A to wszystko zależy: jeżeli dzięki tym tanim zakupom biedak miał pracę, miał co do garnka włożyć i jakiś grosz jeszcze odłożył, to i owszem - fajnie. Japonia tak się dorobiła (w latach 50tych eksportowali tani, niskomarżowy szmelc). Chiny tak się dorabiają. Wietnam tak się zaczyna dorabiać. I my w sumie też się tak dorobiliśmy patrząc na różnicę między latami 80tymi, 90tymi a tym co jest dzisiaj. Jeżeli z Wietnamu masz towar za 50%, z Ukrainy za 70% a z Polski za 100% to weźmiesz z Wietnamu. I Wietnamczyk się cieszy. Jeżeli ktoś ci nagle każe brać z Wietnamu za 70%, bo 50% jest niesprawiedliwe to weźmiesz z Ukrainy, bo leży bliżej. I Wietnamczyk nie zarobi tylko dlatego, że ktoś chciał mu zrobić dobrze, każąc kupującemu wyrównać do stawki Ukraińca.
Dobra, ale tyle się też w kółko pierdoli, żeby wspierać polska produkcję. Zawsze jak kupuje pomidory to mam na nich naklejkę, że to PRODUKT POLSKI, jakby ten pomidor był jakimś dobrem narodowym i informacja przy regale nie była wystarczająca.
Oczywiste jest, że nie będziemy sami sądzić bananów i mango, więc naturalnie że je sprowadzamy.
Ale ze marchewka przyjeżdża z Izraela - to zawsze mnie bawi. Co jest nie tak z polską marchewką?
I nagle się okazuje, że polski papier jest pieruńsko drogi i nieopłacalny.
I tak, wiem że jest konkurencja, że fajnie. Tylko sorki, ja mam złe skojarzenia, może niepotrzebnie, że jak coś jest robione bardzo tanio to niekoniecznie ten pracownik, który był ważnym elementem wytworzenia czegoś, został sowicie nagrodzony.
A już zwłaszcza z Azji, gdzie mówimy o tej przysłowiowej pracy za miskę ryżu.