
Pomimo faktu, że run Delano w "Hellblazerze" mamy dostępny po polsku już od dłuższego czasu, od początku było mi do niego jakoś nie po drodze i odkładałem ten zakup na później. W międzyczasie zabrałem się nawet za wersję Careya - którego pierwszy tom oceniam średnio - i dopiero kilka okazji, na które trafiłem w tym roku, a które sprawiły, że całość nabyłem po bardzo okazyjnych cenach, spowodowały, że uzupełniłem w końcu ten brak i zabrałem się za lekturę. Która jakby nie patrzeć jest wyjątkowo istotna w kontekście całej serii, a wkład Delano w rozwój jej oraz samego Johna Constantine'a nie do przecenienia.
Pierwszy tom polskiego wydania zawiera 13 początkowych zeszytów serii, z których większość jest obecnie wydawana pod wspólnym tytułem "Original Sins". Składające się na tę część historie (łącznie 9 zeszytów) pozostają w pewien sposób samodzielne, jednak gdzieś w tle rozwija się główny wątek, który znajduje rozwiązanie w finałowym zeszycie "Shot to Hell" - do dzisiaj zresztą robiącym wrażenie swoim klimatem strachu i szerzącego się szaleństwa. Delano następnie cofa nas do wydarzeń z Newcastle w 1987 roku, a więc do kluczowych momentów w życiu Constantine’a, których wspomnienia i reperkusje niejednokrotnie jeszcze wracają w tej serii. Zeszyt obrazujący te retrospekcje również jest nadal mocny - nie tylko ze względu na swoją niewątpliwą wagę dla fabuły, ale też przez ciężar niektórych z poruszonych tematów oraz ukazanie traumatycznych wydarzeń, jakie spotkały Johna przez tragiczny w skutkach czar.
Przez cały tom przewija się postać demona Nergala, który jest tutaj głównym przeciwnikiem dla Constantine'a. Wypada w tej roli solidnie, a jego zatarg z Johnem okazuje się mocniej zakorzeniony w przeszłości bohatera niż z początku mogłoby się to wydawać. Konflikt z nim zostaje całkiem dobrze rozegrany i nieźle przemyślany, wraz ze sposobem, w jaki ostatecznie zostaje pokonany. Całość jest też nieźle zaczepiona w podbudowie, jaką dał Moore w "Swamp Thingu".
Niewątpliwie widać z jakich czasów pochodzą te komiksy. Zarówno narracja jest już nieco archaiczna, a tekstu naprawdę sporo, jak i niektóre motywy fabularne wydają się niedzisiejsze - jak cała ta komputerowa magia i podróżowanie po wirtualnej rzeczywistości. Niektóre pomysły trącą kiczem, a nad całością unosi się klimat horrorów z lat 80. Autor przemyca również sporo komentarza społecznego, widocznej niechęci do ówczesnej rzeczywistości i swoich poglądów na temat kondycji ludzkości. Momentami nawet trochę za bardzo skupia się na własnym przekazie i takie momenty jak cały zeszyt "On the Beach", który wieńczy ten tom, niewiele wnoszą do fabuły i mogą się wydać męczące w odbiorze.
Trzeba natomiast przyznać, że scenariusze Delano są dosyć różnorodne i autor sięga tutaj po dość szeroki zakres tematów. Co prawda nie wszystkie jego pomysły zaliczam do udanych, bo zdarzają się też groteskowe wątki jak chociażby w zeszycie trzecim, w którym poznajemy biznesowe kręgi piekła. Ten motyw w ogóle nie przypadł mi do gustu, a jeśli dodać do tego sztampowe i kompletnie nieciekawe przedstawienie demonów, otrzymamy chyba najsłabszy zeszyt w tym zbiorze. Z drugiej strony nie brak tu udanych i dobrze poprowadzonych pomysłów, jak wykorzystanie w fabule jednej z historii wojny w Wietnamie wraz z motywem wzajemnie przenikających się czasów i rzeczywistości oraz swego rodzaju kary za grzechy.
Podoba mi się też przeplatanie się naszej rzeczywistości ze światem duchów i ciągnące się za Constantinem widma zmarłych znajomych oraz ich wykorzystanie w historii. Ich rola i podejście do głównego bohatera pozostają nie do końca określone, a ich obecność nadaje niepokojący i refleksyjny klimat. W ogóle w tych zeszytach przewija się całkiem solidna gama pobocznych postaci. Bohaterowie są dosyć barwni i zróżnicowani, a ich udział daje sposobność dla kilku mocnych momentów obrazujących niekiedy podły charakter Johna, ale również jego niejednoznaczność. Moją uwagę przykuł debiutujący już w pierwszym zeszycie Papa Midnite, który powróci jeszcze na późniejszych etapach serii i mam nadzieję, że też u samego Delano, bo jestem ciekawy dalszych występów tej postaci.
Rysunki w przeważającej większości wyszły spod ręki Johna Ridgwaya, którego kreska odpowiada temu, czego można się spodziewać po serii Vertigo z tamtych czasów. Momentami rysunki również wydają się nieco przestarzałe, jednak raczej nie przeszkadza to w odbiorze, a pojawia się też kilka ciekawych graficznie momentów, np. pod względem kadrowania. Natomiast czasami dało się odczuć pewien chaos i zdarzało się, że kolejność paneli na stronie nie była do końca jasna, przez co kilkukrotnie pogubiłem się w narracji. Stosunkowo dużo tu też wykorzystywania podwójnych plansz, co niestety w polskim wydaniu wygląda średnio, bo komiks jest tak skonstruowany, że ciężko go otworzyć na tyle, by móc oglądać je w pełnej okazałości.
Podsumowując, mamy do czynienia z klasycznym runem, który niepozbawiony jest wad, ale ma też mnóstwo dobrych momentów, jest brutalnie, z całkiem niezłym klimatem, a choć niektóre pomysły są karkołomne, to całość po latach się broni i jest nadal solidną lekturą. Jak dla mnie to pozycja zdecydowanie lepsza i bardziej interesująca od wspomnianego na początku pierwszego tomu Careya, który czytałem poprzednio (którego autor mam nadzieję też się jeszcze rozkręci i bardziej trafi mi w gusta) i na pewno za jakiś czas zabiorę się za kolejną część.
W tomie znajdują się jeszcze dwa zeszyty "Swamp Thinga", które mocno łączą się z runem Delano, jednak ich lektura była dla mnie mocno średnia i niezbyt miałem ochotę się nad nimi skupiać.