Trzeci kwartał zajęły mi urlop i remont łazienki (tu jakiegoś uzysku w postaci półek nie ma). Ale coś się przeczytało.
**** Znakomite
Kajtek i Koko (Duch bunkra) – to zdecydowanie mój ulubiony komiks z czasów dzieciństwa. Mam poprzednie wydanie KAW, ale nie mogłem sobie odmówić i tego. Zidentyfikowałem kilka dodatkowych kadrów, na pewno w jednym zmieniły się kolory. A poza tym przygody, tajemnice, pościgi, zasadzki. Znowu mogłem poszukać skarbów w bunkrach. Nie mogę doczekać się drugiej części.
Różanna, uprząż i młyn oraz inne historie – zaintrygował mnie opis, to dorzuciłem do zamówienia i komiks okazał się zupełnym zaskoczeniem. Po pierwszym rozdziale byłem zupełnie zagubiony. Nie wiedziałem, co się właściwie dzieje, kto jest bohaterem, jaka tutaj będzie intryga. Ba, nawet gatunek był dość niejasny – czy to będzie obyczajówka, czy jakiś kryminał, czy może horror? Czy może jakieś krasnoludki zaraz się gdzieś pojawią? Przerwałem i wróciłem następnego dnia, na tzw. świeżości. I ta historia, gdzie bohaterowie co chwila się zmieniają, nie ma żadnej chronologii, gdzie nawet trudno jest przypisać imię do gęby wciągnęła mnie na maksa. I nie puściła do ostatniej strony, a później dalej trzymała. Żeby nie psuć sobie zabawy, to lepiej nie wiedzieć za dużo przed przeczytaniem. Jest to przede wszystkim
historia rodziny / społeczności żyjącej na odludzi w Brazylii w drugiej połowie XX wieku. Obserwujemy ich losy w dość poszatkowany sposób. Z tych wszystkich scenek każdy może wyjąć sobie, co go najbardziej dotyka. Bo to komiks o żywych ludziach i ich zmaganiu się z życiem i to w niełatwych okolicznościach przyrody. Jest i bieda i ludzkie dramaty i brak dostępu do edukacji, ale jest też siła ludzkiego charakteru i znaczenie rodziny czy szerzej społeczności, w której bohaterowie funkcjonują i w której odnajdują siłę.
A jak to jest narysowane? To trzeba zobaczyć. I przeczytać jeszcze raz, żeby jeszcze lepiej wszystkie kawałki spasować. W Top10 tego roku będzie. Dodatkowo trzeba oddać szacunek wydawcy i tłumaczowi. Wydane jest to pięknie, a tłumacz musiał się wysilić. Zamieszczono nawet jego komentarz w komiksie – oryginalny tekst był napisany w skomplikowany sposób i tłumacz musiał wybrać jakąś konwencję. Stąd dużo zabawy językiem, słowem a dla czytelnika dodatkowy wysiłek, ale przyjemny
Epopeja hiszpańska (Sztuka latania / Złamane skrzydło) – w przedmowie jest napisane, że ten komiks (a właściwie to pierwsza jego część, czyli Sztuka latania) to najwybitniejszy hiszpański komis. Trudno się do tego odnieść. Akcja jest mocno osadzona w hiszpańskiej rzeczywistości i tam pewnie będzie odbierany inaczej (podobnie jak Otchłań zapomnienia Paco Roca), ale w mojej skromnej opinii komiks jest znakomity. W tym opasłym tomie otrzymujemy tak naprawdę 2 komiksy, które powstawały w różnym czasie, ale ściśle ze sobą powiązane i stworzone w tym samym stylu (narracyjnym i graficznym). Sztuka latania to historia ojca autora od dzieciństwa na hiszpańskiej wsi, poprzez wojnę domową, II WŚ (chociaż tam chyba ta wojna była czymś zupełnie innym niż w Polsce) i później życie pod rządami Franco, gdzie główny bohater idzie na pewne kompromisy i to będzie istotnie wpływać na życie jego i jego najbliższych. Z kolei Złamane skrzydło opisuje życie matki autora i oczywiście od któregoś momentu akcja komiksu mocno krzyżuje się z poprzednim. Z początku miałem wrażenie, że to jest to trochę odcinanie kuponów. Ta część ma inny charakter. Nie ma w niej tyle polityki czy wojny. Kręcimy się bardziej wokół losów rodzinnych. Matka, która w pierwszej części nie wypada zbyt ciekawie, w drugiej jest pokazana w innym świetle. Też toczy swoje walki i jak się okaże w sposób podobnie heroiczny, ale w ukryciu. Po zakończeniu ta myśl o odcinaniu kuponów zupełnie mi uleciała, bo miałem poczucie, że jest to pełnoprawna część opowieści. Będzie w Top10 tego roku.
Żeby nie było: w tym komiksie rządy Franco były złe, patriarchat był zły, kościół był zły (chociaż niektórzy go potrzebowali). Niektórzy chcieli mieć króla nad sobą.
Palestyna – komiks / reportaż Joe Sacco z jego podróży do tytułowej Palestyny na początku lat 90-tych. Jak to zwykle u tego autora jeździmy od jednego człowieka do drugiego i słuchamy jego opowieści o jakiś dramatycznych wydarzeniach. Głównym tematem są historie Palestyńczyków, którzy byli przesiedlani / bici / trzymani w więzieniach / trzymani w obozach przesiedleńczych / torturowani / tracili swoich bliskich itd. Rzecz dzieje się w trakcie tzw. peace process (czytałem po angielsku), gdzie prowadzone są jakieś rozmowy mające na celu wypracowanie jakiegoś modelu wspólnej egzystencji obok siebie. Wiele miejsca jest poświęcone, żeby opisać podziały polityczne w społeczeństwie. Jest kilka organizacji, które przyjmują różne strategie i taktyki i poszczególne osoby również mają różne spojrzenia na temat możliwej przyszłości. Ogólnie wydźwięk jest bardzo negatywny i mało kto wierzy w jakikolwiek spokój. Rachunki krzywd są zbyt duże. Warunki życia i narzucane Palestyńczykom ograniczenia są trudne do zniesienia. Normą są starcia z osadnikami, ataki kamieniami na żydowskie pojazdy, najazdy wojska, gazowanie, bicie i zamykanie w więzieniu w ramach rewanżu.
Trudny temat i trudno też przebrnąć przez komiks – jak zresztą każdy tego autora. Ale rysunki jak zwykle są znakomite i aż trudno sobie wyobrazić, ile czasu musi zająć taki projekt.
*** Dobre
Julia. Przygody kryminolożki (W krainie Alicji) – kolejna sprawa, w które policja nie daje sobie rady bez Julii. Ta seria mogłaby zmierzać ku jakiemuś zwrotowi, bo historie zaczynają być nieco wtórne. Tutaj w sumie wprowadzono trochę nowego wymiaru, ale trochę na siłę, żeby wypełnić wszystkie strony. Nie zmienia to faktu, że bardzo lubię tę serię. W tym tomiku zmienił się rysownik i to widać od samego początku (to ten sam, co rysował przygody Sherlocka od Mandioci). Jest trochę inaczej, ale to też fachura.
XIII (tomy 3-4) – w trzecim tomie zbiorczym dowiadujemy się sporo szczegółów z przeszłości głównego bohatera. Pakuje się on w rewolucję w jakimś latynoskim państewku i jak zwykle udaje mu się wykaraskać ze wszystkich problemów. Seria nadal mnie wciąga, nie mam poczucia wtórności. Nie wiem, jak długo to potrwa, ale tom 4 na pewno trafi prędzej czy później do przeczytania. Duet Van Hamme / Vance to jeden z moich ulubionych tandemów.
Po paru tygodniach wpadł i tom 4 i już to poczucie zmęczenia tematem zaczęło się wkradać. Ale po kolei – tom rozpoczyna się albumem nr 13, który ma około 100 stron i jest w sumie trochę podsumowaniem dotychczasowych wydarzeń. Ma formę dokumentacji z dziennikarskiego śledztwa (głównie życiorysy postaci od pierwszoplanowych aż po epizodycznych). Przeplatane jest to krótkimi komiksowymi epizodami uzupełniającymi dotychczasową historię. Przyznam szczerze, że niektóre strony tylko przejrzałem, bo trochę to było męczące. Ale to też pokazało, jak zagmatwaną intrygę zbudował Van Hamme. Później dostajemy albumy 14 i 15, gdzie życie naszego bohatera dalej się komplikuje i to co, wydawało się ustalone, znowu staje się niepewne. Kolejny raz wpada w tarapaty i jego wrogowie, zamiast go zastrzelić wymyślają dziwną grę, w której niby nie ma szans, ale oczywiście wszystkich wykiwa. To już staje się trochę niezamierzenie zabawne. Nie znam dalszej historii i chcę ją poznawać w kolejnych tomach, ale mam wrażenie zaczynamy dochodzić do punktu, gdzie historia zaczyna zjadać swój ogon.
Old boy (tomy 1-4) – wciągnięte przez jeden dzień. Trudno mi było się oderwać. Nie mam wielkiego doświadczenia z mangami, ale ta praktycznie nie stawia oporu. Rysunkowo w zupełnie bezbolesnym stylu (postacie, twarze) i realistyczne tła. A sama historia intryguje od pierwszej strony – ktoś zamknął głównego bohatera na 10 lat w pokoju i bez słowa wyjaśnienia później go wypuścił. Cała dalsza historia to poszukiwanie odpowiedzi kto i dlaczego coś takiego mu zrobił. Widziałem kiedyś koreański film. Zatarł mi się już zupełnie, ale chyba scenariuszowo coraz bardziej odchodził od pierwowzoru. Poznawałem więc historię po raz pierwszy. Tom za tomem mijał szybko, a ja nie traciłem zainteresowania, wręcz przeciwnie. Ostatni tom kończyłem późno w nocy, aby tylko nie przerwać. I kurna byłoby zajebiście, gdyby
ostateczne wyjaśnienie było jakoś bardziej zrozumiałe. Nie wiem, czy to kwestia kulturowa, ale pompowany przez ponad 1000 stron balon nagle pękł i zostałem zupełnie zbity z tropu. I w sumie to liczyłem na coś zaskakującego, ale ostateczna przyczyna całej tej zabawy jest dla mnie całkowicie bezsensowna. Trochę wręcz brak słów. No nie wiem, może kiedyś mi się to lepiej uleży.
Poza tym jednak felerem, to bawiłem się kapitalnie przy lekturze.
Wieże Bois-Maury (1 tom zbiorczy) – kiedyś się nie zdecydowałem na wejście w tę serię i później trochę tego żałowałem. Jednym z powodów był sposób wydawania (pojedynczo i na twardo), co w okresie drastycznego braku miejsca skończyło się jak się skończyło. Teraz to już inna bajka (chociaż gdyby był 1-2 albumy więcej, to bym się nie obraził). Zaczynamy śledzić losy bohaterów – z głównych to były budowlaniec, którego skazano na inwalidztwo i przez to biedę oraz zubożały rycerz, który chce wrócić do domu i tytułowych wież. Ich historie biegną jakby obok siebie, ale pewnie zaczną się z czasem zazębiać. Początek myślę udany, pierwsze wrażenie bardzo dobre. Oby w dobrym tempie drukowały się kolejne tomy.
Kroniki ze Stambułu (tom 2) – bohater z pierwszej części jest już dorosły i robi to, o czym marzył, czyli zawodowo rysuje. Razem z przyjaciółmi tworzy poczytny tygodnik satyryczny. Niestety sytuacja w Turcji staje się bardzo napięta i taki sposób komentowania rzeczywistości nie wszystkim się będzie podobać. Szczególnie, że w kraju ścierają się ze sobą 2 siły: religijni konserwatyści (z Erdoganem na czele) i bardziej laicka część. Nasz bohater należy do tej drugiej, co prawda w dość umiarkowany sposób, ale w tych rewolucyjnych czasach polaryzacja robi swoje i nikt się w subtelności nie będzie wdawał. I to zaprowadzi nas do trzeciego tomu, na który już czekam. Ten komiks podoba mi się coraz bardziej. Historia wciąga z każdą stroną, jest charakterystyczna kreska, z dużą dawką humoru, ale jednocześnie opowiada o trudnej, współczesnej rzeczywistości. Natomiast nie poleciłbym tego komiksu tym, którzy wszędzie widzą jakąś ideologię i znają się na polityce czy historii. Autor opisuje swoje życie, a nie pisze podręcznik i wobec tego obserwujemy wszystko z jego perspektywy.
Altor – jest młodym elfem żyjącym na planecie aspirującej do wejścia do Konfederacji (Unii) Planet. Pierwsze trzy albumy opowiadają historię w duchu Tolkiena, gdzie Altor jak niegdyś Frodo dość przypadkowo wyrusza na wyprawę i musi ratować swój świat przez pogrążeniem w mroku. Kolejne 4 albumy to już krótsze historie dziejące się, gdy planeta Altora już weszła to Konfederacji i elf może swobodnie podróżować i przy okazji włączać się w coraz to bardziej wymyślne awantury. Autorem scenariusza jest Moebius, a rysunki można powiedzieć, że jakośtam naśladują jego styl. Historia powstawania komiksu została zresztą opisana w dodatkach. Komiks zdecydowanie spoza mojej bańki (raczej fantasy i sci-fi unikam) ale tutaj bawiłem się znakomicie. Dobrze było oderwać się od smutnych i dramatycznych historii na rzecz przygód z przymrużeniem oka i humorystycznie zarysowanych bohaterów. Dzięki Arek, za polecenie!
Ślicznotka – komiks autorstwa Schuitena znanego u nas z cyklu Mroczne miasta i utrzymanego w podobnym duchu. Bohaterem jest maszynista, który prowadzi tytułową „Ślicznotkę” – lokomotywę parową o numerze 12.004. System transportu ulega przemianom. Transport szynowy jest zastępowany przez kolej linową, a napęd węglowy / parowy przez elektryczność. Maszyniście, który zbliża się już do emerytury, nie podobają się zachodzące zmiany i chce zachować chociaż cząstkę swojego świata. Kto czytał Mroczne miasta, to wie, jak rysuje Schuiten. Graficznie jest to zupełna magia. Szkoda tylko, że album jest dość krótki i stan hipnozy u czytelnika szybko się kończy. Do komiksu dodano posłowie opisujące krótką historię lokomotyw z serii 12. Komiks z roku 2024, więc do mojego top10 już nie wejdzie. A miałby pewne miejsce.
Detektyw Fell – przeczytany na tablecie. Stare ale jare. Gęsta atmosfera jak z filmu Siedem, co chwila nowa zbrodnia i kolejny zwyrodnialec. Szkoda tylko, że część spraw rozwiązuje się nieco przypadkiem. No i szkoda, że nie ma części dalszej. Charakterystyczny rysunek, który nie musi się podobać, ale uważam, że robi klimat.
** Niezłe / można przeczytać
Kapitan Żbik (1 tom zbiorczy) – tak się jakoś złożyło, że nigdy nie miałem Żbika w rękach. Wziąłem z ciekawości i bez żadnego sentymentu, ale też bez uprzedzeń. Pierwsze kilka zeszytów to była dla mnie prawdziwa męka. Rysunek i kolor zrobione w taki sposób, że nie widziałem, co się właściwie dzieje. Do tego dużo przeskoków akcji między kadrami. Dopiero od Diademu Tamary (rys. G. Rosińskiego) zacząłem czytać z zainteresowaniem i uwagą. Generalnie fabuła jest powtarzana w każdym zeszycie – jakieś złole coś kradną i sprawa trafia do Kapitana Żbika. Ten uruchamia ogromne środki w celu ustalenia miejsca pobytu przestępców (śmigłowce, blokady dróg, milicjantów w każdym zakątku kraju) aż w końcu przestępcy zostają namierzeni. Z kolejnymi zeszytami również sposób narracji jest bardziej przyjazny i czyta się już dużo łatwiej. Same historie mają charakter wyłącznie kryminalny. Nie ma jakiejś widocznej propagandy. Oczywiście, za takową można uznać, że milicjanci są przedstawiani jako szlachetni ludzie, którzy z oddaniem walczą z przestępczością. Ale gdyby wyjąć ten kontekst, to przypomina to bardzo takie seriale nibydokumentalne o policjantach rozwiązujących różne sprawy. Mam też drugi tom, ale chyba odłożę na później.
Kapitan Żbik (2 tom zbiorczy) – a jednak doczytałem. W drugim tomie pojawiają się dłuższe fabuły. Jedna objęła chyba 4-5 zeszytów a nasz Żbik zjeździł kawał Europy ganiając szajkę przemytników. Historie są chyba bardziej urozmaicone niż w poprzednim tomie, ale schemat pozostaje ten sam. Trochę śmieszy to jak chwilę po zgłoszeniu jakiegoś przestępstwa mnóstwo ludzi się melduje do wykonania zadania. Są jacyś wywiadowcy (niczym szpiedzy), laboratoria badające każdy strzęp materiału i próbki zapachu. No tak trochę można się uśmiechnąć. Nie wiem, czy będę kontynuował przygodę ze Żbikiem. Rozumiem, że 50 lat temu pełne akcji i rozmachu historie były atrakcyjne i sentyment robi swoje (plus jakiś tam kawałek historii polskiego komiksu), ale mnie aż tak to nie kręci. Plus dla wydawcy za ładne wydanie, minus za okładkę z dupy. Można było wziąć którąś z oryginalnego zeszytu.
The Court of Owls Saga (DC Compact) – czytałem raczej pozytywne opinie, to jak mi się rzuciło w oczy za małe pieniądze, to wziąłem i zabrałem na wakacje. A że pogoda była słaba, to pyknąłem od razu. To chyba najnowszy komiks SH, który miałem w rękach i spełnił swoją rozrywkową rolę. Sprawnie prowadzony, z jakimś pomysłem i historyczną podbudową. Nawet jak ktoś nie śledzi nowych przygód Batmana, to jest to niezła historia do przeczytania. Da się za wszystkim nadążyć. Samo wydanie mi się bardzo spodobało. Rozmiar „mangowy”, cena okładkowa 10 USD. Gdyby więcej było tytułów w tej linii, to bym pewnie częściej sięgał. Jak to zwykle bywa, jak się skusiłem na coś z zagranicy, to zaraz pojawia się polskie wydanie.
Chełmska legenda. W cieniu trzech dębów – kupione ze względów sentymentalnych. W komiksie opowiedziano legendę, w której biały niedźwiedź uratował okolicznych mieszkańców przed tatarskim najazdem. Dzisiaj herbem Chełma jest właśnie biały niedźwiedź na tle trzech dębów. Jak na (chyba) debiut, to czytało się bardzo przyjemnie. Akcja poprowadzona sprawnie, do legendy dopisano rodzinną historię przywódcy jednej z wiosek i wątek miłosny. Trochę zgrzytały mi rysunki, a raczej twarze, które są często w jakiś przerysowanych grymasach. Użyty papier to jakaś gruba kreda – ciągle miałem uczucie, że przewracam 2 kartki. Ale to detal. Z tego co gdzieś mi mignęło na warsztat idzie druga legenda – o duchu Bieluchu. Też na pewno kupię.
Bruno Brazil (9) – zbieram w miękkich wydaniach. Jak mnie kiedyś przydusiło, żeby kupić, to twardych nie było. I ten dziewiąty album był dla mnie jednym ze słabszych, niestety. Już się przyzwyczaiłem, że fabuły starzeją się nie najlepiej – jak stare filmy z Bondem pełne niedorzecznych pomysłów i gadżetów. Tutaj ktoś próbuje usunąć dokumentację jakiejś broni czy rakiety i zabija naukowców, niszczy komputer z danymi i szuka urzędnika, którego zahipnotyzowano i przekazano mu te informacje i teraz nieświadomy wszystkiego jest ostatnim nośnikiem super tajnych informacji. Na to wszystko to byłem przygotowany, ale późniejsze pomysły, które Brazil i jego Kajmany realizują w trakcie akcji ratunkowej, to już naprawdę było głupawe. Końcówka również mnie zniesmaczyła – ganiamy złoli i walczymy o tajne informacje, a ostatecznie okazuje się,
że już powstaje nowsza broń…
Sytuację ratuje Vance, którego styl uwielbiam. Chyba czas kończyć tę serię, bo schodzi na manowce.
Świat mitów: Atena – tutaj, trochę w odróżnieniu od poprzednich tomów nie ma jakiejś zwartej historii, tylko bardziej kilka epizodów, w których wystąpiła Atena. Niektóre z nich w sumie już jakoś były przedstawione w innych mitach. Nie wiem, czy to nie jest znak, że powoli kończą się najciekawsze tematy. Również jeden ze słabszych tomów tego cyklu.
Lester Cockney (tom 3) – tym razem śledzimy dzieciństwo głównego bohatera. Historia rozgrywa się w Irlandii rządzonej przez Anglików. Lester jako sierota i nieślubne dziecko Anglika ma wyjątkowo ciężko w życiu. Doświadcza przemocy rówieśniczej, jak i ze strony dorosłych. Nie jest to przyjemna lektura patrząc pod tym kątem, ale czyta się bez zgrzytania zębami. Natomiast związku z poprzednimi tomami raczej nie ma – poza głównym bohaterem i shortem zamieszczonym na końcu. Oczywiście ważną część opowieści zajmują konie.
Morgana – jest wojowniczką, która właściwie od dzieciństwa jest wplątana w wielką historię walki o władzę, moc i wszystko co się z tym wiąże. W tym świecie istnieją różne artefakty, które kiedyś zostały umyślnie rozproszone po różnych planetach czy też cywilizacjach, bo połączone w jednych rękach miały destrukcyjny wpływ na tę osobę i jej działania. Temat dość ograny. Oczywiście doświadczenia poprzednich pokoleń poszły jak krew w piach i walka o te artefakty trwa w najlepsze. Sojusze mogą się zmieniać, intencje niektórych mogą być odmienne niż się wydaje. A czytelnik jest wrzucony w wir walk, intryg, epickich pojedynków, oblężeń miast / cytadel, pościgów w przestrzeni kosmicznej. Wszystko się dzieje szybko, głośno i z rozmachem, ale jest też miejsce na romanse w tym wszystkim. Graficznie może się podobać, styl myślę pasuje do tematyki. Dla miłośników gatunku.
Życie Kola – autor opowiada historię życia swojego dziadka (właściwie to dziadek jest narratorem), kresowiaka urodzonego tuż przed wybuchem pierwszej WŚ. Śledzimy losy jego przodków, jego dzieciństwo, czasy wielkiego kryzysu lat 30-tych, zawieruchę drugiej WŚ a następnie początki nowego życia na tzw. terenach odzyskanych. Nie będzie tutaj jednak jakiś heroicznych czynów, czy niesamowitych przygód (chociaż z dzisiejszego punktu widzenia dziadek nie wiódł nudnego, spokojnego życia). Bardziej chodzi o poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co sprawiło, że dziadek ostatecznie odsunął się od rodziny. Sam komiks ma formę ilustrowanego pamiętnika – rysunek przedstawia słowa narratora. Takich typowo komiksowych technik jest mniej. Ciekawa i niebanalna pozycja.
Sandman. Teatr tajemnic (tom 2) – tutaj niepokojąco mniej mi siadł ten tom. Są w sumie 3 dłuższe historie z cyklu kto zabija i Annual z krótszą historią. Niby charakter serii się nie zmienia – nadal mamy do czynienia z mrocznym kryminałem, przeplatanym śledzeniem problemów klasy wyższej (gdzie tu dziś pójść się urżnąć?) i strasznie koślawo rodzącym się romansem głównych bohaterów. Jednak zebranie w jednym tomie 3 historii, które powielają ten sam schemat, to trochę kiepski pomysł. Najpierw giną znajomi z bractwa studenckiego, potem giną dyrektorzy korporacji. Trzecia historia troszkę zrywa z tym trendem i trudniej powiązać ze sobą ofiary, ale nie zmienia to pomysłu, że mordercą jest
ktoś znajomy głównych bohaterów.
Rysunek też mnie trochę drażnił. Styl podobny co poprzednio, ale jakoś miałem wrażenie, że więcej było niestaranności. Nie chce mi się szukać, kto rysował jaką historię, ale skoro ja lubię rysunki w tym stylu i narzekam, to coś tu zgrzyta.
Mam nadzieję, że coś się zmieni w kolejnym tomie. W szczególności, że coś przyspieszy między głównymi bohaterami, bo ile można czytać, że ona by chętnie, ale ten ma rano jakieś spotkanie…
Pieskie szczęście – komiks autorki „Czekania”, który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył w ubiegłym roku, więc i tutaj oczekiwania miałem niemałe. Para przygarnia psa. To jest impulsem do przeprowadzki na wieś, gdzie pojawiają się kolejne psiaki. Czas mija na spacerach i odkrywaniu życia sąsiadów tych ludzkich i czworonożnych. Akcja toczy się w Korei Płd i psy mają tam nieco inny status niż u nas – niektórzy je po prostu jedzą. Sam komiks nie jest dość wciągający, bym powiedział że nawet dość monotonny a historia, poza małą nutką egzotyki, nie przykuwa uwagi. Nawet dla posiadacza psa (chociaż mój pies raczej nie choruje, ale w deszczową pogodę też trzeba go wyprowadzić – bo takie problemy mają bohaterowie). W posłowiu autorka wyjaśnia szerzej, co skłoniło ją do napisania tego komiksu. Skoro jakoś sam komiks do mnie o tym nie przemówił, to chyba troszkę czegoś zabrakło. A może w Korei łatwiej wyłapać niektóre detale.
Sam opis komiksu jest trochę mylący. Wynika z niego, że głównym tematem ma być zmiana w życiu, jaką wprowadza pies, ale tak naprawdę bohaterowie dość bezboleśnie sobie z tym poradzili. Szczególnie jak mieli możliwość wyprowadzić się na wieś i zapewnić psiakom trochę miejsca.
Coś zabija dzieciaki (tomy 1-8) – tytuł bardzo dobrze dobrany do zawartości. Tytułowe coś zabija dzieciaki. W ich obronie staje młoda dziewczyna, która jak się później okazuje jest częścią większej organizacji. Dłuższe historie są przeplatane zeszytami z przeszłości dziewczyny i dają więcej informacji o tym, dlaczego to wszystko się dzieje. Z tego, co się zorientowałem, to seria ma status niezakończony. Nie wiem, czy sięgnę po następne. Raczej rzadko czytam te „nowoczesne” komiksy, gdzie akcja pędzi na złamanie karku, a do czytania jest względnie niewiele. Tutaj 2-3 wieczory spędziłem na niezłej zabawie. Mam jeszcze zdaje się spinoffy – House of Slaughter i Book of Slaughter. Tak mi się przynajmniej wydaje, że są jakoś powiązane.
* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło
Nie było takowych
Kupki wstydu właściwie nie mam. Do przeczytania został mi Monster Sized Hellboy - ale to już w sumie czytałem w mniejszych tomach. I jakieś stare Sambre, co to chyba niedokończone jest.
PS1 – najważniejszym wydarzeniem minionego kwartału była niewątpliwie wizyta w siedzibie głównej Studia Lain w Iławie. Zwiedziłem legendarną już piwnicę i pogawędziłem z Kierownikiem. Następnym razem, jak będę w okolicy spróbuję to powtórzyć

PS2 – korzystając z wakacyjnego wolnego czasu spróbowałem wrzucić na ruszt jakieś komiksowe seriale. Wciągnąłem drugi sezon Sandmana i ten podobał mi się mniej niż pierwszy. Morfeusz smęcił niemiłosiernie i pół sezonu przygotowywał się do kopnięcia w kalendarz. Trochę mniej kojarzyłem fabułę – nie wiem, czy to oryginalne pomysły twórców, czy może same komiksy mi się już pozacierały w pamięci. Ogólnie jednak uważam, że próba ekranizacji komiksu była bardzo udana i bawiłem się znakomicie. Pewnie był wysoki próg wejścia i dla osób postronnych tematyka mogła być trochę niezrozumiała.
Później wziąłem się za Locke & Key i tutaj pierwszy sezon zassałem chyba w jeden dzień i wieczór. Aż mi się zachciało odświeżyć komiks. Wiele motywów mi jakoś świtało. Drugi sezon już trochę na siłę dooglądałem, trochę brakowało świeżości. Trzeci poddałem walkowerem w połowie.
Po tych młodzieżowych tematach wziąłem się za The Boys. Jakimś wielkim fanem Ennisa się nie czuję. Jego twórczość ani mnie nie szokuje, ani nie obraża żadnych moich uczuć religijnych. Latające flaki nie czynią z komiksu tematu dla dorosłych. I tutaj w drugim odcinku pomysł zabicia formalnie niezniszczalnego superherosa poprzez umieszczenie mu bomby w d… znaczy odbycie znacząco osłabił mój zapał do dalszego oglądania. Poza tym wpadł mi na dysk komiks, więc chyba spróbuję przeczytać.
PS3 – powoli zacząłem przygodę z komiksem cyfrowym. Kupiłem na humblebundle komiksy Jamesa Tyniona IV, kupiłem tablet do ich czytania. Tu nastąpił mały fakap, bo tablet okazał się wadliwy i musiałem bawić się w reklamacje i wymiany. No ale co się odwlecze to nie ucziecze jak mówili starożytni Słowianie i już pierwsze tytuły wciągam. Pojawiły się też komiksy z Image, ze świata the Boys. Na 11 calach amerykański rozmiar komiksów czyta się bardzo dobrze. Cała strona na ekranie ma wielkość zbliżoną do wersji papierowej. Chwilkę zajmie zanim plik się otworzy, ale później już śmiga (czytam z pdf-ów). Teraz jestem w trakcie Chew, tylko tutaj wydaje mi się, że nie mam ostatniego tomu. Będę się martwił, jak dojdę tak daleko. W drugim tomie nudy nie ma.