Muszę nieco zrehabilitować
She-Hulk.
Konwencja do samego końca tomu jest oczywiście utrzymana, ale przy podejściu w kolejnym dniu zrozumiałem, że w dużej części problem jest po mojej stronie. To trochę tak, jak pójść do kina spodziewając się filmu sensacyjnego, a dostać komedię. Ja spodziewałem się Super Hero, a w posłowiu John Byrne idealnie wyjaśnia, że komedia i absurd były celem (co ciekawe, mówi też, że zdaniem czytelników za dużo było łamania 4 ściany

) . Tak więc w dużej części problem leży po stronie moich błędnych oczekiwań na wejściu.
Jest więc absurdalnie, parodiowo i... trochę z posmakiem Granta Morrisona, przynajmniej dla mnie. I podchodząc do lektury w ten sposób, zupełnie inaczej zacząłem postrzegać całą ideę tego komiksu. Nie zmieni to faktu, że pewnie nie utrzyma się na moich półkach.
Ixbunieta. Zdecydowałem się jednak szarpnąć na ten tytuł (kosztem innego) mimo uprzedniej krytyki ceny. Jest dokładnie tak, jak przewidywałem, czyli bardzo dobrze. Tutaj więc ciężko będzie o odkrywcze spostrzeżenia.
Tytuł jest co najmniej jednym z najlepszych polskich tytułów ostatnich dekad. Bardzo dojrzały konstrukcyjnie, w dwóch, może trzech miejscach mamy dosłownie delikatnie nadmierną ekspozycję w dialogach, ale te informacje musiały być czytelnikowi przekazane. Niewielu profesjonalistów napisałoby to lepiej.
Rzecz gotowa do sprzedania na Zachód, pod warunkiem, że będzie kontynuacja. Tego życzę autorom. Mam nadzieję, że zysk z kupna mojego egzemplarza wystarcza chociaż jednemu z Was na kawę w Żabce. Piszę to bez złośliwości - po prostu nie kumam, jak w naszym umęczonym kraju z komiksów mogą żyć wydawcy, drukarze, dystrybutorzy, sprzedawcy, a nie mogą osoby te komiksy tworzące.