bohaterka non-stop biega topless? Nie szkodzi, jej piersi są jędrniejsze niż te współczesne silikonowe. Całe życie macha mieczem? Nie znajdziesz u niej żadnej blizny, a regularny wysyłek w żaden sposób nie wpłynął na jej idealną sylwetkę modelki ani nie spowodował przyrostu masy mięśniowej. Wszystkie panie kubek w kubek są mądre, wszystkie szlachetne, wszystkie niezależne i pewne siebie, bite od jednej, perfekcyjnej sztancy. Instagramowa baśń po prostu. W tym ślicznym świecie nawet Merlin nie posiada żadnych przymiotów starości - jest żwawy, błyskotliwy, zadbany jak tiktokowy dziadek-kulturysta z śnieżnobiała brodą i opalonym muskularnym torsem, nic więc dziwnego, że częściej niż magią nawala wrogów swoim kosturem. Gdybyśmy mieli jeszcze jakieś wątpliwości komu kibicować, to rozwieje nam je narrator, cierpliwie tłumaczący wszystkie przeżycia bohaterów (jakby nie można było tego pokazać). Nie byłoby to takie uciążliwe, gdyby miało w sobie stylizację na chanson-de-geste, wszak to legenda, ale ten "głos z offu" posługuje się bardzo prostym i współczesnym językiem. Mógł to być komiks o zderzeniu dwóch religii, ale nie jest. O dziwo, wszyscy władcy są po dzisiejszemu racjonalni i wyznanie traktują tylko jako pewną kartę przetargową w politycznych rozgrywkach (mamy nawet ateistę!). Mógł być interesującym manifestem kobiecości, ale nie jest - kobiety są tu po prostu apriorycznie wspaniałe z natury. Nie jest też tym, co sugeruje tytuł, bo Excalibur jest tutaj tylko nic nie znaczącym rekwizytem. Niby jest jakaś przepowiednia, ale co rusz ktoś "nieuprawniony" sobie go wyciąga mówiąc "ja go tylko tak na chwilkę, zaraz odłożę na miejsce". Za to graficznie komiks potrafi olśnić, jest niemal nieustająco piękny. Tłumaczenie też jest ok, choć trochę drażnili mnie Saksoni zamiast ugruntowanych Sasów. Podsumowując: to nie jest zły komiks, wręcz przeciwnie, to fachowa, rzemieślnicza robota najwyższej próby. Ale nic z niej nie wynika, nie ma tu niczego co mogłoby zburzyć błogi komfort typowego współczesnego czytelnika. Świetny byłby z tego film albo gra komputerowa, nikogo by nie uraził, dużo pieniędzy by zarobił. Ale skoro nie miało się nic do dodania poza "uwspółcześnieniem" pod obowiązujące kanony estetyki i poprawności, to czy warto było tę historię opowiadać po raz setny? Moim zdaniem nie. Skoro ciekawiej arturiański mit rozgrywa rąbankowy Slaine, to o czymś to świadczy.
Astronom - no i od tego komiksu powinni się uczyć twórcy "Excalibura" jak należy reinterpretować postacie historyczne. Tutaj autor bierze co dla niego istotne, a całą resztę miksuje jak chce. Hipnotyzująca opowieść, po prostu świetna.
Opowieści z Telguuth - za dużą sztukę uważam napisać świetne i krótkie opowiadanie, jeszcze trudniejszym zadaniem jest stworzenie dobrego komiksowego szorta. A tu dostajemy ich sporo, praktycznie nie powiązanych ze sobą inaczej niż przez ogólne miejsce akcji, czyli spaczoną i zdegenerowaną planetę Telguuth. Wprawdzie czasem powtórzy się bohater, czasem ktoś wspomni wydarzenia z innego opowiadania, ale to raczej wyjątek niż reguła, bo autorzy bez umiaru folgują sobie, co rusz ukatrupiając głównych bohaterów. Wszystkie nowelki osadzone są w klimacie mrocznej baśni, która zawsze kończy się źle. Ich formuła jest dość podobna, co może być męczące jeśli tomik zaaplikujemy sobie na jeden raz - dużo lepiej sprawdzi się dawkowanie lektury na raty. Graficznie bywa świetnie, bywa solidnie, a tylko jeden szort pod tym względem mnie odrzucił. Tekstowo jest ok, tłumaczenie nie boli, choć nie jest wolne od błędów (tu brak polskiego znaku w tytule opowiadania, tam postać zmieniająca płeć w czasie rozmowy). Bardzo polecam.
Opowieści z czasów Kobry - ale to jest komiks! Świetny w każdym aspekcie: od ogólnego konceptu postaci i świata, poprzez charaktery bohaterów, ich dynamikę, złożoność wzajemnych relacji aż po satysfakcjonującą fabułę z zaskakującym finałem. Oprawa graficzna jest po prostu obłędna, choć trzeba chwili by do tej stylistyki przywyknąć. Wspaniała baśń, która pochwyciła mnie w swoje sploty i nie wypuściła do samego końca. Takiego Prince of Persia byśmy chcieli!
Brygada - spotkałem rozbieżne opinie, ale mi bardzo przypadł do gustu. Jest świat z ciekawą mechaniką (ktoś pamięta niszową grę "Mismare"?), nieoczywista fabuła, nietypowi bohaterowie, różne frakcje, interesy i motywacje, jest dynamika i świetna kreska. Jak dla mnie bomba, chcę więcej! A Wy kupujcie, zanim pójdzie na przemiał.
Toppi 7: Stary świat - wprawdzie to najsłabszy dotąd tom z polskiej edycji Kolekcji Toppiego, ale to i tak Mount Everest komiksowej grafiki, rzecz cudowna. Sergio mógłby narysować instrukcję składania szafy z Ikei i bym ją wielbił.
Skalp 1 - takie komiksy to nie mój konik, ale nie mogę też nie docenić jego wykonania. Wprawdzie to dość typowy akcyjniak wypełniony przemocą i testosteronem, ale przy tym rozpisany i narysowany bardzo porządnie, a pozornie czarno-białe postacie szybko wydobywają z siebie szeroką paletę barw pośrednich. Najgorzej na tym tle wypada póki co główny bohater, który jest też najbardziej przewidywalny. "Skalp" to solidny komiks ze świetnie odmalowaną beznadzieją współczesnego rezerwatu Indian i ciekawie poszatkowaną chronologią. Biorę więc na tapet "dwójkę".
Slaine: Władca nieprawości - zupełnie nie spasował mi ten komiks i to z kilku powodów. Po pierwsze: graficznie. Część ilustrowana przez Staplesa jest pod tym względem świetna, a w zasadzie mogłaby taka być, bo guzik na niej widać, wszystko jest ciemne, nieostre, przytarte (nawet czerń nie jest porządnie czarna), słaba jakość materiałów niweluje większość atutów. Druga część, ilustrowana przez Langleya to zdecydowanie nie moja estetyka, nie podobała mi się w ogóle. Prace Murraya niby ok, ale jak dla mnie zbyt "czyste" jak na Slaine'a, no i to tylko szorcik (na dodatek wydawca odebrał mu honory podpisując jego prace nazwiskiem Staplesa). Fabularnie też album nie przypadł mi do gustu - mimo, że bohater jest tu mixem Puka i Robin Hooda, to próżno szukać tu psot, swawoli i frywolności pierwszego (mimo pewnej dawki golizny ten niby-Puk nikogo nie… puka) i ekscytującego budowania ruchu oporu w stylu tego drugiego. Co z tego, że mamy tu Robina z Zielonego Lasu, jego wesołą kompanię łuczników, złego szeryfa i zakonnicę o swojsko brzmiącym imieniu Marian, skoro Slaine i tak załatwi sprawy po swojemu, rąbiąc wszystkich po łbach toporem i kalecząc ich swoimi kwadratowymi tekściorami. W warstwie tekstowej jest tradycyjnie po slainowemu banalnie, pompatycznie i koślawo, tłumaczenie też nie nadaje lekkości i prosi o dodatkową korektę (vide zakonnica gadająca w rodzaju męskim). O ile mocno feministyczny finał historii jest całkiem sensowną konsekwencją zamysłu serii, to zjadliwa, bardzo obrazowa antychrześcijańska wymowa przekroczyła tu jak dla mnie granice dobrego smaku. Co prawda nikt nie sięga po Slaine'a przed wieczornym paciorkiem, ale we wszystkim warto zachować względny umiar. Ogólnie rzecz biorąc prosta formuła tej serii trafia do mnie o tyle o ile odpowiednio przemówi do mnie obrazem. Tutaj tego zabrakło i w rezultacie żałuję zakupu.
W cieniu Słońca - strasznie byłem ciekaw co to za zwierz, no to teraz już wiem. Na początek oprawa graficzna - ta jest 10/10, tu nie ma słabych kadrów, wszystko to rozkosz dla oka miłośnika tradycyjnej sci-fi rysowanej klasyczną kreską. Rewelacja! Jest tu przy tym troszkę zabawy z formą (vide popękane dymki). Fabuła? W ogólnym zarysie jest emocjonalnie absorbująca i przekonująca, we mnie obudziła przyjemne wspomnienia z "Zagubionej przyszłości" Borunia i Trepki o podobnej kosmicznej Arce. Spory problem leży jednak w realizacji, bo to co w głowie scenarzysty nie zostało właściwie przełożone na pracę grafika (choć przecież to ta sama głowa). Brak tu spójności i płynności narracji, nie zawsze wiemy co właśnie się wydarzyło i dlaczego. Większość tych przypadków wynika z niefortunnego obrazowania (co on właśnie zrobił? jak on się tu znalazł?), ale część jest skutkiem braków w scenopisarskim warsztacie.
Oto mamy pat w westernowym stylu, czytelnik z zapałem czeka na konfrontację dwóch uzbrojonych po zęby grup, palce nerwowo drżą na spustach, aż tu nagle na scenę wparowuje jak diabeł z pudełka córka jednej z ważnych postaci i rzuca się ojcu na szyję, by niemal od razu zginąć. Kim jest? Jak się tu dostała? Co nią kierowało? My nie wiemy, scenarzysta nie wie, bohaterowie wydają się tym równie zaskoczeni co my ("Nikt nie wspominał, że jest tu jakaś córka!"), a zatem wstydliwie szybko ucinają temat, udają, że to się nie wydarzyło i NIGDY już do tego nie wracają. Nikt o niej nie wspomina ani przedtem, ani potem, nie ma to absolutnie żadnego wpływu na postacie (nawet ojca to zupełnie to nie obchodzi) ani fabułę. Córka pojawiła się na te 5 kadrów i koniec kropka.
Innym razem obóz niedobitków ludzkości wpada w popłoch, bo znowu atakują ich insekty. Sceny dantejskie, zbiorowa panika, chaos, eksplozja przemocy, każdy chroni siebie. Rzecz w tym, że w całym tym pandemonium my nie oglądamy ŻADNEGO insekta. I znowu: nikt o insektach nie wspominał wcześniej ani nie wspomni później. ANI SŁOWEM. może to zbiorowa halucynacja? Nie wiemy i się nie dowiemy.
Takie mankamenty jednak obecne są raczej w pierwszej części albumu, im dalej w las tym jest lepiej. W drugim akcie tryptyku zgrzytało mi też to, że bohaterowie zachowują się tak, jakby na Arce byli sami i mogli liczyć tylko na siebie, a przecież mają pod komendą masę ludzi, z których część na pewno mogłaby im skutecznie pomóc. Trzecia część klei się już niemal bezszwowo i fabularnie przekonała mnie najbardziej. Atutem albumu są główni bohaterowie - pełnokrwiści, charakterni, logiczni w działaniach, budzą sympatię czytelnika, a ich wzajemne relacje są autentyczne. Dlatego kibicujemy im od serca. Tłumaczenie mi nie przeszkadzało, wprawdzie raz bohater rzuca sążnistym "Fuck you!", ale równie dobrze może to być zamierzony anglicyzm. Generalnie album okazał się ciekawy, ale nie pozbawiony zauważalnych wad. Jednak podobnie jak w przypadku "Dayaka", jego pozycję na mojej półce ratuje fenomenalna oprawa graficzna, bez pudła trafiająca w mój słaby punkt.
Smocza krew - mimo ostrzeżeń spróbowałem i... ale to było słabe! Nie sposób uniknąć porównań do Hugo, a takie porównanie kończy się nokautem. Nowe dzieło Bedu prezentuje się nieporównanie gorzej - pod względem fabularnym (sztampa i prostota, bezsensowne gonitwy, nieciekawi, nie pogłębieni charakterologicznie bohaterowie), kreacji świata (kalka z Hugo - tu białowłosa dzielna bohaterka, tam śmieszne skoczne stworki, tu straszne latadła, tam waleczny i zabawny latający przewoźnik, z niepokojem oczekiwałem pojawienia się warzywnych ludzi) i graficznym (uproszczony styl, "kwadratowe" postacie, szpetna główna bohaterka, pozbawione detali tła, "kserowanie" tych samych elementów - bronią się jedynie niektóre scenerie i praca kolorysty). O ile powielenie kompozycji pierwszego kadru strony 5 na stronie 64 można uznać za ciekawy graficzny cytat, to już ciągłe kopiowanie niemal identycznych elementów i to często na następujących bezpośrednio po sobie stronach (a nawet w ramach jednej strony) robi wrażenie komputerowej roboty na skróty z użyciem gotowych elementów (Ctrl+C, Ctrl+V). W całym królestwie występuje kilka modeli twarzy, jak w niskobudżetowej grze cRPG.
Rażące przykłady:
- koń z jeźdźcami (strona 62 kadr trzeci, dwukrotnie na stronie 63 kadr pierwszy i ostatni oraz 64, strona 95 ostatni kadr),
- koń w innej pozie (strona 62 kadr drugi, 63 kadr trzeci i 64 kadr pierwszy),
- biegnąca kura (stron 5 kadr pierwszy, strona 74 kadr drugi, a na przedostatnim niemal identyczna gęś, strona 95 ostatni kadr),
- dziobiąca kura (strona 8 kadr przedostatni, strona 64 kadr pierwszy i czwarty, strona 72 kadr trzeci i przedostatni),
- draksy (np. strona 80 pierwszy kadr w prawym górnym rogu, strona 82 przedostatni kadr),
- łucznik (strona 80 pierwszy kadr, strona 83 pierwszy kadr),
- łucznik w innej pozie (strona 78 drugi i ostatni kadr, strona 82 pierwszy kadr),
- rycerz (strona 80 kadr drugi, strona 81 kadro ostatni),
- wrona (strona 3 pierwszy kadr, na ostatniej stronie kilka razy),
- pies (strona 3 pierwszy kadr, strona 5 pierwszy kadr),
- inny pies (strona 73 kadr czwarty, strona 74 kadr piąty),
- doradca Oghora (strona 5 kadr ostatni, strona 7 kadr drugi, strona 65 kadr drugi).
Ciekawym zabiegiem było użycie odmiennej czcionki w wypowiedziach każdej z ras oraz staroświeckie słownictwo niziołków (o dziwo, szybko przestało mnie drażnić, doceniam wysiłek translatorski, zresztą cały komiks czyta się płynnie), czuć też, że to komiks zrobiony z miłością. Ale to nie wystarcza, żeby uniknąć bolesnego rozczarowania. Na szczęście wypożyczyłem go z biblioteki i oddam bez żalu.
Oko Horusa - w mojej optyce Spórna to twórca wyrazisty, charakterystyczny, bezkompromisowy, konsekwentny i uczciwy wobec siebie. "Oko Horusa" potwierdza tę hipotezę - jest bardzo autorskie i toczy swe wody daleko od głównych nurtów. To szalona, psychodeliczna jazda, utrzymana jednak w ryzach pewnej wewnętrznej logiki. Graficznie bywa nierówno (choć te różnice nie są tak dokuczliwe jak w poprzednim tytule), ciekawiej się robi, kiedy w drugiej części komiksu wjeżdżają kolory. Fabuła ponownie jest mocno zakręcona, znowu mamy świeże i ciekawe pomysły. Macie ochotę na szaloną wycieczkę do nietuzinkowego umysłu autora? "Oko Horusa" zaprasza - komiks może nie tak znakomity jak osławiony "Alchenit", ale nadal bardzo dobry i stymulujący szare komórki do wyższych obrotów.