Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 215607 razy)

0 użytkowników i 3 Gości przegląda ten wątek.

Offline maxim1987

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #750 dnia: Pt, 20 Czerwiec 2025, 11:58:43 »
Ja się mocno rozczarowałem Deadly Class. Mam wrażenie, ze scenarzysta nie do końca wiedział, o czym ma być ta historia. I im dalej w las - tym mniej to mnie przemawiała, z zastrzeżeniem, że najgorzej oceniam środkową część historii (gdzieś tak od 6 do 10 tomu) a końcówka jest dla mnie nawet-nawet, tak słodko-gorzka.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #751 dnia: Pn, 30 Czerwiec 2025, 09:05:26 »
Drugi kwartał w pigułce. Jestem zadowolony, parę rzeczy udało się przeczytać.

**** Znakomite

Toppi. Kolekcja tom 8 – dwie czy trzy pierwsze historie zabierają nas na wschód (Syberia, tajga tego typu okolice) i do tamtejszych mieszkańców i ich wierzeń w  duchy, diabły itp. Trochę się niepokoiłem, że przejadły mi się te historie. Później pojawiły się opowieści wojenne, z bardzo różnych miejsc i czasów (jest nawet akcja umiejscowiona gdzieś na Lubelszczyźnie) i wtedy już trudno było mi się oderwać. Dostajemy kilka mocnych historii z powtarzającym się, pacyfistycznym przesłaniem. Bohaterami są żołnierze, albo cywile. Czasami wręcz zupełnie nieświadomi, co się właściwie dzieje, ani dlaczego. Rysunkowo, jak zwykle mistrzostwo. Poprzedni tom, jakby mniej mnie urzekł (w porównaniu do całej serii oczywiście, więc nieosiągalnie dla większości innych tytułów), ale tutaj wracamy na szczyty.

Josel, 19 kwietnia 1943 – sięgnąłem po tytuł po rekomendacji w jednym z kanale YT. Autorem jest Joe Kubert, ojciec Adama i Andy’ego – wszyscy są obecni na naszym rynku, głównie w temacie superhero. Pomysł na komiks jest taki, że autor wyobraża sobie, jak mogłoby potoczyć się życie jego i jego rodziny, gdyby w połowie lat 20-tych nie wyemigrowali z Polski. Po wybuchu wojny zostają przewiezieni do Warszawy, do getta. Część ludności jest wywożona do obozów pracy, przy czym nie ma pewności, czym te obozy właściwie są. Dużą część komiksu zajmuje opowieść uciekiniera z Auschwitz. W tytułowym kwietniu 1943 r. dochodzi do walk z okupantem.
Tematyka jest dość ponura, a i to delikatne określenie. Podkreśla to również rysunek, który właściwie jest szkicem poszczególnych scen. Główny bohater nie rozstaje się z ołówkiem i kartką papieru, które służą mu za pamiętnik i całą historię oglądamy właśnie z jego perspektywy. Świetny zabieg. Świetny komiks.

Marzi (tomy 1-2) – również z polecenia z internetów. To komiks dla dziadersów, którzy mówią, że kiedyś to były czasy, a teraz ludziom się w dupach z dobrobytu przewraca. Główną bohaterką i narratorką jest tytułowa Marzi, która opowiada o swoim dzieciństwie w Stalowej Woli w latach 80 i 90. Komiks składa się w zasadzie z wielu epizodów (święta, wakacje, zabawy z rówieśnikami itd.) ułożonych w miarę chronologicznie. Na to wszystko nakładają się niepokoje społeczne, przemiany polityczne i gospodarcze i kulturowe. Wszystko jest opowiadane z perspektywy małego dziecka i w tym tkwi prawdziwa siła tego komiksu. Można się przenieść do tamtych czasów i odkurzyć sobie wiele wspomnień, które już gdzieś zanikały. Pojawiają się takie detale jak gumy Donald i turbo (i oczywiście plotka, że ta druga jest rakotwórcza), wycinanie kodów kreskowych z opakowań z 4 na początku, seriale (Niewolnica Isaura, Miasteczko Twin Peaks), program 997, panika po informacji o katastrofie w Czarnobylu, wyprawy do Pewexu, zastrzyki w dupsko przy każdej chorobie, legendarne już kolejki po wszystko, handel żywnością na czarno. Można wyliczać bardzo długo. Autorka wykonała świetną robotę przypominając sobie te wszystkie tematy. Nieraz zaskakiwało mnie to, że niektóre wspomnienia są tak rozpowszechnione. Widać w czasach niedoboru wszystkiego, każdy miał i przeżywał mniej więcej to samo. Główną różnicą, jaką wtedy dostrzegałem był fakt posiadania samochodu (moi rodzice nie mieli i wszędzie trzeba było pociągiem albo pks-em się tłuc). Ale z komiksu dowiedziałem się, ile trzeba było się natrudzić nieraz, żeby zatankować. Dla dorosłych to chyba były ciężkie czasy. Dla dzieci chyba nienajgorsze (chociaż zachowania rodziców po tylu latach można różnie oceniać). Nie było komórek, ale był śnieg w zimie. Znało się każdego na osiedlu. Całe dnie można było bez nadzoru gdzieś coś kombinować. Wyprawa nad rzekę czy jezioro zastępowało dzisiejsze wakacje za granicą. Ja bym się z obecnymi dziećmi nie zamienił.
Tak jak napisałem – komiks dla starych pierdzieli. Dla młodszych może to być ciekawostka, albo niezrozumiała egzotyka.

*** Dobre

Armie zdobywcy – wydanie kolorowe. Parę krótszych historii i jedna dłuższa osadzone w zamierzchłej przeszłości w krainie bez nazwy. Motywem przewodnim są wojny / podboje realizowane przez wielką armię. Krótsze historie podobały mi się znacznie bardziej od tej długiej. Miały jakiś pomysł, ciekawą fabułę, podkręconą końcówkę. Nie kładły nacisku na mordobicie, raczej skupiały się na innych kwestiach. Dłuższa historia to trochę taki szort, do którego pododawano kolejne elementy i rozciągnięto na kilkadziesiąt stron. Tak jak pozostałe łyknąłem na raz, tak przy tej dłuższej zrobiłem sobie przerwę. Sam autor we wstępie napisał, jak podchodził do tworzenia tych historii – w skrócie, że zaczynając pracę nie miał jeszcze całej przemyślanej historii. I to trochę czuć. Wszystko jednak można wybaczyć patrząc na stronę wizualną. Pod tym względem, to ten komiks jest w absolutnej czołówce, tego co widziałem. Od czasu do czasu są wielkie plansze, a tam miasta, skały, albo setka postaci. Zaryzykuję tezę, że kolor nie zasłonił maestrii (no nie mam porównania, ale chyba nie zniszczono wszystkiego) i dodał trochę nowego wymiaru. Szczególnie sceny pożaru pod koniec albumu i ujęcie tłumu wyglądają wręcz niesamowicie. Kolor został nałożony względnie niedawno i to widać. Nie jest to klasyczny kolor z klasycznych frankofonów. Jest bardziej komputerowy, przez co bardziej spektakularny – nie że lepszy, tylko że miał być bardziej efektowny. Skoro autor to akceptował, to dla mnie ok. Ale pewnie nie wszystkim to siądzie, a część nawet nie spojrzy na tę wersję. Tak jak zazwyczaj nie kupuję różnych wersji tego samego komiksu (wyjątek to DKR i Zabójczy żart w wydaniu Noir), tak tutaj chętnie bym przygarnął również wydanie czarno-białe. Nawet w jeszcze większym formacie. Szkoda, że wydawca nie poszedł w taką stronę.

Wydział 7 (Medium) – tomik ze świata Wydziału 7, ale stojący trochę z boku głównych wydarzeń. Warszawa 68 rok, mieszkańcy padają ofiarami opętania przez duchy zmarłych. A tym całym bałaganem musi zająć się nie nasz Wydział 7, tylko postaci wprowadzone kiedyś wcześniej w tzw. zeszytach specjalnych. I ten numer też jest specjalny – wydany przez Kulturę Gniewu i znacznie grubszy. Mimo zwiększenia liczby stron nadal czas spędzony na lekturze mija błyskawicznie. Nie wiem, co trzeba by zrobić, żeby temu zapobiec. Chyba wydawać więcej!!! Jeszcze tylko wspomnę, że za rysunki odpowiada A. Serkowski – rysownik komiksu Niepamięć absolutna. Ma dość charakterystyczną, grubo ciosaną i ekspresyjną kreskę. Świetnie się sprawdza w opowieści o duchach.

Naznaczony mrokiem – dość krótka (28 plansz) historia o tym, jak zwykły człowiek spróbował uratować swoich przed „złem” (powiedzmy demonem) i w tym celu stał się pomocnikiem głównego antagonisty. Oprócz samego komiksu dostajemy rozbudowane przedmowy i posłowia autora, które w barwny sposób opisują kulisy pracy, która zajęła 10 lat oraz przegląd innych utworów autora. I to jest świetny dodatek, dla kogoś, kto pierwszy raz ma styczność z tym komiksem i autorem. Wcześniej W. Birek kojarzył mi się z tłumaczeniami frankofonów. Jak się zerknie na takiej alei komiksów, to tabela z tytułami, które dla nas przetłumaczył, nie ma końca. Nie wiedziałem zupełnie, że jest (był) tutaj taki potencjał literacki (chociaż dość szybko można się zorientować po dołączonych tekstach, że ciekawe pisanie przychodzi bez trudu) i taka moc w „łapie” – nie tylko w głównej historii, ale również w dołączonych wyrywkach innych komiksów. I aż się chce zapytać, co by było, gdyby te proporcje tłumaczeń i własnej twórczości były inne?

Frank Cappa – zbiór krótszych i dłuższych komiksów z przygodami tytułowego bohatera – dziennikarza, który żadnej wojny się nie boi. Gdzieś pojawia się, że jest korespondentem wojennym i rzeczywiście przemierza świat w poszukiwaniu różnych wojen (Afryka, Ameryka Południowa, Wietnam), ale między nimi ma też i inne zlecenia. A czasami też zajmuje się swoimi sprawami. Niezależnie jednak, w jaką kabałę się właśnie wplątał, czyta się to z dużym zainteresowaniem. Historie nie oszczędzają ani bohatera ani czytelnika (na pierwszej stronie dochodzi do dekapitacji). Napięcie nie schodzi od pierwszej do ostatniej strony. Rysunkowo jest dość klasycznie, głównie w czerni i bieli. Parę historii jest kolorowych. W sumie jedna i druga konwencja sprawdza się bardzo dobrze. Dołączono też sporo dodatków, jak przedmowy, posłowia, szkice, okładki. I to jest porozrzucane po komiksie, przez co na chwilę się zatrzymywałem i oglądałem. Wrzucenie wszystkiego na koniec pewnie byłoby gorszym pomysłem.
W czasie lektury trudno uniknąć porównań ze zbiorem Ernie Pike. I mnie chyba ten poprzedni zestaw bardziej się spodobał. Ale w sumie tylko dlatego, że poszczególne historie kończyły się jakimś zgrabnym morałem czy podsumowaniem. Tutaj tego tak bardzo nie widać. Takie było chyba założenie komiksu, żeby tego nie narzucać, a zakończenia zostawić bardziej niejednoznaczne. Główny bohater jest tutaj trochę więcej niż obserwatorem. Czasami coś w nim pęka i próbuje wpłynąć na bieg wypadków – kogoś uratować, albo zwymyślać. Nie zawsze przynosi to pożądany skutek. Przez to (takie moje wrażenie), że Frank jest trochę zgorzkniały, ale też bardziej ludzki. Może niekoniecznie pasuje słowo antybohater, ale na pewno nie jest to rycerz bez skazy.
Myślę, że będzie w moim Top10 w tym roku.

** Niezłe / można przeczytać

Świat mitów: Midas – chyba najmniej ciekawa część tego cyklu. Sama historia krótka i banalna. W sumie nie wiem, jak udało się z tego zrobić cały album. Nawet posłowie jakby mniej ciekawe i niewiele wnoszące. Rysunkowo, mam wrażenie, że odstaje trochę od poprzednich.

Dylan Dog 666 (2 tom) – domknięcie historii z poprzedniego tomu i zajawka kolejnej afery. Nie czytałem nigdy wcześniejszych komiksów z tym bohaterem, więc nie mam porównania. Podejrzewam jednak, że takie jego nowe wcielenie raczej nie siądzie znawcom tematu. Nawet mnie jako nowicjuszowi ten Dylan wydaje się lekko głupkowaty. Rzuca co chwila tematami z filmów, często ma ciętą, cyniczną ripostę. No chce być cool, ale to nie zawsze wychodzi. Myślę jednak, że spróbuję zerknąć do kolejnego tomu, że jest potencjał na niezłe historie. Jest przyciągający oko rysunek.

Excalibur kroniki – gruby integral w powiększonym formacie. Na granicy wygodnego czytania, bo oczywiście swoje też waży. A w środku epicka historia rozgrywająca się niedługo po wycofaniu się Rzymian z wysp brytyjskich i nawiązująca (a może wręcz adaptująca – bo jakoś specjalnie nie znam tych tematów) do legend. Są więc takie postaci jak Merlin, Artur i Lancelot (chociaż historia rozgrywa się przed tym całym okrągłym stołem). Jest też tytułowy Excalibur, który wbity w skałę czeka na króla, który będzie godzien go wyciągnąć, zjednoczyć wszystkich i poprowadzić ku światłej przyszłości. Na tym tle rozgrywa się również zderzenie dwóch światów – starego systemu wierzeń (wróżki, boginie, demony i jakieś dziwne stworki) i nowej, chrześcijańskiej religii. Oczywiście ta druga wizja jest tą złą, która zdobywa zwolenników podstępem, groźbą, albo wręcz mordem (wtedy to raczej nie zdobycie, a eliminacja konkurencji). Dość wyraźny jest też wątek feministyczny – w starym porządku kobiety z Avalonu (mitycznej, ale też realnej w komiksie wyspy władanej przez boginie) wychodziły za królów i w ten sposób podtrzymywały swoisty sojusz i wpływ sił nadnaturalnych na świat zwykłych śmiertelników. Nowe siły starają się zburzyć ten układ.
W komiksie na tych niemal 300 stronach dzieje się naprawdę dużo. Jedne wątki się kończą szybko, inne ciągną się i gmatwają przez kilka albumów, niektóre wracają co jakiś czas. Jest mnóstwo bohaterów, wielu z nich nie doczeka końca (nawet nie to, że komiksu, ale następnych 10 stron). Trup pada gęsto. Ale mimo to czytelnik się specjalnie nie gubi. Co prawda nie czytam z jakąś ambicją wyszukiwania błędów logicznych czy dziur w scenariuszu. Przyjmuję zasady panujące w komiksie: ten potrafi zamienić się w kruka, a ten w jelenia, ci zmienią sojusz szybko, tamci okażą się szlachetni do samego końca, jednego demon potrafi omotać, innemu niemal się podda itd. Postaci są dość jasno zarysowane, ich cele / ambicje również szybko poznajemy. Komiks czyta się bardzo sprawnie, nie jest przegadany i też nie trzeba się domyślać, kto kogo właśnie pozbawił głowy i dlaczego. Może trochę zabrakło mi w tym wszystkim jakiegoś jednego głównego bohatera, któremu można by kibicować. Najwięcej czasu ma Merlin, ale to nie jest taki typ, który wzbudza większe emocje. Raczej pociąga za sznurki niż sam nadstawia karku. No może nie w 100%, ale co do zasady działa na trochę innym poziomie niż zwykli śmiertelnicy. Artur ma epizodyczną rolę. Wnuczka Merlina jest chyba główną kandydatką na najciekawszą postać, ale tutaj przydałaby się kontynuacja komiksu. No i taką bym chętnie poznał, chociaż widmo Artura i tak by nad tą kontynuacją wisiało.

Zesłańcy – komiks niby znałem, ale tak naprawdę poza pierwszymi kadrami to niewiele pamiętałem. Nie ma co się oszukiwać – sposób prowadzenia akcji zupełnie z innej epoki. Można by rzec, że to bardziej ilustrowana książka, niż komiks. Często między kadrami jest bardzo duży upływ czasu. No tak to kiedyś się robiło. Komiks i tak kupiony, żeby sobie przypomnieć stare dobre czasy i ten cel został spełniony. Trochę się zdziwiłem małym rozmiarem komiksu. Miałem wrażenie, że kiedyś miał rozmiar A4, albo zbliżony. Po przeczytaniu można powiedzieć, że to nie ma znaczenia. Kadry są i tak dość duże, litery również. Jest o tym nawet coś wspomniane w posłowie. Trafia na półkę z innymi PRL-owskimi klasykami (chociaż chyba wydany już po przemianach).

Thorgal Saga (Szron i ogień) – trochę taka generyczna opowieść ze świata Thorgala. Wraca do rodziny (nie bardzo wiadomo skąd, bo jakoś nie potrafię umiejscowić akcji tego albumu; na pewno ma już dwójkę dzieci) i nagle jakiś sztorm / czar przerzuca go w inny świat, gdzie (wait for it) zostaje wysłany na niebezpieczną misję, bo inaczej nie będzie mógł wrócić do żony i dzieci. Powiedzieć, że ograny motyw to nic nie powiedzieć. Trochę sytuację poprawiają małe mrugnięcia okiem do czytelnika, bo akcja zaczepia o znane miejsce i też wprowadza na końcu lekkie zakłopotanie. To jednak bez ciągu dalszego pozostaje tylko ciekawostką bez konsekwencji. Rysunkowo jest poprawnie co najwyżej, chociaż kraina ognia zrobiona jest z rozmachem. Ostatecznie pozostaje wrażenie, że album można przeczytać jako przygodówkę ze znanym bohaterem, ale raczej szybko zatrze się w pamięci.

Kililana song – opowieść o życiu na wschodnim wybrzeżu Afryki (zdaje się Kenii) i okolicznych wyspach. Lokalsi zajmują się swoimi sprawami, plączą się turyści, są jakieś obiboki, które w sumie nie wiadomo czym się zajmują, są cwaniaki, przemytnicy, biznesmeni próbujący rozkręcić turystykę. I w sumie przez pół komiksu przeskakujemy z jednej scenki na drugą nie wiedząc, który wątek okaże się kluczowym, czy najciekawszym. W drugiej części zaczyna się klarować główna (a może główniejsza) historia, bo poboczne wątki nadal się toczą właściwie bez większego związku ze sobą. I to w sumie mój główny „zarzut” do tego komiksu, że ta mozaika rozmydla wszystko, co można by dla siebie wyciągnąć. Czasami taki zabieg przynosi fajne rezultaty, gdy każdy kolejny iksiński ma ciekawą swoją historię, czy chociaż dodaje jakiś niuans, żeby lepiej oddać złożoną rzeczywistość dzisiejszego świata i zderzenia różnych kultur, poglądów, czy procesów. Tutaj połowa bohaterów nie dość, że nic nie wnosi do głównej historii, to sama w sobie też niczym nie zaciekawia. Dodając do tego naiwne zakończenie, to niestety (bo liczyłem na więcej) musze zaliczyć ten komiks jako rozczarowanie. Natomiast od strony wizualnej, czy redakcyjnej to przyczepić się nie można. Wielkie tomiszcze, ładnie wydane z charakterystyczną kreską, która może się podobać.

Matteo – tytułowy bohater, Hiszpan mieszkający po francuskiej stronie Pirenejów, ma w genach potrzebę angażowania się w różne historyczne awantury. Za każdym razem, jak usłyszy słowo rewolucja, to rzuca wszystko i jedzie walczyć z dotychczasowym porządkiem świata. Akcja komiksu toczy się w burzliwych latach między I a II wojną światową, to kilka miejsc w Europie odwiedzi. Komiks to prawdziwa cegła – ponad 400 stron bardzo sprawnie napisanej historii. Naprawdę czyta się to płynnie. Akcja posuwa się do przodu. Są przestoje, ale wtedy rozwijają się wątki osobiste. Co jakiś czas pojawiają się nowi bohaterowie drugiego planu, zmieniają się krajobrazy. Rysunkowo jest bardzo przyjemnie. Bardzo fajnie pokolorowano ten komiks. Jednak miałem trochę większe oczekiwania wobec tego tytułu. Ta techniczna sprawność nie zakrywa pewnych niedociągnięć scenariuszowych. Zabrakło mi trochę emocji w tym komiksie. Główny bohater jest pionkiem w wielkiej historii Europy. Nie odgrywa żadnej istotnej roli. Jego życie składa się z epizodycznych zrywów (walczy w różnych wojnach, rewolucjach), ukrywaniu się przed władzami z różnych powodów i pobytów w więzieniu. Jego życie osobiste to garstka znajomych i starzejąca się matka. Jego losy, mimo że niewątpliwie burzliwe nie wciągają czytelnika tak, jak mogłyby. Jakoś nie budzi specjalnych emocji. Kibicuje się mu, ale też niełatwo zrozumieć jego decyzje, czy wybory. Niby nie chce walczyć w wojnie za Francję, ale później się zaciąga. Jedzie do Rosji, by tam walczyć w rewolucji, ale też nie ze wszystkimi mu tam po drodze. I tak parę razy podejmuje impulsywnie decyzje, które pchną go gdzieś indziej. Dopiero na koniec wątek rodzinny się bardziej uwypukli i motywacje Matteo staną jaśniejsze. 

* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Diabeł o mojej twarzy – nowe wydawnictwo, poprzednie dwie pozycje nawet przyjemne, to dorzuciłem i ten komiks do zamówienia. Trochę jakbym pozwolił Netflixowi wybrać film na wieczór. Z trudem doczytałem do końca, a to nie jest obszerny tytuł i można go spokojnie wciągnąć za jednym razem. Diabły, księża, egzorcyzmy to nie moje klimaty, chociaż kilka filmów widziałem i mi się wtedy podobały. Tutaj natomiast akcja zatacza coraz większe kręgi i makabra wciąga kolejne osoby, aż robi się z tego zwykła rąbanka. O rysunkach też nic specjalnego nie mogę powiedzieć. Poprawne, co najwyżej, ale twarze takie sobie.

Yragaël - Urm szalony – skusiłem się wyłącznie z powodu rysunków Druilleta. I tutaj się oczywiście nie zawiodłem. Ogromne plansze, mnóstwo elementów, orgia kolorów. Trzeba było machać komiksem w różne strony. Tutaj pełna satysfakcja. Natomiast historia była dla mnie zupełnie nieintuicyjna, trudna w śledzeniu. Bohater toczył jakieś wojny, później jego syn kontynuował dzieło. Ale z kim i o co walczył? Dlaczego? Jaki miał pomysł na zwycięstwo? Oprócz własnej woli, oczywiście? No nie była to zupełnie moja bajka. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że sam scenariusz był tylko pretekstem, żeby porysować jakieś gigantyczne konstrukcje, ganiające się i walczące stwory. Twórcy mieli dilera, którego towar powodował jakieś takie odjechane wizje (grzybki?). Mój ma asortyment rozweselający i chyba stąd ten ostateczny niezbyt udany wieczór z tym komiksem. Myślę jednak, że zostawię na półce, jako ciekawostkę. Trochę większy format niż poprzednie komiksy Druilleta.

Wczoraj wziąłem w ręce wydanie zbiorcze Żbika. To mój pierwszy kontakt z tą serią (serio). Na półce jeszcze ostatni tomik z przygodami Julii, Kroniki ze Stambułu, XIII (a zaraz wyjdzie czwarty tom).
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline Takesh

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #752 dnia: Pn, 30 Czerwiec 2025, 13:34:27 »
Josef. Czytałem to jakoś nowość dawno temu. Wtedy strasznie mnie zmęczył, jakoś nieciekawie dla mnie był prowadzony. I nie doczytałem. Jeden z kilku w moim życiu takich przypadków. Ale od kilku lat wspominam go jednak i myślę o ponownym przeczytaniu. Muszę to wreszcie zrobić....

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #753 dnia: Pn, 28 Lipiec 2025, 23:05:37 »
Czerwiec

Martian Manhunter vol.3 nr 25
- możliwość przyswajania sukcesywnie rozbudowywanej mitologii protagonisty tej serii to radość w najczystszej postaci. Zwłaszcza, gdy przejawia się sentyment do wątków paleoastronautycznych. A takich tu nie brakuje. Stąd niniejszy epizod to bardzo obiecujące otwarcie kolejnej, rozbudowanej fabuły, której podsumowanie może mieć znaczący wpływ na zrozumienie mechaniki rzeczywistości uniwersum DC. Do tego wkomponowanej w jej ramy niejako na uboczu, dyskretnie i po cichu. Znów się powtórzę, ale Tom Mandrake niezmiennie przejawia wyśmienitą wręcz formę.

Thor t.3
- nie da się ukryć, że Donny Cates zdołał zaproponować spójną, sensowną i rozbudowaną interpretacje losów Gromowładnego. Kłopot w tym, że miał pecha przejąć wspomnianą postać bezpośrednio po jednym z najlepszych okresów w dziejach Thora. Dlatego czytelnikom pomnym dokonań Jasona Aarona (scenarzysty przywołanego stażu) niniejsze mogły wydać się znacząco mniej błyskotliwe. Niemniej dla wielbicieli mitologii nordyckiej w marvelowskim przetworzeniu, zarówno ten zbiór, jak i oba go poprzedzające (plus ,,Hulk kontra Thor: Sztandar wojny”), spokojnie ma szanse okazać się wartą rozpoznania sagą, uzupełniającą dzieje jednej z czołowych osobowości Domu Pomysłów.
 
Marvel Origins t.63: X-Men 5 - nowy zespół twórczy - Roy Thomas i Werner Roth - ewidentnie okrzepł i nawet jeśli ich prace ustępują nieco duetowi Lee/Kirby, to jednak seria rozwija się w przekonującym kierunku, a jej ówczesny scenarzysta dołożył starań, by poszerzyć zasób aktywnych na jej stronicach osobowości.
 
Sleepwalker nr 26 - inwazja pobratymców Sleepwalkera wkracza w fazę decydującą, a tymczasem nowojorskich herosów jak na lekarstwo... Oczywiście do czasu... Stąd póki co inicjatywa należy do tytułowego bohatera tej serii, który znalazł się w nielichych problemach...
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.100. Nieskończony Kryzys: Wojna Rannu z Thanagarem
- kolejny przykład na rozpisaną z polotem i rozmachem fabułę, w której idealnie odnaleźli się herosi tzw. trzeciego szeregu. Bo do takich wypada zaliczyć ,,Bucka Rogersa” uniwersum DC w osobie Adama Strange’a, Kapitana Komete, a w gruncie rzeczy także Hawkmana i Hawkgirl. A jednak z tego wcześniej nie szczególnie znanego mu zasobu Dave Gibbons (scenarzysta tej opowieść) zdołał ,,ulepić” emocjonujący epos SF o zmaganiach dwóch kosmicznych cywilizacji, z licznymi odniesieniami do klasycznych opowieści z takich magazynów jak ,,Strange Adventures” i ,,Mystery in Space”. Rzecz na miarę ,,Wojny z Korpusem Sinestro”, a przy tym godne preludium do ,,Nieskończonego Kryzysu”. Plus staranne, dopieszczone wręcz rysunki.

Martian Manhunter vol.3 nr 26 - niniejszy epizod co prawda ustępuje nieco jakością poprzednim, ale tylko dlatego, że były to wyjątkowo udane fabuły. Zresztą ta opowieść również zawiera w sobie mocny ładunek dramaturgiczny, tyle że jest typowym ,,ogniwem pośrednim” pomiędzy początkiem, a końcem rozbudowanej historii.

Sleepwalker nr 27
- nie bez wysiłku inwazja pobratymców Sleepwalkera zostaje zażegnana. Przy czym nie obyło się bez ,,ciężkiej artylerii”, tj. Avangers w składzie ze znanej również u nas opowieści ,,Ex Post Facto”. Jak zwykle nie zabrakło fabularnych ,,podkręceń” oraz wydarzenia znacząco reorientującego serie. Znać tym samym, że jej scenarzysta nie ustawał w wysiłkach by stosownie ją dynamizować. Martian Manhunter vol.3 nr 27 - pewne sprawy, które umownie można określić jako dziedzictwo starożytnego Marsa wymagają uporządkowania. Jak przystało na skrupulatnego J’onna, nie zamierza on migać się od tego wyzwania. Nie będzie ono jednak łatwe do rozegrania. Zadbał o to scenarzysta tej serii, po raz kolejny wykazując się jako wprawny twórca fabuł łączących akcje z prezentacją głębi psychologicznej uczestniczących w nich postaci.

Kapitan Żbik: „St. Marie” wychodzi w morze… – za młodu ten epizod nieszczególnie mnie poruszył, a w gruncie rzeczy wręcz jakby nieco znużył. Jednak na tle poprzedniej fabuły (tj. rozpisanej na trzy odcinki eskapady świeżo awansowanego kapitana Michała po nieco bardziej dostatnich Demoludach) początek niniejszej jawi się całkiem zachęcająco. Przy okazji po raz kolejny daje o sobie znać typowa dla PRL-u nieufność wobec inicjatywy prywatnej (vide bazarowa handlarka) oraz skłonność służb siłowych tegoż przedziwnego tworu politycznego do prewencyjnego zastraszania przedstawicieli tej sfery aktywności (właścicielka pensjonatu w Karpaczu). Z współczesnej perspektywy to na swój sposób zabawne, ale uczciwie przyznać trzeba, że ówczesnym prywaciarzom zapewne do śmiechu nie było. Z przyjemniejszych zjawisk znana z wcześniejszej odsłony serii pani kustosz Krystyna z placówki muzealnej w Waśniewicach doczekała się wizerunku na miarę jednej z najpopularniejszych gwiazd amerykańskiej telewizji przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku. W końcu niech i major Żbik ma coś też od życia w podzięce za poskramianie waluciarzy, gitowców i kidnaperów.

Bohaterowie i Złoczyńcy t.101. Batman: Wszechświat
– nie najlepsze wspomnienia z wcześniej rozpoznanych realizacji Briana M. Bendisa, powstałych na zlecenie DC Comics, sprawiły że do tej propozycji wydawniczej podchodziłem bez choćby śladowego entuzjazmu. Tymczasem rzecz okazała się satysfakcjonującą w odbiorze przygodówką, wzbudzającą skojarzenia z takimi opowieściami jak wędrówka Supermana poprzez czas i przestrzeń w pamiętnej „Time and Time Again!” tudzież wyrosłymi z wydarzenia „Armageddon 2001” mini-seriami „Armageddon: The Alien Agenda” i „Armageddon: Inferno”. Osobiście jestem bardzo na tak jeśli chodzi o tego typu motyw i stąd także tym razem miałem sporo radochy z podążania tropem ciskanego ku licznym światom i epokom protagonisty. Ponadto jako pretekst na swoisty przegląd uniwersum DC z myślą o czytelniku nieświadomym ogromu potencjału tej popkulturowej przestrzeni (a do tej grupy odbiorców skierowany był ten tytuł w pierwszym rzędzie) rzecz spełnia swoją rolę nadspodziewanie dobrze. Całości dobrych odczuć z lektury tego tomu dopełnia radująca oko warstwa plastyczna, której twórca, Nick Derington, w swoim czasie rozgrzał serca i umysły czytelników serii „Doom Patrol vol.6”. Unikalna wrażliwość przemnożona przez talent i bezbłędny warsztat twórczy. Krótko pisząc takich realizacji nigdy za wiele.

Sleepwalker nr 28 - wprowadzenie nowego adwersarza na pewno było dobrym pomysłem; uczyniono to jednak na tyle sztampowo, że pod względem ekspresji porównywalny z Venomem Psyko nie porywa i nie emocjonuje. Teoretycznie dzieje się to sporo, ale w takiej właśnie formule, że nie sposób na poważnie zaangażować się w problemy, z którymi borykają się obaj bohaterowie tej serii. Stąd ogólnie udany ,,rozrywkowiec” jakby przepoczwarzył się w typowy ,,produkcyjniak” tamtych czasów.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 28 - tym razem J’onn J’onnz zostaje ciśnięty ku sferze nadprzyrodzonej i wiążącymi się z nią niedogodnościami. I chociaż nie jest to jego specjalność, to jednak dzięki kooperowaniu z wyspecjalizowanymi w tym kontekście meta-istotami (w tym m.in. Ragmanem i Zatanną) zyskuje szansę na wyjście z tej sytuacji względnie bez szwanku. Przy czym będzie można się o tym upewnić dopiero po lekturze kolejnego epizodu tej z pomysłem prowadzonej serii.
 
Sleepwalker nr 29
- co tak naprawdę stało się z Rickiem i jak powstrzymać szarżującego Psyko to pytania, które zdominowały tę odsłonę niniejszej serii. Całość uzupełniono wizytą jeszcze jednej osobowości. Jest zatem energetycznie, czyli zgodnie z wytycznymi ówczesnego ,,rednacza” Marvela w osobie Toma deFalco. Kto tego typu opowieści lubi, ten się także tą nie zawiedzie.

Martian Manhunter vol.3 nr 29 - początek kolejnej, rozpisanej na kilka epizodów opowieści zapowiada się obiecująco. Sfera kryminalna przenika się z paranormalną, co być może przejawi się jeszcze jednym, przekonującym uzupełnieniem biografii J'onna. Równocześnie brawa dla Toma Mandrake’a, sprawnie podsycającego przesycony mrokiem nastrój tej serii.

Offline Tomczi

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #754 dnia: Cz, 21 Sierpień 2025, 10:17:25 »
Przeczytałem wszystkie trzy zeszyty Postapoland które do tej pory wyszły. To wydany zagraniczne przez Hollow Press komiks undergroundowy Bartosza Zaskórskiego. To bez zwątpienia specyficzny komiks pod wąską grupę odbiorców: po pierwsze dlatego że przedstawia masę różnej maści "body horror"-ów które nie omijają nawet genitaliów, a istot i obiektów "nieożywienych" (w świecie Postapoland ciężko stwierdzić czy jest cokolwiek co jest materią nieożywioną) groteskowo pomutowanych jest jakby tak sumarycznie zliczyć przytłaczająco więcej niż "normalnych". Wiele razy czytelnik ma wrażenie "na co ja w ogóle patrzę". Po drugie fabuła i swiatotworzenie mają podrzędne znaczenie względem festiwalu artystycznej kreatywności Zaskórskiego. Jakieś tam są i nawet, moim zdaniem, działają w kontekście całości ale Postapoland to komiksy czytane głównie dla artu. Zaskórski czerpie inspirację z wielu źródeł, między innymi H.R. Geigera, a kilka stron nawet przywodzi na myśl Hieronima Boscha (tu wadą Postapoland jest to że nie ma ich więcej :D) Wiele komiksów "podziemnych" ma styl artystyczny mocno uproszczony i średnio mi podchodzący, Postapoland jednak świetnie balansuje złożoność kreski z własnym oryginalnym stylem. Osobiście radziłbym przeczytać je wszystkie trzy bez większych odstępów czasowych, sumarycznie nie są na tyle długie żeby nastąpiło zmęczenie materiału..

Jak dla mnie - Postapoland to coś pięknego, pomimo bycia jako świat czymś tak brzydkim, szokującym i rakotwórczo przeprośniętym. To festiwal nieskrępowanej, narkotycznej (oczywiście nie zarzucam autorowi używania jakichkolwiek substancji...) i monstrualnej twórczości artysty komiksowego o bardzo dobrej kresce. Nie będę wrzucał zdjęć ze środka czy nawet okładek żeby popsuć komuś posiłek (zresztą forum nie jest 18+...) ale Jeśli ktoś lubi to co obrzydliwe i pomysłowe niech nawet się nie zastanawia i kupuje. Bartosz skomponował również świetny album https://youtu.be/QcZWKqH1s-g?si=6L3WrGn7h6YjAJdA muzyki elektronicznej pod lekturę Postapoland. Największe wrażenie zrobił na mnie pierwszy zeszyt "Postapoland" ale dwa pozostałe również polecam.
« Ostatnia zmiana: Cz, 21 Sierpień 2025, 10:23:16 wysłana przez Tomczi »
Tylko koszerne komiksy ;)
Fan weird fiction, hard sci-fi i surrealizmu po polsku i angielsku
"Chciałbym umić włoski coby więcej Dylana Doga poczytać"

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #755 dnia: Cz, 21 Sierpień 2025, 23:45:20 »
Lipiec

Marvel Origins t. 65: Fantastyczna Czwórka 14
– wydawało się, że po ponad połowie setki epizodów, kilku wydaniach specjalnych i licznych występach gościnnych zasób konceptów na przygody Pierwszej Rodziny Marvela ulegnie wyczerpaniu. Przynajmniej na etapie niniejszego tomu z niczym takim nie mamy do czynienia. Wyobraźnia obu panów autorów ewidentnie wciąż buzowała i tym samym pomysł gonił pomysł. Także w wymiarze plastycznym, bo również tutaj nie zabrakło wizualnych klejnocików. Oby trwało to jak najdłużej, a ja już wypatruję zapowiedzi kolejnego tomu z Fantastyczną Czwórką.

Superbohaterowie i Złoczyńcy t.102. Supergirl: Kobieta Jutra
- kolejna realizacja Toma Kinga i kolejne rozczarowanie. Niby znać chęć do wytworzenia pogłębionej opowieści z sensowną refleksją jako jej konkluzją; a jednak znów ów zamiar przejawił się fabularną pustką z której niewiele wynika. Jeśli ta realizacja ma posłużyć za materiał wyjściowy do filmowej adaptacji to scenarzyści planowanego projektu będą zmuszeni tęgo się napracować. Jedyny plus tej propozycji wydawniczej to jej dosycona wrażeniowością warstwa plastyczna.
 
Sleepwalker nr 30
- po długaśnych, na gęsto obsadzonych fabułach (w czym zresztą nie ma nic złego) tym razem mamy do czynienia z historią jakby kryminalną, opowiedzianą od początku do końca. Całkiem zresztą sprawnie, a przy tym z uwzględnieniem sfery nadprzyrodzonej. Do tego przytrafiła się jedna z najlepszych okładek tej serii.

Martian Manhunter nr 30 - kolejny dowód na to, że na J’onna nie ma mocnych i biada temu, kto podejmie się rzucić mu wyzwanie. Epizod może nie szczególnie porywający, ale o wypaleniu scenarzysty wciąż nie może być mowy.

Kapitan Żbik: Nieodebrany telegram – w zestawieniu z poprzednią odsłoną serii (i równocześnie opowieścią inicjującą ciąg fabularny kontynuowany w niniejszej) ogólna jakość opowieści ulega poprawie. Owszem, to nadal „krupkowy przegadaniec”, ale też taka była poetyka tego przedsięwzięcia. Niemniej swoje robi już tylko sekwencja otwarcia, za której sprawą jest okazja do dyskretnego podglądnięcia kulisów życia osobistego „Supermana z MO” (swoją drogą miło, że takowe w ogóle posiadał). Mnogości zawiłości intrygi wiodącej towarzyszy lepsze niż poprzednie tempo jej prezentacji. Ponadto część kadrów rozrysowano z uwzględnieniem ich pogłębionej przestrzenności. Ogólnie zatem jest zachęcająco i tym chętniej czekam na kontynuacje tej „kabały”; zwłaszcza że „Ślady w lesie” to jeden z nielicznych epizodów niniejszej serii, których w tzw. zamierzchłych eonach, nie miałem okazji rozpoznać.
 
Daredevil t.2 – wygląda na to, że Chip Zdarsky najwyraźniej uchwycił właściwe tempo dla powierzonego mu tytułu. Na etapie niniejszego zbioru nawet hamletyzujący Matt wypada więcej niż poprawnie. Sprawy w Nowym Jorku dalekie są od uporządkowanych, co tylko podsyca nie wolną od znamion napięcia dramaturgie tego zbioru. Plus sporo gościnnych występów i udana, niekiedy imitująca styl nieodżałowanego Norma Breyfogle’a, warstwa plastyczna.

Sleepwalker nr 31 - w czasie gdy ,,martwy” Rick przemierza kompletnie nieznane mu sfery, Sleepy zmuszony jest ponownie skonfrontować się z dobrze mu już znaną Spectrą. Tym razem na tle domniemanych ofiar jego aktywności. Jak na serię, która w szybkim tempie zbliża się do swojego finału przyznać trzeba, że ma się ona nieźle. Także w kontekście starannie wykonanej warstwy plastycznej.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 31 – to co od pierwszego momentu ciska się w oczy, to odmienność stylistyczna warstwy plastycznej tego epizodu. Co prawda na pokładzie tego projektu niezmiennie bezcenny Tom Mandrake; tym jednak razem ograniczył charakterystyczne dlań światłocienie, a miast tego skupił się na operowaniu precyzyjną kreską. Efekt okazał się bardzo udany, aczkolwiek ustępujący jak dla mnie optymalnej dla tego artysty manierze. Niemniej była to wizualnie interesująca odskocznia i stąd ciekaw jestem czy rzeczony będzie tę reorientacje kontynuował w kolejnych epizodach. Fabularnie doprowadzono do uporządkowania sytuacji w kontekście ziemskich ,,przykrywek” J’onna. Do tego przy udziale niejakiego Kanto, jednego z rębajłów Darkseida, co dodatkowo „podkręca” dramaturgie tego epizodu.

Marvel Origins t.66: Daredevil 6 – i znów pod względem dramaturgicznego rozgrywania planszy Gene Colan radzi sobie wprost wyśmienicie i jak na tamte czasy wręcz nowatorsko. Stąd kumulacja dynamicznych ujęć kompensuje chwilowe kręcenie się w kółko szanownego pana scenarzysty, który chyba sam nie do końca zadowolony był z wprowadzonego przezeń konceptu nad wyraz rozrywkowego brata bliźniaka tytułowego bohatera. Eksperyment z kosmitami również okazał się niekoniecznie trafnym pomysłem. Ogólnie jednak seria nadal tętni żywiołowością i buzującym napięciem na tle miłosnego trójkąta Karen-Foggy-Matt.
 
Sleepwalker nr 32 - tradycyjne dla tej serii dosycenie w mnogość wydarzeń zostaje zachowane; cieszą również starannie wykonane rysunki w wykonaniu Kelly’ego Krantza, który w toku pracy nad tą serią ewidentnie rozwinął twórcze ,,skrzydła”. Nie zabrakło również wyrazistego oponenta (Psyko), a także gościnnego występu (Spider-Man). A jednak wszystko to nie wystarczyło, by to w wymiarze rozrywkowym wartościowe przedsięwzięcie utrzymać na ówczesnym rynku. Stąd następny epizod będzie niestety ostatnim. Już teraz żałuję.

Bohaterowie i Złoczyńcy t. 103: Joker - rzecz wiekowa, a jednak momentami nadspodziewanie świeża. Denny O’Neill był ewidentnie jeden z najlepszych fachowców w swojej klasie. Choćby z racji reorientowania mitologii Batmana w kierunkach, które na szczęście również obecnie bywają jeszcze uwzględniane. Zresztą już tylko okoliczność pionierskości tej serii (pierwszy solowy tytuł z udziałem superłotra) to warta rozpoznania ciekawostka sama w sobie.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 32 - kolejne relikty pobytu Marsjan na starożytnej Ziemi wymuszają na J’onnie jeszcze jedną w tym kontekście ingerencje. John Ostrander nie omieszkał przy tej okazji odsłonić kolejnych rewelacji z zamierzchłej przeszłości Czerwonej Planety. Na tym tle tytułowy bohater w jeszcze większym stopniu docenia swoją ziemską ,,przystań”. Ja zaś po raz ,,enty” doceniam plastyczny kunszt Toma Mandrake’a, w tym także zjawiskową jak dla mnie okładkę tego epizodu.
 
Sleepwalker nr 33 - okoliczność, że w natłoku bijących wówczas rekordy sprzedażowe tytułów z udziałem mutantów oraz Przyjaciela z Sąsiedztwa „Sleepwalker” utrzymał się na rynku ponad dwa i pół roku samo w sobie jawi się w kategorii godnego uznania zjawiska. Nikomu wcześniej nieznana indywidualność o wizerunku bardziej łotra niż klasycznie pojmowanego herosa potrafiła jednak zaintrygować. Powodów ku temu było kilka, wśród których szczególnie istotnym (przynajmniej dla mnie) był udział operującego ekspresyjnym zacięciem rysownika Breta Blevinsa. Opuszczenie przezeń tej ,,barki” (bo na tle ówczesnej oferty Marvela raczej trudno byłoby określić niniejszy tytuł mianem ,,okrętu”) okazało się dotkliwe, niemniej jego następca-Kelly Krantz-dwoił się i troił, by odbiorcom tej serii od wizualnej dynamiki wprost mieniło się przed oczami. Przy czym rzeczony plastyk szybko się rozwijał, a w pochodnej jego pracy znać było i talent i ciężką pracę. Dotyczy to zwłaszcza niniejszego epizodu, konkludującego sagę przybysza z równoległej rzeczywistości. Nie był to głaz milowy w dziejach superbohaterskiej konwencji, ale też nie tym to przedsięwzięcie miało być. Jako tzw. rozrywkowiec rzecz sprawdziła się w całej swojej rozciągłości. Stąd szkoda, że cała ta przygoda nie potrwała chociaż trochę dłużej. 
 
Martian Manhunter vol.3 nr 33 - początek kolejnej, rozbudowanej retrospekcji z przeszłości J’onna, która już na tym etapie bardzo cieszy. Wszystkie bowiem poprzednie fabuły w tej formule okazywały się jednymi z bardziej udanych momentów tej serii. Przynajmniej na podstawie tego epizodu można pokusić się o przypuszczenie, że tak się sprawy będą miały także tym razem. Wskazują na to odniesienia do brata bliźniaka tytułowego bohatera oraz konfrontacja ze szczególnie groźną kosmiczną rasą. Przy czym w roli rysownika tego epizodu odnalazł się znany u nas z ,,Batmana” (nr 3/1991) Eduardo Baretto. Do tego w bardzo dobrym stylu.

Offline Takesh

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #756 dnia: Pt, 22 Sierpień 2025, 08:53:49 »
Ciągle mnie zachęcasz do sięgnięcia po te stare zeszytowki... :P

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #757 dnia: Pt, 22 Sierpień 2025, 14:14:54 »
Bardzo mi miło : 8) Ja się już raczej od nich nie uwolnię, bo jestem uzależniony :)

Offline Takesh

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #758 dnia: Pt, 22 Sierpień 2025, 14:48:39 »
Ja też... Mam ich sporo na kupce wstydu, a tu kolejne starocie ciągle wpadają....

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #759 dnia: Pn, 01 Wrzesień 2025, 23:23:41 »
Sierpień
 
Marvel Origins t.67: Hulk 5 - debiut jednego z najbardziej zajadłych adwersarzy Hulka w osobie Abominacji to nie jedyny przełom dla tej serii, zawarty w niniejszym zbiorze. Debiutuje tu bowiem w swoich przy niej aktywności również dwoje wyjątkowych plastyków: Marie Severin i Herb Trimpe. Bez nich zaś nie sposób wyobrazić sobie dziejów rozwoju perypetii Zielonego Goliata. Plus udany występ Gila Kane’a, który wówczas ewakuował się pod ,,skrzydła” Marvela po bardzo owocnej współpracy z National Comics (współczesnym DC Comics). Nie ukrywam, że życzyłbym sobie częstszych prezentacji przygód Hulka, bo po ich właściwym zdefiniowaniu przez Steve’a Ditko, z każdym kolejnym zbiorem zyskują one na ogólnej dramaturgii.

Justice League: The Atom Project nr 1 - cieszę się, że pomimo nieporównywalnie mniejszego zainteresowania komiksami superbohaterkimi niż w czasach, gdy w ofercie DC Comics przez kilka lat znajdował się solowy tytuł z udziałem Kapitana Atoma (seria z lat 1986-1991) włodarze tego wydawnictwa nie mówią ,,nie” projektom z udziałem tej postaci. Co prawda rzadko, niemniej pierwsza odsłona niniejszej mini-serii cieszy i napawa ostrożną nadzieją na przybliżanie dalszych losów kapitana amerykańskiego lotnictwa Nathaniela Adama. A trzeba przyznać, że tej brawurowo reinterpretowanej przez Cary’ego Batesa osobowości (we wspomnianej chwilę temu serii) zdecydowanie nie brakuje charyzmy oraz potencjału na zajmujące fabuły. Jakby tego było mało w tym przypadku mamy do czynienia nie tyle z indywidualnym bohaterem, ale mini-oddziałem z przewodnią w nim rolą Raya ,,Atoma” Palmera. Zakomponowanie tej opowieści na jej obecnym etapie oraz zarys wiodącej intrygi dobrze wróżą na okoliczność dalszego ciągu tego przedsięwzięcia. 
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.104. Batman: Dziesięć nocy Bestii
- zbiór ten cieszy mnie już tylko z racji udziału w nim takich plastyków jak m.in. Dick Giordano, Mark D. Bright, a nade wszystko Jim Aparo. Ich wysiłki w połączeniu z mocno ,,uliczną” wersją Batmana w wykonaniu Jima Starlina okazały się idealnym ,,podłożem” dla zaistniałej niewiele później aktywności brytyjskich scenarzystów w osobach Alana Granta i Petera Milligana, tj. jak dla mnie jednego z najlepszych zespołów twórczych w dziejach Mrocznego Rycerza. Także z tego względu, że w tej wersji Batman to nie tylko twarde pięści i przenikliwy umysł, ale również silnie akcentowana empatia i filantropia. Dobrze to wszystko Starlin poskładał.
 
Justice League: The Atom Project nr 2 - machinacje służb rządowych to w komiksach superbohaterskich nie nowość. Także w kontekście Kapitana Atoma. Dlatego nie ma zaskoczenia, że ów, co tu kryć, nośny motyw, powraca również w niniejszej mini-serii. Co szczególnie cieszy z udziałem generała Wade’a Eilinga, postaci na miarę najbardziej udanych interpretacji Lexa Luthora. Do tego kluczowej w bardzo udanej serii z Kapitanem Atomem, o której wspominałem w refleksji o pierwszym epizodzie tego przedsięwzięcia. Plastycznie również jest przekonująco. Może być autentycznie ciekawie.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 34
- wizyty w siedzibie Darkseida to dla herosów uniwersum DC sytuacje z gatunku nieszczególnie miło wspominanych. Nie inaczej sprawy miały się również w przypadku J’onna, który na Apokalips wyprawił się jeszcze w czasach prosperowania jego rodzimej cywilizacji. Przy czym uczynił to nie tyle w celach turystycznych, co z racji podstępnie prowadzonej agresji zbirów Darkseida wymierzonej w społeczność przyjaźnie usposobionych zielonych Marsjan. J’onn ma zatem okazje przyjrzeć się od środka piekielnej despocji wspomnianego tyrana, odbierając przy tym twardą lekcję z zakresu niuansów astropolityki.
 
Zbłąkane kule t.3 – jako pochłaniacz popkultury nieszczególnie zainteresowany zarówno kryminałami, jak i produkcjami obyczajowymi, nie jestem docelowym odbiorcą tej pozycji. Z pełnym jednak przekonaniem przyznaję, że w obu tych kategoriach Davida Laphama (tj. autora tego przedsięwzięcia) uznać trzeba za wręcz wirtuoza. Stąd podobnie jak przy okazji poprzednich tomów, także tym razem rozwój akcji angażuje i zarazem intryguje, uzupełniając to nienapawające optymizmem „uniwersum” o kolejne kłębowisko tragedii, rozczarowań i ogólnie buzujących emocji. 
 
Justice League: The Atom Project nr 3
- już na starcie wiadomym było, że wysiłki ,,Atomowej Brygady” zmierzające do zniwelowania czynu Amandy Waller (tj. pozbawienia nadnaturalnych zdolności wszystkich metaistot zamieszkujących Ziemię) wiązać się będą ze znacznym ryzykiem. ,,Mózg” grupy w osobie Raya ,,Atoma” Palmera nie należy jednak do łatwo się poddających. Projekt jest zatem kontynuowany, nie bez ofiarności Kapitana Atoma. Na horyzoncie znać już jednak wyzwanie, którego przedstawiciele improwizowanej drużyny nie mogą bagatelizować...

Martian Manhunter vol.3 nr 35
- mimo, że zielonym Marsjanom udało się wybronić swój macierzysty glob przed zakusami władcy Apokalips, to jednak nie obyło się bez dotkliwych reminiscencji nieudanej próby podboju. Do tego także w kontekście najbliższych J’onna. Na tej kanwie przybliżono również nieco szczegółów z życia społecznego Marsjan, a także prób kolonizacji Wenus przez ich białych kuzynów. W wymiarze plastycznym Eduardo Baretto poradził sobie z pełnią swojego talentu i profesjonalizmu. Uczciwie jednak trzeba przyznać, że tęskno już za pochodną pracy Toma Mandrake’a.
 
Marvel Origins t.68: Iron Man 7 - muszę przyznać, że stęskniłem się za perypetiami, jak go tu nazywają, Puszkogłowego. Nieprzypadkowo, bo dawno już nie były one przybliżane. Tymczasem plastyczne ,,stery” tego przedsięwzięcia przejął Gene Colan i to co wyrabia on w zakresie komponowania planszy znacznie ,,przebiło” standardy czasów powstania zebranych w tym tomie historii. No i ekspresja przy rozrysowywaniu postaci! Nie wszystkie pomysły na fabuły zostały w pełni wykorzystane; niemniej jest to jeden z najbardziej udanych zbiorów tej kolekcji z udziałem Iron Mana.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 36 - to była autentycznie udana seria. Połączone talenty i umiejętności Johna Ostrandera i Toma Mandrake’a (oraz wspierających ich twórców) po raz kolejny (po m.in. ich wcześniejszych wyczynach na kartach serii ,,The Spectre vol.3”) przejawiły się przekonującą, a momentami wręcz ujmującą wizją powierzonej im postaci. Dodam, że z mojej perspektywy postaci szczególnej, o znacznej głębi osobowości i potencjału fabularnego. Szkoda tylko, że seria nie przetrwała na rynku chociaż nieco dłużej, bo znać, że Ostranderowi nie brakowało na nią kolejnych pomysłów. Tyle z tego, że przede mną lektura jeszcze dwóch dorocznych wydań specjalnych tej wzorcowo w swojej klasie zrealizowanej inicjatywy.

Marvel Must-Have t.1: Spider-Men
- niby historia sprawnie prowadzona, a jednak nie sposób opędzić się od poczucia, że jej potencjał nie został w pełni wykorzystany. Znając wcześniejsze realizacje scenarzysty tej mini-serii (tj. Briana M. Bendisa) można było spodziewać się bardziej dopracowanej realizacji.
 
Listopadowe zdjęcia
- mimo że ta publikacja powstała na okazję świętowania setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. to jednak dowiedziałem się o niej ledwie nie dawno i przez przypadek. Dobrze, że ta rzecz powstała (tym bardziej, że dotyczy fantastycznej w każdym calu Łodzi), ale równocześnie trudno nie dostrzec, że odpowiedzialny za scenariusz Bartosz Górecki jest na tym polu debiutantem. Niemniej ogólnie utwór okazuje się bardziej przystępny niż się to może na starcie lektury wydawać, a i Jarosław Chyży zrobił co w jego mocy, by nadać temu przedsięwzięciu wizualnej sugestywności.
 
Justice League: The Atom Project nr 4 - pomimo upływu dziesięcioleci pewne motywy niezmiennie się sprawdzają. Tak się sprawy mają w przypadku generała Eilinga i moderowanego przezeń Majora Force, niezmiennie źródła dotkliwych problemów dla Kapitana Atoma. Obu wyżej wspomnianych typów spod mrocznej gwiazdy nie zabrakło również w tej opowieści i była to bardzo dobra decyzja. Przy czym okoliczność, że oś fabuły kręci się wokół Nathaniela Adama nie oznacza, że pozostali dwaj uczestnicy ,,Projektu Atom” nie odnajdują się w tej opowieści. Zarówno Ray Palmer jak i Ryan Choi to nie mniej istotni jej uczestnicy niż wspomniany, niegdysiejszy oficer amerykańskich sił powietrznych.
 
Martian Manhunter Annual nr 1 - pomimo pozaziemskiej proweniencji J’onna pierwsze opowieści z jego udziałem przynależały gatunkowo do kryminału. Nieprzypadkowo zresztą, bo publikowano je w magazynie ,,Detective Comics vol.1” jako uzupełnienie przygód głównego ,,gospodarza” tego tytułu. Autor scenariusza niniejszej opowieści - Ty Templeton - zdecydował się nawiązać do tej właśnie tradycji. Przejawiło się to może nieprzesadnie oryginalnym, aczkolwiek wprawnie zrealizowanym kryminałem właśnie, w którym bardziej istotną rolę odgrywa najbardziej znane ziemskie alter ego J’onna (tj. detektyw John Jones) niż on sam.
 
Spider-Man: Czarny kostium i krew
– jak dla mnie najbardziej udany zbiór z dotąd w tej linii wydawniczej zaprezentowanych. Tym bowiem razem zadbano nie tylko o cieszącą oko warstwę wizualną, ale także o „komponent” fabularny przynajmniej części z zaprezentowanych w niniejszym tomie opowieści. Znać to zwłaszcza w nowelkach rozrysowanych według scenariuszy takich „żyjących klasyków” jak John Marc DeMatteis, J. Michael Straczynski i David Michelinie. Nie ukrywam, że w zestawieniu z poprzednimi „ogniwami” tego przedsięwzięcia, na ogół niestety pod względem zaproponowanych historii rozczarowujących, jest to bardzo miła i od dawna wyczekiwana odmiana.
 
Justice League: The Atom Project
- konfrontacja z organizacją Inferno okazuje się innego typu wyzwaniem niż się to z mogło na początku wydawać. A to dobrze rokuje w kontekście finału tej przekonująco zilustrowanej mini-serii. 

Marvel Origins t.69: X-men 6 - zbiorek dla mnie o tyle wyjątkowy, że sporo w nim miejsca poświęcono Mimicowi, pierwszemu ,,uzupełnieniu” drużyny sformowanej przez Charlesa Xaviera, a zarazem (oczywiście w moim przekonaniu) postaci o ogromnym potencjale fabularnym. Roy Thomas, mimo że sprawny scenarzysta, miał jednak to do siebie, że często nie w pełni wykorzystywał możliwości drzemiące w jego własnych pomysłach (vide m.in. ,,Wojna Kree ze Skrullami”). Tak też sprawy miały się w przypadku wspomnianego mutanta, który w szeregach X-Men spokojnie mógł spędzić więcej czasu. Ponadto mamy tu debiut Seana ,,Banshee” Cassidy’ego, którego roli w późniejszych dziejach mutantów Marvela nie sposób pominąć. No i wygląda na to, że w polskiej edycji dysponujemy już blisko połową przygód oryginalnych X-Men! A to, nie ukrywam, bardzo mocno cieszy. 
 
Adaptacje literatury: Wojna i pokój - co prawda Lew Tołstoj był krętaczem i obłudnikiem na co najmniej kilku poziomach; niemniej magii jego talentu do kreowania słowem projekcji pożądanych przez rosyjską propagandę nie oparłem się również ja. Zachowując z tyłu czaszki z czym tak naprawdę ma się w przypadku utworów jego autorstwa do czynienia chłonąłem je w swoim czasie bez opamiętania. Mile ten etap wspominam i stąd w swoich komiksowych lekturach nie mogłem pominąć również adaptacji ,,Wojny i pokoju”. Jak nie trudno się domyśleć jest to tzw. superskrót, bo inaczej przy tej formule serii być nie mogło. Dlatego nie mam pretensji o to, że nie uwzględniono w tej adaptacji jednej z moich ulubionych scen literackiego pierwowzoru, tj. gratulacji składanych sobie przez habsburskich i rosyjskich generałów po manewrach przed bitwą pod Austerlitz na podstawie których wysnuli, że zwycięstwo nad ,,korsykańskim monstrum" jest ,,nieuniknione"... Znać na pewno napięcie towarzyszące przełomowemu momentowi w dziejach Rosji i całej Europy, a fabuła została ogólnie umiejętnie ,,przycięta”, klarownie przybliżając sedno tej monumentalnej powieści. Do tego stopnia, że chciałoby się do nie z miejsca powrócić i gdyby nie stos lektur innego typu uczyniłbym to niechybnie.

Martian Manhunter Annual nr 2 - przyznam, że koncept skrytej pośród afrykańskich kniei metropolii zaawansowanych społecznie i technologicznie goryli nigdy mnie nie przekonywał. Interpretowałem ten pomysł raczej w kategorii dziedzictwa wczesnej fazy Srebrnej Ery niż motyw faktycznie wart przypominania. Z drugiej natomiast strony starcie Goryla Grodda z również dysponującym zdolnościami psionicznymi J'onnem niewątpliwie krył w sobie potencjał na zajmującą opowieść. Niniejszą można za takową uznać, aczkolwiek wizyty w Mieście Goryli to nie jest to, czego oczekiwałbym po perypetiach tytułowego bohatera tej serii.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #760 dnia: So, 06 Wrzesień 2025, 12:57:28 »
  Podsumowanie wakacji. Jak zawsze zbiorczo, bo w tym okresie mocno odpuszczam komiksy, ograniczając się do kilku sztuk. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Gorączka Urbikandyjska" - Benoît Peeters, Francois Schuiten. Tom drugi, podobno rewelacyjnej serii, pierwszy jakoś mnie specjalnie nie oczarował, ale może tym razem będzie lepiej. Lektura zaczyna się od listu a raczej petycji złożonej do rady miasta Urbikandy przez jej głównego architekta (tutaj urbitekta) Eugena Robicka na temat koniecznych prac budowlanych w mieście. Po rozpoczęciu komiksu właściwego, przeniesiemy się do pracowni samego Robicka, gdzie zastaniemy go zastanawiającego się nad dosyć dziwnym przedmiotem jaki przyniosło mu dwóch robotników z budowy a mianowicie stalowego sześcianu złożonego z samych krawędzi, takiej jakby ramy sześcianu. Robick uda się wraz z przyjacielem również jakąś szyszką do zarządzających miastem gdzie na swoje sugestie, tudzież żądania dotyczące koniecznej rozbudowy miasta dostanie odpowiedź odmowną. Po powrocie bohater zauważy, że przedmiot jakby urósł i wypuścił z wierzchołków wypustki. Wypustki które wkrótce zmienią się w nowe sześciany. Cały przedmiot w tempie geometrycznym zacznie się powiększać oraz rozbudowywać przenikając przez wszelką materię nie czyniąc jej szkody. Gigakonstrukcja wkrótce pokryje całe miasto, kompletnie odmieniając jego życie.
   Rysunki w stosunku do poprzedniego tomu, nie zmieniły się w sumie specjalnie, z wyjątkiem tego iż mamy do czynienia z reedycją, którą dosyć późno po wydaniu pokryto nienachalnym, eleganckim kolorem i chyba tyle.
   Po lekturze pierwszego tomu raczej spodziewałem się, że zagadka sześcianu nie będzie rozwiązana, zresztą ciężko byłoby to chyba racjonalnie wytłumaczyć. Mi tak osobiście przyszła na myśl interpretacja w stylu Hanka Pyma a ja należę do tego gatunku jakże skromnych ludzi, którym najbardziej podobają się ich własne pomysły, nie wiem może ktoś inny wymyślił coś lepszego. Zamiast tego komiks skupia się na wpływie jaki przedmiot (o ile coś wielkości miasta można nazwać przedmiotem) na rzeczywistość. I jest tu tego sporo sześcian czy tam raczej zbiór sześcianów jest zarówno przedmiotem kultu religijnego jak i okazją do zarobku. Obiektem czysto użytkowym jak i takim poruszającym ludzkie serca i umysły na równi z dziełem sztuki. Może być też czymś co skruszy zastałe od dawna struktury społeczne a kto wie czy nawet nie obali obwiązującego ustroju. Na tle tych wszystkich zmian, które dotknęły całej ludności Urbikandy, zaobserwujemy przemianę wewnętrzną samego urbitekta Robicka. Fajnie jest napisane, bogate w treści i znaczenia, wieloznaczność interpretacji narzuca się tutaj wyraźnie bowiem naprawdę bez problemu możemy przypasować treści do konkretnych elementów świata, dzisiejszego, wczorajszego a nawet i jutrzejszego. A dla ludzi, którzy nie szanują specjalnie czasu lub lubią pobujać w obłokach daje możliwość przećwiczenia swojej wyobraźni przy próbie wyjaśnienia powodów istnienia dziwnego sześcianu. O wiele bardziej podeszło mi to, niż tom pierwszy i przyznam, że po lekturze jestem przynajmniej po części w stanie zrozumieć fenomen "Mrocznych Miast". Ocena 7+/10.


  "Gunslinger Spawn" - Todd McFarlane, Brett Booth. Wielki powrót bardzo znanego tytułu na polski rynek (Batman/Spawn nie liczę) po wielu latach nieobecności. Tajemnicą żadną nie jest iż bohaterem tego komiksu nie będzie pierwszy i najbardziej znany Al Simmons tylko szczerze mówiąc zapomniałem nazwiska ale zdaje się Javier jakiś tam. Fabuły nie ma chyba sensu specjalnie przytaczać, bo raz jest dosyć chaotyczna, dwa nie aż tak wiele jej jak na dwa dosyć grubaśne tomy, trzy i będąc kolejny raz szczerym jakoś szczególnie tego co było nie zapamiętałem. W każdym bądź razie Rewolwerowiec to taki bardzo klasyczny westernowy bohater szukający zemsty, który równocześnie poszukuje sposobu na powrót do własnych czasów (ku mojemu rozczarowaniu, akcja nie dzieje się na Dzikim Zachodzie w XIX wieku, ale w czasach absolutnie współczesnych). Na jego drodze staną najprzeróżniejsi wrogowie i tacy z przeszłości i z przyszłości i z teraźniejszości i Bóg wie jeszcze skąd. W uproszczeniu (ale nie jakimś specjalnie wielkim) to by było mniej więcej tyle.
  Przed sięgnięciem po komiks patrząc na nazwiska na okładce, przekonany byłem chociaż nie wiem na jakiej podstawie iż to Todd zajmuje miejsce za sztalugami. Po otwarciu ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, albowiem miałem olbrzymią ochotę zobaczyć jak stary mistrz radzi sobie obecnie (Gunslinger to świeża i trwająca ciągle seria). Rozczarowanie jednak bardzo szybko minęło. Zna ktoś takiego gościa jak Jim Lee? Całkiem możliwe jest w sumie dosyć znany, więc fani Jima będą kwilić ze szczęścia. Jak on rysuje to mniej więcej wszyscy wiedzą i na swoim poletku facet rządzi a jeżeli któryś z jego naśladowców byłby w stanie go przewyższyć to z tych co widziałem byłby to Andy Kubert (Batman vs Predator wydane u nas to byłoby coś). No to teraz to tego szerokiego grona złożonego z jednej osoby dołączył Brett Booth. Rysunki w tej stylistyce (trochę nie mojej jednak) są praktycznie bezkonkurencyjne, Jim pozwalał sobie na odrobinę (mniejszą bądź większą) niechlujności przy kreślonych kadrach u Bretta tego nie widać, właściwie każdy jeden rysunek jest pieczołowicie dopracowany. Przy szkicowanych twarzach widać momentami drobne naśladownictwo Todda McFarlane'a mimo wszystko całość jednoznacznie kojarzy się z dziełami Amerykanina koreańskiego pochodzenia. Co mi się podoba jeszcze? Kolorowo jak na jarmarku i do bólu kiczowate projekty postaci, wszystko to doskonale pasuje do treści komiksu. Znajdzie się też miejsce dla kilku innych rysowników odpowiadających za krótkie retrospekcje z życia Rewolwerowca, podchodzą oni do tematu nieco "poważniej" i mniej kolorowo i każdy z nich wypada conajmniej dobrze. Jednym słowem za rysunki w szkolnej skali pięć z plusem, no chyba że ktoś naprawdę nie trawi takiego superhero style. Żebym nie zapomniał spora ilość rysowanego gore oraz kolejna drobna dygresja co mnie zaskoczyło po otwarciu komiksu? To, że dotychczas sądziłem iż wszystkie Spawny wyglądają jak zombiaki, podczas gdy okazuje się iż Javier ma dosyć sympatyczną twarz młodego człowieka. 
  Może nie wszyscy wiedzą, ale Spawn chociaż zaliczany do komiksu superbohaterskiego i pomimo tego że występujące w nim postacie wyglądają w 100% na przebierańców w spandexie, de facto nim nie jest ani w przypadku głównej serii ani w przypadku Gunslingera który jest action horrorem. I to z naciskiem na słowo action, lufy rewolwerów nowego piekielnego pomiotu właściwie nie stygną, nie wiem ile stron mają te tomiszcza na oko ponad 300 x 2 a to wszystko wypełnione w większości nawalanką najczęściej z tandetnie wyglądającymi antagonistami, którzy czasem nie zdążą nawet dostać nazwiska czy tam pseudo. Tandetne zresztą jest tu właściwie wszystko, natomiast jest to kicz samoświadomy i jeżeli ktoś nie dostaje spazmów na myśl o komiksie w którym demony jeżdżą na dinozaurach, anioły noszą kozackie zbroje a kobiety bez żadnych wyjątków legitymują się obfitymi biustami to myślę, że powinno mu się spodobać. Żebym nie został jakoś źle zrozumiany, to nie jest tak że w tej historii nie ma żadnej historii, jak najbardziej ona się znajduje po prostu momentami ginie to przygniecione ilością pojedynków, które to przypominają nieco niegdyś popularne na salonach gier "chodzone" bijatyki, czyli przewijasz ekran o 3cm i wyskakuje ci kolejnych dwóch wrogów. A troszeczkę szkoda, bo we fragmentach westernowych retrospekcji McFarlane udowadnia, że potrafi napisać dramatyczne i poruszające sceny. Tak czy inaczej największy problem tego tytułu leży w tejże właśnie fabule. I nie chodzi mi już o te przeładowanie akcją i momentami mhrocznego do granic szmiry klimatu. Problem leży w tym iż Gunslinger Spawna pomimo iż zaczyna się od zeszytu z jedynką na okładce nie da się uznać jako autonomiczną serię. W historię wskakujemy już w momencie jej trwania i dosyć sporo jej elementów nie jest zrozumiałych dla czytelnika, który właśnie rozpoczął lekturę i wcale nie zostanie wyjaśnionych. Więcej seria wyraźnie crossuje się z innymi tytułami ze świata Spawna i im głębiej w las, tym wyraźniej to widać. Powiem zresztą wyraźnie bardziej mi się podobał tom pierwszy z racji swojej większej jakby prostolinijności. W miarę czytania kolejnych części widać, że seria okazała się sukcesem, ale jednocześnie oznacza to zagrożenie załamaniem się całości pod swoim własnym ciężarem. Im więcej rozdziałów, tym więcej nowych wątków, które zaczynają wchodzić w miejsce starych wcale nie zakończonych, Gunslinger wyraźnie zmierza w kierunku przemiany w kolejnego molocha na kilkadziesiąt bądź i nawet kilkaset zeszytów. Trochę drażni też, kompletna nieśmiertelność Spawna, zwłaszcza biorąc pod uwagę iż co kilka stron powtarza sam iż jest najsłabszym z ziemskich demonów i musi się opierać na sprycie a ten spryt to najczęściej sprowadza się do szybkiego pociągania za spust. Jasne to cecha całego gatunku, że protagoniście, koniec końców i tak się nic nie stanie, ale w większości to tam się biją na pięści czy na coś tam odpowiadającego, tutaj większość postaci kończy w spektakularnie brutalny sposób, tylko nasz Spawn jest wyraźnie nietykalny. Nie będę już przeciągał ponad miarę "Gunslinger Spawn" przypomina nieco popularne ostatnimi czasy rimejki starszych bądź nowszych gier komputerowych. To taki remake komiksu superbohaterskiego z drugiej połowy lat 90-tych z poprawioną grafiką i odrzuceniem przestarzałych patentów ot chociażby w postaci ścian niepotrzebnego tekstu. Ku mojemu zdziwieniu bawiłem się naprawdę lepiej niż się spodziewałem, przez dwa dosyć grube tomiszcza przepłynąłem bardzo szybko ani chwili się nie nudząc, wystarczy tylko przymknąć oko, zawiesić niewiarę i postarać się przypomnieć samemu sobie jakie to było fajne te ćwierć wieku temu. Ocena 7/10.


  "Yragael/Urm Szalony" - Michel Demuth, Phillipe Druillet. Jak dosyć łatwo się zorientować po tytule, album składający się z dwóch powiązanych ze sobą fabularnie komiksów. Pierwszy z reguły używam w tym przypadku słowa "opowiada", ale tutaj nie da się tego słowa użyć. Da czy nie da będzie w nim o księciu Yragaelu władcy ostatnich ludzi. Oznacza to ni mniej nie więcej iż mamy do czynienia z utworem gatunku fantasy, aczkolwiek jakby nieco z przyklejonym do niego s-f, bo to i pewnie przyszłość i nie wszyscy ludzie wyglądają jak ludzie. Pierwsza połowa, pierwszej połowy to przedstawienie czytelnikowi świata. Głównie całostronicowe lub dwustronicowe obrazy wsparte odjechanymi dla jednych a dla innych bełkotliwymi tekstami w stylu "metamorficzny śpiew aniołów na wulkanach" albo "żarłoczny chaos materii, wyobraźcie sobie wyłupione oko świata o rzęsach z wodoru", 100% Druilleta w Druillecie a przecie to nie on scenarzystą, ale może zdradził Demuthowi swoje najlepsze patenty :) Szczerze mówiąc spodobał mi się ten wstęp, kojarzący się z jakąś biblijną historią zwłaszcza w oprawie tych potężnych rozkładówek. W każdym bądź razie, kończy się on zniszczeniem ostatniego i jednocześnie najpotężniejszego miasta (w sumie trudno stwierdzić czy to Ziemia czy cokolwiek innego) w historii przez rozgniewanych bogów (właściwie to nawet nie wiadomo czy oni się rozgniewali w ogóle czy może to jakiś kaprys). Bardziej problematyczna jest druga część tej opowieści a mianowicie za xuj nie mam pojęcia o co w niej chodzi. Zbiera ten nieszczęsny tytułowy Yragael jakieś armie, zawiązuje sojusze z niewiadomo kim przeciwko niewiadomo komu, prowadzi jakieś dyskusje rzucając informacjami jakby to był ze 12 tom serii, macha mieczem wykrzykując co chwilę że pozbija a i tak nie zabija bo nikt tam nie walczy i ogólnie jedno wielkie WTF? Na sam koniec zdobywa twierdzę, która okazuje się jakąś zaklętą czarodziejką jego chyba (wszystko tu jest chyba) byłą znajomą, z którą zaznaje ostrego rypanka. Jeżeli to symboliczna scena, to raczej dosyć oczywista, ale właśnie jeżeli...Przechodzimy dalej do komiksu nr.2, w sumie kontynuacji, to historia znowuż tytułowego Urma Szalonego. Jest on synem Yragaela i czarodziejki Nereis a oprócz tego zmutowanym ohydnym garbusem na dodatek szalonym (no w końcu przydomek Szalony do czegoś zobowiązuje). W sumie będąc dzieckiem zombiaka z mieczem i żyjącej cytadeli to i tak nie wylądował najgorzej. Urm, napotyka jakichś bogów, którzy wyjawiają mu, że jest spadkobiercą tronu po czym wysyłają w misję ubicia jakiegoś kapłana 20 levelu. Możliwe, że to jacyś bogowie konkurencyjni w stosunku do tych co zniszczyli miasto, ale niekoniecznie bo znowuż nikt tu nie tłumaczy kto jest kto i po co. Ku mojemu zdziwieniu, historia wyprawy Urma jest jak najbardziej sensowna i o wiele łatwiejsza do opisania niż to co było wcześniej a przynajmniej stanowi jakąś logiczną sekwencję obrazów i tekstów. Kojarzyć się może z jakąś opowieścią mitologiczną, aczkolwiek trochę drażni, że cała dzieje się jakby "w jednym momencie" mimo, że wygląda na jakąś odyseję. Zakończenie mnie rozbawiło szczerze mówiąc chociaż podejrzewam, że powinno być na odwrót, mówią że bogowie kochają głupców, ale widocznie nie w tym świecie. Rysunki wspaniałe w takim nieco większym formacie wyglądają jeszcze lepiej a tym bardziej jest miło jak zdajemy sobie sprawę jak one są staroświeckie i mamy niepowtarzalną okazję obejrzeć coś czego się już nie rysuje z kolorami, których już się nie nakłada. Ogólnie bardziej bym chyba potraktował ten komiks jako artbook niż jakąś konkretną historię. Jak ktoś szuka czegoś konkretniejszego tego autora, to zdecydowanie "Salambo", które w sumie dosyć dokładnie odtwarza fabułę oryginalnej powieści przenosząc ją w kosmos. Zresztą "Lone Sloane" przynajmniej po części też będzie łatwiejszy do przyswojenia. Mimo wszystko mi podobało, chyba przez te rozkładówki. Ocena 7/10.


  "Liga Sprawiedliwości - Bez Sprawiedliwości" - Scott Snyder i inni. Kolejne "nowe" otwarcie po wielkim evencie "Batman Metal" (który kompletnie odpuściłem) i prolog do nowej serii najpotężniejszej supergrupy w świecie DC, tym razem w postaci miniserii. Ziemię atakuje Brainiac, Liga rusza odeprzeć zagrożenie i okazuje się, że to pomyłka. Najinteligentniejszy kolekcjoner świata wcale nie przyleciał zebrać manta jak zwykle tylko prosić o pomoc (łał, łał, ŁAŁ!!!). Otóż na krańcu wszechświata superbohaterowie rozwalili tzw. Ścianę Źródła ostateczną granicę kosmosu (coś tam gdzieś czytałem o tej ścianie, ale tego nie pamiętam więc więcej to pewnie w tym Metalu) a z dziury wylazły jakieś cztery półrozumne personifikacje różnych dosyć abstrakcyjnych pojęć zwane Tytanami Omega, które chcą pożreć czy coś tam zrobić z rodzimą planetą pana B. Colu a później Ziemią i całym Wszechświatem!!! (jeszcze raz ŁAŁ, ŁAŁ, ŁAŁ, ktoś jeszcze jest tak samo podekscytowany jak ja?). Żeby czytelnik poczuł się jak w domu Tytani Omega wyglądają jak Celestials z Marvela. Wracając do fabuły, Brainiac ma oczywiście plan jak na mózgowca przystało, podzieli peleryniarzy na cztery drużyny, dobrane pod względem charakteru do zagrożeń. Plan niemalże wypala tyle, że w decydującym momencie Amanda Weller (zaczyna mnie wkur... ta postać, pomysł jest fajny, ale zaczynają przesadzać z jej możliwościami i zakresem władzy, Batman to przy niej wuj) postanawia zhakować kosmitę co kończy się...wybuchem jego głowy (najfajniejsza scena w komiksie). Siły dobra zostaną na lodzie, ale dzięki potędze miłości i przyjaźni (chociaż niektórzy to superzłoczyńcy) ukarzą wraże siły w imieniu księżyca, czy jakoś tak.
  Za rysunki opowiadają Francis Manapul i Riley Rossmo, pierwszy to etatowy rysownik DC, który raczej poniżej standardu nie spada, drugi rysuje mocno karykaturalnie co sprawia iż poszczególne zeszyty niespecjalnie ze sobą współgrają co z kolei ja niespecjalnie lubię, za kolory odpowiada Hi-Fi więc tradycyjnie będzie wesoło i kolorowo jak podczas oglądania filmu Winding Refna po spożyciu kwasu. Jak ktoś nie ma uczulenia na takie raczej w stylu "bajkowym" prace to powinien być stosunkowo zadowolony.
  Ciężko właściwie powiedzieć cokolwiek na temat tytułu, bo na dobrą sprawę, niby cały czas się tu coś dzieje, ale jednocześnie nic się nie dzieje. Latają strzelają, ładują jakieś kosmiczne drzewa mistycznymi energiami, ciężko mi się było skupić na fabule, przemielonej przez te dziesiątki lat na tysiąc sposobów niczym śmierć. Mamy do czynienia z czterema różnymi drużynami co podobno stanowi otwarcie dla nowych składów Ligi i różnych pod-tytułów, ale wszystko przelatuje tak szybko i tak nieangażujaco, że nawet nie zdążyłem zapamiętać kto jest w której. Co najśmieszniejsze zagrożenie jest tak wielkie i wpływające na losy całego uniwersum, że na łamach tych pięciu zeszytów udaje się je zażegnać z palcem w dupie i tyle, w sumie nie mam nic więcej do dodania. Dobra to tylko prolog, mający rozstawić figury na szachownicy, może dalej będzie lepiej, przynajmniej jakiś tam sens w stosunku do poprzedniej serii posiada. Ocena 4/10.


 "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 2 Harley Quinn:Gorączka w Mieście" - autorzy różni. Dwie historie jedna stosunkowo krótka, druga to pierwsze siedem zeszytów plus zeszyt zerowy serii Harley Quinn wydanej w ramach New 52, czyli coś czego normalnie bym nie kupił a nienormalnie kupiłem chcąc nie chcąc w prenumeracie. Pierwsza napisana przez Paula Diniego wygląd jakby była częścią eventu "Ziemia Niczyja" i stanowi oczywiście "prawdziwy i oficjalny" debiut przyszłej maskotki DC w komiksach. Nie zabrałem się jeszcze za te grubasy, więc pewien nie jestem, ale tak na zdrowy rozsądek powinno się tam to znajdować. Szczerze mówiąc nie do końca mi podszedł ten fragment, konwencja taka mocno w stylu "Batman:the Animated Series", które oczywiście kocham do grobowej deski, ale wg mnie to stylówa niespecjalnie przystająca do zdawało mi się raczej ponurego eventu. No i do tego słabujące rysunki Yvela Guicheta, ale tego można było być świadomym, większość komiksów z tamtego okresu wygląda marnie. Tak czy inaczej, to tylko przystawka przed głównym daniem. Zeszyt zero, to żadna historia, tylko zbiór łamiących czwartą ścianę gagów rysowanych przez zmieniających się co stronę rysowników (kilka "grubych" nazwisk), które jednakże na końcu będą stanowiły fabularny punkt wyjściowy do regularnej serii - Harley otrzymuje od kogoś tam w spadku, kamienicę w New Jersey. Pozostała siódemka Harley Quinn vol.2 pisanej przez Amandę Conner i Jimmy'ego Palmiotti będzie się kręciła wokół problemów bohaterki z nową funkcją landlorda, wysoką nagrodą wyznaczoną za jej głowę oraz pracą jako lekarz psychiatra pod przykrywką. Na szczęście w swoich kłopotach nie zostanie sama do pomocy będą Poison Ivy, jeden z czynszowników Big Tony (nawet trudno nazwać to inspirowany, po prostu narysowany Glenn Danzig) oraz wypchany, nadpalony bóbr Bernie, który daje Harley różne najczęściej logiczne wskazówki.
  Nie ma specjalnie nad czym filozofować "Gorączka w Mieście" (i cała reszta tej serii podejrzewam też) to po prostu ordynarna zżyna z Deadpoola wydanego w ramach Marvel Now. Ten komiks jest praktycznie kalką jeden do jednego, tyle że wszystko jest jakby "nieco mniej". Nieco mniej wulgarnie, nieco mniej krwawo, nieco mniej dyskusji z czytelnikiem. Ma być tak samo niegrzecznie-ale-jednak-trochę-mniej. Nawet pod względem rysunków jest dosyć podobnie a tam było pod tym względem całkiem przyzwoicie więc i tutaj prace Chada Hardina i Stephane Rouxa powinny przypaść do gustu czytelnikom. Obydwaj posługują się dosyć podobną stylistyką, która nie unika jakoś uporczywie kreskówkowego przerysowania, aczkolwiek drażni nieco fakt, że Harley ma jakby nieco inne rysy twarzy u obydwu majchrów. Za to jednego jest sporo mniej niż w Deadpoolu a mianowicie humoru i to nie dlatego, że autorzy postanowili podejść do swojego komiksu nieco bardziej poważnie niż konkurencja, tylko dlatego że nie są specjalnie zabawni. Nie wiem może Conner i Palmiotti są jakimiś redakcyjnymi kabareciarzami, więc uznano ich za doskonale nadających się do takiego zadania, ale widocznie pisanie skeczy to inny poziom trudności. Marvel był tego świadom, więc Duggan do pomocy dostał zawodowca, tutaj nic takiego nie miało miejsca i wyszło jak wyszło, więc jesteśmy raczeni rzeczami w stylu odtworzenie scenki z Hanem i Greedo lub starym piernikiem na wózku Sy Borgmanem w skrócie Sy-Borgiem półmechanicznym byłym tajnym agentem (najlepsze cyber-implanty w latach 60-tych), który wygląda jak...no Borg (rozumiecie Sy-BORGman hehehehe). Uśmiechnąłem się może ze dwa razy pod nosem w czasie lektury a nie mogę powiedzieć, że autorzy nie starali się rozśmieszyć mnie co chwila, Deadpool zdecydowanie lepiej pod tym względem wyglądał. Trochę szkoda, bo naprawdę da się polubić tę Harley Quinn (wersja jeszcze nie-lesbijska, więcej chyba lubiąca świecić dekoltem i tyłkiem facetom przed nosem) i właściwie każdą drugoplanową postać jaka tu występuje, fabuła wiadomo w takich przypadkach no nie może być to coś nie wiadomo jak rozbudowanego, ale na swój sposób jest całkiem wciągająca. No tyle, że jak na serię humorystyczną a taką Harley Quinn jest, to po prostu jest naprawdę czerstwe. Ocena +5/10.


  "Deadly Class tomy 11,12" - Rick Remender, Wes Craig. No i nareszcie koniec całkiem długiej historii, sporo lepszej niż się spodziewałem szczerze mówiąc. Akcja znowuż przeskakuje kilka lat do przodu, zresztą tych przeskoków w przeciągu tych dwóch tomów aż fizycznie dotrzemy do teraźniejszości (w momencie zakończenia serii, czyli w sumie całkiem niedawno). Marcus wyciąga Sayę z narkomanii po czym w kilku wyjątkowo brutalnych sekwencjach (część jest tylko wizjami) pomaga odzyskać kontrolę nad klanem Kuroki po czym ich drogi ostatecznie się rozchodzą. Jako kompulsywny białorycerz (czemu pewnie by zaprzeczył) w kolejnej rzeźni wyswabadza Marię z łap Kartelu po czym ucieka z nią w siną dal prowadzić spokojne życie normika (w tym momencie, praktycznie wątki sensacyjno-zabijalskie się kończą). W życiu jak to w życiu na początku bieda z nędzą (trochę to bez sensu było), ale i dla takich osobników czasami zaświeci słońce. Bohater planujący karierę pisarza zupełnym przypadkiem staje się scenarzystą w zamierzeniu taniego serialiku sci-fi, który ku zdziwieniu wszystkich a najbardziej producentów staje się światowym hitem. W tym momencie możemy się pośmiać trochę z miotającego się Marcusa kompletnie świadomego faktu jak bardzo zdradza ideały swoje i swoich martwych przyjaciół przemieniając się w to czego najbardziej nienawidził w młodości a mianowicie statecznego pana w średnim wieku, z brzuchem i sporą ilością ciężkiej forsy na koncie pozwalającej mu spędzać wakacje na rajskich wyspach wraz z rodziną. No, ale też to nie jest tak, że kompletnie o akcji zapomniano w końcu jeszcze żyje (i ma się coraz lepiej) dwójka starych znajomych z King's Dominion.
   Co do zakończenia mam mieszane uczucia. Z jednej strony podobało mi się, z drugiej jestem świadomy, że to technicznie nie jest specjalnie dobrze napisane, autor na siłę zamykał całą serię i widać, że to mocno po łebkach leci z bardzo wielkimi skrótami myślowymi. Rocznik, który przyszedł po klasie Marcusa z pierwszego tomu zostaje pokazany, tylko po to aby zostać pokazanym na czele oczywiście z Helmutem, który został dosłownie ożywiony po swej wyjątkowo idiotycznej śmierci, tylko po ta aby niczym w Oszukać Przeznaczenie zginąć również idiotyczną śmiercią po raz drugi. Za to bardzo spodobał mi się koniec jaki spotkał Sayę, tzn. nie spodobał wiadomo, bo podejrzewam iż to zdanie większości Saya bardziej pasowała do Marcusa niż Maria, no ale, że Remender lubi kopać czytelnika po jajach to ciąg wyborów bohaterki doprowadził ją, gdzie ją doprowadził. Bardzo dobrym wyborem było też biorąc pod uwagę eliminację bardziej oczywistych kandydatów wyznaczenie na ostatniego bossa Brandy Lynn, we wcześniejszych tomach stanowiącą raczej czarnych charakter z drugiego planu. Całe szczęście autor nie postawił na Shabhama, który był praktycznie rzecz biorąc najbardziej niewiarygodną i niekonsekwentnie prowadzoną postacią w całej serii. Brandy równie czarująca co skorpion, twardzielka do samego końca, ma mój "x" przy swoim nazwisku w czasie wyborów zdecydowanie. Przy okazji, Remenderowi raczej unikającemu wcześniej podobnych treści, ulało się nie wiem dlaczego ale całkiem sporo jadu w stronę ludzi których nie lubi, czyli mniej więcej w stronę połowy mieszkańców znanego świata za pomocą tekstów ot chociażby "katolicy to najgorsi ludzie jakich znam", co biorąc pod uwagę to co się działo na łamach tych dwunastu tomów brzmi nonsensownie. Ale walić tego pojeba, niech się sam w tym syfie kisi, najważniejsze że stworzył "Deadly Class". Cóż, nie było idealnie, zwłaszcza po przekroczeniu pierwszej połowy. Żebym nie zapomniał kilka ostatnie stron, to scenka z czasów gdy cała paczka jeszcze żyła i dobrze, że się miała ot takie sentymentalne pożegnanie. Pewnie sporo rzeczy można było zrobić lepiej, ale dla mnie osobiście chociaż trapiona podobnymi problemami co i inne, to póki co najlepsza seria jaką stworzył Rick Remender, którą czytałem. Dla całości, przymykając oko na mankamenty, będzie plus jeden, ale za te dwa ostatnie tomy ocena 7/10.


  "Kolekcja Toppi tom 6 - Japonia" - Sergio Toppi. Wszystko czego można by się spodziewać po tytule, dobrzy roninowie, źli daimyo, gnębieni prostacy, starzy mistrzowie, bandyterka przy szlakach, magiczne lisy, potężne Oni i jakoś tylko Kappy mi zabrakło. Największym problemem tego albumu byłem chyba ja i moje wygórowane oczekiwania zwłaszcza po poprzednich tomach, z wyjątkiem oczywiście grafik brakuje tutaj czegoś ekstra, wszystkie historyjki kompletnie przewidywalne, podkreślone oczywistymi puentami.  Najlepsze jak dla mnie, najbardziej przyziemny "Powrót Ishiego". Brak w całym albumie jakiejkolwiek humoreski a Toppi lubił z reguły rozbawić czytelnika. Póki co chyba najsłabszy z całej serii. Ocena -7/10.


Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #761 dnia: Pn, 29 Wrzesień 2025, 08:19:42 »
Trzeci kwartał zajęły mi urlop i remont łazienki (tu jakiegoś uzysku w postaci półek nie ma). Ale coś się przeczytało.

**** Znakomite

Kajtek i Koko (Duch bunkra) – to zdecydowanie mój ulubiony komiks z czasów dzieciństwa. Mam poprzednie wydanie KAW, ale nie mogłem sobie odmówić i tego. Zidentyfikowałem kilka dodatkowych kadrów, na pewno w jednym zmieniły się kolory. A poza tym przygody, tajemnice, pościgi, zasadzki. Znowu mogłem poszukać skarbów w bunkrach. Nie mogę doczekać się drugiej części.

Różanna, uprząż i młyn oraz inne historie – zaintrygował mnie opis, to dorzuciłem do zamówienia i komiks okazał się zupełnym zaskoczeniem. Po pierwszym rozdziale byłem zupełnie zagubiony. Nie wiedziałem, co się właściwie dzieje, kto jest bohaterem, jaka tutaj będzie intryga. Ba, nawet gatunek był dość niejasny – czy to będzie obyczajówka, czy jakiś kryminał, czy może horror? Czy może jakieś krasnoludki zaraz się gdzieś pojawią? Przerwałem i wróciłem następnego dnia, na tzw. świeżości. I ta historia, gdzie bohaterowie co chwila się zmieniają, nie ma żadnej chronologii, gdzie nawet trudno jest przypisać imię do gęby wciągnęła mnie na maksa. I nie puściła do ostatniej strony, a później dalej trzymała. Żeby nie psuć sobie zabawy, to lepiej nie wiedzieć za dużo przed przeczytaniem. Jest to przede wszystkim
Spoiler: PokażUkryj
historia rodziny / społeczności żyjącej na odludzi w Brazylii w drugiej połowie XX wieku. Obserwujemy ich losy w dość poszatkowany sposób. Z tych wszystkich scenek każdy może wyjąć sobie, co go najbardziej dotyka. Bo to komiks o żywych ludziach i ich zmaganiu się z życiem i to w niełatwych okolicznościach przyrody. Jest i bieda i ludzkie dramaty i brak dostępu do edukacji, ale jest też siła ludzkiego charakteru i znaczenie rodziny czy szerzej społeczności, w której bohaterowie funkcjonują i w której odnajdują siłę.
A jak to jest narysowane? To trzeba zobaczyć. I przeczytać jeszcze raz, żeby jeszcze lepiej wszystkie kawałki spasować. W Top10 tego roku będzie. Dodatkowo trzeba oddać szacunek wydawcy i tłumaczowi. Wydane jest to pięknie, a tłumacz musiał się wysilić. Zamieszczono nawet jego komentarz w komiksie – oryginalny tekst był napisany w skomplikowany sposób i tłumacz musiał wybrać jakąś konwencję. Stąd dużo zabawy językiem, słowem a dla czytelnika dodatkowy wysiłek, ale przyjemny :)

Epopeja hiszpańska (Sztuka latania / Złamane skrzydło) – w przedmowie jest napisane, że ten komiks (a właściwie to pierwsza jego część, czyli Sztuka latania) to najwybitniejszy hiszpański komis. Trudno się do tego odnieść. Akcja jest mocno osadzona w hiszpańskiej rzeczywistości i tam pewnie będzie odbierany inaczej (podobnie jak Otchłań zapomnienia Paco Roca), ale w mojej skromnej opinii komiks jest znakomity. W tym opasłym tomie otrzymujemy tak naprawdę 2 komiksy, które powstawały w różnym czasie, ale ściśle ze sobą powiązane i stworzone w tym samym stylu (narracyjnym i graficznym). Sztuka latania to historia ojca autora od dzieciństwa na hiszpańskiej wsi, poprzez wojnę domową, II WŚ (chociaż tam chyba ta wojna była czymś zupełnie innym niż w Polsce) i później życie pod rządami Franco, gdzie główny bohater idzie na pewne kompromisy i to będzie istotnie wpływać na życie jego i jego najbliższych. Z kolei Złamane skrzydło opisuje życie matki autora i oczywiście od któregoś momentu akcja komiksu mocno krzyżuje się z poprzednim. Z początku miałem wrażenie, że to jest to trochę odcinanie kuponów. Ta część ma inny charakter. Nie ma w niej tyle polityki czy wojny. Kręcimy się bardziej wokół losów rodzinnych. Matka, która w pierwszej części nie wypada zbyt ciekawie, w drugiej jest pokazana w innym świetle. Też toczy swoje walki i jak się okaże w sposób podobnie heroiczny, ale w ukryciu. Po zakończeniu ta myśl o odcinaniu kuponów zupełnie mi uleciała, bo miałem poczucie, że jest to pełnoprawna część opowieści. Będzie w Top10 tego roku.
Żeby nie było: w tym komiksie rządy Franco były złe, patriarchat był zły, kościół był zły (chociaż niektórzy go potrzebowali). Niektórzy chcieli mieć króla nad sobą.

Palestyna – komiks / reportaż Joe Sacco z jego podróży do tytułowej Palestyny na początku lat 90-tych. Jak to zwykle u tego autora jeździmy od jednego człowieka do drugiego i słuchamy jego opowieści o jakiś dramatycznych wydarzeniach. Głównym tematem są historie Palestyńczyków, którzy byli przesiedlani / bici / trzymani w więzieniach / trzymani w obozach przesiedleńczych / torturowani / tracili swoich bliskich itd. Rzecz dzieje się w trakcie tzw. peace process (czytałem po angielsku), gdzie prowadzone są jakieś rozmowy mające na celu wypracowanie jakiegoś modelu wspólnej egzystencji obok siebie. Wiele miejsca jest poświęcone, żeby opisać podziały polityczne w społeczeństwie. Jest kilka organizacji, które przyjmują różne strategie i taktyki i poszczególne osoby również mają różne spojrzenia na temat możliwej przyszłości. Ogólnie wydźwięk jest bardzo negatywny i mało kto wierzy w jakikolwiek spokój. Rachunki krzywd są zbyt duże. Warunki życia i narzucane Palestyńczykom ograniczenia są trudne do zniesienia. Normą są starcia z osadnikami, ataki kamieniami na żydowskie pojazdy, najazdy wojska, gazowanie, bicie i zamykanie w więzieniu w ramach rewanżu.
Trudny temat i trudno też przebrnąć przez komiks – jak zresztą każdy tego autora. Ale rysunki jak zwykle są znakomite i aż trudno sobie wyobrazić, ile czasu musi zająć taki projekt.

*** Dobre

Julia. Przygody kryminolożki (W krainie Alicji) – kolejna sprawa, w które policja nie daje sobie rady bez Julii. Ta seria mogłaby zmierzać ku jakiemuś zwrotowi, bo historie zaczynają być nieco wtórne. Tutaj w sumie wprowadzono trochę nowego wymiaru, ale trochę na siłę, żeby wypełnić wszystkie strony. Nie zmienia to faktu, że bardzo lubię tę serię. W tym tomiku zmienił się rysownik i to widać od samego początku (to ten sam, co rysował przygody Sherlocka od Mandioci). Jest trochę inaczej, ale to też fachura.

XIII (tomy 3-4) – w trzecim tomie zbiorczym dowiadujemy się sporo szczegółów z przeszłości głównego bohatera. Pakuje się on w rewolucję w jakimś latynoskim państewku i jak zwykle udaje mu się wykaraskać ze wszystkich problemów. Seria nadal mnie wciąga, nie mam poczucia wtórności. Nie wiem, jak długo to potrwa, ale tom 4 na pewno trafi prędzej czy później do przeczytania. Duet Van Hamme / Vance to jeden z moich ulubionych tandemów.
Po paru tygodniach wpadł i tom 4 i już to poczucie zmęczenia tematem zaczęło się wkradać. Ale po kolei – tom rozpoczyna się albumem nr 13, który ma około 100 stron i jest w sumie trochę podsumowaniem dotychczasowych wydarzeń. Ma formę dokumentacji z dziennikarskiego śledztwa (głównie życiorysy postaci od pierwszoplanowych aż po epizodycznych). Przeplatane jest to krótkimi komiksowymi epizodami uzupełniającymi dotychczasową historię. Przyznam szczerze, że niektóre strony tylko przejrzałem, bo trochę to było męczące. Ale to też pokazało, jak zagmatwaną intrygę zbudował Van Hamme. Później dostajemy albumy 14 i 15, gdzie życie naszego bohatera dalej się komplikuje i to co, wydawało się ustalone, znowu staje się niepewne. Kolejny raz wpada w tarapaty i jego wrogowie, zamiast go zastrzelić wymyślają dziwną grę, w której niby nie ma szans, ale oczywiście wszystkich wykiwa. To już staje się trochę niezamierzenie zabawne. Nie znam dalszej historii i chcę ją poznawać w kolejnych tomach, ale mam wrażenie zaczynamy dochodzić do punktu, gdzie historia zaczyna zjadać swój ogon.

Old boy (tomy 1-4) – wciągnięte przez jeden dzień. Trudno mi było się oderwać. Nie mam wielkiego doświadczenia z mangami, ale ta praktycznie nie stawia oporu. Rysunkowo w zupełnie bezbolesnym stylu (postacie, twarze) i realistyczne tła. A sama historia intryguje od pierwszej strony – ktoś zamknął głównego bohatera na 10 lat w pokoju i bez słowa wyjaśnienia później go wypuścił. Cała dalsza historia to poszukiwanie odpowiedzi kto i dlaczego coś takiego mu zrobił. Widziałem kiedyś koreański film. Zatarł mi się już zupełnie, ale chyba scenariuszowo coraz bardziej odchodził od pierwowzoru. Poznawałem więc historię po raz pierwszy. Tom za tomem mijał szybko, a ja nie traciłem zainteresowania, wręcz przeciwnie. Ostatni tom kończyłem późno w nocy, aby tylko nie przerwać. I kurna byłoby zajebiście, gdyby
Spoiler: PokażUkryj
ostateczne wyjaśnienie było jakoś bardziej zrozumiałe. Nie wiem, czy to kwestia kulturowa, ale pompowany przez ponad 1000 stron balon nagle pękł i zostałem zupełnie zbity z tropu. I w sumie to liczyłem na coś zaskakującego, ale ostateczna przyczyna całej tej zabawy jest dla mnie całkowicie bezsensowna. Trochę wręcz brak słów. No nie wiem, może kiedyś mi się to lepiej uleży.
Poza tym jednak felerem, to bawiłem się kapitalnie przy lekturze.

Wieże Bois-Maury (1 tom zbiorczy) – kiedyś się nie zdecydowałem na wejście w tę serię i później trochę tego żałowałem. Jednym z powodów był sposób wydawania (pojedynczo i na twardo), co w okresie drastycznego braku miejsca skończyło się jak się skończyło. Teraz to już inna bajka (chociaż gdyby był 1-2 albumy więcej, to bym się nie obraził). Zaczynamy śledzić losy bohaterów – z głównych to były budowlaniec, którego skazano na inwalidztwo i przez to biedę oraz zubożały rycerz, który chce wrócić do domu i tytułowych wież. Ich historie biegną jakby obok siebie, ale pewnie zaczną się z czasem zazębiać. Początek myślę udany, pierwsze wrażenie bardzo dobre. Oby w dobrym tempie drukowały się kolejne tomy.

Kroniki ze Stambułu (tom 2) – bohater z pierwszej części jest już dorosły i robi to, o czym marzył, czyli zawodowo rysuje. Razem z przyjaciółmi tworzy poczytny tygodnik satyryczny. Niestety sytuacja w Turcji staje się bardzo napięta i taki sposób komentowania rzeczywistości nie wszystkim się będzie podobać. Szczególnie, że w kraju ścierają się ze sobą 2 siły: religijni konserwatyści (z Erdoganem na czele) i bardziej laicka część. Nasz bohater należy do tej drugiej, co prawda w dość umiarkowany sposób, ale w tych rewolucyjnych czasach polaryzacja robi swoje i nikt się w subtelności nie będzie wdawał. I to zaprowadzi nas do trzeciego tomu, na który już czekam. Ten komiks podoba mi się coraz bardziej. Historia wciąga z każdą stroną, jest charakterystyczna kreska, z dużą dawką humoru, ale jednocześnie opowiada o trudnej, współczesnej rzeczywistości. Natomiast nie poleciłbym tego komiksu tym, którzy wszędzie widzą jakąś ideologię i znają się na polityce czy historii. Autor opisuje swoje życie, a nie pisze podręcznik i wobec tego obserwujemy wszystko z jego perspektywy.

Altor – jest młodym elfem żyjącym na planecie aspirującej do wejścia do Konfederacji (Unii) Planet. Pierwsze trzy albumy opowiadają historię w duchu Tolkiena, gdzie Altor jak niegdyś Frodo dość przypadkowo wyrusza na wyprawę i musi ratować swój świat przez pogrążeniem w mroku. Kolejne 4 albumy to już krótsze historie dziejące się, gdy planeta Altora już weszła to Konfederacji i elf może swobodnie podróżować i przy okazji włączać się w coraz to bardziej wymyślne awantury. Autorem scenariusza jest Moebius, a rysunki można powiedzieć, że jakośtam naśladują jego styl. Historia powstawania komiksu została zresztą opisana w dodatkach. Komiks zdecydowanie spoza mojej bańki (raczej fantasy i sci-fi unikam) ale tutaj bawiłem się znakomicie. Dobrze było oderwać się od smutnych i dramatycznych historii na rzecz przygód z przymrużeniem oka i humorystycznie zarysowanych bohaterów. Dzięki Arek, za polecenie!

Ślicznotka – komiks autorstwa Schuitena znanego u nas z cyklu Mroczne miasta i utrzymanego w podobnym duchu. Bohaterem jest maszynista, który prowadzi tytułową „Ślicznotkę” – lokomotywę parową o numerze 12.004. System transportu ulega przemianom. Transport szynowy jest zastępowany przez kolej linową, a napęd węglowy / parowy przez elektryczność. Maszyniście, który zbliża się już do emerytury, nie podobają się zachodzące zmiany i chce zachować chociaż cząstkę swojego świata. Kto czytał Mroczne miasta, to wie, jak rysuje Schuiten. Graficznie jest to zupełna magia. Szkoda tylko, że album jest dość krótki i stan hipnozy u czytelnika szybko się kończy. Do komiksu dodano posłowie opisujące krótką historię lokomotyw z serii 12. Komiks z roku 2024, więc do mojego top10 już nie wejdzie. A miałby pewne miejsce.

Detektyw Fell – przeczytany na tablecie. Stare ale jare. Gęsta atmosfera jak z filmu Siedem, co chwila nowa zbrodnia i kolejny zwyrodnialec. Szkoda tylko, że część spraw rozwiązuje się nieco przypadkiem. No i szkoda, że nie ma części dalszej. Charakterystyczny rysunek, który nie musi się podobać, ale uważam, że robi klimat.

** Niezłe / można przeczytać

Kapitan Żbik (1 tom zbiorczy) – tak się jakoś złożyło, że nigdy nie miałem Żbika w rękach. Wziąłem z ciekawości i bez żadnego sentymentu, ale też bez uprzedzeń. Pierwsze kilka zeszytów to była dla mnie prawdziwa męka. Rysunek i kolor zrobione w taki sposób, że nie widziałem, co się właściwie dzieje. Do tego dużo przeskoków akcji między kadrami. Dopiero od Diademu Tamary (rys. G. Rosińskiego) zacząłem czytać z zainteresowaniem i uwagą. Generalnie fabuła jest powtarzana w każdym zeszycie – jakieś złole coś kradną i sprawa trafia do Kapitana Żbika. Ten uruchamia ogromne środki w celu ustalenia miejsca pobytu przestępców (śmigłowce, blokady dróg, milicjantów w każdym zakątku kraju) aż w końcu przestępcy zostają namierzeni. Z kolejnymi zeszytami również sposób narracji jest bardziej przyjazny i czyta się już dużo łatwiej. Same historie mają charakter wyłącznie kryminalny. Nie ma jakiejś widocznej propagandy. Oczywiście, za takową można uznać, że milicjanci są przedstawiani jako szlachetni ludzie, którzy z oddaniem walczą z przestępczością. Ale gdyby wyjąć ten kontekst, to przypomina to bardzo takie seriale nibydokumentalne o policjantach rozwiązujących różne sprawy. Mam też drugi tom, ale chyba odłożę na później.

Kapitan Żbik (2 tom zbiorczy) – a jednak doczytałem. W drugim tomie pojawiają się dłuższe fabuły. Jedna objęła chyba 4-5 zeszytów a nasz Żbik zjeździł kawał Europy ganiając szajkę przemytników. Historie są chyba bardziej urozmaicone niż w poprzednim tomie, ale schemat pozostaje ten sam. Trochę śmieszy to jak chwilę po zgłoszeniu jakiegoś przestępstwa mnóstwo ludzi się melduje do wykonania zadania. Są jacyś wywiadowcy (niczym szpiedzy), laboratoria badające każdy strzęp materiału i próbki zapachu. No tak trochę można się uśmiechnąć. Nie wiem, czy będę kontynuował przygodę ze Żbikiem. Rozumiem, że 50 lat temu pełne akcji i rozmachu historie były atrakcyjne i sentyment robi swoje (plus jakiś tam kawałek historii polskiego komiksu), ale mnie aż tak to nie kręci. Plus dla wydawcy za ładne wydanie, minus za okładkę z dupy. Można było wziąć którąś z oryginalnego zeszytu.

The Court of Owls Saga (DC Compact) – czytałem raczej pozytywne opinie, to jak mi się rzuciło w oczy za małe pieniądze, to wziąłem i zabrałem na wakacje. A że pogoda była słaba, to pyknąłem od razu. To chyba najnowszy komiks SH, który miałem w rękach i spełnił swoją rozrywkową rolę. Sprawnie prowadzony, z jakimś pomysłem i historyczną podbudową. Nawet jak ktoś nie śledzi nowych przygód Batmana, to jest to niezła historia do przeczytania. Da się za wszystkim nadążyć. Samo wydanie mi się bardzo spodobało. Rozmiar „mangowy”, cena okładkowa 10 USD. Gdyby więcej było tytułów w tej linii, to bym pewnie częściej sięgał. Jak to zwykle bywa, jak się skusiłem na coś z zagranicy, to zaraz pojawia się polskie wydanie.

Chełmska legenda. W cieniu trzech dębów – kupione ze względów sentymentalnych. W komiksie opowiedziano legendę, w której biały niedźwiedź uratował okolicznych mieszkańców przed tatarskim najazdem. Dzisiaj herbem Chełma jest właśnie biały niedźwiedź na tle trzech dębów. Jak na (chyba) debiut, to czytało się bardzo przyjemnie. Akcja poprowadzona sprawnie, do legendy dopisano rodzinną historię przywódcy jednej z wiosek i wątek miłosny. Trochę zgrzytały mi rysunki, a raczej twarze, które są często w jakiś przerysowanych grymasach. Użyty papier to jakaś gruba kreda – ciągle miałem uczucie, że przewracam 2 kartki. Ale to detal. Z tego co gdzieś mi mignęło na warsztat idzie druga legenda – o duchu Bieluchu. Też na pewno kupię.

Bruno Brazil (9) – zbieram w miękkich wydaniach. Jak mnie kiedyś przydusiło, żeby kupić, to twardych nie było. I ten dziewiąty album był dla mnie jednym ze słabszych, niestety. Już się przyzwyczaiłem, że fabuły starzeją się nie najlepiej – jak stare filmy z Bondem pełne niedorzecznych pomysłów i gadżetów. Tutaj ktoś próbuje usunąć dokumentację jakiejś broni czy rakiety i zabija naukowców, niszczy komputer z danymi i szuka urzędnika, którego zahipnotyzowano i przekazano mu te informacje i teraz nieświadomy wszystkiego jest ostatnim nośnikiem super tajnych informacji. Na to wszystko to byłem przygotowany, ale późniejsze pomysły, które Brazil i jego Kajmany realizują w trakcie akcji ratunkowej, to już naprawdę było głupawe. Końcówka również mnie zniesmaczyła – ganiamy złoli i walczymy o tajne informacje, a ostatecznie okazuje się,
Spoiler: PokażUkryj
że już powstaje nowsza broń…
Sytuację ratuje Vance, którego styl uwielbiam. Chyba czas kończyć tę serię, bo schodzi na manowce.

Świat mitów: Atena – tutaj, trochę w odróżnieniu od poprzednich tomów nie ma jakiejś zwartej historii, tylko bardziej kilka epizodów, w których wystąpiła Atena. Niektóre z nich w sumie już jakoś były przedstawione w innych mitach. Nie wiem, czy to nie jest znak, że powoli kończą się najciekawsze tematy. Również jeden ze słabszych tomów tego cyklu.

Lester Cockney (tom 3) – tym razem śledzimy dzieciństwo głównego bohatera. Historia rozgrywa się w Irlandii rządzonej przez Anglików. Lester jako sierota i nieślubne dziecko Anglika ma wyjątkowo ciężko w życiu. Doświadcza przemocy rówieśniczej, jak i ze strony dorosłych. Nie jest to przyjemna lektura patrząc pod tym kątem, ale czyta się bez zgrzytania zębami. Natomiast związku z poprzednimi tomami raczej nie ma – poza głównym bohaterem i shortem zamieszczonym na końcu. Oczywiście ważną część opowieści zajmują konie.

Morgana – jest wojowniczką, która właściwie od dzieciństwa jest wplątana w wielką historię walki o władzę, moc i wszystko co się z tym wiąże. W tym świecie istnieją różne artefakty, które kiedyś zostały umyślnie rozproszone po różnych planetach czy też cywilizacjach, bo połączone w jednych rękach miały destrukcyjny wpływ na tę osobę i jej działania. Temat dość ograny. Oczywiście doświadczenia poprzednich pokoleń poszły jak krew w piach i walka o te artefakty trwa w najlepsze. Sojusze mogą się zmieniać, intencje niektórych mogą być odmienne niż się wydaje. A czytelnik jest wrzucony w wir walk, intryg, epickich pojedynków, oblężeń miast / cytadel, pościgów w przestrzeni kosmicznej. Wszystko się dzieje szybko, głośno i z rozmachem, ale jest też miejsce na romanse w tym wszystkim. Graficznie może się podobać, styl myślę pasuje do tematyki. Dla miłośników gatunku.

Życie Kola – autor opowiada historię życia swojego dziadka (właściwie to dziadek jest narratorem), kresowiaka urodzonego tuż przed wybuchem pierwszej WŚ. Śledzimy losy jego przodków, jego dzieciństwo, czasy wielkiego kryzysu lat 30-tych, zawieruchę drugiej WŚ a następnie początki nowego życia na tzw. terenach odzyskanych. Nie będzie tutaj jednak jakiś heroicznych czynów, czy niesamowitych przygód (chociaż z dzisiejszego punktu widzenia dziadek nie wiódł nudnego, spokojnego życia). Bardziej chodzi o poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co sprawiło, że dziadek ostatecznie odsunął się od rodziny. Sam komiks ma formę ilustrowanego pamiętnika – rysunek przedstawia słowa narratora. Takich typowo komiksowych technik jest mniej. Ciekawa i niebanalna pozycja.

Sandman. Teatr tajemnic (tom 2) – tutaj niepokojąco mniej mi siadł ten tom. Są w sumie 3 dłuższe historie z cyklu kto zabija i Annual z krótszą historią. Niby charakter serii się nie zmienia – nadal mamy do czynienia z mrocznym kryminałem, przeplatanym śledzeniem problemów klasy wyższej (gdzie tu dziś pójść się urżnąć?) i strasznie koślawo rodzącym się romansem głównych bohaterów. Jednak zebranie w jednym tomie 3 historii, które powielają ten sam schemat, to trochę kiepski pomysł. Najpierw giną znajomi z bractwa studenckiego, potem giną dyrektorzy korporacji. Trzecia historia troszkę zrywa z tym trendem i trudniej powiązać ze sobą ofiary, ale nie zmienia to pomysłu, że mordercą jest
Spoiler: PokażUkryj
ktoś znajomy głównych bohaterów.
Rysunek też mnie trochę drażnił. Styl podobny co poprzednio, ale jakoś miałem wrażenie, że więcej było niestaranności. Nie chce mi się szukać, kto rysował jaką historię, ale skoro ja lubię rysunki w tym stylu i narzekam, to coś tu zgrzyta.
Mam nadzieję, że coś się zmieni w kolejnym tomie. W szczególności, że coś przyspieszy między głównymi bohaterami, bo ile można czytać, że ona by chętnie, ale ten ma rano jakieś spotkanie…

Pieskie szczęście – komiks autorki „Czekania”, który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył w ubiegłym roku, więc i tutaj oczekiwania miałem niemałe. Para przygarnia psa. To jest impulsem do przeprowadzki na wieś, gdzie pojawiają się kolejne psiaki. Czas mija na spacerach i odkrywaniu życia sąsiadów tych ludzkich i czworonożnych. Akcja toczy się w Korei Płd i psy mają tam nieco inny status niż u nas – niektórzy je po prostu jedzą. Sam komiks nie jest dość wciągający, bym powiedział że nawet dość monotonny a historia, poza małą nutką egzotyki, nie przykuwa uwagi. Nawet dla posiadacza psa (chociaż mój pies raczej nie choruje, ale w deszczową pogodę też trzeba go wyprowadzić – bo takie problemy mają bohaterowie). W posłowiu autorka wyjaśnia szerzej, co skłoniło ją do napisania tego komiksu. Skoro jakoś sam komiks do mnie o tym nie przemówił, to chyba troszkę czegoś zabrakło. A może w Korei łatwiej wyłapać niektóre detale.
Sam opis komiksu jest trochę mylący. Wynika z niego, że głównym tematem ma być zmiana w życiu, jaką wprowadza pies, ale tak naprawdę bohaterowie dość bezboleśnie sobie z tym poradzili. Szczególnie jak mieli możliwość wyprowadzić się na wieś i zapewnić psiakom trochę miejsca.

Coś zabija dzieciaki (tomy 1-8) – tytuł bardzo dobrze dobrany do zawartości. Tytułowe coś zabija dzieciaki. W ich obronie staje młoda dziewczyna, która jak się później okazuje jest częścią większej organizacji. Dłuższe historie są przeplatane zeszytami z przeszłości dziewczyny i dają więcej informacji o tym, dlaczego to wszystko się dzieje. Z tego, co się zorientowałem, to seria ma status niezakończony. Nie wiem, czy sięgnę po następne. Raczej rzadko czytam te „nowoczesne” komiksy, gdzie akcja pędzi na złamanie karku, a do czytania jest względnie niewiele. Tutaj 2-3 wieczory spędziłem na niezłej zabawie. Mam jeszcze zdaje się spinoffy – House of Slaughter i Book of Slaughter. Tak mi się przynajmniej wydaje, że są jakoś powiązane.

* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Nie było takowych

Kupki wstydu właściwie nie mam. Do przeczytania został mi Monster Sized Hellboy - ale to już w sumie czytałem w mniejszych tomach. I jakieś stare Sambre, co to chyba niedokończone jest.

PS1 – najważniejszym wydarzeniem minionego kwartału była niewątpliwie wizyta w siedzibie głównej Studia Lain w Iławie. Zwiedziłem legendarną już piwnicę i pogawędziłem z Kierownikiem. Następnym razem, jak będę w okolicy spróbuję to powtórzyć :)
PS2 – korzystając z wakacyjnego wolnego czasu spróbowałem wrzucić na ruszt jakieś komiksowe seriale. Wciągnąłem drugi sezon Sandmana i ten podobał mi się mniej niż pierwszy. Morfeusz smęcił niemiłosiernie i pół sezonu przygotowywał się do kopnięcia w kalendarz. Trochę mniej kojarzyłem fabułę – nie wiem, czy to oryginalne pomysły twórców, czy może same komiksy mi się już pozacierały w pamięci. Ogólnie jednak uważam, że próba ekranizacji komiksu była bardzo udana i bawiłem się znakomicie. Pewnie był wysoki próg wejścia i dla osób postronnych tematyka mogła być trochę niezrozumiała.
Później wziąłem się za Locke & Key i tutaj pierwszy sezon zassałem chyba w jeden dzień i wieczór. Aż mi się zachciało odświeżyć komiks. Wiele motywów mi jakoś świtało. Drugi sezon już trochę na siłę dooglądałem, trochę brakowało świeżości. Trzeci poddałem walkowerem w połowie.
Po tych młodzieżowych tematach wziąłem się za The Boys. Jakimś wielkim fanem Ennisa się nie czuję. Jego twórczość ani mnie nie szokuje, ani nie obraża żadnych moich uczuć religijnych. Latające flaki nie czynią z komiksu tematu dla dorosłych. I tutaj w drugim odcinku pomysł zabicia formalnie niezniszczalnego superherosa poprzez umieszczenie mu bomby w d… znaczy odbycie znacząco osłabił mój zapał do dalszego oglądania. Poza tym wpadł mi na dysk komiks, więc chyba spróbuję przeczytać.
PS3 – powoli zacząłem przygodę z komiksem cyfrowym. Kupiłem na humblebundle komiksy Jamesa Tyniona IV, kupiłem tablet do ich czytania. Tu nastąpił mały fakap, bo tablet okazał się wadliwy i musiałem bawić się w reklamacje i wymiany. No ale co się odwlecze to nie ucziecze jak mówili starożytni Słowianie i już pierwsze tytuły wciągam. Pojawiły się też komiksy z Image, ze świata the Boys. Na 11 calach amerykański rozmiar komiksów czyta się bardzo dobrze. Cała strona na ekranie ma wielkość zbliżoną do wersji papierowej. Chwilkę zajmie zanim plik się otworzy, ale później już śmiga (czytam z pdf-ów). Teraz jestem w trakcie Chew, tylko tutaj wydaje mi się, że nie mam ostatniego tomu. Będę się martwił, jak dojdę tak daleko. W drugim tomie nudy nie ma.
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #762 dnia: Śr, 01 Październik 2025, 07:01:00 »
Wrzesień

Flash t. 1 – już na etapie niniejszego zbioru znać, że nowy „opiekun” losów dysponentów Mocy Prędkości (w tej roli tym razem Simon Spurrier) przystąpił do powierzonego mu zadania nie bez znamion ambicji, a przy tym z interesującym konceptem wiodącym. Majstrowanie przy motywie wspomnianej chwilę temu „energii” należy co prawda do ryzykownych i nie zawsze przejawia się sensowymi rozwiązaniami. Tym razem jednak są widoki na wzbogacenie pomysłu Marka Waida o nieznane dotąd głębie i poziomy. Do tego bez zbędnych wygłupów i bardzo na serio. Cieszy ponadto dobór plastyka, którym w przypadku tego projektu jest stylistycznie efektowny Mike Deodato Młodszy. Niepotrzebnie natomiast wkomponowano w ten zbiór opowieść z udziałem Tytanów, ogólną jakością i nastrojem znacząco ustępujące głównej fabule tegoż tomu.

Gwiezdny Zamek t.7
- cieszę się, że ta seria nie tylko jest kontynuowana, ale też czynione jest to z łatwo dostrzegalnym zamysłem rozpisania alternatywnych dziejów Układu Słonecznego w taki sposób, że niemal każdy kolejny motyw generuje mnóstwo fabularnych możliwości. W niniejszym tomie jest ich kilka, reorientujących przy tym dotychczasowy ogląd na rzeczywistość przedstawioną. Swoje niezmiennie robi ujmująca aura retrofantastyki oraz quasi-baśniowa warstwa plastyczna. Jest bardzo dobrze i oby tak było dalej.
 
Moon Knight t.1 - nowa odsłona przypadków tytułowego protagonisty wraz z kolejnym scenarzystą na ,,pokładzie”, a jednak kłopoty jakby te same co z dawna. Stwory Nocy hasają po nowojorskich zaułkach, dobrze znani sparingpartnerzy nie dają o sobie zapomnieć, a i chimeryczny bożek Khonshu, pomimo spętania przez Asgardczyków, również od czasu do czasu sygnalizuje swoją sprawczość. Mimo tego scenarzysta tego tytułu (w tej roli Jed MacKay) zaproponował kilka autorskich innowacji (m.in. podkreślenie misyjnego wymiaru aktywności Moon Knighta) oraz dał się poznać jako twórca swobodnie operujący współczesną odmianą poetyki Marvela. O wyczynach przy tej postaci na miarę Warrena Ellisa nie sposób w tym przypadku pisać; niemniej rozczarowania również nie ma. Ze swojej strony chętnie zapoznam się z tzw. ciągiem dalszym.

Marvel-Must-Have t.2: Deadpool zabija uniwersum Marvela
- jakby na przekór zasadniczej „problematyce” niniejszego tomu w tym przypadku mamy do czynienia z rozpisaną na lekko, płynnie prowadzoną „rzeźnią numer sześć” w wykonaniu niezmiennie rozgadanego Deadpoola. Niektóre koncepty „rozwałkowe” wręcz pozytywnie zaskakują; podobnie zresztą jak wprawnie nakreślona warstwa plastyczna. Stąd mord na uniwersum Marvela wypada nadspodziewanie dobrze.

Justice League: The Atom Project nr 6 - teoretycznie mamy tu zawartą konkretną konkluzje; trudno jednak oprzeć się wrażeniu jej otwartej formuły. A to cieszy, bo tym samym znać, że DC Comics nie zamyka drogi dla kolejnych projektów z udziałem ,,Atomowej Ekipy”, w tym zwłaszcza Kapitana Atoma. Jeśli do tego dojdzie to oby pracowali przy niej ci sami twórcy, co przy niniejszej inicjatywie.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.106. Batman: Tajemnica Czerwonego Kaptura
- za każdym razem, gdy po latach przypominam sobie prace powstałe według scenariuszy Judda Winicka nie mogę powstrzymać się od konstatacji jak sprawnym w swoim fachu był on specjalistą. Przy czym dotyczy to zarówno przygód Green Arrow (w tym zwłaszcza zbioru ,,Straight Shooter”), jak również Batmana. Niniejszy, pękaty zbiór utwierdza mnie w tym przekonaniu. Wskrzeszenie Jasona ,,Robina II” Todda okazało się bowiem nie tylko przejawem chęci wygenerowania znacznych zysków, ale także zjawiskiem faktycznie przełomowym, wartkim i pochłaniającym bez reszty utworem z przekonująco rozpisaną obsadą i autentycznym dramatem jako jego osnową. Zaryzykuję twierdzenie, że ta opowieść zostanie z wielbicielami superbohaterskiej konwencji na dłużej i zdecydowanie chciałoby się takich realizacji więcej.

Black Condor nr 1
- za sprawą oszałamiającego wręcz ekspandowania oferty Marvela na przełomie lat 80. i 90. DC Comics podjęło wysiłki na rzecz zachowania swojej rynkowej pozycji. Przejawiło się to nie tylko stosownie nagłośnionym medialnie zamordowaniem Supermana, ale także całkowicie nowymi tytułami. W przypadku niniejszego mieliśmy do czynienia z zupełnie nową wersją ,,buszującego” niegdyś w komiksach wydawnictwa Quality Comics (nabytego przez DC) Black Condora. Premierowy epizod tej opowieści swoją fabułą co prawda nie uwodzi, ale już tylko udział w tym przedsięwzięciu Ragsa Moralesa, znakomitego rysownika znanego m.in. z ,,Kryzysu tożsamości”, to atrakcja sama w sobie. Tym bardziej, że na etapie realizacji tego akurat tytułu wciąż jeszcze poszukiwał on dla siebie właściwej formuły stylistycznej. Był za to pod wyraźnym wpływem maniery Bernie’go Wrightsona z czasów współtworzenia przezeń dwumiesięcznika ,,Swamp Thing vol.1”. Nie napalam się na zbyt wiele, ale i tak zapowiada się obiecująco.
 
W Imieniu Polski Walczącej t.7: Atak na więzienie w Pińsku 18 stycznia 1943 r. – album interesujący już z racji okoliczności osadzenia jego zasadniczej akcji na obszarze przedwojennych Kresów Wschodnich (konkretnie województwa polskiego). Na tle aktywności „cichociemnych” w ramach struktury konspiracyjnej znanej jako Wachlarz jest okazja, by przejrzeć się wyczynom osławionego Jana Piwnika „Ponurego”. Równolegle przybliżono dylematy przedstawicieli polskiego podziemia niepodległościowego w kontekście akcji dywersyjnych, korzystnych dla sowieckich uczestników agresji na Polskę 17 września 1939 r. Jak zawsze w przypadku fabuł tej serii uczyniono to na miarę wartkich produkcji filmowych, a przy tym z uwzględnieniem szerszego kontekstu. Równocześnie jednak łatwo daje się dostrzec znaczący spadek twórczej formy ilustratora tego przedsięwzięcia w osobie Krzysztofa Wyrzykowskiego. Do tego stopnia, że aż trudno uwierzyć, że ten sam autor był odpowiedzialny za wykonanie warstwy plastycznej trzech pierwszych albumów tej serii. Wielka szkoda.

Bohaterowie i Złoczyńcy t. 107: Człowiek ze Stali – przejęcie pieczy nad tytułami „supermanicznymi” przez Briana M. Bendisa lansowane było w kategorii niemalże kopernikańskiego przewrotu w uniwersum DC. Oczekiwania te sformułowane zostały na wyrost, a wszystkie przedsięwzięcia w których rzeczony się udzielał (w tym m.in. seria „Justice League of America” i powstała z myślą o serialu „Naomi”) zdążyły już popaść w zapomnienie. Nic w tym zresztą dziwnego, bo wspomniany scenarzysta od dawna wykazywał już oznaki twórczego wypalenia (by wspomnieć chociażby fabułę „Spider-Men”, zawartą w premierowym tomie kolekcji „Marvel-Must-Have”). Sygnowany przezeń „Człowiek ze Stali” nie jest projektem całkowicie nieudanym, chociażby z racji udziału w nim licznego grona zdolnych plastyków (na „pokładzie” przedsięwzięcia m.in. Jason Fabok i Ivan Reis). Kłopt w tym, że jak na miarę tzw. nowego początku opowieść tu zawarta jest boleśnie wręcz przeciętna… Sytuacji nie poprawia kuriozalny wizerunkowo adwersarz. Stąd pomimo teoretycznie dojmującej skali wyzwania Bendisowi nie udało się wygenerować choćby grama stosownego napięcia. Ewidentnie temu panu przydałaby się radość pławienia się zasobach emerytalnych.

Triumph nr 1 – sporo spodziewałem się po tej mini-serii, ale już po pierwszej jej odsłonie trudno mi opędzić się od przeczucia, że raczej doznam rozczarowania. Tymczasem uwzględniając osobliwą historię tytułowego bohatera potencjał tej opowieści był znaczny. Choć gwoli ścisłości dobry gościnny występ „zalicza” Hourman oraz zantagonizowany z nim Doktor Kobalt (ależ ksywa…). Może będzie lepiej, ale na ten moment nie dostrzegam perspektyw na więcej niż tylko klasycznie superbohaterską przygodówkę.

Black Condor nr 2
- walorem tej serii jest już tylko możliwość przyjrzenia się twórczemu rozwojowi Ragsa Moralesa, plastyka, który niewiele ponad dekadę później stał się jednym z pierwszoligowych artystów, aktywnych w ,,barwach” DC Comics. Fabuła natomiast nie uwodzi, aczkolwiek na swój sposób może być uznana za satyrę pod adresem części przedstawicieli ruchu hipisowskiego, którzy postulowali ,,czynienie miłości zamiast wojny”, by skończyć jako podpalacze i terroryści. Mam nadzieję, że w kolejnych epizodach tytułowy bohater zaprezentuje coś więcej niż tylko sycenie się użytkowaniem ,,podarowanych” mu skrzydeł.

Marvel Origins t.70: Thor 11 - z każdym kolejnym zbiorem przygód Thora umacniam się w przekonaniu, że gdybym miał możliwość nabywania tylko jednej serii z tej kolekcji byłyby to właśnie przypadki Gromowładnego. Wprawnie prowadzone akcja, umiejętne wymieszanie równolegle rozgrywających się wątków i wizualne rozbuchanie ,,Króla” Kirby’ego niezmiennie ma się dobrze od pierwszych epizodów tej serii. Nie mam cienia wątpliwości, że dalej będzie niezgorzej i dlatego już teraz wypatruję kolejnego zbioru z Naczelnym Młotkowym Marvela.

Na Wrześniowych Szlakach: Bitwa o Pabianice’39 - pomimo swojej pozornej krótkotrwałości wojna obronna 1939 r. przebiegła pod znakiem intensywnych starć i batalii, na ogół rozgrywających się w szybkim tempie oraz nie bez znamion zaciekłości ze strony skonfrontowanych stron. Tomasz Kleszcz (rysunki oraz scenariusz) i Artur Ossowski (scenariusz) sugestywnie ujęli ten straszny czas na przykładzie losów żołnierzy 15. Pułku Piechoty ,,Wilków”, zmagających się z jednostkami znacząco lepiej wyposażonej niemieckiej Grupy Armii ,,Południe”. Głównym polem bitewnym dla tej formacji okazały się usytuowane w bezpośrednim sąsiedztwie Łodzi Pabianice. Znać dramaturgiczne napięcie i ogrom determinacji polskich obrońców. Stopień dokładności świata przedstawionego wręcz urzeka, dzięki czemu niniejszą realizacje docenią nie tylko wielbiciele komiksu wojennego, ale ogólnie historycznego, ze starannie oddaną kulturą materialną epoki. Oby ten projekt był zaczątkiem przedsięwzięcia obejmującego kolejne realizacje. Wszak w łódzkim dużo się w trakcie kampanii wrześniowej działo. Dość przecież wspomnieć walki o Piotrków i Tomaszów Mazowiecki. Oby tak się faktycznie stało.
 
Marvel-Must-Have t.3. Wolverine: Wciąż żywy
- kameralna opowieść, momentami wzbudzająca skojarzenia z początkowymi epizodami pierwszej solowej serii z udziałem ,,Rosomaka". Ponadto rozgrywającej się w rzadko u nas przybliżanym okresie, kiedy to Logan funkcjonował bez adamantowych komponentów. Zapewne było mu wówczas dostrzegalnie lżej, ale też był on w zdecydowanie większym stopniu narażony na piętrzące się wokół niego niebezpieczeństwa. Ta zaś okoliczność nie pozostała bez wpływu na jego ówczesny brak pewności siebie, co równocześnie ,,uzbroiło" potencjalnych scenarzystów w nowe możliwości twórcze. W tej zaś roli w niniejszym zbiorze odnalazł się Warren Ellis. Kolokwialnego szału nie ma, ale też o porażce nie sposób pisać. Ot, rozrywka na raz, raczej dla poszukiwaczy opowieści bez udziału najbardziej sprawczych adwersarzy X-Men.
 
Triumph nr 2 - wydawało się, że Christopher Priest dysponuje wszystkimi ,,składnikami", których kumulacja zapewniłaby tytułowej postaci triumf trwałego zakotwiczenia się na komiksowej scenie: protagonistę o intrugującej przeszłości oraz motyw, który z powodzeniem zrealizował w mini-serii ,,Sentry" Paul Jenkins. A jednak na półmetku ninejszego projektu rzeczony scenarzysta zdaje się kręcić w kółko, nie bardzo wiedząc jak zużytkować powierzoną mu postać. Doprawdy rozczarowujące...

Festiwal - lektura tego tomiku była moim bodajże trzecim podejściem do twórczości Jacka Świdzińskiego. Zakończyła się tak jak poprzednie, tj. w pełni spodziewanym znużeniem oraz poczuciem przyswajania formalnego i narracyjnego nieporozumienia. O spójności utworu i znamionach jego przemyślenia nie sposób w tym przypadku pisać. Miast tego otrzymaliśmy zbiór odstręczająco rozrysowanych, chaotycznych impresji, czyli idealny obiekt pochwał dla aspirujących pseudo-krytyków, złaknionych uwagi i popularności. Pod tym względem ,,Festiwal" Świdzińskiego zapewne spełnia swoją funkcje.
 
Black Condor nr 3 - niby sporo się tu dzieje, a jednak, podobnie jak w poprzedniej odsłonie tej serii, ciąg zdarzeń nie upaja i nie urzeka. Stąd już na tym jej etapie trudno się dziwić, że przetrwała na rynku ledwie rok. W tej syutacji pocieszeniem są natomiast rysunki w wykonaniu Ragsa Moralesa, już wówczas przykładającego szczególne znaczenie do detalu, ale też również ekspresji.

Triumph nr 2 - wydawało się, że Christopher Priest dysponował mnogością atutów, których kumulacja zapewniłby tytułowej postaci triumf trwałego zakotwiczenia się na komiksowej scenie: protagonistę o intrygującej przeszłości oraz motyw, który z powodzeniem zrealizował w mini-serii ,,Sentry” Paul Jenkins. A jednak na półmetku niniejszego projektu rzeczony scenarzysta zdawał się kręcić w kółko, nie bardzo wiedząc jak zużytkować powierzoną mu postać. Doprawdy rozczarowujące... Festiwal - lektura tego tomiku była moim bodajże trzecim podejściem do twórczości Jacka Świdzińskiego. Zakończyła się tak jak poprzednie, tj. w pełni spodziewanym znużeniem oraz poczuciem przyswajania formalnego i narracyjnego nieporozumienia. O spójności utworu i znamionach jego przemyślenia nie sposób w tym przypadku pisać. Miast tego otrzymaliśmy zbiór odstręczająco rozrysowanych, chaotycznych impresji, czyli idealny obiekt pochwał dla aspirujących pseudo-krytyków, złaknionych uwagi i popularności. Niewykluczone, że pod tym względem ,,Festiwal” Świdzińskiego zapewne spełnia swoją funkcje. Black Condor nr 3 - niby sporo się tu dzieje, a jednak, podobnie jak w poprzedniej odsłonie tej serii, ciąg zdarzeń nie upaja i nie urzeka. Stąd już na tym jej etapie trudno się dziwić, że przetrwała ona na rynku ledwie rok. W tej sytuacji pocieszeniem są rysunki w wykonaniu Ragsa Moralesa, już wówczas przykładającego szczególne znaczenie do detalu, ale też również ekspresji.

Marvel Origins t.71: Avengers 8
– w pracach Roya Thomas (a to właśnie on na prezentowanym etapie prezentacji tej serii zajmował „krzesełko” jej scenarzysty) próżno co prawda doszukiwać się pozytywnie rozumianych wariactw i odpałów na miarę Stana Lee; niemniej przejęty „zasób” fabularny rozwijał on z werwą, wyraźnie coraz lepiej czując się w swojej funkcji. Okoliczność, że w toku niniejszego zbiorku dołączył doń jeden z najzdolniejszych plastyków w dotychczasowych dziejach Domu Pomysłów – tj. John Buscema – sprawia, że to przedsięwzięcie w ramach tej kolekcji zdecydowanie warto uważnie dalej śledzić.
 
Durango t.19 – zaabsorbowany innym projektem (tj. opublikowaną również u nas serią „Lonesome”) Yves Swolfs znów zrobił sobie kilkuletnią przerwę od prawdopodobnie najczęściej kojarzonej z nim serii. Zadbał jednak, by zaproponowana w najnowszym jej tomie fabuła nie tylko nie rozczarowała, ale wręcz usatysfakcjonowała. Stąd wielbiciele brutalnych intryg rozgrywających się w meksykańskich plenerach mogą ten album brać w ciemno. Także z tego względu, że współpracujący ze Swolfsem plastyk o pseudonimie Iko zadbał o wykreowanie świata kreowanego pod względem bogactwa detali wręcz kompletnego. Oby obaj panowie dalej „grzali” ten temat.
 
Triumph nr 3 - odnoszę wrażenie, że Christopher Priest nie zrozumiał jakiego typu protagonistę mu powierzono i równocześnie miał wielką ochotę rozpisać fabułę gangsterską. Dlatego potencjał tytułowej postaci i nastawienie scenarzysty tej mini-serii ewidentnie z sobą się rozminęły. W gruncie rzeczy jedyna udana scena w tym epizodzie dotyczy retrospekcji z udziału Triumpha w sformowaniu pierwszego składu Ligi Sprawiedliwości, czyli wątek zaczerpnięty od innych autorów. Niestety fatalnie to wróży na finał tej mini-serii, którą już na tym jej etapie można uznać za kompletny niewypał i rozczarowanie.
 
Black Condor nr 4 - ogólna dynamika sytuacyjna serii zostaje podsycona mordobiciem z dawnym adwersarzem Hala Jordana w osobie Sharkmana. Rags Morales zyskał tym samym okazję do rozrysowania sekwencji konfrontacyjnych. Rozwój tytułowego herosa jednak nie zachwyca, a ustawiczne wypieranie się przezeń statusu herosa ogrywa się już niemiłosiernie i w tempie błyskawicznym. Lepiej raczej już nie będzie, ale wizualnie rzecz cieszy z racji dopracowania tego aspektu niniejszego przedsięwzięcia.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #763 dnia: So, 04 Październik 2025, 12:00:08 »
 Podsumowanie września. Tradycyjnie komiks polski, lub taki w którego tworzeniu brał jakiś autor naszej narodowości. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


   "Z Tytusem przez historię tomy 1-10" - Papcio Chmiel. Osiem książeczek wydanych w ramach kioskowej "kolekcji" na miękko plus dwie, które się nie ukazały w tej formie a w twardej oprawie sprzedawane w normalnych księgarniach. Format dużo większy niż w przypadku regularnych książeczek a w przypadku tych dwóch odrębnych nawet bardzo dużo większy. Ogólnie cały koncept na serię odmienny od tego co znamy pod tytułem "Tytus, Romek i A'tomek", mamy bowiem tutaj do czynienia z takim komiksem-trochę nie komiksem. Na jedną stronę przypada jedna plansza ze standardowymi dymkami komiksowymi zajmująca prawie całe miejsce a po ich bokach tekst, małą czcionką więc dosyć sporo go się znajdzie, z pewnością lektura zajmie więcej czasu niż tradycyjne komiksy. Treść opiera się może nie tyle na historii jako całości, co raczej na konkretnych bitwach lub kampaniach wojennych prowadzonych przez Polskę na przestrzeni wieków czyli ogólnie raczej wiadomo Grunwald, Wiedeń, Powstanie Warszawskie etc. ale znajdą się i takie w których Polacy brali tylko udział jak Wojna o Niepodległość Stanów Zjednoczonych (Kościuszko, Pułaski). Wyjątkiem będą tu końcowe książeczki nr.7 "TRiA poznają historię hymnu" zaczynająca się na początku insurekcji kościuszkowskiej a kończąca udziałem legionów Dąbrowskiego w wojnach napoleońskich oraz w sumie jej fabularna kontynuacja "TRiA obchodzą stulecie odzyskania niepodległości..." zaczynająca się od proklamowania Księstwa Warszawskiego a kończąca jak w tytule w momencie odzyskania niepodległości (nie w czasie obchodów). Oraz dwie ostatnie stanowiące raczej przygody w stylu tych klasycznych książeczek po prostu umieszczone w historycznych "realiach". Tak więc trójka bohaterów bierze udział w rzeczywistych wydarzeniach, napotykając rzeczywiste postacie jednocześnie przeżywając swoje momentami dosyć absurdalne perypetie. Papcio zgodnie z zasadą "bawiąc uczy, uczy bawiąc" umieścił w tomikach naprawdę sporo faktów (bądź i nie o tym zaraz) historycznych co widać zwłaszcza w późniejszych książeczkach w których dosyć mocno sypie datami, nazwiskami i miejscami, z których no raczej dzieci będą mogły się chociażby pobieżnie zapoznać z tematyką. Natomiast, raczej ze sporą rezerwą podszedłbym do używania ich jako instrumentu nauczania o ile niektóre wydają się całkiem nieźle przygotowane pod względem merytorycznym to inne z kolei wydają się pod tym względem raczej średnie. Na dodatek niektóre z przytaczanych rzeczy (nie wiem jak to nazwać, pojęcie dosyć szerokie) wydają się tymi o których Henryk Jerzy Chmielewski nabywał wiedzy jeszcze w szkole czyli bardzo dawno temu i od tego czasu zdążyły się zaktualizować lub wręcz ulec kasacji. Co wrażliwsi pewnie mogliby się doszukać w jednym lub dwóch miejscach treści seksistowskich bądź rasistowskich, ja ze swojej strony wybaczam starszy pan, staromodne myślenie, mnie to zresztą nie razi specjalnie tak jak i komiksy Dębskiego.
  Ogólnie rzecz biorąc pamiętając o (no nie da się pomimo wielkiej sympatii dla autora, nie zakłamując rzeczywistości użyć innego słowa) mizerii końcowych książeczek Tytusa, byłem nastawiany nieco na "lipę" tej serii i ku mojemu przyjemnemu zaskoczeniu okazało się iż się pomyliłem. Przede wszystkim graficznie jest lepiej niż tam było pod koniec, widocznie Papcio znalazł więcej czasu na dopracowanie pojedynczych większych obrazów, chociaż nie ukrywam iż zdecydowanie bardziej jestem fanem tych prostszych i znacznie sympatyczniejszych rysunków z początków serii i jeszcze ze "Świata Młodych". Wyjątkiem są tutaj ostatnie dwa tomiki, te wydane w odmiennej formie, tam niestety już widać że wiek Papcia mocno wpłynął na jego umiejętności. Wydaje się zresztą, że naprzykład książeczka numer 9 powstawała dosyć długi okres czasu, bo graficznie na początku wygląda całkiem przyzwoicie a poziom opada gdzieś od połowy z planszy na planszę. Ostatni tom to pod względem wyglądu katastrofa, no ale szczerze i tak pełen podziw dla autora, w  wieku w którym on je rysował raz większość ludzi już nie żyje, dwa jeżeli żyją i nawet wiedzą co robią to fizycznie nie bardzo już są w stanie to zrobić a tu proszę jeszcze praca. Zresztą fabularnie jest jeszcze dziwniej ;) Znajdziemy w tej serii i zabawniejsze dowcipy (cały czas porównuję do tomików powyżej XX bo wiadomo, że do wcześniejszych startu nie ma) i ciekawsze przygody w stosunku do schyłkowego okresu klasycznej serii. Z jednej strony znajdziemy tutaj nieco tytusowego ciepła połączonego z abstrakcyjnym klimatem z drugiej momentami nieco więcej okrucieństwa (pamiętajmy o tematyce). Znaczy się przeczytałem i jestem zadowolony, tego że przeczytam to kiedyś jeszcze raz, wcale nie wykluczam. Ocena dla całości 7/10.


  "Pochód Zimowy 1918-1920:Epopeja 5 Dywizji Syberyjskiej" - Sławomir Zajączkowski, Krzysztof Wyrzykowski. Nie kupuję raczej IPN-owskich komiksów, ten wziąłem bo natknąłem się pewnie zresztą na tym forum na dobrą opinię a dopychałem zamówienie do darmowej wysyłki na gildii. Dla mnie osobiście największym atutem tego niespecjalnie obszernego komiksu (64-strony, sam komiks nieco mniej, bo dosyć sporo miejsca zajmuje opracowanie historyczne na koniec), jest jego tematyka, która nie oszukujmy się stanowiła dla mnie swoistą terra incognita (wiedziałem, że jacyś tam Polacy byli wtedy w tym miejscu i w tym czasie i tyle). Zagadnienie jak w tytule, 5 dywizja (kupa luda, taka porządna dywizja) bierze udział w Rewolucji Rosyjskiej po stronie "białych" walcząc tam z ramienia wojsk Ententy przy jednoczesnej próbie powrotu do właśnie odradzającej się Polski. Z wyjątkiem tematyki, największa zaleta tego komiksu, jest jednocześnie jego dosyć sporą wadą. Chodzi mi o to, że "Pochód..." bardzo mocno przypomina te komiksy historyczne wydawane w czasach zdychającej komuny lub tudzież po jej zdechnięciu pokroju "Hernana Corteza..." czy "Zesłańców" a od jakiegoś czasu namiętnie wznawianych (i bardzo dobrze, chociaż dotychczas żadnego nie kupiłem - ale kupię). Z jednej strony, mamy taki przyjemny "wspomnień czar" na dodatek naprawdę wypełniony wszelkimi potrzebnymi bądź też nie informacjami z którego można się sporo dowiedzieć, z drugiej sprawia to iż sam komiks wydaje się taki jakby "suchy". Przez te 50 stron przewinie się sporo postaci historycznych z drugiej główni bohaterowie (nie wiem w końcu, czy to jakieś rzeczywiste ofiary wywózek na nieludzkie ziemie opowiedziały swoje historie, czy kompletnie wymyślone charaktery) przypominają raczej słupy ogłoszeniowe na których autorzy wywieszają didaskalia niż faktycznie istniejących ludzi. Bardzo mało tutaj jakichś żyjących, prozaicznych dialogów z reguły jak przedstawione postacie o czymś rozmawiają to sytuacji a to politycznej a to na froncie a to o jeszcze jakiej innej. Prace Krzysztofa Wyrzykowskiego wcześniej widziałem i szanuję, wiem że zabrzmi to częściowo jak zarzut, ale ja w pozytywnym znaczeniu użyję tego stwierdzenia "porządna rzemieślnicza robota" po raz kolejny kojarząca się z pracami sprzed lat trzydziestu. Nieco brakuje większej szczegółowości przy rysowaniu teł (co uważam za warunek niemalże konieczny w komiksie historycznym), z drugiej strony czy obrazy zaśnieżonej tajgi potrzebują jakiejś większej szczegółowości? Bardzo fajny dział dodatków a w nim sylwetki dowódców plus dosyć obszerna historia dywizji. Ogólnie pod względem czysto historycznym, komiks wydaje się przygotowany naprawdę na wysokim poziomie, pytanie jak z poziomem odautorskich wniosków? Bo niektóre tezy wydają się cokolwiek kliszowe. Polacy - dzielni i waleczni do końca (chociaż wiadomo bolszewik jeden czy drugi i tu się znajdzie żeby nie było), Czesi - nieroby zajmujące się głównie rabunkiem cywili i na dodatek zdrajcy, Francuzi - tchórze i oczywiście też zdrajcy. Na ile ten obraz jest prawdą? To pytanie do bardziej oblatanych w temacie, ale ja ze swojej strony nie zaufałbym autorom w 100% w tej kwestii. Tak na koniec, nie wiem czy tam IPN wydaje te komiksy jeszcze, ale wydaje się powinienem bliżej przyjrzeć sprawie bo forma przyzwoita, tematyka interesująca a cena "żadna". A ocena 6+/10.


   "Niegrzeczna Antologia" - autorzy różni. Tytuł mówi sam za siebie, antologia polskiego (tego akurat w tytule nie ma) erotycznego komiksu, niespecjalnie obszerna. Zaczynamy od jednostronicowego komiksu samego Edwarda Lutczyna (i na tym kończą się dobre wiadomości), który w sumie erotyczny nie jest, ale niegrzeczny już trochę tak :) Reszta to koszmarki zarówno fabularne jak i graficzne (to nawet bardziej tutaj leży). Niektóre w założeniu miały chyba być zabawne, ale bardziej rozbawiła mnie ostatnia wizyta u dentysty niż to, to. Najlepszy z całego zbiorku jest tył okładki z taką a la mangową roznegliżowaną panienką, ogólnie kilka fajnych grafik na samym końcu i okładka jak ktoś podnieca się Kapitanem Bzykiem. Pojedyncze grafiki to chyba stosunkowo znane nazwiska (Monika Wierzejska na ten przykład), ale z twórców komiksów, nie znam chyba nikogo, raczej amatorzy, część wygląda na webkomiksy, może dalej będzie lepiej. Oceniać nie będę, nie powinno leżącego się glanować, część z autorów to pewnie jakaś młodzież, więc nie ma się co zniechęcać, tylko szlifować umiejętności.


    "Legendy" - autorzy różni. Antologia tym razem ze dwa razy obszerniejsza (co nie znaczy, że obszerna) z tej samej stajni, czyli Fabryki Komiksów co poprzednia. Zbiór szortów na temat dosyć ogólnie pojętych legend polskich tudzież słowiańskich, smoki wawelskie, diabły, południce, bazyliszki, szynszyle i inne takie stwory. Część historyjek na komediowo, część na horrorowo. Znowu okładka i jej rewers z fajnymi grafikami, znowu Edward Lutczyn na start. Kur...de bele pomyślałem na myśl o powtórce z "rozrywki"...i się w sumie przyjemnie rozczarowałem. Graficznie w stosunku do poprzednika, niebo a ziemia, oczywiście nie w każdym przypadku bo i tutaj znajdą się szorty przypominające moje bazgroły w zeszytach na co nudniejszych lekcjach w czasach podstawówki. Fabularnie zresztą też, czuć że kilkoro autorów miało jakikolwiek pomysł i na dodatek umiejętności wystarczające, aby przelać go na papier. Zdecydowanie bardziej profesjonalny zbiorek niż poprzedni. Ocena 6/10.


  "Kajko i Kokosz - Zamach na Milusia, Skarby Mirmiła, Cudowny Lek, Festiwal Czarownic" - Janusz Christa. Tom pierwszy to kolejny kamień milowy w historii serii czyli pierwsze pojawienie się Milusia, będę szczery nigdy nie był to mój ulubiony tom o ile dobrze pamiętałem i teraz też stwierdziłem, że nie stanie się moim ulubionym, jest naprawdę zabawny na ten swój kajkoszowy sposób, ale brakuje mu nieco jakiejś konkretnej fabuły, to raczej zbiór gagów kręcący się wokół świeżo wyklutego smoka i kłopotów jakie sprawia on w Mirmiłowie. "Skarby..." zdecydowanie już konkretniejsze z historią opartą o szelmostwa ukochanych Zbójcerzy bardziej przypadły mi do gustu. Najlepszy chyba jednakże tom trzeci w kolejności czytania, znowuż są Zbójcerze, jest piękna i bezbronna (chociaż łapę to ma jak Popeye) dziewica (?) do ocalenia, jest fabuła oparta na zwrotach akcji, są czary i magia. Dowcipów troszeczkę mniej, za to bardziej jakby przygodowy charakter na dodatek z wyraźnym morałem i ze słodko-gorzkim zakończeniem, jeden z najfajniejszych tomów tej serii w mojej opinii. Czwarty niech będzie gdzieś tam pomiędzy pozostałymi, ale będę szczery też mnie jakoś szczególnie nie zachwycił, fabuła taka trochę przełamana na pół, tytułowy festiwal kompletnie na drugim planie (chociaż to nie pierwszy przypadek, że tytuł sobie a scenariusz sobie) a historia dzieli się głównie pomiędzy "sprzymierzeńcami" Zbójcerzy bandą Rarogów a szalejącym Mirmiłem na wielki plus Oferma pokazujący w końcu rogi. Kajko i Kokosz to dalej jest świetny komiks, ale jak dla mnie tu już jest poniżej poziomu takich "Szranków i Konkurów" (a może Szrank? nie mam pojęcia jak to odmienić) i nie bardzo wierzę, że jeszcze na ten poziom wejdzie. Ocena 7+/10.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #764 dnia: So, 15 Listopad 2025, 12:19:33 »
 Podsumowanie października z racji zbliżającego się a w tym momencie już przeminiętego halloween coś na horrorowo a na pewno na fantastycznie. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!
 

  "Dracula" - Georges Bess. Uwielbiam tę powieść, uwielbiam tę historię, uwielbiam film Coppoli tak samo zresztą jak i całą resztę filmografii na czele z klepanymi seryjnie potworkami Hammera. Oryginał czytałem kilka razy, aczkolwiek miało to miejsce naprawdę dawno temu. Komiksowego Draculę dostaliśmy już od bodajże Kboom w wersji Roya Thomasa mistrzowsko zwizualizowanej przez Mike'a Mignolę. Tyle, że o ile ta była raczej adaptacją filmu z 1992 roku, tak wersja Bessa jest po prostu przerobioną na komiks książką. Znaczy to iż pod względem historii jest niemalże identycznie, więc o ile FFC dzięki kilku drobnym przesunięciom ciężaru i dopisanym scenkom uczynił z hrabiego Transylwanii postać tragiczną, niemalże romantycznego kochanka do którego, zwłaszcza biorąc pod uwagę powłóczyste spojrzenia rzucane przez Gary Oldmana, panie mogły sobie wzdychać, to oryginalny Dracula Stokera, nie ma z tym wizerunkiem wiele wspólnego, to po prostu nieumarły potwór i tak jest tutaj. Oryginał, był powieścią epistolarną więc, jako że komiks jest naprawdę wierną adaptacją (nawet nie wiem czy nie zbyt) więcej tekstu będziemy mieli w ramkach niż w dymkach. I tak, odpowiadam na ewentualne pytanie, które naturalnie się urodzi w tym momencie a wiem że dużo czytelników tego nie lubi, sporo ramek będzie opisywało to co widać na kadrach. Nie chciało mi się sprawdzać szczerze mówiąc, ale odniosłem wrażenie iż tekst jest wyrwany żywcem z książki, może po jakimś tam odpowiednim przeredagowaniu. Cóż powieść można przeczytać sobie bez problemu, więc największą gwiazdą tutaj będą rysunki Bessa. A naprawdę jest co podziwiać, bo czarno-białe dzieła sztuki po prostu zachwycają swoim pietyzmem. Jakoś nie mogłem skleić nazwiska artysty chociaż wydawało mi się znajome, sprawdziłem i okazało się że znam go z Anibala 5 i obydwie pozycje są pod względem wyglądu krańcowo odmienne co pewnie wskazuje jak wszechstronnym talentem dysponuje rysownik. O ile, Anibal był "komiksowo" do granic groteski przerysowany, tak w Draculi Bess poszedł na całość w realizm. Tzn. niemalże na całość, bo obok kadrów pieczołowicie odwzorowujących otoczenie, mamy i takie bardziej minimalistyczne skupiające się na stworzeniu nastroju grozy za pomocą gry światła i cieni. Co dosyć interesujące odstępstwem od realizmu charakteryzują się nieco twarze wszystkich pań zwłaszcza Miny i Lucy, ale także i wampirzyc noszące na sobie znamiona lekkiej inspiracji mangą (bez dużych oczu, takie coś bardziej w stylu Katushiro Otomo, czy Tanabe Gou), co z racji tych nieco nierzeczywiście gładkich lic ma pewnie podkreślać ich niewinność (no dobra może w przypadku wampirzyc chodzi o co innego, sceny z ich udziałem są raczej lubieżne, komiks zawiera nieco chociaż dosyć potwornej erotyki). Autor odszedł od klasycznego układu kadrów, zabawy umiejscowieniem obrazków będzie sporo. Wydanie Screamu znakomite, bardzo duży format, świetny offsetowy papier, błędów ortograficznych pierwszego stopnia tym razem nie stwierdziłem :) Powiem szczerze mam nieco kłopot z oceną tego albumu (raczej albumiszcza), z jednej strony, czyta się tak samo rewelacyjnie od 130 czy tam ilu lat, z drugiej no właśnie...Georges Bess, jako scenarzysta nie wniósł kompletnie nic do swego dzieła, no jak to porównać z oryginalnymi scenariuszami? Najlepiej będzie potraktować chyba, jako swego rodzaju streszczenie, chociaż może i nawet nie streszczenie bo w sumie ten mariaż obrazu z tekstem odwzorowuje dosyć dokładnie powieść Brama Stokera co po prostu adaptację w formie artbooka. Ocena 8/10.


  "Hillbilly tomy 1-3 plus Czerwonookie Czarowstwo z Czeluści" - Eric Powell i inni. No w końcu powrót w glorii i chwale autora który w sumie jedną serią wskoczył do czołówki moich ulubieńców. A przynajmniej mam nadzieję, że to będzie taki powrót. Oto tytułowy Hillbilly, czyli w jak zawsze znakomitym przekładzie Pauliny Braiter (chociaż dla odmiany jak nigdy w jej przypadku w jednym czy dwóch miejscach trochę mi zazgrzytało, terminy chyba cisną wszystkich z branży) Wędrujący Kmiot o imieniu Rondell. Uzbrojony w magiczny piekielny tasak, powsinoga, który w miejscu oczu ma czarne dziury otoczone bliznami po łzach, parający się przemierzaniem Appallachów i tępieniem wszelkiego plugastwa z głównym naciskiem na czarownice. Oczywistym jest, że naszej szerokości geograficznej, każdy łowca potworów będzie porównywany z wzorcem z Sevres czyli Geraltem z Rivii, tyle że w tym przypadku podobieństwa aż do granic śmieszności są naprawdę znaczne. Rondell jak na samotnego, ponurego i milczącego obieżyświata (obieżygóra?) jest zastanawiająco gadatliwy, przy czym legitymuje się niezbędną w tym przypadku dawką cynizmu skierowanego w stronę reszty ludzkości, przyprawioną szczyptą czarnego humoru, oraz poczuciem dziejowej sprawiedliwości. Jedyne co go różni od naszego eksportowego towaru to stałość w uczuciach (jak sam twierdzi w życiu kochał tylko trzy kobiety). Lekturę zaczniemy właściwie od jego originu, więc nie będziemy się specjalnie zastanawiali co jak i dlaczego. Później garstka porozrzucanych w czasie krótkich opowieści a la wiedźmińskie opowiadania w których to czasem Rondell będzie wędrował sam, czasem w towarzystwie gadającej niedźwiedzicy Lucille a czasem razem z jedyną przyjaciółką z dzieciństwa traperką Esther. Po tej dawce krótkich przygód mających wprowadzić nas w świat Łowcy Czarownic dostaniemy...no cóż zakończenie. Akcja toczy się we wcześniej wspomnianych górach, patrząc się na ubiór i zachowania wszelkich postaci można by wywnioskować iż mamy tutaj do czynienia z fantastyczną wersją USA z przełomu XIX i XX wieku, ale brak technologii oraz rezygnacja z umieszczenia na kadrach broni palnej (z obawy przed zaburzeniem balansu świata przedstawionego jak twierdzi autor) sprawia iż mamy do czynienia z kolejną Nibylandią.
   Rysunków Powella raczej przedstawiać nie trzeba, aczkolwiek o wiele mniej tu zabawy stylem niż w przypadku The Goon, całość wygląda raczej jednorodnie. Porównanie do Zbira narzuca się samo z siebie zresztą nie tylko w kwestii rysunków, bo ogólnie ciężko nie zauważyć iż twórca porusza się tutaj po podwórku, które doskonale zna i na którym doskonale się czuje, ale nie da się mówić w tym przypadku o bezmyślnej kopii. Powell korzystając z dokładnie tego samego menu co wcześniej poprzesuwał sobie suwaki, kładąc nacisk na jedne elementy a odpuszczając nieco inne i wyszedł mu komiks jednak w innym klimacie. Hillbilly to opowieść z pogranicza folkowego fantasy połączonego z komiksem grozy (oraz akcji) i nienachalnym czarnym humorem. Tak naprawdę autor sam w posłowiu któregoś tam tomu twierdzi iż sam siebie cenzurował, chcąc aby ten komiks nie dostał jakiegoś większego ograniczenia wiekowego i chyba tak byłoby najlepiej go potraktować, jako przetarcie dla dzieciaków (takich nieco starszych powiedzmy już zaczynających się na -naście) przed prawdziwym "dorosłym" komiksem. Tylko co w takim razie pozostaje dla dorosłego czytelnika? Szczerze mówiąc oprócz rysunków niespecjalnie wiele. Owszem, mamy bohaterów, których da się polubić, jakiś tam klimacik, ale to wszystko nie wzbudza specjalnych emocji. Spodobał mi się ostatni tom, mamy w nim ostateczną bitwę z siłami zła i pod względem dramatycznym całkiem dobrze rozegraną, tyle że nie robi ona takiego wrażenia jakie powinna robić bo nie było zbyt dużo czasu się przyzwyczaić do bohaterów a i tak jest ich może trójka na krzyż z dopisanymi na kolanie historiami. Cała ta seria nie posiada tak jakby "środka" - jakiegokolwiek rozwinięcia, mamy kilka nowelek na start i zaraz po tym wyciągniętą kompletnie z czapy ostatnią bitwę i nie oszukujmy się, to nie wygląda na planowaną konstrukcję tylko efekt zapewne niskiej sprzedaży i chęć zamknięcia na siłę. Widocznie amerykański czytelnik też nie chwycił tej przynęty. Bo z której strony by nie patrzeć i jakich nie wymyślać różnic to wszystko się sprowadza do tego iż Hillbilly jest tak naprawdę ugrzecznionym, uczesanym (mimo że potarganym) i dobrze wychowanym Zbirem. Zdaję sobie sprawę iż oryginalny "The Goon" był (a raczej bywał, bo potrafił być również naprawdę pokazać głębię) komiksem bezczelnie przaśno-buraczanym a jego autora pewnie bardziej niż sam proces tworzenia bawiła myśl o tym jak wielu czytelników wkurzy. Ale w tym właśnie tkwiła wybitność tej serii (bo w moich i podejrzewam nie tylko moich oczach The Goon to komiks wybitny) iż przewracając kolejną stronę nie wiedziałeś czy cię rozbawi, zasmuci, zmusi do pofilozofowania czy może zbulwersuje. W Hilbilly czegoś takiego nie zaznamy, jest prosto i przewidywalnie. Seria jest zakończona, ale temat najwyraźniej nie zdechł zupełnie, w naszym wydaniu tom czwarty to mini-seria dopisana już po głównej fabule (odradzam, strasznie to przeciętne i nawet rysunki Powella już tego nie ratują a jego miejsce zajęli jacyś pacykarze na poziomie modern Marvel) a na koniec tego roku jest zapowiedziany początek kolejnej, ja już w to wchodzić nie będę nawet jak Nagle wyda. Jak ktoś chce koniecznie spróbować to niech skupi się na pierwszych trzech tomach. To nie jest zły komiks, ba jest w sumie dobry i zapewne cieplej bym się o nim wypowiedział, gdyby nie to, że czytałem Zbira. Ocena (za główną serię, bo za Czerwonookie...nie byłoby chyba nawet połowy z 10) -7/10.


 "Mazeworld - Koszmary z Labiryntu" - Alan Grant, Arthur Ranson. Kolejny tytuł uznanego duetu rodem z 2000AD z pogranicza fantasy i sci-fi z delikatnym maźnięciem grozą. Bohaterska, historia bez bohatera, albowiem postacią wokół której kręci się fabuła jest Adam Cadman bratobójca z tego co się zorientujemy hardy skurczybyk, który skończy tam gdzie jemu podobni często kończą czyli na stryczku. Okaże się jednakże, że pociągnięcie za wajchę nie zakończy jego nędznego żywota a tylko przeniesie go do Świata Labiryntu, gdzie zostanie obwołany legendarnym bohaterem Wisielcem, od dawna przepowiedzianym herosem, który uwolni uciśniony lud i pokona zło trapiące magiczną krainę. Oczywiście dodawać nie trzeba, że nowa rola nie przypadnie przestępcy specjalnie do gustu, ale cóż gramy takimi kartami jakie mamy w ręku.
  Kto wcześniej widział prace Ransona, ten wie co go czeka, czyli w tym lokalu nie ma klientów niezadowolonych, aczkolwiek jest tu nieco bardziej niechlujnie niż w przypadku wcześniejszego Button Mana w którym artycha, nieco bardziej trzymał ołówek na wodzy, niemniej jest na co popatrzeć. Co dosyć ciekawe przeglądając wcześniej wydane komiksy w których ten pan popisywał się swoimi umiejętnościami, miałem jakieś mgliste skojarzenia jakbym gdzieś już widział coś podobnego, ale jakoś nie mogłem uchwycić żadnego skojarzenia. Dopiero sztafaż fantasy na, którym opiera się Mazeworld zapalił mi światło, albowiem rysunkowo mocno mi się skojarzyło to tutaj z Grzegorzem Rosińskim. Poważnie, jak kto czytał Krainę Qa (a czasem nawet i Yansa), to poczuje się jak w domu, podobna architektura, podobne projekty postaci, nawet dynamika scen akcji bardzo taka sama. Nie da się uwierzyć, że rysownik Thorgala nie czytał, w czym nie ma żadnego wstydu zresztą, jak się na kimś wzorować to na najlepszych.
  Tom składa się z trzech części, przy czym ta pierwsza wyraźnie wskazuje poprzez swoje zakończenie które z jednej strony jest kompletnie oczywiste a z drugiej w jakiś przedziwny sposób dla mnie zaskakujące, że była pojedynczym strzałem, który z powodu popularności dostał rozwinięcie. No i to jednak rzutuje na obraz całości niestety. Pierwszy rozdział jako przygodowa opowieść fantasy radzi sobie naprawdę dobrze, problem w tym że jak zsumujemy całość, to na te blisko 200 stron to tam nie ma zbyt wiele treści. Kreacja świata, praktycznie rzecz biorąc nie istnieje. Mamy jakiś Świat Labiryntu składający się podobno z labiryntów, które właściwie nie są wcale pokazane. Rządził nim jakiś cesarz zaginiony, który nie wiadomo czy był dobry czy zły, teraz u sterów są jacyś lordowie co podzielili całość na różne hrabstwa, ale nie wiadomo ile. Podobno ze sobą konkurują, ale współpracują, jest jakiś ludowy ruch oporu, ale nie wiadomo kto to bo dostają po dwa zdania na łeb, bohaterowi wpada w oko (zresztą z wzajemnością) jedna panna z tegoż że ruchu, ale wymieniają ze sobą jakieś trzy zdania i tak cały czas. Stosunkowo najwięcej "czasu antenowego" autorzy poświęcili scenom dziejącym się w naszej rzeczywistości i jednocześnie wydaje się to najciekawszym wątkiem. To tak się czyta i widzi to, że Grant miał mnóstwo fajnych pomysłów, tyle że kompletnie nie miał miejsca, aby je rozwinąć i w końcu pogubieni wśród tych postaci powyciąganych z tyłka i wątków rozpoczętych a niedokończonych, przekonujemy się na koniec że 10 minut po zamknięciu tomu mamy kłopot, aby sobie przypomnieć co tam się właściwie działo. W takim Thorgalu czy innym Button Manie, autor może sobie odpuścić do pewnego stopnia world building bo porusza się w doskonale znanych realiach w dosyć oryginalnym świecie fantasy to po prostu nie działa. A szkoda bo mamy przyjemnie klasycznego antybohatera, który znajdzie odkupienie pomimo, że go nie szuka no i naprawdę widać w tym wszystkim potencjał na dodatek podparty świetnymi rysunkami, no ale...ocena 6+/10.


  "Requiem:Rycerz Wampir tomy 3,4" - Pat Mills, Oliver Ledroit. Kolejna porcja podwójnych tomów czyli albumy numerowane 5-8. Mocniej, więcej, szybciej o to hasło, przewodnie obydwu autorów. Seria robi się coraz bardziej zwariowana, coraz zabawniejsza, coraz bardziej bluźniercza (zaznaczyć należy tutaj iż drwi się nie tyle z religii co raczej z jej funkcjonariuszy), bardziej erotyzująca a czasem i coraz bardziej odrażająca...ale to dobrze, rzekłbym nawet bardzo dobrze, gdyby nie to że troszeczkę drażni fabularny chaos, który ogarnia coraz bardziej Requiema. Powoli zaczyna być ciężko się zorientować o czym ten komiks właściwie jest, scenarzysta co chwila dorzuca nowe wątki lub nowe postacie (kurde są nawet Transformery), niespecjalnie dbając o te niektóre z tych co były tam wcześniej. No, ale za to, to co dokłada Mills jest przedniej próby, każdy pomysł jest w pytę na czele z nową krainą, na tyle potężną aby zdecydować się na wojnę z Krainą Wampirów czyli Dystopią zamieszkaną przez Jaszczuroludzi (żywcem skopiowanych z Warhammera) wzorowaną na Anglii czasów Kompanii Wschodnioindyjskiej (ogólnie mocno tu po nich pojechano każdym możliwym stereotypem, idzie się pośmiać, ciekawe czyj pomysł?). Tradycyjnie dla serii, na początku każdego albumu dostaniemy wizje przeszłości z ziemskiego życia niektórych "bohaterów", tym razem pominiemy Heinricha a retrospekcje będą się tyczyły Otto von Todta, Thurima Draculi oraz Black Sabbata i Małpy Thoth (tu mamy kompletny kosmos). Ciężko może w to uwierzyć, ale pod względem rysunków jest jeszcze lepiej niż wcześniej, zachwyceni będą zwłaszcza fani militariów czy tam klimatów średniowiecznego rycerstwa spod znaku pięknych wypolerowanych zbroi z "Królestwa Niebieskiego", których uwagę przykują sceny z poprzedniego życia Thurima, który to był wcieleniem Heinricha Barbarossy, dowodzącego Templariuszami, skrytego wyznawcy Szatana (takie to klimaty). To w jaki sposób ukazano jego bitwę z siłami Aleksandra Newskiego (która rzeczywiście miała miejsce), spodobało by się chyba i Janowi Matejce. Tom z numerem 5 wydany już u nas i zakupiony zresztą o ile dobrze się orientuję, tytuł w przyszłym roku zostanie zakończony na albumie z numerem 13, ciekawe jak autorzy wybrną z tego scenariuszowego kogla-mogla? No i jak Scream podejdzie do wydania tego, skoro liczba albumów jest nieparzysta a na dodatek podobno znajdują się tam 4-stronicowe splash-page? No i czy nasz wydawca sięgnie po przygody Klaudii Demony (chociaż tu już mogliby wydać to w jednym zbiorczym)? A mogliby szczerze mówiąc, bo "Requiem:Rycerz Wampir" to jedna z najbardziej kozackich serii, wydawanych obecnie na naszym rynku. To znaczy oczywiście, jak charakteryzujesz się wysoką tolerancją na takie bzdury a na widok trzech szóstek nie sięgasz natychmiast po zapałki. Ocena 8+/10.


  "Nocturnals Omnibus tom 2" - Dan Brereton i inni. Tom dosyć grubaśny, chyba nawet bardziej niż ten pierwszy a komiksu (podzielonego na trzy historie) jest w nim ledwo ponad 1/3 objętości. Pierwszy fragment dosyć sporawy to może nie tyle napisany na wzór co raczej hołd dla H.P.Lovecrafta. Co prawda w pierwszym tomie też mieliśmy co najmniej jedną nowelę silnie emanującą czarami Samotnika z Providence, ale tutaj nawiązania są o wiele bardziej bezpośrednie. Jest samotna, dziwna latarnia morska, są zombiaki (za Chiny nie mogłem skojarzyć co one mają wspólnego z resztą fabuły), jest potworna podmorska rasa oddająca hołdy podmorskim śpiącym lewiatanom. Aczkolwiek nie nazwałbym "Wiecznego Mroku" (albowiem tak ta historia się nazywa) kopiowaniem Howarda Phillipa, mimo że klocki te same to akcenty są rozłożone nieco inaczej a całość kończy się happyendem więc jednak no właśnie raczej hołd, korzystający ze scenografii i rekwizytorni. A korzystać z tych elementów wyciągniętych z dziedziny horroru (każdego) Brereton lubi i potrafi. Drugą historią jest czarno-biało "Gunwitch:Przedmieścia Zagłady" w którym tytułowy bohater podczas jednej ze swoich wypraw z Halloween Girl, trafi do niewielkiego miasteczka, opanowanego przez dwa konkurujące ze sobą gangi wampirów. Nie ma się co spinać tutaj specjalnie, ostatnio wspominałem to samo przy "Cage'u" Briana Azzarello fabularnie jest to kopia "The Last Man Standing" Waltera Hilla, fajna historia z jednym z zabawniejszych zakończeń jakie ostatnio widziałem (tak na coś takiego mógł wpaść tylko zombie-rewolwerowiec). Tym razem na stanowisku rysownika Ted Naifeh z czego osobiście byłem zadowolony, jest klasycznie prosto i przejrzyście. Trzecia opowiadanko, bardzo krótkie ledwie kilkustronicowe, tutaj autor przypomniał czytelnikowi o jednym z korzeni całego tytułu a mianowicie gatunku superbohaterskim, ot Nocturnals (każde osobno) tłuką się poprzebieranymi w różne dziwne kostiumy i posiadającymi równie dziwne zdolności czarnymi charakterami. Czyli takie zwrócenie uwagi na to iż Nocturnals to może i specyficzna, ale jednak supergrupa, mają swoją własną galerię superłotrów.
  Pozostałe miejsce (czyli znaczną większość) zajmują dodatki zwące się Legendami Nocturnals. Dosyć daleko im do dodatków znanych z innych komiksów i bardzo dobrze, zresztą. Zaczniemy od ilustrowanego, wierszowanego alfabetu Halloween (bardzo fajnego zresztą), cała kupa rysunków, obrazków, malowideł, szkicy, maziajów i innych takich skupiających się głównie na Evening Horror, ale i oczywiście na wyginających się kusząco często w strojach plażowych Polichromii czy Rozgwiazdy (niech młodzież i staruszkowie też mają coś od życia). Fragmenty wywiadów, pamiętników, policyjnych raportów i tym podobnych rzeczy, które uzupełnią nam wiadomości o bohaterach o wiele bardziej niż to co w komiksach. Znajdzie się nawet miejsce dla sztuki teatralnej w dwóch aktach, czy kilku opowiadanek napisanych przez innych autorów, którzy dorzucą również garść swoich ilustracji (szkoda tylko iż starają się naśladować oryginalnego autora a nie są to ich autorskie interpretacje postaci). Dla fanów, wielka gratka, jak ktoś oczekiwał grubaśnego komiksu to pewnie będzie zawiedziony, mi się akurat podobało. Tzn. spodobałoby, gdyby nie największa wada tego tomu a jest nim tłumaczenie. I to tłumaczenie Pauliny Breiter, którą dotychczas naprawdę ceniłem. O ile same dodatki nie prezentują się źle (zwłaszcza alfabeto-wierszyk, niespecjalnie długi, ale tam zdaje się poszła cała para), to komiksy się czyta jakby były efektem tłumaczenia maszynowego i to chyba nawet niespecjalnie później "obrobionego". Pamiętam w zeszłym roku coś tam narzekałem na tom pierwszy, że momentami jest nie do końca czytelny, ale jakoś specjalnie nie zwróciłem na to uwagi wtedy. Teraz pod "wrażeniem" Spider-Mana Noir w czasie lektury którego właśnie jestem (więcej w przyszłym miesiącu), a także Hillbilly'ego gdzie podczas czytania kilka kwestii dość głośno mi zazgrzytało (czego się nie spodziewałem), chyba jestem bardziej wyczulony na to. Niektóre dymki w tym komiksie są totalną katastrofą a poważna większość jest strasznie "kwadratowa" i bezduszna, teraz tak się zastanawiam czy tom pierwszy również nie padł ofiarą czegoś takiego, musiałbym poszukać i spróbować przeczytać kilka stron. Nie wiem, bardzo słabe to, tak się nie robi, na miejscu właścicieli Nagle odbyłbym chyba jakąś poważą rozmowę. Nie wiem jak to ocenić, samo w sobie Nocturnals na ten swój kiczowato-halloweenowy sposób jest naprawdę fajne, ale czytanie tego w naszym języku przypomina jazdę na samych felgach po kocich łbach. Ocena niech będzie zaznaczając iż naprawdę naciągam ze względu na sympatię do tego co wniósł autor oryginału bo obniża ją to co zapewnił polski wydawca...6/10.