Podsumowanie stycznia. Po dosyć sowitym poprzednim miesiącu, jakoś tak nie miałem ochoty na więcej lektury i praktycznie wszystko to kontynuacje. UWAGA UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!
"Wielkie Pojedynki Kolekcja tom 9 - Kapitan Ameryka kontra Red Skull" - autorzy różni. Pierwsze trzy historyjki z serii Tales of Suspense autorstwa Lee/Kirby (kogo niby innego jak tam na starcie byli właściwie tylko oni) połączone fabularnie i zdaje się to pierwsze spotkanie Kapa i Skulla w Marvel Comics. Co dosyć interesujące przedstawiony zostanie origin Czaszki (ani razu nie zobaczymy jego twarzy mimo wszystko), który okazał się padawanem samego Hitlera, nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek to widział. Dalej wydany niewiele później komiks z debiutem Kosmicznej Kostki, tego samego duetu, chociaż tutaj brakuje zdaje się pierwszego fragmentu. Kolejnym rozdziałem będzie "Sturm und Drang:Życie i czasy Red Skulla" DeMatteisa i Gruenwalda, sam tytuł mówi wszystko de facto w stosunku do tej pierwszej wersji nic się nie zmieniło, dopisano tylko historię narodzin zarówno Skulla jak i jego córki Sinthei oraz zrobiono ze Schmitda mordercę na tle seksualnym, takie tam drobnostki. Dalej będzie dwuzeszytówka napisana znowu przez Marka Gruenwalda w której do kostiumu powróci Steve Rogers zastępując swojego własnego zastępcę US Agenta. Bardzo ciężko mi się to czytało, nie dość że komiks ciągnął wyraźnie fabułę z poprzednich zeszytów, których tutaj nie ma to jeszcze jest tak jakoś dziwnie i szczerze mówiąc niespecjalnie podniecająco pisany że ani człowiek nie do końca się orientuje o co chodzi, ani nie ma specjalnej ochoty aby się dowiedzieć. Tom zamknie miniseria "Operacja Odrodzenie" Marka Waida z rysunkami Rona Garneya (porządnymi) o kolejnym powrocie zza grobu Kapitana tym razem wraz z Sharon Carter i III Rzeszą. Mam wrażenie, że to, to co było w Mega Marvelu, ale nie jestem pewien. Czyta się przyjemnie w końcu to Waid, ale też i potrafił facet o wiele, wiele lepsze historie pisać, taka to łupanka zwykła, niezła tyle że bez żadnych ambicji. Tomik fajny, ale bez zachwytu można znaleźć w tej dziesiątce lepsze komiksy. Ocena -6/10.
"Wielkie Pojedynki Kolekcja tom 10 - Iron Man kontra Whiplash" - autorzy różni. Ostatni zbiorek z kolekcji, tradycyjnie (niemalże) zaczynamy od pierwszego pojedynku obydwu postaci czyli Tales of Suspense autorstwa niezastąpionego Stana Lee i Gene Colana, który kończy się w dosyć dziwnym momencie. Dalej team-up ze Spider-Manem także raczej starawy po czym przeskakujemy na koniec lat 80-tych, aby przeczytać klasycznie eleganckie łubudubu od Davida Micheliniego i Boba Laytona przy którym warto zwrócić szczególną uwagę na nową fryzurę Tony'ego (pośmiałem się szczerze). Dalej The Hunt z końcówki lat 90-tych Kurta Busieka z naprawdę wyjątkowymi pracami Seana Chenga (poważnie, to trzeba zobaczyć, ale ostrzegam nie da się później tego zapomnieć) w którym autorzy wpadli na kontrowersyjny pomysł przerobienia wizażu Whiplasha na coś przypominającego bywalca jakiegoś berlińskiego klubu dla zwyroli, ewentualnie posiadłości Neila Gaimana. Kolejnym zeszytem jest "Mój Największy Wróg" trochę jakby duchowa kontynuacja Łowów, zresztą należąca do tej samej serii tylko napisana ileś tam numerów później, zdecydowanie najfajniejszy komiks w tej antologii. Całość zwieńczy najnowsza w tym tomie mini-seria będąca najdłuższym fragmentem znaczy się pierwsze spotkanie nowego Whiplasha czyli filmowego Ivana Vanko z Iron Manem, dosyć przyjemny średniaczek. Tomik fajny, aczkolwiek brak tu jakiegoś "hitu" i zbyt mocno pociachany. Kolejna kolekcja zakończona, były i świetne komiksy i po prostu dobre oraz raczej przeciętne. Jak za tę cenę naprawdę warto było chociażby spróbować. Szkoda, że Carrefour raczej zakończył eksperymenty z komiksami. Ocena +5/10.
"Injustice:Bogowie pośród Nas - Rok Czwarty" - Brian Buccellato i inni. Wielka zmiana na stanowisku głównego reżysera, która w sumie nastąpiła nieco wcześniej, ale tutaj mamy do czynienia już z całkowicie autorskim story-arcem. Byli superbohaterowie, były Latarnie, byli czarodzieje nikt nie jest w stanie powstrzymać Kryptończyka o niemalże boskich mocach, no to może by tak poprosić samych bogów w takim razie? Czwarty rok dla ruchu oporu nie jest rokiem specjalnie szczęśliwym po wydarzeniach w tomie poprzednim siedzą poukrywani niczym szczury po kanałach, zresztą tom zaczyna się dosyć dziwnie od obrazów zapijaczonej Montoyi, która załamana po śmierci swojej kochanki Huntress postanawia popełnić w widowiskowy sposób samobójstwo. Łyka ona całą garść magicznych pastylek i wyzywa na pojedynek na śmierć i życie Człowieka (kiedyś) ze Stali. Walka kończy się zgodnie z oczekiwaniami, czyli była policjantka wyciąga nogi z powodu przedawkowania czym Superman wydaje się strasznie nie wiedzieć z jakiego powodu zmartwiony. Ktoś chciał oglądać Montoyę ze wyjątkowo paskudną gębą i nabitą niczym ddr-owska kulomiotka? Ja nie, więc 1/3 sekundy ciszy na cześć Renee i jedziemy dalej. Batman przybywa po ciało nieżyjącej przyjaciółki a Supek nie wiadomo dlaczego puszcza go wolno wymuszając obietnicę zakończenia wojny domowej. Problem w tym, że Nietoperz o ile pod wieloma względami przypomina tego "prawdziwego" to wydaje się od niego sporo głupszy, najpierw obstawienie fałszywego asa jakim był Constatine, teraz kolejny genialny pomysł, aby wejść w spółkę z Aresem. Na Ziemię przybywają olimpijscy bogowie z zadaniem od samego Gromowładnego zakończenia rządów fałszywego bóstwa z innej planety. Aby było jeszcze weselej ich armią będą oczywiście Amazonki (poniekąd wbrew własnej woli, gdyż wcześniej wspierały Wonder Woman czyli Supermana). Po pierwszej bitce dojdzie do propozycji świętego pojedynku gdzie po jednej stronie stanie Kryptonijczyk a po drugiej zawodnik reprezentujący Olimp na którego Batman wybiera Dianę (aha!!!czyli nie jest taki głupi jednak, startujący mają się pozabijać czyli sytuacja win-win). Co dosyć, przynajmniej dla mnie śmieszne Księżniczka Amazonek starcie wygrywa (ja wiem, że takie akcje od jakiegoś czasu się forsuje, ale mimo że autor tłumaczy to lepszym wyszkoleniem wojowniczki to jednak strasznie to naciągane), ale że dochodzi do złamania zasad, a w końcu do śmierci jednego z Olimpijczyków pojawi się i sam Zeus i zmusi Ligę (Nie)Sprawiedliwości do złożenia broni i postanowi sam zawładnąć Ziemią. Ups, no chyba nie o to Batsowi chodziło. Dalej okaże się, że Ares jest jednak kłamliwym cwelem (no kto by się spodziewał) i do zwaśnionych stron dołączy Neptun, Darkseid i Nowi Bogowie więc czeka nas moc atrakcji w wesołym miasteczku.
Poziom ilustracji ciągle rośnie więc sympatycy takich a nie innych rysunków mogą być już naprawdę zadowoleni. Szczerze większość opinii w internecie wskazuje na opad poziomu scenopisarskiego, natomiast ja tego szczerze mówiąc nie widzę. Tzn. owszem jest słabiej od tomu pierwszego, ale nie jest specjalnie gorzej niż w tomie drugim a tym bardziej trzecim, które dążyły już do postaci, owszem i naprawdę fajnie pisanej, ale standardowej nieco miałkiej nawalanki kalesoniarzy. Tzn. ciągle jest sporo młócki, ale w końcu dostajemy Batmana, który nie służy jako bezwolna kukiełka ani nie opiera się na machaniu pięściami (aczkolwiek dochodzi do pojedynku na który pewnie sporo osób od początku czekało, czyli on vs Damian). Na dodatek Buccellato wraca do wątków (aczkolwiek bardzo skrótowo, ale zawsze), które tak na zdrowy rozum powinny być jednymi z najważniejszych a poprzednio zostały kompletnie olane czyli państwa Kent i polityki (wszystkie rządy zostają "zdymisjonowane", pełzający reżim staje się reżimem pełną gębą). Na dodatek raczy wspomnieć, że w myśl zasady "wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze" Superman zaczyna się uważać za naczelną świnię a jego druhowie zaczynają zauważać iż jego prośby czy tam sugestie zmieniają się w najzwyklejsze rozkazy a on sam ma kompletnie gdzieś co myślą o tym inni i czy wogóle myślą. Bogowie zachowują się jak bogowie czyli jak banda dupków i (nie wiem jak stworzyć od tego feminatyw) dupek? a ich obecność jest jednak sensowniejsza niż kompletnie wciągnięte z (postaram się nie powtarzać) tyłka czarne charaktery w tomie poprzednim. Nie jest to może poziom jej znajomości z Olliem czy Dinah, ale z przyjemnością stwierdziłem, że moja niemalże ulubienica Harley dostaje całkiem fajny team-up z Shazamem (pardon Shazzym) oraz bodajże Hipolitą. Żeby nie zapomnieć padną i kolejne trupy, ale to już postaci które raczej nikogo nie obchodzą, no i Lexowi ucieknie przed czasem potajemnie chowany klon Supka, czyli wiadomo kto. Podobnie jak poprzednio dostaniemy dodatkową historię napisaną przez poprzednika czyli Toma Taylora, w której Plastic Man, postać z jakby nie patrzeć nieco innej bajki postanawia na ten swój oczywiście absurdalnie komiczny sposób dotrzeć do sumień byłych już superbohaterów (na sumienie Supermana już raczej nie liczy) i uwolnić swojego syna z super-więzienia Reżimu jednocześnie ratując wszystkich zamkniętych tam drabów oraz Zielone Latarnie (te które przeżyły). Podsumowując, mam wrażenie, że Buccellato starał się trącić właściwe struny, aczkolwiek nieco niknie to w kakofonii bijatyk, ale jest lepiej niż się spodziewałem. Ocena -7/10.
Te już były w pierwszych trzech przypadkach więc powtórka z rozrywki możliwie krótka.
"Slaine - Świt Wojownika" - Pat Mills, Angie Kincaid, Massimo Belardinelli, Mike McMahon. Już kiedyś pisałem o tym komiksie gdzieś i nie chce mi się powtarzać za bardzo. Slaine Mac Roth wygnany ze swojego plemienia Sessair barbarzyński wojownik pokroju Conana tylko zdaje się nieco bardziej zdeprawowany oraz jego "wierny" kompan krasnal Ukko wymagający okresowego lania w celu korygowania zachowań przeżywają różne dziwaczne mniej lub bardziej przygody w zapomnianej Krainie Młodości. Całość zgodnie z tradycją 2000AD składa się z króciutkich kilkustronicowych fragmentów zwanych tutaj "progs". Również zgodnie z tradycją wydawnictwa trochę na brutalnie, trochę na wesoło (w naszym plemieniu noszenie hełmu jest oznaką zniewieściałości, oznacza to że obawiasz się, że ktoś ci rozłupie czaszkę w czasie bitwy). Rysunki dobre, mniej lub bardziej. Poprzednim razem pamiętam stwierdziłem fatalne tłumaczenie, co dziwne tym razem jakoś tego nie zauważyłem. Całość raczej dla fanów dosyć klasycznego szelmowskiego fantasy z przymrużeniem oka, kto nie lubi nie ma tutaj czego szukać. Ocena -7/10.
"Slaine - Zabójca Czasu" - Pat Mills i inni. Przygód dwóch włóczykijów ciąg dalszy, o którym też już zdaje się pisałem. Fabularnie dalej mamy do czynienia z podziałem na progi, natomiast są one ułożone w dwie konkretne historie. Pierwsza to "Porwanie Smoka" w którym główny bohater dostanie no nietrudno się domyślić własnego smoka do ujeżdżania i zostanie wprowadzona dosyć ważna postać przemądrzałej absolwentki druidycznej szkoły - rudowłosej Nest. Drugą historią jest tytułowa "Zabójca Czasu" w którym teraz już trójka wędrowców wspomagana przez nowych towarzyszy (np. Merlina) trafi na Cythraul, planetę czy tam wymiar czy też w końcu inny czas należącą do potwornych Cythronów, dla których ludzkość jest stadem zwierząt hodowanych w celu pożywienia się na nim. Kompletnie mi ten tom nie podszedł o ile pierwszy story-arc jest jeszcze w miarę, tak drugi będący mieszanką fantasy, sci-fi i cthulhowego horroru co brzmi w teorii całkiem smacznie, w praktyce wychodzi na niestrawny zakalec. Całość jest strasznie chaotyczna, bohaterowie wpadają w sam środek akcji, do drużyny dołączają kolejni towarzysze wyjmowani wiadomo skąd za to niewiadomo kim będący. Miałem poważne problemy czytając to jednym ciągiem zorientować się co się dzieje, zastanawiam się jak przyjmowali to czytelnicy oryginałów w tamtych czasach, przyjmujący to w różnych odstępach czasu. Pomocny w ogarnięciu sytuacji nie okazuje się również tekst. Okazało się, że źle zapamiętałem sytuację, to nie pierwszy tom miał problemy z tłumaczeniem tylko właśnie drugi. Niektóre zdania w chmurkach czy też ramkach to kompletny bełkot, zupełnie jakby tłumacz ze słownikiem w ręku przekładał słowo po słowie. Postacie raz są nim raz nią w zależności nie wiem od czego, bo napewno nie od intencji twórców, ale wisienką na torcie jest smok, który jest bombowcem i szybkim wojownikiem. Oryginału nie chciało mi się szukać, ale głowę bym dał, że stoi tam "fast fighter". Ja rozumiem, że to określenie oznaczające myśliwiec przechwytujący to trochę branżowa wiedza, której tłumacz nie musi znać, ale poważnie tak przeszedł do porządku nad zdaniem iż smok zazwyczaj będący "szybkim wojownikiem" tym razem został skierowany do "ostrzału naziemnego" (tym bardziej że na obrazku wszystko dokładnie widać)? Rysunki cały czas w porządku, chociaż same projekty wyglądu Cythronów strasznie marne. Kompletny groch z kapustą i rozczarowanie. Ocena 5/10.
"Slaine - Król" - Pat Mills i inni. Niemalże połowa tomu to dokończenie nieszczęsnej historii z Cythronami i ich mrocznymi bogami, dalej to niezbyt mądre, ale jakby trochę konkretniejsze, chociaż zakończenie raczej rozczarowujące. Na szczęście w dalszej części robi się już dużo fajniej, a Slaine wraz z Ukko i Nest wracają tam gdzie ich miejsce, czyli na Wyspy (które jeszcze wyspami nie są). Pierwszym zadaniem towarzystwa (znakomicie wyrysowanego przez Mike'a Collinsa) w czasie powrotu z Cythraul, będzie po pierwsze zdobycie skarbów z Annwn - zaświatów (które okażą się okolicami Glastonbury) a po drugie (ale tak naprawdę po pierwsze) poddanie Slaine'a próbom które potwierdzą jego zdatność na stanowisko króla. Nareszcie dostałem coś czego oczekiwałem od początku, czyli fabuły mocno opartej na mitach i legendach celto-bryto-irlandzko-jakichś tam. Ostatnim rozdziałem będzie tytułowy "Król". Czyli drużyna w końcu dotrze do domu tytułowego bohatera, tylko po to aby się przekonać, że niegdyś dumne plemię barbarzyńskich wojowników za sprawą Madb (kim jest w poprzednich tomach wyjaśnione), która opanowała króla Ragalla przyrodniego brata Slaine'a przemienione zostało w niewolników Fomorian. Więc trzeba będzie aktualnemu królowi załatwić dymisję (czyt. śmierć), obudzić ze stuporu ziomków, pokonać w bitwie swoich katów. A sam bohater postanowi sięgnąć po koronę Najwyższego Króla wszystkich Celtów (rzecz dla nich przerażająca, strasznie się obawiają monarchii tudzież tyranii), aby ostatecznie wyzwolić od zła ziemie Tir-na-Nog. Gdyby nie pierwsza połowa tomu, ocena byłaby wyższa a wynosi ona -7/10.
"Slaine - Rogaty Bóg" - Pat Mills, Simon Bisley. Komiks-legenda wg przedmowy największy hit sprzedażowy 2000AD z którym jakoś nigdy do czynienia wcześniej nie miałem. Pierwszy z serii, który nie był drukowany w odcinkach tylko powstał jako jedna powieść graficzna (aczkolwiek wydana w trzech tomach). Co mi się rzuciło w oczy to Slaine w przeciwieństwie do przygód Sędziego Dredda, pomimo, że dzielony na te króciutkie odcinki zachowuje od początku pełną ciągłość fabularną (wiadomo, że to trochę naciągane czasami), toteż początek Rogatego Boga znajduje się dokładnie w miejscu zakończenia Króla. Slaine panujący nad plemieniem Sessair udaje się w podróż do Ziemskiej Bogini Danu, która zatwierdzi jego kandydaturę na Najwyższego Króla ergo swojego męża. Aby pokonać zło pleniące się w magicznej krainie, bohater będzie musiał wykonać questa rodem z sesji AD&D, czyli zebrać trzy magiczne artefakty, które są w posiadaniu trzech królów pozostałych plemion. A, że aby pokonać armie Drunów i Fomorian potrzebna jest zjednoczona wola wszystkich wolnych ludzi, to nie wystarczy odebrać skarbów stygnącym trupom (co jest zwyczajową metodą załatwiania wszelkich biznesów czyli zmian właściciela środków trwałych w Albionie), tylko ich właścicieli przekonać do współpracy.
Wizualia, hmmmm...jak by to opowiedzieć, no ja jestem wielkim fanem Biza jak właściwie wszyscy, ale czegoś takiego się nie spodziewałem. Komiks wygląda wprost fenomenalnie. Ostatni Czarnian jest komiksem odrobinkę młodszym i o ile tam Brytyjczyk spuścił ze smyczy swojego wewnętrznego punkowca, tak w Rogatym Bogu bardziej chyba artystę. To jest ten sam drapieżny styl doskonale znany z Lobo, Batman/Dredd czy chociażby Bodycount (Lobo to na kilku kadrach przerysowany Slaine), ale w jakoś tak nie wiem jak to określić jakby subtelniejszy. Tam, gdzie trzeba jest o wiele delikatniej (lub po prostu zabawniej), tam gdzie trzeba docisnąć pędzel (bijatyki) też tak się dzieje. Kurde te sceny w magicznym kotle z Danu a raczej jedną z jej postaci Blodeuwedd (Sapkowski się kłania) to zostaną mi w pamięci chyba już do końca, zdecydowanie jedna z najpiękniej narysowanych dziewczyn (o ile nie naj) jakie dotychczas widziałem (nawet blondynka no1 Manary się chowa) a jej miny przyprawiają o szeroki uśmiech. Zresztą mimika wszelakich postaci to bardzo mocna strona tego komiksu, z drugiej strony co niby jest tu słabszym punktem? No dobrze jedno mi się nie podobało, projekt Madb wcześniej była taka bardziej wylaszczona, tutaj jakoś specjalnie zachęcająco nie wygląda (a fabularnie powinna raczej być). Jeszcze szpileczka w wydawcę, chociaż nie jestem pewien czy słuszna. Zwłaszcza na początku komiks (jego część nie całość) wydawał mi się jakby zbyt ciemny, wiem że to niespecjalnie miarodajne, ale porównywałem ze skanami oraz filmikami na youtube z wydań oryginalnych i tam chyba jednak jaśniej nieco było. Tracą na tym przepiękne wprost kolory (ale i tak są przepiękne). Ach żebym nie zapomniał, wielkie joł za gościny występ Conana z Cymmerii jako easter-egga.
Nie da się ukryć, że jakieś 70% zarypistości tego komiksu to szata graficzna a na forum spore grono osób nie ceni Millsa jako scenarzysty, ale w tym przypadku facet poradził sobie o wiele lepiej niż można by się spodziewać. Owszem nie da się tej historii traktować całkowicie autonomicznie i fajnie byłoby znać poprzednie przygody. Jednak spokojnie można sobie zakupić ten tom, wszystko co tak naprawdę niezbędne autor sufluje nam na kilku pierwszych stronach za pomocą patentu do którego mam słabość od lektury pierwszego komiksu autorstwa Stana Lee (nie zdążymy napisać nowego zeszytu na czas? Dobra to się streści poprzednie wydarzenia i już mamy 1/3 roboty gotowe), czyli po prostu przypominając najważniejsze wydarzenia ze wszystkich trzech poprzednich tomów. Scenariusz to połącznie klasycznej superbohaterskiej nawalanki fantasy ze spodziewaną brutalnością graniczącą wręcz z pornografią, celtyckim folklorem a nawet Władcą Pierścieni. A to wszystko spięte klamrą naprawdę wciągającej i o dziwo niegłupiej fabuły. Slaine typowo maczystowski muskularny gieroj, przechodzi całkiem daleką drogę od rozłupywacza czaszek do mądrego króla, który wyznaczy całej społeczności na nową-starą ścieżkę. Bardzo ważny jest tutaj wątek, nie jestem pewien czy nazwać go feministycznym, nie wydaje mi się aby było to do końca właściwe słowo a innego nie mogę jakoś znaleźć, ale tyczący się konfliktu religii sprowadzający się właściwie do dwóch światopoglądów. Czyli pradawnego opartego na bogini-kobiecie-matce wyznawanego przez Slaine'a oraz tego, który zajął jego miejsce reprezentowanego przez naczelnego druida Cathbada (można przyjąć również jego postać jako figurę katolickiego księdza, chociaż równie dobrze jako kapłana każdej religii heliocentrycznej, czyli z reguły ustanawiającej mężczyznę w roli dominatora). Jako, że Celtowie zdaje się byli ludem wśród, którego panowały stosunki matriarchalne i to w stopniu o wiele większym niż to co zazwyczaj nam się wydaje gdy słyszymy to słowo (są na forum historycy więc pewnie oni wiedzą coś więcej na ten temat), treści te są jak najbardziej na miejscu. Nie zabraknie oczywiście i odpowiednich zwrotów akcji. Bohater jako, że urodził się kiedy się urodził to nie miał szans usłyszeć znanej piosenki Budki Suflera i nie wie, że nigdy tak do końca nie powinien ufać bogini zwłaszcza takiej posiadającej trzy oblicza. No i warto w tym momencie wspomnieć o tym, jak Mills gra z oczekiwaniami czytelnika skoro od samego początku wiemy, że Slaine na sam koniec będzie martwy, więc właściwie cały czas czekamy na scenę jego śmierci. Oprócz tego nareszcie wytłumaczenie postaci Dziwacznego Lorda Wyleniałego Fega (świetne) no naprawdę fajne przedstawienie żołnierzy armii Lordów Drune, którzy z mobków do wybijania zmieniają się w żyjące postacie uświadamiające widzowi, że mamy tutaj do czynienia z konfliktem tragicznym-wojną domową. Do tego całość skąpana w sosie nie tylko mitologii, ale i obrzędowości oraz obyczajności starożytnych Celtów (na ile to prawdziwe pod względem tego co nauka wie lub myśli że wie to nie mam pojęcia, ale wygląda rozsądnie). Naprawdę jak na rąbankę fantasy fabuła jest zadziwiająco wielopoziomowa, ale niech nikt się tym ewentualnie nie zraża nie samym wyzwaniami intelektualnymi człowiek żyje, przy ostatnim tomie Hellboya narzekałem nieco na brak scen ostatecznej bitwy, tutaj obrazów fruwających odciętych kończyn będzie do oporu. Trochę na krwisto, trochę na dramatycznie, trochę na śmiesznie (cała seria jest poniekąd parodią gatunku), komiks wyraźnie pisany jako zakończenie eposu opowiadającego historię Slaine Mac Rotha pierwszego króla Irlandii. Powiem szczerze jestem zdziwiony, że Egmont nie wrzucił tej pozycji w Kanon Komiksu czy tam Mistrzów Komiksu bo to się różnie u nich nazywa nazywa, ale to idealne miejsce dla tego albumu. Na forum padają pytania do wydawcy o dodruk tego czy tamtego drugie moje zdziwienie, że tak mało osób dobija się o nowe wydanie "Rogatego Boga" toż to ponadczasowa klasyka. Na zakończenie, tłumaczenie tym razem w porządku, w jednym kadrze zamienione teksty w dymkach (niech tam raz to nie grzech), trochę humor psują te kolory (aczkolwiek to subiektywne, oryginału nie miałem w rękach więc może się mylę), za to bardzo psuje mi humor jedna rzecz. Dlaczego na litość boską ta okładka nie jest polakierowana? Za to obniżam ocenę -9/10.