Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 215527 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #555 dnia: Cz, 04 Maj 2023, 10:59:57 »
Małe podsumowanie kwietnia.
Przeczytałem łącznie 16 komiksów.
Czytelniczo bardzo zróżnicowany miesiąc, bo były i komiksy, które czytałem z dziećmi (Asteriks u Belgów i Wielki rów,  Drużyna Przyjaciół czy Podróże z pazurem), były też nowości (Wąż i kojot, Las, Fragmenty Chaosu) czy w końcu klasyka i starsze pozycje (Blueberry, dwie pozycje Nicolasa Presla).

Nie mogę narzekać, bo zdecydowana większość z tego co przeczytałem dostała u mnie ocenę w zakresie 5-7/10 (od "przeciętny" po "bardzo dobry"). Nie było żadnego zawodu, ale też nic nie wgniotło mnie w fotel. Do czasu, aż dotarła do mnie wyczekiwana nowość, czyli...

Komiks miesiąca:  Arab przyszłości tom 5. Dzieciństwo na Bliskim Wschodzie (1992-1994)

Co tu dużo gadać. Kolejna część rewelacyjnej serii "Arab przyszłości" nie zawodzi. Ba, to dla mnie najlepsza jak dotąd (jeszcze poprzedni tom 4. był na równie wysokim poziomie) odsłona tego cyklu. Pewnie większość czytających doskonale zna temat więc nie ma co się rozwodzić. Nasz bohater wkracza w wiek nastoletni ze wszystkimi urokami i konsekwencjami tego okresu. Nie zwalnia też karuzela w życiu rodzinnym - podobnie jak w poprzedniej części jest tu już trochę poważniej, bo i wydarzenia bardziej pokomplikowane. Mimo wszystko to start dobry Arab - ze swoimi rewelacyjnymi spostrzeżeniami życiowymi, wątkami kulturowymi, genialnym głównym bohaterem i jego przemyśleniami oraz typowym dla tego komiksu humorem, który potrafi sprawić, że nawet najtrudniejsze tematy są lżejsze do przetrawienia.
Dla fanów pozycja obowiązkowa, a jeśli omijaliście ją wcześniej szerokim łukiem to przedostatnia część tylko potwierdza, że warto zapoznać się z tą jedną z najlepszych serii komiksowych ostatnich lat.
Mocne 9/10.

Wyróżnienie: Boska kolonia 

Bardzo ciekawy komiks niemy - zarówno w warstwie narracji, jak i obrazie. Śledzimy losy młodego europejskiego szlachcica, który zostaje wysłany przez ojca do zarządzania w jednej z zamorskich kolonii.
Jest człowiekiem bardzo wierzącym, ale jego wiara, jak i on sam poddani będą w zamorskiej krainie wielkiemu testowi z pogranicza snu i jawy, z wieloma ciekawymi odniesieniami do historii i kultury.
Bardzo warto sprawdzić - 7/10.

Zawód miesiąca: brak!
Jeśli już miałbym coś dać na siłę to była by to "Latarnia" czyli pierwszy wydany w naszym kraju komiks, który stworzył Paco Roca. Nie jest to może komiks zły, ale czuć, że od najnowszych dzieł autora dzieli go te kilkanaście lat. Teraźniejsza twórczość autora bardzo mi podchodzi i byłem ciekaw jego przeszłości - dostałem stosunkowo nudnawy i mało oryginalny komiks o marzeniach i ideałach. Niemniej i tak to 5/10 (przeciętny).



Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #556 dnia: Nd, 21 Maj 2023, 15:11:19 »
 Podsumowanie kwietnia, tym razem taki mix różności. Uwaga jak (prawie) zawsze pewne SPOILERY!!!


1.  "Piękna" - Hubert, Kerascoët. Mroczna baśń dla dorosłych autorstwa dwojga a właściwie trojga Francuzów. W pewnej krainie z gatunku tych "dawno, dawno temu za górami za lasami", żyła wraz z matką na łasce majętnej ciotki dziewczyna zwana z racji zapachu pochodzącego od ryb, które często musiała skrobać zwana Flądrą. Flądra nie ma lekkiego życia z wyjątkiem swojego ubóstwa odznacza się bowiem wyjątkową szpetotą co sprawia iż jest pośmiewiskiem całego miasteczka a jedynymi osobami z którymi może porozmawiać są jej matka oraz Piotrek pucułowaty syn jej ciotki. Ta niezbyt komfortowa sytuacja skończy się, gdy bohaterka ulituje się nad znalezioną w lesie żabą, która okaże się dobrą (no nie bardzo, ale o tym dziewczyna przekona się dużo później) wróżką, która za ratunek obiecuje jej spełnienie jednego życzenia. Flądra zażyczy sobie zostać najpiękniejszą kobietą na świecie.  Okaże się że takie coś leży poza magicznymi mocami wróżek, ale ta za to może sprawdzić żeby wszyscy uważali brzydulę za najpiękniejszą na świecie, na co ta nie mając innego wyjścia się zgodzi. "Upiękniona" bohaterka dzięki zniewalającemu wyglądowi, rozpoczyna swoją wędrówkę w górę drabiny społecznej, która wyniesie ją na królewski dwór a nawet jeszcze dalej. Nie zapominajmy jednak, że księga ulicy mówi "uważaj na swoje życzenia, bo mogą się spełnić". Pod względem wizualnym od knigi trudno mi było oderwać wzrok. Znawcy komiksu minimalistycznego powinni być zachwyceni (bądź też zdruzgotani) z jaką łatwością za pomocą kilku linii i plam rysownikom udaje się przedstawić najpiękniejszą kobietę świata w taki sposób, że nawet przez chwilę nie mamy wątpliwości, że nie ma ona konkurencji. W jakis sposób można narysować atrakcyjną kobiecą postać zaczynając od cebuli jako głowy, czy też jak znakomicie na tych prościutkich cartoonowych twarzach udaje się rysownikom  odwzorować emocje jednocześnie umiejętnie maskując ich karykaturalność. Żeby nie było, że całość jest bardzo prosta w wyglądzie to zaznaczam z góry, że nie jest. Niektóre panele wyraźnie są dopieszczone, niektóre już na pierwszy rzut oka wymagały naprawdę sporego nakładu pracy (wystarczy spojrzeć na scenę bitwy wzorowaną na średniowiecznych rycinach). Dodatkowo wielkie brawa dla Kultury Gniewu za wybranie wersji czarno-biało-beżowej-czy-tam-jakiejś-tam, bo istnieje również wersja kolorowa, która nawet w połowie nie wygląda tak dobrze. Co tutaj dobrego? Przede wszystkim scenarzysta łamie stereotyp Kopciuszka i jego mutacji czyli każda poniewierana pannica pod warstwą sadzy jest piękna, mądra i dobra. Flądra jest czego zresztą spodziewalibyśmy się po wioskowym kocmołuchu brzydka, głupia i może nie tyle zła, bo w gruncie rzeczy chce dobrze (chociaż to dosyć powierzchowne) ale jest małostkowa i właśnie po prostu durna tak bardzo, że nie jest w stanie przewidzieć jakichkolwiek konsekwencji swoich czynów. Z początku komiks może nie zachwyca przez jakiś czas stanowiąc baśń jadącą po bardzo przewidywalnym torze, ale po jakimś czasie orientujemy się że autorzy stworzyli historię nie dość, że niebanalną to na dodatek całkiem bogatą w treść. Oprócz oczywistego pytania o fizyczną atrakcyjność i siłę jej oddziaływania w społeczeństwie dostaniemy motywy tykające pozycji i roli kobiet w nimże, mechanizmów sprawowania władzy, a nawet zagadnienia dotyczące religii i konieczności bądź też nie jej odrzucenia. Z rzeczy, które mi się nie podobały, to reakcje mężczyzn na widok Pięknej, znaczy się reagują oni, albo tak albo siak kiedy jest to wygodne autorowi i wymaga tego fabuła, ja rozumiem że to oczywiście jest prościutka na poły satyryczna na poły krytyczna metafora, ale nawet i te powinny podlegać jakimś zasadom, chociażby takim że albo działają albo nie. Niespecjalnie mi się też spodobało zakończenie, może i bohaterka przeszła sporą drogę rozwoju, ale chyba niewiele wskazywało że jest "godna", za to inna postać pod sam koniec zostaje kompletnie zapomniana nie wiedzieć dlaczego. Za to wielkie brawa za "scenę po napisach", uśmiałem się z tego szczerze. Komiks o mocno feministycznym wydźwięku czego zresztą można się było spodziewać, ale na szczęście autorowi udało się uniknąć pułapki stworzenia papierowych postaci doskonałych z racji posiadania macicy. "Męską Skórę" już sobie odpuszczę, ostatnimi czasy zbyt dużo podobnych treści jest katowanych w mediach wszelakich, tym niemniej "Piękną" naprawdę polecam. To nie tylko ciekawa problematyka w mega-fajnej oprawie graficznej, ale też o czym czasami się zapomina, historia wciągająca jak cholera. No i piękne wydanie od KG, jeden z ładniejszych komiksów na moich półkach. Ocena 7+/10.


2. "Pacjent" - Timothe Le Boucher. "Dni których nie znamy" może i nie, aż tak genialne jak niektórzy twierdzą, to biorąc pod uwagę, że to właściwie początki autora robiły wrażenie, więc z pewnością warto było sprawdzić jego kolejny tytuł. Małym francuskim miasteczkiem a zapewne i całym krajem, wstrząsa przerażająca zbrodnia, lekko upośledzona dziewczyna zarzyna nożem całą swoją rodzinę, całą niemalże bo przeżywa jeden z jej braci Pierre, który zapada w śpiączkę, tyle kwestią wstępu. Właściwa akcja rozpoczyna się kilkanaście stron dalej, gdy po sześciu latach tytułowy pacjent budzi się z komy. Do przeprowadzenia jego terapii psychiatrycznej, której niewątpliwie będzie potrzebował zostanie wysłana doktor Anna, uznana specjalistka z dziedziny zarówno psychiatrii jak i kryminologii a także okazjonalnie pisarka bardzo poczytnych książek. Dosyć szybko wyjdzie na jaw fakt, że platynowowłosa gwiazda nie tyle została wysłana co sama starała się o tę pracę a nieco pikanterii dodaje fakt, iż była też psychologiem aresztowanej siostry Pierre'a, Laury która popełniła samobójstwo. Pod wpływem terapii, Pierre zacznie powoli wychodzić ze swojej traumy, odsłaniając coraz więcej historii ze swojej przeszłości i jednocześnie rozpoczynając pomiędzy sobą a lekarką swoistą pół-erotyczną grę pozorów. Rysunki Le Bouchera w "Dniach..." nie do końca mi podeszły, chociaż z biegiem czasu szło się do nich przyzwyczaić. W tym komiksie, ogólnie nie da się oczywiście nie rozpoznać jego ręki naśladującej nieco mangowy styl, natomiast równie trudno jest nie zauważyć że chłop trochę nad tym elementem przysiedział. Dla niektórych czytelników może to stanowić chyba swego rodzaju zaskoczenie, że gość który zdecydowanie lepiej czuje się jako scenarzysta niż rysownik postanowił trochę popracować nad swoją słabszą stroną, czyli jednak da się. Rysunki nieco bardziej skomplikowane, lepiej nałożone kolory, zdecydowanie poprawiony sposób nakładania cieni (co akurat tutaj jest fabularnie potrzebne), nieco więcej zabawy kadrem. Niektóre twarze (np. Laury) kojarzyły mi się z Katushiro Otomo, nieco mniej golizny niż w poprzedniku (i to raczej męskiej), za to jedno pozostało niezmienne, Francuz tak jak miał talent do klejenia fabularnych sekwencji za pomocą obrazów tak ma go nadal. Z początku bałem się nieco powtórki z rozrywki  po przeczytaniu opisu z tyłu okładki, ale okazało się że motyw pamięci został użyty do skonstruowania zupełnie innego komiksu a mianowicie dosyć klasycznego psychologicznego thrillera. I w tym leży nieco problem, ten thriller jest tak klasyczny, że na dobrą sprawę całość robi się nieco przewidywalna, na dodatek autor chyba nieco zbyt szybko wyciąga asa z rękawa. A żeby tradycji thrillerów kręconych przez mistrzów gatunku stało się zadość całość wieńczy fabularny twist mający zapewnić dwuznaczne zakończenie który w/g mnie jest nieco bez sensu. Wprowadza on tutaj, także sporo wątków pobocznych, które z jednej strony mają zapewne nieco gmatwać w sumie dosyć prostą fabułę z drugiej są po to, aby rozbudować nieco szpitalny mikro-świat, zaludniając go naprawdę ciekawymi postaciami drugoplanowymi. To drugie wychodzi świetnie, z tym pierwszym jest różnie, praktycznie żaden z wątków pobocznych nie znajdzie rozwiązania (w sumie kto powiedział, że powinny?) a postaci potrafią się czasem zachowywać niewytłumaczalnie. Natomiast odpuszczając kilka wad, komiks ma jedną bardzo wielką zaletę, wciąga jak diabli. Nie zachwyciły mnie póki co ani pierwszy ani drugi komiks pana Le Bouchera, ale obie pozycje są naprawdę dobre. Na tyle dobre, że z chęcią bym kupił jego kolejny komiks czyli "47 Strun", tyle że kupiłem już go wcześniej, ale jak bym nie kupił, to bym kupił. Może tym razem to będzie prawdziwa petarda? Widoki na to jakby nie patrzeć są naprawdę obiecujące. Ocena 7/10.

3.  "Fear Agent tomy 1-3" - Rick Remender, Tony Moore, Jerome Opena, Mike Hathorne. Pulpowa epopeja sci-fi, której bohaterem jest Heath Huston podróżujący jedynie w towarzystwie wiernej SI rakietą wyjętą prosto z klasycznego filmu fantastyczno-naukowego z lat 50-tych XX wieku, alkoholik, abnegat i jednocześnie ostatni żyjący spośród słynnych Agentów Strachu (czymkolwiek by oni nie byli póki co), parający się fachem najemnika. Dosyć szybko się zorientujemy, że bohater właściwie nie odłącza się od procentów w butelce z powodu tragicznych wydarzeń z przeszłości, Ziemia została spustoszona podczas konfliktu dwóch obcych ras na jej powierzchni a niedobitki ludzkości pałętają się gdzieś po całym, dosyć gęsto zamieszkanym kosmosie, tyle na początek się dowiemy i tyle wystarczy. Podczas jednej ze swoich kolejnych misji (czyli na początku pierwszego tomu) facet najzupełniejszym przypadkiem, trafia na ślad kosmicznego spisku, który zagraża nie tylko żałosnym resztką ludzkości, ale i całemu kosmosowi. Jednocześnie udaje mu się cofnąć w czasie co wydaje się doskonałą okazją na odkręcenie ponurego losu, który spotkał naszą planetę i jednocześnie szansą na odzyskanie utraconej rodziny kosmicznego łowcy nagród, ale oczywiście tylko się wydaje. Tak czy inaczej Heath będzie się musiał udać w szaloną podróż poprzez cały kosmos, czas i inne wymiary aby naprawić to co nabroił a także być może znaleźć w końcu odkupienie i uratować cały wszechświat. Dużo i to dobrego można powiedzieć o oprawie graficznej tego komiksu, na plus że wszyscy trzej rysownicy operują dosyć podobnym stylem, więc czytelnik nie odczuje w pędzącej jak Shinkansen opowieści żadnego dyskomfortu poznawczego. Jest kolorowo, wybuchowo i niespecjalnie realistycznie. Zwracają uwagę dosyć fajne projekty obcych ras a tych jest naprawdę sporo, oraz olbrzymia dynamika poszczególnych scen (a ta się przydaje). Scenariusz Remendera mocno czerpie z retro-sf (tak jak zresztą i rysunki), ale to w kwestii samych dekoracji, natomiast jeżeli chodzi o samą fabułę to mamy tutaj napakowaną akcją przygodę, która cofa nas 20 może co najwyżej 30 lat wstecz. Huston to bohater z czasów gdy na ekranach kin święciły triumfy największe gwiazdy kina strzelano-kopanego pokroju Sylwka, Arniego czy Bruce'a Willisa. Facet to agresywny pół-debil (nie do końca, często cytuje klasyków literatury) i wiecznie znietrzeźwiony szowinista, którego nie da się zdefiniować pojęciem "toksyczna męskość" bo on ją zeżarł na śniadanie i zapił butelką taniego alkoholu oraz który uważa, że każdy problem da się rozwiązać strzałem z laserowego pistoletu lub celnym kopem, a nawet jeżeli się nie da to i tak warto strzelić na wszelki wypadek. Jednym słowem bohater na miarę naszych czasów, kompletnie impulsywny Teksańczyk, który żadną miarą nie potrafi przewidzieć konsekwencji swoich czynów za to zawsze liczy na swoje szczęście. Szczęście, które faktycznie mu sprzyja, ale tylko połowicznie, tzn. rzeczywiście udaje mu się cudem wyjść żywym z każdej opresji tylko że po każdej sprowokowanej przez niego akcji sytuacja jego i jego otoczenia staje się jeszcze gorsza. Ażeby jednak czytelnik nie sarkał iż ma do czynienia z kompletnie jednowymiarowym, sztampowym mięśniakiem wyrwanym z kina akcji klasy B, dopisuje mu tragiczną przeszłość i nieco pogłębia jego charakter w sposób oczywiście po raz kolejny kompletnie sztampowy, ale za to nadający bohaterowi przynajmniej ten drugi wymiar. Co mi się nie podobało? Wszystkiego jest tutaj po prostu zbyt dużo. Akcja pędzi na złamanie karku, liczba fabularnych twistów jest tak niedorzecznie wysoka, że po jakimś czasie po prostu straciłem tym zainteresowanie i nie potrafiłem się zorientować np. o której kosmicznej rasie jest aktualnie mowa wyczytując jej nazwę. Każdy z sojuszników Hustona zdąży go zdradzić ze trzy razy a wrogowie okażą się przyjaciółmi i to też niejednokrotnie. Upakowano tutaj chyba każdy pomysł jaki kiedykolwiek wykorzystano w tym gatunku, który się przypomniał autorowi. Komiks zdecydowanie najlepiej się ma, kiedy uspokaja akcję i skupia się na bohaterze i jego stratach i bólu doprowadzających go do czynów raczej amoralnych, oraz na jego relacjach osobistych z rozmaitymi postaciami drugoplanowymi. Na dodatek Remenderowi co zaobserwowałem już w Uncanny X-Force dobrze wychodzi przedstawianie dysfunkcyjnych parek i tutaj motywy Heath i kobiety jego życia przedstawiają się całkiem wdzięcznie, szkoda że jest tego co dobre stosunkowo niewiele zestawiając z kolejnymi falami wrogów do odstrzelenia. Geneza Agentów Strachu wydaje się lekko nonsensowna a samo zakończenie szczerze mówiąc nie bardzo mi przypadło do gustu. Ja rozumiem, że bardzo trudno jest napisać bez pudła historię o podróżach w czasie, ale to po to ci wszyscy bohaterowie przeżyli to co przeżyli? Koniec, końców podobało mi się, komedio-dramat akcji o dosyć pozytywnym i bardzo ludzkim przesłaniu, że nigdy nie należy się poddawać, ale jakoś tak po tak głośnym tytule spodziewałem się chyba jednak nieco więcej. Ocena 7/10.


4.  "Towarzysze Zmierzchu" - Francois Bourgeon. Dzieło komiksowego giganta, który tak na dobrą sprawę wcale tak znowu wiele tych komiksów nie stworzył. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem "Pasażerów Wiatru", "Cyann" to w mojej opinii jednak mniej udany cykl, ale i tak co najmniej dobry. Więc nie ukrywam, że bardzo wiele się spodziewałem bo często chwalonych Towarzyszach. Historia rozpoczyna się w czasie trwania Wojny Stuletniej na terytoriach Francji, przewrotny los łączy ze sobą Mariotte rudowłosą wnuczkę wiejskiej czarownicy, Aniceta tchórzliwego wiejskiego dręczyciela rudej (czarownice muszą być prześladowane w końcu) oraz bezimienny ponury (w sumie nie aż tak ponury jak by się z początku wydawało) błędny rycerz z pokiereszowaną twarzą, który przygarnie w/w młodzież i uczyni z nich swoje sługi a zarazem towarzyszy swojej błędnej wyprawy. Wyprawy, która poprzez lasy, pola, wzgórza i magiczne krainy powiedzie ich wprost do zamku Montroy, gdzie zepną się fabularnie wszystkie trzy albumy wydane w tym wydaniu zbiorczym a wszyscy członkowie drużyny (na koniec będzie ich więcej niż główna trójka) napotkają przeznaczony im los. Koń jaki jest, każdy widzi tak samo jak i rysunki Burgeona. Pamiętam z początku lektury Pasażerów i Cyann trochę sarkałem na oprawę graficzną, ale szybko mi przechodziło by pod koniec lektury utwierdzać się w przekonaniu iż jest znakomita, normalnie napisałbym że w tym przypadku było identycznie, tyle że nie było bo od początku spodziewałem się że będzie znakomita. Znakomita oczywiście, że weźmiemy pod uwagę te jego charakterystyczne, dziwnie wykoślawione twarze chociaż nie jest to żadną regułą bo i ładne i symetryczne autor narysować potrafi. Wrażenie napewno robią wszelkie bardzo pieczołowicie oddane dekoracje w stylu przyrody czy też architektury oraz kostiumy, dzięki którym doskonale wczujemy się w średniowieczne klimaty. Komiks zawiera dosyć sporo nagości co może nie jest w przypadku Bourgeona żadną niespodzianką, ale jest tu jej jakby więcej niż w pozostałych tytułach i nie mam absolutnie nic przeciwko niebiańskim modelkom Manary, ale nagość u francuskiego mistrza, poprzez niekonieczne dążenie do ideału sprawia wrażenie naturalniejszej a przez to ciekawszej. Krótko mówiąc oprawa graficzna to bardzo mocna strona tego albumu, ale nie pozbawiona pewnych słabostek, które szczerze mówiąc dosyć mocno podkreślają minusy całości. A te ku mojemu zaskoczeniu były niemałe. Historia jako całość jak już dobrniemy do końca okazuje się całkiem prosta, tyle że drogi prowadzące do tego końca proste wcale nie są. Fabuła jest absurdalnie wręcz poplątana a może nie tyle nawet poplątana, ale przystrojona tak wielką ilością ozdobników, że w pewnych momentach kompletnie traci sens. Pierwszy tom "Czary w Lesie Mgieł" czytało mi się niewiarygodnie dobrze, poznajemy bohaterów, oni zaczynają tworzyć zgraną bardziej lub mniej ekipę, przeżywają pierwszą fantastyczną bądź też nie przygodę i dostają swojego "questa". Tyle, że tom drugi "Cynowe Oczy Posępnego Miasta" będący właściwie w całości opowieścią fantasy tyle, że kompletnie bełkotliwą. Mamy do czynienia z dwiema liniami fabularnymi przeplatającymi się tak ściśle, że trzeba nielichej uwagi aby odróżnić teraźniejszość (dla bohaterów) z czasami sprzed 1000 lat. Zauważyłem, że niektóre osoby zachwycają się tym elementem i fakt może jest on i dobrze zrobiony, tyle że kompletnie nie mam pojęcia co on miał na celu. Zresztą wychodzi tutaj pewna słabość rysunków Bourgeona, on rysuje dosyć podobne do siebie twarze i można mieć kłopot z rozróżnieniem postaci tym bardziej, że artysta dosyć dowolnie nakłada kolory, ruda Marriotte nazywana złośliwie Rudzichą potrafi mieć na niektórych planszach włosy bardziej blond, przez co nie przypomina samej siebie. Tom trzeci i najdłuższy "Ostatnia Pieśń Malaterre'ów" pozbawiona jest raczej elementów fantastycznych za to kompletnie przeładowany właściwie wszystkim. Pan Birek w posłowiu twierdzi, że Bourgeon posługiwał się przy pisaniu elipsami, natomiast te elipsy są tak elipsowate, że dla mnie już chyba zbyt krzywe. Kolejne postacie dołączają do trójki naszych wędrowców na dobrą sprawę nie do końca wiadomo kiedy i z jakiego powodu a i czasem znikają nie wiadomo kiedy. Napotkane po drodze osoby pomagają im bądź szkodzą też właściwie nie wiadomo dlaczego. Przez te wszystkie przeskoki, gubią się gdzieś kompletnie związki przyczynowo-skutkowe a co najgorsze bohaterowie praktycznie nie przechodzą żadnego rozwoju charakterologicznego (mistrzem w tej dziedzinie będzie Anicet). Tekstu jest bardzo dużo i nie zawsze wiadomo o czym jest rozmowa. Okropnie wymęczyła mnie lektura, momentami czytałem ledwie po kilka-kilkanaście stron naraz bo więcej zdzierżyć nie mogłem. Rozczarowanie, jest świetnie oddany klimat średniowiecza (przypuszczalnie bo przecież tam nie byłem), bardzo fajni dalecy od ideału bohaterowie, fantastyczne rysunki (z w/w zastrzeżeniami) tyle że całość nie bardzo składa się w dobrze opowiedzianą historię. Ocena -6/10.


5. "Sherlock Frankenstein i Legion Zła" - Jeff Lemire, David Rubin. Kolejny spin-off "Czarnego Młota" za który zabrałem się już z niechęcią, pamiętając jeszcze żałośnie słaby poziom jego poprzedników. Tym razem o wiele mocniej powiązany z główną serią (powiedzmy, ale o tym później) bo jego bohaterką będzie Lucy Webber czyli córka Młota, rozpoczynająca poszukiwania swojego ojca, czyli tak pi razy drzwi akcja rozpoczyna się na kilka lat przed wydarzeniami z oryginału. Lucy za pomocą Doktora Stara trafia do tajnej kryjówki swojego ojca (kompletny nonsens, dlaczego klon Thora miałby posiadać jakąś skomputeryzowaną "tajną bazę", zwłaszcza że w cywilu jest zwykłym pracownikiem socjalnym?). Po czym wpada w sumie może i nie strasznie głupi pomysł, że skoro żaden ze stróżów prawa nie wie co się stało z superbohaterami to może będzie wiedział, któryś z superzłoczyńców? No a kto może wiedzieć więcej niż najgorszy nemesis strażników Spiral City, geniusz zła Sherlock Frankenstein? Tyle, że od czasów walki z Antybogiem nikt Sherlocka nie widział, więc poszukiwania zaczyna od czarnomłotowego odpowiednika Arkham czyli Spiral Asylum prowadzonego przez byłego superherosa Wingmana wyjętego z kategorii ludzi medycyny zwanej "lekarzu lecz się sam" (przy okazji dowiedziałem się kim był dziadyga w Czarnym Młocie 45, ale dlaczego skrzydła i kostium kopiujący Hawkmana zamienił na coś przypominającego coś co ośmioletnie dziewczynki zakładają do szkolnego przedstawienia się nie dowiedziałem, chociaż patrząc na to co wyczynia z tą serią Lemire to może nawet i lepiej). W zakładzie porozmawia z tym i owym "pensjonariuszem" co skieruje ją do innych ludzi (albo i nie do końca ludzi) i tak od nitki do kłębka aż do (nie)rozwiązania sprawy. Całkiem niezłe wrażenie sprawiają rysunki Rubina, to taki kreskówkowy styl, ale w jakiś przedziwny sposób wypaczony, bardziej kojarzący się z jakimś undergroundowym komiksem, nie wiem czy idę dobrym tropem, ale mi momentami kojarzył się z rysunkami naszego rodaka Łukasza Kowalczuka. Interesująco wyglądają kolory, całość jest w dosyć mrocznej tonacji, ale artysta użył też sporo jadowitych neonów, z początku może to wprowadzić lekki dysonans, ale w moim przypadku zaakceptowałem taki a nie inny wygląd. Przejdźmy zatem do meritum, śledztwo panny Webber tak naprawdę jest tylko pretekstem, aby przedstawić originy kilku superłotrów wymienionych po razie w głównej serii i pokazanych na jednym obrazku, albo i nawet nie to. Całość jest w dosyć lekkiej i humorystycznej konwencji pasującej do oryginału jak siodło do świni. Interesują kogoś historie postaci, które w "Czarnym Młocie" nie pełniły jakichkolwiek funkcji a były wspomniane jednym słowem? Jeżeli tak, to proszę bardzo mi trudno było się pozbyć poczucia zmarnowanego czasu (że nie wspomnę o pieniądzach). Co najlepsze w temacie tytułowego Sherlocka, który był najbardziej wyjętą z dupy postacią w Młocie to poznamy tu jego historię, ale niczego się nie dowiemy na temat najbardziej wyjętego z dupy i zresztą kompletnie później olanego wątku. "Sherlock i Legion" to w teorii mocno powiązany z poprzednikiem tytuł, ale tak naprawdę niewiele mający z nim wspólnego i wyglądający jakby był skierowany do sporo młodszego czytelnika, ale sam komiks jako komiks napewno lepszy niż wcześniej czytane przeze mnie spin-offy (chociaż to nawet nie średniak), dlatego i ocena lepsza 4+/10.


6. "Era Kwantowa" - Jeff Lemire, Wilfredo Torres i inni. "Ah shit, here we go again", ten cytat z pewnej znanej gry, doskonale opisuje mój entuzjazm na myśl o czytaniu kolejnego spin-offa "Czarnego Młota" po lekturze trzech poprzednich. Tym razem nie cofniemy się tak jak w pozostałych przypadkach w tył, tylko czego się można domyśleć po tytule skoczymy w przyszłość. Daleka przyszłość (jeżeli ktoś zastanawiał się nad datą do której nie pasowała mu za bardzo wizja świata to proszę się tym nie kłopotać, to prawdopodobnie albo jakiś błąd w oryginalnym wydaniu zbiorczym, albo jakaś dziwna wizja tłumacza czyli pana Sidorkiewicza) wzorowana na tym co przedstawione jest w DC i ich Legionie Superbohaterów czyli błyszczące wieże przyszłości i Kwantowa Liga młodocianych superbohaterów ze wszystkich stron kosmosu, czuwająca aby w tym raju nie zagrożone pozostały wolność, równość i braterstwo. Żadnym spoilerem nie będzie to, że futurystyczna sielanka potrwa tylko kilka stron. Przerzucimy się na dwadzieścia pięć lat do przodu, gdzie dowiemy się, że Ziemia została zaatakowana przez pobratymców Barbaliena, atak przy olbrzymiej ilości ofiar został odparty, ale zamiast opłakiwać poległych i cieszyć się ze zwycięstwa jeden z członków Ligi przechwytuje władzę i wprowadza na Ziemi i jej kosmicznych terytoriach reżim  opierający się na niechęci do obcych. Liga będzie musiała jeszcze raz zebrać swoje nadwątlone siły i ocalić cały kosmos przed dyktatorem (trochę im to zajęło żeby się zdecydować). Ilustracje Torresa, proste momentami aż do przesady z przyjemnymi dosyć jasnymi kolorami Dave'a Stewarta i same przyjemne w oglądaniu, nie moja stylistyka ale chyba dosyć udanie naśladują to co widać w retro-futurystycznych superbohaterskich opowieści. Bo, przynajmniej tak przypuszczam to miał na celu ten komiks nawiązywać do klasycznych komiksów z Legionem Superbohaterów co mu się chyba udaje i to właściwie jedyna ciepła rzecz jaką mogę o kolejnym spin-offie powiedzieć. Fabuła jest prościutka i naiwna a większość postaci nie posiada jakichkolwiek określonych cech charakteru. Autor tak bardzo zabrnął w zabawę z wykorzystaniem utartych gatunkowych schematów, że zaczął w końcu zżynać sam z siebie zapominając o dodaniu czegoś ekstra. Wizja przyszłości jest średnio wiarygodna wiercąc dziurę w głowie takimi szczegółami jak zmiennokształtni Marsjanie prześlizgujący się przez bramki kontroli mające wykrywać zmiennokształtnych czy była superbohaterka w czasach kiedy ludzkość swobodnie śmiga po galaktyce jeżdżąca (latająca) na wózku inwalidzkim bo nie ma nóg. Do tego wykorzystanie bohaterów oryginalnej serii jest strasznie wymuszone. No właśnie ci bohaterowie. "Erę Kwantową" przy dużej ilości dobrej woli w przeciwieństwie do reszty spin-offów które czytałem będących pobocznymi historiami czy tam pół-prequelem tym powyżej, można by uznać jako kontynuację "Czarnego Młota". Tyle, że to naprawdę strasznie wypocona kontynuacja na dodatek nie dająca mi pewności czy właściwie zrozumiałem zakończenie oryginalnej serii czy to jednak Lemire je zmienił. Na uwagę zasługuje też zakończenie, muszę przyznać kompletnie dla mnie zaskakujące gdyż czegoś tak absurdalnego się kompletnie nie spodziewałem. Tak więc kolejny niepotrzebny komiks z serii. Ogólnie cała sprawa wygląda jakby Lemire ewentualnie Dark Horse chciało odpalić swoje własne superbohaterskie (mini)uniwersum, tylko dlaczego zajmuje się tym jeden człowiek, który wyraźnie nie czuje się zbyt dobrze zmieniając konwencje? Bo przecież każdy z dotychczasowych czytanych przeze mnie "uzupełniaczy" jest komiksem z zupełnie innego gatunku (oczywiście nie wliczając faktu, że wszystkie są o superherosach) na dodatek nie mającego wiele wspólnego z oryginałem. No nic mi na myśl nie przychodzi z wyjątkiem niegdyś kultowego u nas zwrotu "for money". Jak for money to for money i ja tak samo oceniam tę inicjatywę wydawniczą i następnym razem money zachowam dla siebie. Może to i lepsze niż "Pułkownik Weird" czy "CM'45", ale co z tego, skoro naprawdę łatwo byłoby napisać cokolwiek lepszego? Ocena 4/10.

 
7.  "Moon Knight tom 2 - Z Martwych Powstaną" - Brian Wood, Greg Smallwood. Tom drugi przygód ubranego na biało mściciela wydany jeszcze w ramach Marvel Now. Nie będę ukrywał, że po pierwszym znakomitym tomie Ellisa i Shelveya miałem co do tego komiksu dosyć spore oczekiwania i odrazu uspokajam, nowym autorom nie udało się ich spełnić (przynajmniej scenarzyście). Tym razem zamiast kilku krótkich nowelek mamy do czynienia z jedną opowieścią, ale dzielącą się na dwa mniej więcej równe bloki, w pierwszym Nocny Wędrowiec będzie starał się unieszkodliwić faceta który wziął zakładników i grozi wysadzeniem się, w drugim będzie starał się powstrzymać zamach na generała i jednocześnie przywódcę któregoś z tych nieistniejących marvelowskich, afrykańskich państewek, który teraz jest facetem ciężko pracującym dla dobra swojego kraju, ale podobno jego przeszłość nie jest specjalnie chwalebna. Co zresztą dla Marka Spectora skończy się lądowaniem (nie pierwszym) w szpitalu psychiatrycznym. Ogólnie lubię Smallwooda tak jak i zawsze miałem słabość do takiego niespecjalnie szczegółowego, naskrobanego grubą krechą ale mimo swojego uproszczenia sporo czerpiącego z realizmu stylu, tak samo jak i do raczej ponuro-mrocznych kolorów. Nie jest to z pewnością poziom jego poprzednika, ale jak na moje to pozytywnie z plusem, za to na bardzo dobrze z plusem oceniam jeden z zeszytów w którym każdy panel jest obrazem z przemysłowej kamery lub ekranem tv. Szczerze, nie oczarował mnie ten komiks tak jak pierwsza część serii do której zresztą Wood starał się nawiązać i fabularnie i trochę klimatem, ale dla mnie fabuła nie jest jakoś fantastycznie wciągająca a na dodatek średnio wiarygodna (jakkolwiek by to w przypadku tego gatunku nie zabrzmiało). Co gorsza o ile tom "Z Martwych" opierał się raczej na niedopowiedzeniach w kwestii pochodzenia czy też wogóle posiadania jakichkolwiek boskich mocy Moon Knighta tak tutaj okazuje się, że Khonshu jest jak najbardziej realnym bóstwem, chociaż chyba nie nadzwyczaj lotnym a już napewno nie wszechwiedzącym, ja to biorę raczej jako minus. Jakby nie patrzeć jednak źle nie jest i na dodatek w fajnej oprawie graficznej, dlatego nieco naciągając...Ocena 6/10.

 
8.  "Moon Knight tom 3 - W Noc" - Cullen Bunn, Ron Ackins, German Peralta. Trzeci znowuż cieniutki tom tej niedługiej serii i kolejna zmiana w obsadzie, ciężko stwierdzić czy to planowane było wcześniej, czy ktoś w Marvelu zorientował się, że poprzednicy nie zachwycili. Tym razem powrót do charakteru tomu pierwszego, czyli krótkich jednozeszytowych opowiadanek w konwencji około-horrorowej. Jako weteran wychowywany na klasycznych komiksach superhero i ogólnie miłośnik krótkiej formy zarówno w literaturze jak i kinie nie mogę nie powiedzieć, że przedkładam taką formę nad tę dzisiejszą w której to co kiedyś mieściło się w dwóch zeszytach, rozpisuje się na dziesięć. Rysunkowo niestety słabiej niż w przypadku poprzedników, tzn z rysunkami wszystko jest w porządku, ale to taki raczej superbohaterski standard a akurat ten tytuł prosi się o większa dozę szaleństwa (w punkt). Niektórzy mogą się czepiać, że to właściwie powtórka z rozrywki i nie wnosi kompletnie nic nowego do historii bohatera, ale mi tam akurat to do szczęście nie jest potrzebne. Gorsze napewno niż komiks Ellisa, ale lepsze niż tom drugi od Wooda. Ogólnie rzecz biorąc, polecam wszystkie trzy tomy Moon Knighta, kolejny dowód na teorię, że bohaterowie z drugiego czy też trzeciego szeregu bardzo często osiągają wyższe poziom niż flagowe tytuły dwóch wielkich wydawnictw. Ocena 7/10.
« Ostatnia zmiana: Nd, 21 Maj 2023, 15:16:22 wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Offline Spiff

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #557 dnia: Nd, 21 Maj 2023, 15:55:08 »
Up.
Znalazłem dwie literówki, ale już nie pamiętam gdzie. ;)
« Ostatnia zmiana: Nd, 21 Maj 2023, 16:23:30 wysłana przez Spiff »
- No i jesteśmy na bezludnej wyspie.
- Jaka tam ona bezludna! A ty, to pies?

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #558 dnia: Nd, 21 Maj 2023, 18:22:07 »
  Dwie? To lepiej niż w Scream Comics. Może CV tam złożę?

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #559 dnia: Cz, 01 Czerwiec 2023, 20:52:57 »
Maj                                     
 
Na wschód od zachodu. Apokalipsa – Rok drugi – teoretycznie (a w gruncie rzeczy także praktycznie) jest rozmach i śmiałość wizji politycznie rozdrobnionej Ameryki Północnej. Stąd niniejsza opowieść ma potencjał by uwodzić i fabularnie przekonywać. Podobnie z warstwą plastyczną wykazującą znamiona fascynacji jej autora zarówno dalekowschodnimi rozwiązaniami stylistycznymi, jak również dokonaniami europejskich klasyków komiksu. A jednak zbyt wiele Hickmana (tj. scenarzysty tego przedsięwzięcia) to nie zawsze przepis na sukces. Stąd poczucie obcowania podczas lektury z utworem nie w pełni spójnym. Mieszane odczucia to sformułowanie, które przynajmniej w moim przypadku najtrafniej oddaje nastrój po przyswojeniu sobie tegoż obszernego tomidła.
 
The Fury of Firestorm nr 18
– uczciwie trzeba przyznać, że nowy (choć w gruncie rzeczy już dobrze wcześniej rozeznany) adwersarz nie prezentuje się najlepiej. Stąd tym razem w sposób szczególny korzystniej jawią się zawirowania natury sercowej Ronniego oraz refleksje o jego domniemanej odpowiedzialności za śmierć ojca. George Tuska, tj. chwilowy „zmiennik” Pata Brodericka w roli rysownika, poradził sobie w pełni profesjonalnie, choć nie porywa w równym stopniu co drugi z wspomnianych twórców.
 
The Shadow War of Hawkman nr 2 – powodów do wzmożonych emocji zaiste tu nie braknie. Dość wspomnieć utratę przez protagonistę życiowej partnerki. Jakby tego było mało dociera doń skąd wywodzą się jego nowi oponenci i jest to dlań mocno szokująca informacja. Rozwój akcji nabiera zatem stosownego dramatyzmu. Udanie prezentuje się również warstwa plastyczna, jako że za jej wykończenie na etapie nakładania tuszu odpowiadał Alferdo Alcala, w moim przekonaniu znakomity artysta, celujący w stylistyce o „posmaku” retro (uwielbiam!). Jest zatem dobrze, choć odbiorcy gustującego we współczesnych trendach ta propozycja wydawnicza raczej nie przekona.

Chu - poszerzenie świata przedstawionego znanej i (na ogół) lubianej serii ,,Chew” niestety wypadło co najwyżej umiarkowanie. Brak tu bowiem przejawów tak charakterystycznego dla wspomnianego przedsięwzięcia błyskotliwego i ciętego zarazem humoru, autentycznie zaskakujących zwrotów akcji oraz osobowości o potencjale do wstrząśnięcia emocjami czytelnika. Warstwa plastyczna, acz fachowo wykonana, jawi się jako aż nazbyt mocno ,,słodziachna”, wzbudzająca skojarzenia z animacjami przybliżającymi zawiłe losy Kucyków „Przyjaźń to Magia” Pony. Tragedii teoretycznie nie ma, ale po wcześniejszych przejawach twórczej aktywności Johna Laymana można było spodziewać się znacznie więcej.

Marvel Origins t.9: Fantastyczna Czwórka 4 - kolejne odsłony tej przełomowej serii zdążyły już przyzwyczaić do ich dosycenia w mnogość nie oszczędzanych pomysłów. Nie inaczej sprawy maja się także tym razem, bo każdy kolejny epizod wręcz emanuje od emocjonujących konceptów, które z czasem okazały się nieodłączną częścią mitologii Marvela. Krótko pisząc: humor, romans, przygoda, a przy okazji także pełnowymiarowa klasyka.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. Booster Gold: Wielki upadek - próba wkomponowania w ramy uniwersum DC zupełnie nowej osobowości najwyraźniej wymagała znaczącej reorientacji względem pierwotnego zamysłu, bo niniejsza, pierwsza seria z udziałem tej postaci statusu komercyjnego hitu nie uzyskała, a nawet po dwóch latach rynkowego bytu zniknęła z oferty swojego wydawcy. Mimo tego warto poznać początki tego nieszablonowego i jak na czas jego zaistnienia nowocześnie prowadzonego protagonisty. Znać, że Dan Jurgens (pomysłodawca projektu) włożył w to przedsięwzięcia mnóstwo serca i swojej pracy. Dla czytelników gustujących w głównonurtowych produkcjach superbohaterskich doby lat 80. XX w. lektura wręcz obowiązkowa.
 
The Fury of Firestorm Annual nr 1 - drugie podejście do solowej serii z udziałem tytułowego bohatera w wymiarze komercyjnym i ogólnego szczęścia (ominęła ją implozja oferty DC Comics z pamiętnego 1978 r.) okazała się najwyraźniej na tyle rokująca, że już w drugim roku swojego funkcjonowania miesięcznik ten doczekał się rocznego wydania specjalnego. Stąd właśnie ów „Annual”, który płynnie podejmuje wątki znane z wówczas świeżo opublikowanych epizodów niniejszej serii. I chociaż dobór garderoby dla głównego antagonisty zaprezentowanej tu intrygi (w tej roli osobnik znany jako Tokamak), delikatnie rzecz ujmując, szyku przedsięwzięciu nie dodaje, to jednak w swojej klasie okazuje się dokładnie tym, czego wielbiciele zarówno tej konwencji, jak i produkcji w tamtym czasie realizowanych, zwykli oczekiwać. Znać przy tym ambicje autorskiej spółki na rzecz wylansowania Firehawk, żeńskiej odpowiedniczki nuklearnego herosa. Powraca również wątek byłej żony profesora Steina i stąd owa fabuła to nie tyle osobny „byt” (jak to często w przypadku „Annuali” bywało), co integralna część wydarzeń rozgrywających się na kartach miesięcznika.
 
The Shadow War of Hawkman nr 3 - rewelacji z gatunku osłupiających w przypadku tej odsłony niniejszej mini-serii zaiste dostatek. Dość wspomnieć, że domniemana utrata najcenniejszej z perspektywy tytułowego bohatera osoby okazuje się względna, a i wieści o pozaziemskiej proweniencji sprawiają, że dotychczasowy ogląd spraw ulega gruntownej reorientacji. Nieprzypadkowo, bo zagrożenie z którym zmuszony jest zmagać się Hawkman śmiało można uznać za najbardziej wymagające w jego dotychczasowej aktywności. Toteż wraz z rozwojem akcji również napięcie znacząco narasta. 

Star Wars Komiks Kolekcja t.3 – kolejna okazja do przejrzenia się konceptom rozwojowym dla uniwersum Gwiezdnych Wojen w momencie gdy jeszcze nie sposób było wyczuć w których kierunkach ewoluować będzie ów wszechświat przedstawiony to swoista gratka nie tylko dla fanów tej marki. Ciekawie jest bowiem przyjrzeć się pomysłom twórców działających niejako na oślep i w sytuacji gdy ramy tegoż uniwersum nie były jeszcze tak skrzętnie doglądane. Wytworzyło to wiele interesujących sytuacji oraz propozycji wizerunkowych, które nie zyskały potwierdzenia w późniejszych chronologicznie produkcjach filmowych. Do tego zaangażowani w ten projekt scenarzyści zadbali by akcji i kumulacji emocji w nim nie zabrakło. Szkoda tylko, że na „pokładzie” zabrakło tym razem Toma Palmera, jednego z najwybitniejszych nakładaczy tuszu w dziejach komiksowej branży, który niewiele później nadał komiksowym Gwiezdnym Wojnom w wymiarze wizualnym olśniewającego wręcz blasku. 

The Fury of Firestorm nr 19 - nowy oponent i nowy ilustrator. Choć w drugim przypadku tylko na moment, bo ledwie na ten epizod. Za to wysokiej klasy, bo sam Gene Colan, jeden z najbardziej wrażeniowych w wymiarze stylistycznym spośród klasycznych autorów superbohaterskiej konwencji. Efekt zaiste cieszy oko i wizualnie okazuje się interesującym urozmaiceniem warstwy plastycznej tego tytułu.
 
The Shadow War of Hawkman nr 4
- otwarte zakończenie tej mini-serii nie pozostawia cienia wątpliwości, że już na starcie inicjatywa ta stanowić miała nowe otwarcie w losach pary głównych bohaterów. Z pozoru zachowawcza (czy może raczej: wpisująca się w koncepty zaproponowane przez odnowicieli tej marki doby Srebrnej Ery, a za którymi wielu jej fanów tęskniło) faktycznie gruntownie reorientowała świat przedstawiony Hawkmana i jego dzielnej Połowicy. W idealnym zresztą ku temu momencie, jako że całe uniwersum DC przechodziło wówczas rewitalizacje (vide ,,Kryzys na Nieskończonych Ziemiach”). Zaistniała zatem szansa na tzw. nowy początek i niniejsza inicjatywa twórcza okazała się jej emocjonującym preludium. Niebawem miało się to przejawić uruchomieniem pełnowymiarowej serii z udziałem Hawkmana i Hawkgirl.
 
Star Wars Komiks Kolekcja t.4 – kolejna okazja by przyjrzeć się rozwojowi uniwersum Gwiezdnych Wojen w czasach, gdy zrealizowany był ledwie jeden epizod tej długowiecznej sagi. Archie Goodwin (tj. scenarzysta tej serii) zmuszony był zatem improwizować i trzeba przyznać, że niekiedy wychodziło mu to całkiem zgrabnie. Zwłaszcza w kontekście rodu Tagge, którego przedstawiciel odważył się rzucić wyzwanie Vaderowi. Ponadto znajdziemy w tym tomie pierwszą połowę komiksowej adaptacji „Imperium kontratakuje”, dla wielu najbardziej udanej odsłony tej kosmicznej sagi. Nie wnikając w zasadność tej opinii wypada nadmienić, że w roli autora jej warstwy plastycznej brawurowo poradził sobie Al Williamson.
 
Rozkwit i upadek Imperium Triganu księga I – monumentalna panorama dziejów tytułowej struktury politycznej na miarę wielkobudżetowych produkcji Fabryki Snów takich jak „Ben Hur”, „Kleopatra” i „Dziesięć przykazań”. Tu się wykuwał talent i warsztat Dona Lawrence’a, którym z czasem miał olśnić czytelników serii „Storm”. Choć jak dla mnie ta inicjatywa twórcza jawi się jeszcze bardziej udanie niż perypetie zagubionego w czasie i przestrzeni astronauty oraz jego urokliwej towarzyszki. Chociażby z racji udanego mariażu konwencji znanej jako miecz i sandały z motywami science fiction Złotej i Srebrnej Ery.   
 
The Fury of Firestorm nr 20 - już tylko na podstawie okładki tego epizodu znać, że tytułowego bohatera czekają nieliche przeboje. Wszak po raz kolejny zmuszony on będzie stawić czoła swojej najbardziej zajadłej i wyzbytej skrupułów przeciwniczce w osobie nieprzewidywalnej Killer Frost. Trudno bowiem byłoby uwierzyć, że wspomniana na trwale zniknie z życia Firestorma. Swoją drogą w tym właśnie epizodzie rolę jej etatowego plastyka przejął Rafael Kayanan, autor wprawny, ale jednak swojemu poprzednikowi (tj. Patowi Boderickowi) ustępujący.

Najemnik t.9 – obsesja na puncie Atlantydy towarzyszy ludzkości co najmniej od czasów teoretyka systemów totalitarnych w osobie Platona. Jak widać nie ominęła ona także nowej towarzyszki przygód głównego protagonisty, rezolutnej Ky, bo za jej właśnie sprawą poszukiwania pradawnego lądu wypełniły niniejszą odsłonę tej nieprzypadkowo uznawanej za klasyczną serii. Jak nie trudno się domyślić na kartach tej opowieści jej szacowny autor po raz kolejny daje wyraz swojemu warsztatowemu mistrzostwu i talentowi. Jednak w sposób szczególny oszałamia biegłość Segrellesa w tworzeniu modeli pojazdów latających i jego pod tym względem inżynieryjna wręcz skrupulatność. Więcej na ten temat w dodatku zawartym w końcówce tego albumu. Przyznam się, że w trakcie jego lektury momentami wręcz osłupiałem. Szok, że mu się w ogóle chciało!

Creatures on the Loose! nr 16 – niniejszy magazyn z założenia bazował na materiale archiwalnym wytworzonym w okresie sprzed przeobrażenia się wydawnictwa Atlas Comics w Dom Pomysłów, co samo w sobie było świetnym pomysłem. Tym bowiem sposobem młodsi wiekiem czytelnicy mieli sposobność by rozpoznać realizacje powstałe m.in. za sprawą Jacka Kirby’ego w czasach sprzed superbohaterskiej eksplozji Marvela doby lat 60. Jak się jednak okazało słabnąca sprzedaż wymagała uzupełnienia przedruków zupełnie nowym materiałem. Tym sposobem Roy Thomas, jako wielbiciel fantastyki okresu tzw. pulpy (to właśnie on forsował uzupełnienie oferty Marvela komiksami z udziałem m.in. Conana, Tarzana i Docka Savage’a), zdecydował się na luźną adaptacje powieści Edwina Lestera Arnolda „Lieut. Gullivar Jones: His Vacation”, prekursorskiej względem klasycznego cyklu Barsoom/marsjańskiego pióra Edgara Rice’a Burroughsa. W tym zamierzeniu twórczym towarzyszył Thomasowi Gil Kane, akurat na etapie reorientowania swojego stylu ku jego dojrzałej odmianie. Całość jawi się zachęcająco, a przedrukowane nowelki również mają w sobie mnóstwo uroku.

Bohaterowie i Złoczyńcy. Liga sprawiedliwości: Koszmary i raj – nieco pogubione w epoce Extreme (tj. w toku niemal całych lat 90.) DC Comics stopniowo okrzepło i najwyraźniej nie zamierzało brać jeńców. Przejawiło się to ogromną popularnością serii „JLA” według scenariusza Granta Morrisona, która okupowała listy komiksowych przebojów w roku 1997. Zanim to jednak nastąpiło swoistą śluzą ku temu bez cienia wątpliwości mocnemu uderzeniu okazały się dwie mini-serie zebrane właśnie w niniejszym tomie. Co więcej znać już w nich było co się święci i stąd przynajmniej dla mnie ich lektura upłynęła pod znakiem czytelniczej satysfakcji.
 
Marvel Origins t. 10: Avengers 1 – bez cienia wątpliwości jeden z najważniejszych tomów tej kolekcji. Debiut flagowej drużyny Domu Pomysłów odbył się bowiem z energią i rozmachem charakterystycznymi dla wspólnych realizacji duetu Stan Lee/Jack Kirby. Znać że także w tym przypadku obaj autorzy nie szczędzili swojej wyobraźni i umiejętności przez co seria „Avengers” rychło zyskała status jednego z najchętniej nabywanych tytułów Marvela. Klasyka po całości.
 
Świat Mitów: Tezeusz i Minotaur – przypadek jeszcze jednego antycznego zabijaki trudniącego się eliminacją rzadkich okazów nietypowej fauny. Jak to już bywało przy okazji poprzednich odsłon tej serii fabuła prowadzona jest „na gęsto”, ze szczegółowym uwzględnieniem konfliktów dynastycznych, „przepychanek” na tlę pozycji w hierarchicznej „drabinie” oraz z trudem skrywanych perwersji seksualnych. Krótko pisząc mitologia grecka pełną gębą. 

Offline HugoL3

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #560 dnia: Wt, 06 Czerwiec 2023, 10:56:54 »
Ultimate Spider-Man 13
Wiedziałem czego się spodziewać po tym tomie jeszcze zanim go odfoliowałem. Zawartość tego tomu pokrywa się bowiem z publikacjami Hachette dotyczacymi uniwersum Ultimate. Mimo to, zależało mi na tym, aby skompletować całą serię.
Oczywiście czuć, że poziom lekko się obniżył, niemniej cała ta seria jest świetnym wyborem dla osób, które znają pająka z gier, filmów, a jeszcze nigdy nie spróbowały poznać jego losów z komiksów. Fakt, że w tym roku mamy szansę zapoznać się z pierwszymi komiksami z The Amazing Spider-man dzieki kolekcji kioskowej Hachette, jednak moim zdaniem Ultimate jest bardziej przystępną lekturą - ramotkowy charakter "pierwowzoru" może przypaść do gustu, ale może też znięchęcić do dalszego czytania. Temat długo wałkowany w innym wątku, zależy od preferencji. Na pewno na plus USM działa to, że jest serią zakończoną, wydaną u nas w 13. tomach. Nie jest to remake ani restart losów Petera Parkera - po prostu jest to alternatywny świat, w który Peter przeżywa te same problemy, z którymi zmagał się gdy był nastolatkiem, podejmuje podobne decyzje, towarzyszą mu znajome twarze, ale pewne wątki potoczyły się inaczej. W dodatku, co warte napomknięcia, dużo wydarzeń znanych nam z głównej osi czasu, jaką jest seria Amazing, zostały wykorzystane również tutaj, tylko w odrobinę zmienionej formule. Bendis świetnie się w niej odnalazł. Stworzoną przez niego historię wyróżniają dialogi, spójność, respekt dla dziedzictwa Spider-Mana. Wszystko okraszone jest świetnymi rysunkami: wyróżniłbym przede wszystkim Bagleya oraz Immortena. Reszta rysowników nie za bardzo przypadła mi do gustu.
Wracając jednak do tomu 13, okładka i opis wydawcy, na szczęście, nie spojlerują nam jak zakończy się ta historia. Mówię o tym dlatego, że często w tym komiksowym, superbohaterskim światku, zdarza się że sam tytuł wyjaśnia czego czytelnik może się spodziewać ("Śmierć Supermana", "Powrót Wolverine'a", wątek Cyclopsa w serii "Cyclops i Wolverine" itd). To, co nie podobało mi się w tym tomie, to wymieszanie zawartości tego tomu z seriami o Ultimates. Plus dla wydawcy, że te historie są częścią tego tomu, jednak lepiej by było, gdyby trafiły one na koniec tego tomu, a nie do jego środka. Historia o Ultimates dotyczy bowiem tych samych wydarzeń, co w ostatnich zeszytach USM, ale została opowiedziana z innej perspektywy.
Może lepszym rozwiązaniem byłoby ułożyć zeszyty serii USM oraz Ultimates na przemian?
Skoro już wspomniałem o składzie tomu, łatwo domyślić się, że w historii pojawią się przedstawiciele Ultimates. Punktem kulminacyjnym będzie bowiem pojedynek ze Złowieszczą Szóstką i każda pomoc będzie mile widziana.
Bardzo podoba mi się rozwój jednej z drugoplanowych postaci tej serii - J. Jonah Jamesona. Sposób, w jaki z aroganckiego buca stał się sprzymierzeńcem Spider-mana jest wzruszający.
Za to kompletnie nie trafiła do mnie wizja artystyczna związana z przedstawieniem Mary Jane przez Sarę Pichelli. Nie oczekuję przedstawienia obiektu westchnień wielu licealistów jako tykającej seksbomby, ale spod jej ołówka Mary wygląda jak niczym niewyróżniający się szaraczek.

Nowa Granica
Zachęcony opiniami na tym forum zdecydowałem się na zakup tego tomu, przy okazji promocji w internetowym sklepie egmont.pl. Rysunki Darwyna Cooke'a przywołują u mnie wspomnienia z dzieciństwa, gdyż rysowane przez niego postaci wyglądają bardzo podobnie jak w serialach animowanych DC z dawnych lat. Zresztą nieprzypadkowo, bo przy wielu produkcjach pracował.
Opowiedzenie historii USA XX wieku i umieszczenie w niej superbohaterów to intrygujący pomysł. Wątki poruszone w tomie są odważne, dotykają wiele problemów społecznych i gospodarczych Ameryki po drugiej wojnie światowej.
Jednak w tej historii nie podobały mi się dwie rzeczy. Niektóre postaci były dla mnie totalnie nowe, ich nazwiska przejawiały się często, a ponieważ skaczemy między wątkami to gubiłem rytm kto jest kim. Pewnie wynika to też z tego, że nie skupiłem się w pełni, nowe postaci nie przypadły mi do gustu. Dopiero później, gdy weryfikowałem wątki z tego tomu dotarło do mnie, że żołnierze, którzy trafili na bezludną wyspę nie są postaciami stworzonymi na potrzeby tej historii, tylko zostali zaczerpnięci z klasycznych komiksów DC.
Nie śledziłem nigdy uniwersum DC tak szczegółowo, ale po lekturze chylę czoło przed autorem.
Druga rzecz, która nie do końca mnie usatysfakcjonowała to ostatni wróg, z którym zmierzyli się nasi superbohaterowie. Spodziewałem się innego toku wydarzeń.

Monsters
Przy okazji zakupu X-statix na stoisku Muchy na KW sięgnąłem też po wszędzie polecane Monsters.
Niestety, zawsze mam problem z czarno-białymi komiksami, gdyż męczy mnie taka lektura, ale tym razem nie brakowało mi tuszu na rysunkach, a właściwej czcionki do przedstawienia ręcznie pisanych listów, które są elementem tej historii.
Lektura porusza, na tyle mnie wciągnęła, że zaspałem dziś do roboty :)
Podobało mi się, że było trochę skakania w chronologii wydarzeń. Męczyło mnie tylko sprawdzanie o jakiej dacie pisał autor kilkanaście kartek wcześniej. Ale to nie było problematyczne. Oprócz wspomnianej już wyżej czcionki, dwa razy poczułem zakłopotanie. Jeden daje w spojler
Spoiler: PokażUkryj
Niemieccy przedstawiciele schodzą do piwnicy. Ale dalej nie rozumiem czy poszli spalić te dokumenty, czy je uratować? Mam wrażenie, że zamiarem było spalenie, ale rysunki pokazywały co innego

Drugie zakłopotanie jest związane z wpleceniem do historii wątku paranormalnego, przez co zakończenie nie było dla mnie w pełni satysfakcjonujące. Szanuję jednak za to, jak połączono wszystkie postaci, które pojawiły się w finałowej scenie, która była piękna i wzruszająca.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #561 dnia: Pt, 09 Czerwiec 2023, 18:34:51 »
Małe podsumowanie maja.
Przeczytałem łącznie 12 komiksów.
Było trochę kasztanów, trochę przeciętniaków i dwa bardzo dobre tytuły.

Komiks miesiąca: "Nadstaw ucha, śliczna Marcio" (8/10) oraz Friday (trochę na wyrost za klimat, ale też 8/10).

Wyróżnienie: kolejny bardzo fajny niemy komiks Presl'a - "Syn swojego ojca" (7/10)

Zawód miesiąca:  "Dziedzictwo Inków" - dopchałem tym koszyk do darmowej wysyłki w jakimś antykwariacie. Jakoś doczytałem do końca, ale to taka komiksowa izba pamięci, której nie chcemy odwiedzać. Tylko dla ludzi, którzy czytali to za dzieciaka i mają jakiś sentyment - 2/10.

Ze świeższych rzeczy zawiodła mnie też bardzo nowość od Lost in Time - "Arka".
Cierpi na te same grzechy co "Elecboy" od tego samego wydawcy. To miks oklepanych pomysłów, które widzieliśmy już wielokrotnie. Do tego jest to miks średnio udany, bo ja w sumie nie mam nic przeciwko fajnym rzeczom, które już widziałem, ale podanych w odświeżonej wersji z jakimiś ciekawymi twistami. Tu jednak ani nic odświeżone nie jest, a twistów brak. Generyczny sci-fi, który zapomnicie po trzech dniach od przeczytania - 3/10.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #562 dnia: Pn, 12 Czerwiec 2023, 09:40:36 »
 @herman, a jak podszedł Ci wspomniany Elecboy. Ciągle mam go w swoim koszyku, ale nie jest zbyt wysoko na liście życzeń.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #563 dnia: Pn, 12 Czerwiec 2023, 11:03:00 »
Zupełnie mi nie podszedł. Podobnie jak "Arce" dałem mu 3/10 (słaby) i w zasadzie mogę przedstawić te same zarzuty. Mimo, że komiksy z grubsza były o czymś zupełnie innym to cierpią na te same grzechy - są zlepkiem oklepanych motywów, które widzieliśmy już w popkulturze wielokrotnie i nie oferują czytelnikowi w zasadzie nic ciekawego. Chciałem tu wykrzesać jakieś zwięzłe podsumowanie moich zarzutów do Elecboya, ale ze smutkiem (?) muszę stwierdzić, że od listopada, kiedy to komiks czytałem, niewiele już z niego pamiętam.
Ja bym na Twoim miejscu pożyczył od kogoś kto może ma, z biblioteki - a nuż znajdziesz tam coś czego ja może nie dostrzegłem i stwierdzisz, że warto.
Dla mnie jednak oba to spory zawód, szczególnie, że czytałem wiele dobrych komiksów od Lost in Time i bardzo lubię to wydawnictwo.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #564 dnia: Pt, 30 Czerwiec 2023, 10:18:45 »
Kwartał się skończył, to małe podsumowanie:

**** Znakomite

Zabrakło takiego tytułu

*** Dobre

Spiderman by JMS (tomy 1-5) – wziąłem z półki, trochę z braku laku, trochę bo akurat Egmont z tym startuje. Chciałem zobaczyć, czy po latach jeszcze będę w stanie przebrnąć. I się udało i to w kilka dni. Co więcej, czytałem z przyjemnością. Zawsze lubiłem tę postać, mam do niej wielki sentyment. Zresztą sentyment mam do całej plejady postaci z tego świata, przede wszystkim MJ. Tak na wewnętrzne potrzeby podzieliłem sobie ten run na 3 części: totemiczny wątek z Ezekielem, straszne ale to straszne głupoty związane z dziećmi Gwen i na koniec Civil War (wstęp, właściwy event i skutki prowadzące do One more day). Myślę, że w tym runie większość osób odnajdzie coś dla siebie: są wątki rodzinne, są tematy nieco zmieniające origin bohatera (ale zrobione to tak fajnie, że on sam jest dość sceptyczny, a czytelnik może sobie wybrać, która wersja mu się bardziej podoba), są bijatyki z dziwnymi wrogami, jest grzebanie w przeszłości i wyciąganie różnych zakopanych dawno wątków, są gościnne występy innych bohaterów, jest wielki event i jest niesamowita konkluzja. Czasami jest lekko i humorystycznie, czasami bardzo dramatycznie. Najbardziej przypadły mi do gustu pierwsze 2-2,5 tomu, gdzie kilka wątków (Ezekiel, małżeństwo, praca nauczyciela) przewija się, są powoli rozwijane. Pojawią się nowi wrogowie (ogólnie to cecha charakterystyczna tej serii, że nie bijemy się z Octopusami, Venomami, tylko z zupełnie nowymi łotrami). Końcówka (One more day) mnie pozamiatała (znowu). Między nimi pojawiły się różne mielizny, wielki event (jest dość dobrze pokazany wstęp, ale dochodząc do głównego wydarzenia to pojawia się sporo odwołań i dobrze jest znać główną serię, jak i równoległą serię Daredevila).
Rysunkowo również można wskazać na 3 główne style – Romita Jr rysuje trochę karykaturalnie, proporcje są nieco zaburzone i twarze (szczególnie MJ) jakoś tak strasznie sztuczne. Później już trochę się zmienia – niektóre historie bardzo naturalistycznie, niektóre cartoonowo (aż mnie to raziło). Końcówka wygląda zjawiskowo.
Cieszę się, że sobie odświeżyłem tę historię. Zostaje na półce.

Daredevil by Bendis (tomy 1-3) – również spróbowałem sobie odświeżyć po iluś latach. I szybko wciągnąłem. Z przyjemnością w dodatku. Trochę bardziej mroczna seria, często brutalna z charakterystycznymi rysunkami w stylu noir. Również zostanie na półce (w sumie to w kartonie w schowku, żeby zwolnić półkę pod coś nowego).

Teoria ziarnka piasku – kolejny tom, kolejna wciągająca historia. W mieście (Brusel) dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy. Temat bardzo podobny do Gorączki Urbikandyjskiej – jest zagadka, jest szukanie rozwiązania. Przy okazji wszystkie mocne strony serii są utrzymane, czyli przede wszystkim drobiazgowy rysunek, architektura miasta, wnętrz oddana niemal z fotograficzną dokładnością. Klimat tajemnicy, niepokoju, chociaż w tym przypadku pomysły miały dla mnie charakter humorystyczny. Czekam jeszcze na Mury Samaris i jakieś zakończenie serii, bo już trochę by się przydało jakieś podsumowanie, konkluzja czy coś w tym stylu.

Wydział 7 Sztorm – grubszy zeszyt, przez co i dłużej się historia rozwijała. Wszystkie plusy serii są tutaj obecne – ciekawa intryga, umiejscowienie akcji w PRL, różne nawiązania do okresu, dodatki w formie starych gazet. Tym razem główna akcja dzieje się na morskim statku, ale i tutaj pojawiają się nadnaturalne wątki, żeby więcej nie zdradzać. Myślę, że każdy fan tej serii będzie usatysfakcjonowany.

Skradziony skarb – niby klasyk końcówki PRL, ale jakoś (tak jak figurki i Cortes) niewiele pamiętałem, a właściwie to chyba głównie okładkę. Nie wiem, czy nie czytałem, czy czytałem raz gdzieś u kuzyna, czy z jakiejś biblioteki. Na pewno nie miałem własnego egzemplarza, bo znałbym na pamięć. Co tu mówić, komiks bardzo zbliżony i gatunkowo i warsztatowo do Figurek. Jest dużo akcji, są panie w bikini, samochody, wybuchy, różne tajne służby. Za plus uznaję dodatki poświęcone autorom, a szczególne Wróblewskiemu. No i na odbiór zdecydowanie pozytywnie wpłynęła zapowiedź Legend wyspy labiryntu – zdecydowanie jeden z moich ulubionych komiksów tamtych czasów (razem m.in. z Kajtkiem i Kokiem śladem białego wilka)

Opowieści grozy – zbiór kilkunastu historii z dreszczykiem. Na tapet wzięte bardziej i mniej znane utwory klasyków gatunku (Poe, czy Lovecraft). Pojawiają się m.in. Zagłada domu Usherów, Dr Jekyll i Mr Hyde. Jak zwykle w takich zbiorach niektóre części bardziej przypadną do gustu, inne mniej. Ja miałem dużą frajdę, szczególnie pod kątem rysunkowym. Kreska znakomicie buduje nastrój grozy, niepewności, dwuznaczności. Czasami trzeba dłuższej chwili, żeby uchwycić, co tak naprawdę widać, a czasami, szczególnie miejskie „krajobrazy” są odtworzone z całym mnóstwem detali. Na myśl przychodzą takie utwory jak Mort Cinder, czy Prosto z piekła. Scenariuszowo czasami aż prosiło się, żeby daną historię wydłużyć, rozbudować. Nieraz skupiamy się na finale danej historii, a wcześniejsze wydarzenia są opowiedziane skrótowo. Rozumiem, że taka była idea, ale lektura jest tak wciągająca, że chciałoby się dłużej nad nią posiedzieć. Plusem zbioru są również elementy humorystyczne – niektóre historie, mimo że nastrój jest dość ponury, to sama oś intrygi jest dość zabawna, czy wręcz absurdalna (np. lot balonem). Podkreślić też trzeba jakość wydania. Piękny album, estetycznie wydany, na grubym offsetowym papierze. Zastosowanych jest co najmniej kilka różnych czcionek, co zapewne wymagało trochę pracy, ale efekt jest znakomity.

Cyd – frankofon przygodowy na tle wydarzeń historycznych z 11-wiecznej Hiszpanii, przede wszystkim wojen między światem chrześcijańskim a islamskim. Komiksów raczej nie traktuję jak podręczników historii i nie ma dla mnie większego znaczenia, czy coś upraszczają (to raczej nie do uniknięcia), czy coś wręcz zakłamują. Żadnym ekspertem od historii nie jestem, więc nawet jeśli jakieś wyraźne przeinaczenia są, to i tak ich nie zidentyfikowałem. Natomiast dość złożony charakter historii (wielość postaci, miejsc, wątków dziejących się w tle) wskazuje, że autor dużo pracy włożył, żeby wpleść losy postaci w tło prawdziwych wydarzeń. Jak już powszechnie wiadomo, plany na tę serię były bardzo ambitne (gdzieś chyba padło >20 albumów), skończyło się na 4 zebranych u nas w zbiorczym wydaniu. Jakkolwiek można uznawać, że jest to pewna zamknięta historia, to ja to odbieram jako wstęp do tego co mogło być, a samą końcówkę jako cliffhanger. Nie spojlerując za bardzo, to końcówka byłaby dobrym startem do kolejnego cyklu, a też nie wszystkie wątki zostały zamknięte. Również rozwój postaci (lub jego brak) jest widoczny, a potencjał był, chociażby w samych rodzinnych relacjach, czy też na styku obydwu religii. No cóż, szkoda, że zabrakło dalszego ciągu. Co do samej narracji, to nie ma się co oszukiwać, trąci już nieco myszką. Opisane często bywa to, co dzieje się w kadrze. Czasami są przeskoki między kadrami tak duże, że ten opis jest wręcz niezbędny. W komiksie dzieje się tak wiele, że dzisiaj została by ta historia rozciągnięta na więcej tomów. Nie jest to jednak nie do przeżycia, szczególnie dla fanów komiksu frankofońskiego. Te drobne „uwagi” niweluje z naddatkiem rysunek. To jest prawdziwa perełka na półce: ciekawe kadrowanie, sceny zbiorowe, batalistyczne wręcz wciskają w fotel (szczególnie oblężenie twierdzy). Zawsze miałem słabość do filmów / książek o średniowieczu, ale takim ze wszystkimi cechami tego okresu – wojnami, zarazami, okrucieństwem. Do dziś w sumie czekam na jakiś wielki film o krucjatach. W tym komiksie to wszystko jest. Kapitalny rysunek jest uzupełniony dość niestandardową kolorystyką, z dużym udziałem czerwieni. To trochę mi utrudniało odbiór, same rysunki są mniej przejrzyste, ale z drugiej strony nadawało nieco indywidualnego charakteru. Jakimś koneserem nie jestem, więc skonkluduję, że mnie się spodobało.

** Niezłe / można przeczytać

Departament prawdy (tomy 1-3) – powróciłem do tej serii po paru miesiącach i 2 kolejnych wydanych tomach. Kiedyś opisałem to tak:
Spoiler: PokażUkryj
Departament prawdy vol. 1 (3,5/5) - Potencjał w tej serii wyczuwam. Drugi tom już na półce. Okładka mnie zachęciła, szczególnie JFK - myślałem, że będą jakieś wariacje spiskowo-szpiegowskie na temat strzelaniny z Dallas, ale tematyka jest zdecydowanie współczesna. Szkoda tylko, że jakieś Qanony czy jaszczury są wspominane. Wtedy wszystko mi opada i czytać się odechciewa. Stylizowane rysunki, które utrudniają zobaczenie, co się dzieje, dodają klimatu. Liczę, że seria rozkręci się na dobre.
Po trzech tomach, gdzie sytuacja się zaczyna gmatwać coraz bardziej, niby wiemy coraz więcej, ale z drugiej strony coraz mniej można być wszystkiego pewnym, szczególnie po zakończeniu trzeciego tomu. Oprócz takich zabaw z czytelnikiem dochodzą też zmiany w samych rysunkach, które z zamazanych stały się bardziej czytelne. To pewnie tylko chwilowo, dla wybranych wątków, ale działa nieźle, człowiek nie zdąży się znudzić. Czekam na kolejny tom i mam nadzieję, że będzie to zrobione z przytupem i przy kolejnych stronach będzie mnie to wciągać coraz bardziej i bardziej, a końcówka ostatecznie zmiażdży. Aż się prosi o jakiś mega twist na koniec. Jeśli coś takiego dostanę, to cała seria podskoczy o 1 kategorię i powalczy o top10 tego roku.
Ps. W trakcie czytania cały czas miałem przed oczami postać Z archiwum X – niejakiego Palacza, który zawsze pojawiał się w ważnych miejscach i albo znał jakieś tajemnice ludzkości, albo sprawiał wrażenie, że je zna. Ciekawe, czy był on jakąś inspiracją dla tej serii?

Daredevil by Brubaker (tomy 1-3) – kontynuacja serii Bendisa, która jednak już nie ma tak charakterystycznego rysunku, ten jest już bardziej klasyczny, ale nadal bardzo przyjemny. Pierwszy tom i pobyt w więzieniu jeszcze siłą rozpędu wciągał, ale później już moje zainteresowanie opadało. Historia wracała w tryb generic superhero i na koniec już w sumie uznałem, że dalsze przygody sobie odpuszczam. Seria wpadła do tego samego pudła.

Krew barbarzyńcy – komiks przede wszystkim dla fanów postaci. Ja za takiego się nie uważam. Książek nie czytałem, filmy z Arnoldem pamiętam z ery video (pierwszy miał w sobie nutę tajemniczości, magii, brutalności, surowości, drugi wydał mi się średnio udaną, żeby nie powiedzieć , że zbędną kontynuacją – ale to takie mgliste wspomnienia sprzed 30 lat). Kiedyś przeczytałem pierwszy tom tych grubasów, co je Egmont wydaje, ale ostatecznie dałem sobie spokój. A, i jeszcze była seria z Relaxu, która mi się spodobała. Tutaj są te elementy, które pamiętam z filmu czy z Relaxu i to oczywiście buduje fajny klimat. Ale sama historia już tak na kolana mnie nie rzuciła. Ok, są rozterki ojca i syna o tym, jak dalej należy prowadzić sprawy swojego królestwa, jest bitewny chaos, są elementy mityczne / magiczne, co często mnie męczy, ale tutaj pasują do świata przedstawionego. Za jakiś czas spróbuję wrócić i jeszcze raz ocenić, czy mi się podoba, czy tak średnio jednak.

Tezeusz i Minotaur – historia, którą zna się (w sensie komiksowym) głównie z innej pozycji, a która niedługo ma się pojawić na rynku :). Fabularnie i rysunkowo zaskoczeń nie ma. To już w końcu kolejna pozycja w serii.

Wydział 7 Import Eksport – nietypowy zeszyt w serii. Wolę te typowe.

Cygan – wydanie zbiera 6 albumów i w sumie 4 historie, dość odrębne. Pierwsza historia obejmuje 3 albumy i jest zdecydowanie najciekawsza. Jest wyraźnie zaznaczone tło wydarzeń (czyli w pewnym sensie zmiana klimatyczna wpływająca na funkcjonowanie świata, przede wszystkim w zakresie transportu). Tak mi się to kojarzyło trochę z Mad Max i Snowpiercer. Na tym tle toczy się wartka akcja, efektowne pościgi, bijatyki. Bohaterem jest mięśniak, lekkoduch, któremu żadne kule i przepaści straszne nie są i zawsze znajdzie chętną panią do zabawy. Kolejne historie zamknięte już w pojedynczych albumach, mniej trzymają w napięciu. Gdzieś całe tło odchodzi na dalszy plan, nie ma już przeraźliwego zimna, poczucia apokalipsy. I to już jest zdecydowanie mniej ciekawe. Może jeszcze historia z bratem (czy tam kuzynem) jakoś utrzymywała moje zainteresowanie, ale ostatnie 2 części czytałem chyba parę dni. Rysunkowo jest na pewno bardzo efektowanie i to pod każdym względem. Ładne samochody, panie, tła (czy to zatłoczone knajpy, czy lasy, góry, miasta), widowiskowa akcja. Tylko, że to trochę za mało, żeby do tego kiedyś wrócić.

Skazaniec 666 – ten tytuł chodził za mną od jakiegoś czasu, ale się jakoś nie składało. W końcu zebrałem się na odwagę i zakupiłem bezpośrednio od Wydawcy pod Pałacem. Pierwsze, co się rzuca w oczy to styl rysunków – kontrasty, grubo ciosana kreska, z jednej strony rysunek dość uproszczony ale jednocześnie poupychane mnóstwo elementów na kadrach, jakieś pająki, bród, zmasakrowane ciała. Psychodela pełną gębą, niczym w Azylu Arkham, albo i bardziej. I to zostaje w głowie po zakończeniu lektury. Sama historia w sumie niewiele mówi o głównej postaci (inna sprawa, że u nas raczej nieznanej), bo widzimy tytułowego Skazańca w więzieniu, gdzie bez większych przeszkód kontynuuje swoje „dzieło” poszukiwania idealnej kobiety i zapewnienia sobie nieśmiertelności a przy okazji masakrując tych, co akurat są pod ręką. Przypomina to trochę scenę ze Strażników, gdzie Rorschach krzyczy po okaleczeniu współwięźnia – to nie ja jestem tu zamknięty z wami, to wy jesteście tu zamknięci ze mną. Nie jest to może komiks niezapomniany, czy pojawiąjący się w toplistach, ale dla miłośników gatunku (horroru, psychodeli itp.) i pewnej egzotyki (w odróżnieniu od klasycznych frankofonów, generycznego sh, czy autorskiego komiksu amerykańskiego) może być ciekawym eksperymentem.

Przepowiednia pancernika – zdecydowanie jednak wolę komiksy z klasyczną fabułą, gdzie mogę śledzić drogę bohatera z punktu A do punktu B. Czytało mi się dobrze, kilka razy nawet się roześmiałem, ale ostatecznie tytuł mnie nie przekonał. Śledzimy losy głównego bohatera w serii niechronologicznie poukładanych scenek, gdzie motywami przewodnimi są młodzieńcza znajomość, różnego rodzaju zahamowania głównego bohatera i próba poradzenia sobie z dość dramatyczną wiadomością. Jakoś to wszystko nie zagrało u mnie tak jak powinno – nie jestem pewny, czy istotniejsze powinny być wątki humorystyczne, czy dramatyczne. Częste przechodzenie z jednego tematu w drugi trochę wybijało mnie z klimatu.

Rzeźnia numer pięć – czyli komiksowa adaptacja powieści Vonneguta. Skoro adaptacja, to nie ma się co za bardzo do scenariusza odnosić, bo był dany na samym początku. Co najwyżej muszę przyznać, że jakoś trochę zaginął mi ten podstawowy, antywojenny wydźwięk. Niby treść komiksu krąży wokół wydarzeń prowadzących do bombardowania Drezna, samego bombardowania i późniejszych skutków, ale też nagromadzenie innych tematów trochę mi ten główny wątek przesłoniło. Trudno powiedzieć, czy jakoś zaburzone zostały proporcje, czy może rysunek nie oddał jednak tematu tak dobitnie jak słowo pisane. Ot taki lekki niedosyt mi został, ale o stracie czasu nie ma oczywiście mowy.

Niepamięć absolutna – satyra na temat postępu technologicznego i jego wpływu na ludzkość, gdzie maszyny zastępują ludzi praktycznie we wszystkich czynnościach. I w tym zmechanizowanym świecie jest człowiek (policjant), któremu się to wszystko nie podoba i ma ku temu swoje powody. Postanawia sam, po staremu, poprowadzić śledztwo. Bardzo solidne sci-fi, gdzie można się doszukiwać się zapożyczeń lub może raczej inspiracji z różnych klasyków gatunku. Fani gatunku powinni być usatysfakcjonowani. Za plus zaliczam dość zaskakujące zakończenie, chociaż samej puenty nie zrozumiałem do końca. Albo może nie poczułem. Trochę szkoda, że szybko się komiks czyta (w sensie dobrze, że się nie grzęźnie, ale wciąga się całość w krótkim czasie).

* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Węgiel i krzem – wciągnąłem się od pierwszej strony, ale z czasem coraz mniej mnie lektura trzymała, a końcówkę już siłą woli czytałem. Tematyka, jak najbardziej na czasie (sztuczna inteligencja), jak również eksploatacja zasobów naturalnych planety i pogarszające się perspektywy całej ludzkości – zresztą wszystko w podobnym duchu jak Shangri-La tego samego autora. Jednak późniejsze losy głównych bohaterów i liczne przeskoki w czasie, co powodowało, że komiks tracił ciągłość a stawał się bardziej podzielony na krótsze epizody, czytałem już z coraz mniejszym zaangażowaniem. Filozofowanie bohaterów (jednak maszyn) zupełnie mnie nie wciągało i miałem uczucie, że sztucznie przeciąga cały komiks. Takie klimaty jednak nie dla mnie. No i nie mogłem znieść rysunków postaci, a szczególnie twarzy. No paskudne po prostu. Taki styl, ale trudno mi było wytrzymać. Ale poza samymi postaciami, to rysunkowo świetnie – tła, wnętrza, ogromne miasta, przestrzenie bardzo widowiskowe.

Mam rozgrzebaną Kiki z Montparnasse'u, na półce kilka tytułów z ostatniego zamówienia - przede wszystkim Bomba (tutaj mam ogromne oczekiwania, stosownie do formatu i ceny), ale też komiksy Fonta, IHS, Scenki z życia osiedla Cazy. Po głowie chodzą: kolejny Burma, Morderca znad Green River, Kosmos od Timofa. Wakacje źle nie wyglądają:)
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #565 dnia: So, 01 Lipiec 2023, 23:20:16 »
Czerwiec
 
Liga Sprawiedliwości t.1 - teoretycznie w tym przypadku mamy do czynienia z fachowo zrealizowaną rozrywką. Sęk w tym, że po scenarzyście losów m.in. Jessiki Jones zasadnie spodziewać się było można znaczenie więcej. Wszak otrzymał on do dyspozycji topowych herosów uniwersum DC. Tymczasem szanowny fabułotwórca podążył po najmniejszej linii oporu sięgając po do bólu już zgrany motyw wieloświatów. Wymusiła to jednak chęć wkomponowania w szeregi tytułowej drużyny jego nowej bohaterki dla której ów motyw jest sednem egzystencji. W gruncie rzeczy temu właśnie służy ta całkiem udanie rozrysowana realizacja, acz równocześnie w wymiarze fabularnym niemal zupełnie bezbarwna .
 
The Fury of Firestorm nr 21 - ostateczna konfrontacja z trawioną nasilającą się atrofią Killer Frost zawiera stosowna dawkę dramatyzmu i przynajmniej na tym etapie rozwoju tej marki konkluduje trudną ,,relacje" pomiędzy wspomnianą, a tytułowym bohaterem serii. Oczywiście, jak to na ogół bywa, do czasu.

Creatores on the Losse! nr 17 - zawartość tej odsłony niniejszego magazynu z pełnym przekonaniem określić można jako stresogenną. ,,Okładkowy" Gullivar Jones borykać się bowiem musi z natłokiem natarczywych marsjańskich stworzeń broniąc swojej złocistoskórej księżniczki ile pary w mięśniach. Z kolei przedrukowane nowelki to z jednej strony trawestacja Godzilli; z drugiej natomiast problemy z mieszkańcami równoległego wymiaru. I jak tu zrelaksować się po dziesięciu godzinach zawodowego kieratu...
 
Z archiwum Jerzego Wróblewskiego t.19 – niespodzianki nie ma, bo Jerzy Wróblewski raz jeszcze rozrysował western. Uczciwie przyznać trzeba, że w wymiarze fabularnym nieszczególnie oryginalny, a i motywacja niektórych osobowości nie w pełni przekonuje. Niemniej dobrze znowuż ujrzeć tak miłe wspomnianemu twórcy przestrzenie Dzikiego Zachodu nakreślone przezeń coraz wprawniejszą ręką.
 
Ratman: Czasopodróżnik – ujmując wprost: świetna inicjatywa! Tej inicjatywie twórczej (i oczywiście także jej autorowi) taka formuła wydawnicza najzwyczajniej się należała. Ratman i jego perypetie jak zawsze bezbłędne. Z niecierpliwością czekam na więcej!
 
Adaptacje literatury. Wehikuł czasu
- cieszę się, że wśród klasyków literatury twórcy tej serii uwzględnili również ,,Wehikuł czasu" Herberta George'a Wellsa. Pomijając drobne modyfikacje niniejsza adaptacja wiernie oddaje niezmiennie fascynujący przekaz literackiego pierwowzoru. Tym mocniej cieszy perspektywa rozpoznania w tej formule również ,,Wojny światów" tego samego autora.
 
Ćma: Nasiono zła - mocne wejście Grzegorza Kaczmarczyka oraz lekki przestój fabularny. Ogólnie jednak dalszy rozwój tego projektu mocno cieszy.

Marvel Origins t.10: Spider-Man 2 - Pete Parker boryka się z typowymi dla jego grupy wiekowej problemami, ciocia May zamartwia się o swego siostrzeńca, kolejne wraże osobowości dają o sobie znać, a obsesja Jonaha Jamesona na punkcie Spider-Mana zdaje się sięgać zenitu. Seria z Pajęczakiem toczy się zatem w charakterystycznych dla niej kierunkach.

The Fury of Firestorm nr 22 - zgodnie z prawidłami superbohaterskiej konwencji (a w gruncie rzeczy wszystkich rozciągniętych w czasie fabuł) co jakiś czas wypada przypomnieć genezę kluczowych dla nich osobowości. Temu też służy niniejszy epizod, w którym odbiorcy tej serii, dotąd oględnie jedynie rozeznani w początkach Firestorma, zyskali taką możliwość za sprawa rozbudowanej retrospekcji. Co mnie szczególnie cieszy rozrysowanej przez Pata Brodericka.

Smerfy i złote drzewo
- podobno nie warto być przesadnym, bo to przynosi pecha. A jednak również Smerfy nie uniknęły dawania wiary w różnego typu zabobony. Papa Smerf nielicho będzie musiał się natrudzić by wyswobodzić swoich podopiecznych z mentalnych pęt tej odmiany ciemnoty. Krótko pisząc kolejna udana realizacja kontynuatorów dzieła Peyo.
 
Creatures on the Loose! nr 18 - tempo fabuły z udziałem Gullivara Jonesa znacząco przyspiesza. Choćby z racji przybliżenia dziejów starożytnej cywilizacji Marsa oraz kataklizmów, które doprowadziły do jej zagłady. Z kolei Jones w coraz większym stopniu upodabnia się do skądinąd znanego Johna Cartera. Natomiast przedrukowane nowelki okazuje się celnie spoinotowanymi opowiastkami, a za rozrysowanie jednej z nich odpowiadał wciąż wypracowujący charakterystyczny dlań styl Steve Ditko. 
 
Flash: Najszybszy Człowiek na Ziemi – oficjalne wprowadzenie do filmu nie urzeka, ale też i nie rozczarowuje. Szczerze pisząc spodziewałem się, że będzie gorzej, a miast pociesznej fabuły otrzymamy typowy produkt towarzyszący głównemu „daniu”, którym jest oczywiście długo wyczekiwana produkcja filmowa. Rzecz okazała się jednak może nieszczególnie wyszukaną, ale jednak wciągającą rozrywką, uzupełniającą losy „filmowego” Flasha o żywiołowo rozrysowane epizody. 

Hellblazer Jamie’go Delano t.3
– zbiór interesujący, choćby z racji możliwości prześledzenia ewolucji trendów w komiksowych narracjach przeznaczonych dla dojrzałego czytelnika. Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku dzieło się przecież w tej materii całkiem sporo. Nie wszystkie motywy i rozwiązania fabularne dobrze się zastarzały, a niektóre koncepty „tkane” z myślą o zszokowaniu czytelnika, z dzisiejszej perspektywy wzbudzają wręcz niesmak. Mimo tego to ważny etap w pogłębianiu charakterologicznego profilu Johna Connstantine’a.
 
The Fury of Firestorm" nr 23 - oprócz znanych i lubianych (na swój rzecz jasna sposób) sparingpartnerek/partnerów tytułowego bohatera Gerry Conway nie zamierzał widać rezygnować z kreowania kolejnych wyzwań dla Firestorma. Tym razem jest nią istota definiująca sama siebie jako Byte, bez cienia wątpliwości reakcja szanownego autora na następujący wówczas w zawrotnym wręcz tempie rozwój elektroniki. Nie zabrakło również chwili dla Firehawk, bez której na obecnym etapie trudno wyobrazić sobie niniejsza serie bez jej udziału.
 
Creatures on the Losse! nr 19 - określenie sytuacji na Marsie mianem wojny wszystkich przeciwko wszystkim to w przypadku kolejnej odsłony przypadków Gullivara Jonesa co najwyżej mocno wygładzony eufemizm. Stad prekursor poczynań Johna Cartera niemal co chwila zmagać się musi z przedstawicielami coraz to bardziej problematycznych ras i gatunków. Wizja odnalezienia księżniczki Horte zdaje się zatem równie odległa co na początku jego o nią zmagań. Z kolei obie przedrukowane tu nowelki to raczej tworzone na szybko ,,zapychacze" o wartości bardziej historycznej niż stricte rozrywkowej.

X-Men: Upadek mutantów – ku memu zaskoczeniu opowieść wiodąca zachowała sporo ze swojej pierwotnej świeżości. Gadulstwo Claremonta nie tylko nie razi, ale wręcz wciąga, a prace Silvestri’ego biją na głowę wszystkie jego realizacje z okresu Top Cow. Ciekawie jest też ujrzeć plansze w wykonaniu znanego z polskich wydań „Batmana” Breta Blevinsa, ekspresywne i dosycone emocjami, choć sama opowieść  z New Mutants jako obsadą nie porywa. Pod tym względem znacznie lepiej z trzecią z zawartych tu fabuł, tym razem z udziałem X-Factor . Choćby z tego względu, że to właśnie w tej opowieści główny adwersarz tej formacji zostaje w pełni skonceptualizowany. Do tego z bolesnymi konsekwencjami dla niegdysiejszego Angela.
 
Marvel Origins t.12: Fantastyczna Czwórka 5 – kolejny bardzo udany i dosycony licznymi pomysłami tom. Trudno się wręcz opędzić od poczucia, że seria z udziałem Pierwszej Rodziny Marvela była dla Stana Lee i Jacka Kirby’ego przysłowiowym oczkiem w głowie. Nadal zatem nie szczędzili dla niej swoich pomysłów dzięki czemu kolejne nośne motywy i osobowości uzupełniają swoiste pod-uniwersum Fantastycznej Czwórki. Powracają też i dobrze już znane indywidua (Doom!), ale nade wszystko perspektywiczna w kontekście dalszych przygód okazuje się ewolucja potencjału sprawczego Sue Storm. Zasłużenie ceniona klasyka.

The Fury of Firestorm nr 24
– nuklearny duet (tj. oczywiście Firestorm i Firehawk) dociera się we właściwych kierunkach. Niemniej nie zabrakło tu również solowych zmagań tytułowego bohatera oraz typowych dylematów osobników u progu dorosłości. Szczególną ciekawostką epizodu jest ponadto kilkunastostronicowy dodatek promujący nową serię w ofercie DC Comics, tj. „Bluedevil”. Hit to co prawda nie był, a i protagonista tego przedsięwzięcia to raczej w porywach trzeci (a być może nawet czwarty) szereg wśród osobowości uniwersum DC. A jednak niewykluczone, że pewnego dnia – ot, tak dla sportu – sięgnę również po poświęconą mu serię.
 
Creatures on the Losse! nr 20
– ciąg dalszy mrożących krew w żyłach (przynajmniej z założenia) perypetii Gullivara Jonesa upływa tym razem nie tylko na zmaganiach z agresywnie usposobionymi monstrami, ale też zmiany przyodziewku. Przeważają jednak kolejne starcia, na ogół z udziałem skrzydlatych humanoidów. Droga do oswobodzenia ukochanej głównego bohatera nadal zatem jawi się jako nader kręta i wyboista. Z kolei obie przedrukowane tu nowelki z dawnych lat ponownie wykazują, że nadmierna ponoć nostalgiczność polskich czytelników komiksów nie jest w naszym przypadku niczym nowym i wyjątkowym.
 
Piraci z Wysp Szczęśliwych t.2 – ależ panowie Koziarski i Ruducha mają tempo! Nie minął nawet rok, a druga odsłona ich kolejnego, wspólnego projektu już trafiła do dystrybucji! Jak zwykle w przypadku przejawów obu wspomnianych twórców spodziewać się można mnóstwo humoru w jego pogodnej odmianie oraz żywiołowej, emanującej optymizmem warstwy plastycznej. Plus gościnny „występ” Jacka Skrzydlewskiego, którego nigdy za wiele.
« Ostatnia zmiana: So, 01 Lipiec 2023, 23:22:39 wysłana przez Nawimar III »

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #566 dnia: Pn, 03 Lipiec 2023, 14:57:05 »
Małe podsumowanie czerwca
Przeczytałem łącznie 13 komiksów.
Nie było żadnego mega objawienia, ale kilka solidnych albumów poznałem. Było dość sporo średniaków.

Komiks miesiąca: Nie było zdecydowanego zwycięzcy. Dwa komiksy dostały ocenę 7/10 czyli "bardzo dobry".
Były to opisywany w innym temacie "Gus" (tu takie 7+/10). Drugim był bardzo dobrze zapowiadający się jako seria "Saint-Elme" od Nagle.

Wyróżnienie: "Diuna. Powieść graficzna" - dałem 6/10 czyli "dobra". Wyróżniam, bo myślałem, że będzie znacznie gorzej.

Zawód miesiąca: "Skradziony skarb" - akcyjniak z PRLu, raczej jedynie dla tych czujących nostalgię. Ja za młodu nie czytałem więc była to dla mnie taka niezbyt ciekawa ramotka.

Zawiodłem się też lekko (wciąż 5/10, czyli "przeciętny") na nowym komiksie Presla - "Ogrody Babilonu" - zwyczajnie spodziewałem się więcej, bo nie tak dawno czytałem jego znacznie bardziej udane pozycje.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #567 dnia: Pt, 07 Lipiec 2023, 16:15:40 »
  Trochę opóźnione z jednego z najlepszych możliwych powodów czyli czystego lenistwa spowodowanego pogodą, podsumowanie maja. Po raz kolejny nieco żonglerki gatunkowej. Uwaga jak (prawie) zawsze pewne SPOILERY!!!


1. "Raport W - Opowieść rotmistrza Pileckiego" - Gaetan Nocq. Tytuł mówi sam za siebie, więc za bardzo nie ma co streszczać. Fabuła oddaje dosyć wiernie prawdziwy "Raport Witolda" w oryginale 104 stronicowy dokument, będący po części raczej typowym wojskowym raportem na temat organizacji obozowego ruchu oporu (który z racji realiów okazał się bardziej siatką wywiadowczą) po części dosyć osobistym pamiętnikiem opisującym realia życia obozowego i zawierającym tak wiele wtrętów odautorskich (Pilecki potrafił wrzucać np. fragmenty dialogów), że aż zahaczającym o beletrystykę. Przedział czasowy niemalże identyczny jak oryginału czyli od podróży głównego bohatera koleją do Auschwitz (prawdziwy raport rozpoczyna się od momentu łapanki) do jego ucieczki wraz z towarzyszami do obozu, schronienie u państwa Serafińskich i kontakt z Państwem Podziemnym. Autorzy od siebie dodali kilka retrospekcji przekazywanych za pomocą wspomnień lub snów o dzieciństwie, szkoleniu kawaleryjskim etc. oraz na sam koniec kilka stron przedstawiających losy rotmistrza po wojnie. Pierwsze co zwraca uwagę po otwarciu całkiem pokaźnego tomu, jest szata graficzna. Wykonana kredkami (przynajmniej jak na moje laika oko) oraz ołówkiem, w chłodnych odcieniach niebieskiego, szarości, fioletów czy też czerwieni (bardzo rzadko kilka różnych kolorów znajduje się na tym samym panelu, z reguły utrzymywane są one w jednej tonacji), co zapewne oddawać zimno otaczającej rzeczywistości a także mróz skuwający ludzkiego ducha i ludzkie serca. Kontury rozmyte, postacie często rysowane jedynie w formie schematycznych, nieostrych sylwetek kojarzących się z duchami lub cieniami co zresztą może być właściwym tropem na dwojaki sposób - ludzie martwi za życia, ludzie faktycznie martwi dla czytelnika. Podobnie zresztą jest z tłami, równie nieostre, rozmyte, jakby zamglone, jakby przesłonięte dymem z kominów, zupełnie jakby dla podkreślenia nierealności - niematerialności całej sytuacji oraz tamtego piekielnego miejsca. Sporo kadrów skoncentrowanych na sporych pustych obszarach obozowych placów z rzadka urozmaiconych jakimś elementem czy postacią człowiek, ewentualnie "nagich" pól zaraz za drutami, aby podkreślić martwotę i pustkę otoczenia. Żebym tylko nie został źle zrozumiany, ta cała fantasmagoryczność oprawy wcale nie oznacza, że mamy do czynienia z komiksem przy lekturze którego musimy się drapać po głowie zastanawiając co właściwie artysta chciał zwizualizować (a znajdą się takie na naszym rynku), cały czas jesteśmy doskonale świadomi co widzimy (trudno niedocenić, w jaki sposób Nocq potrafi narysować przy pomocy niewielkiej ilości szczegółów całkowicie naturalną twarz człowieka), po prostu zamiast najczęściej spotykanego w tym gatunku komiksów stylu realistycznego, autor całkowicie świadomie i z konsekwencją porusza się w tej swojej odrealnionej-nierzeczywistej konwencji. I chwała mu za to, bo to naprawdę poruszające wizualne doznanie. Dialogi niezbyt obszerne i w niespecjalnie wielkiej ilości, część narracji prowadzona za pomocą uwag samego bohatera. Ludzie interesujący się tematem bez trudu wskażą odpowiednie pozycje, ale dla przeciętnego czytelnika zapewne dosyć oryginalnym będzie ujęcie tegoż że tematu Oświęcimia nie poprzez pryzmat Holocaustu. Pilecki oczywiście wspomina o Żydach, ale obraca się (a obrotny z niego był facet trzeba przyznać) właściwie tylko w towarzystwie Polaków i to raczej znajomych zza drutów lub ludzi kaptowanych do organizacji. Więcej komiks niespecjalnie epatuje brutalnością czy okrucieństwem (z wyjątkiem oczywiście oddania samego okrutnego klimatu tego miejsca). Wszelkie tego typu momenty są raczej przekazywane za pomocą suchego komentarza rotmistrza po wojskowemu notującemu sobie wszelkie nieprawości. Fabuła skupia się raczej na codziennym życiu obozu, na pojedynczych oderwanych od siebie wydarzeniach w których fragmenty zwykłego cywilnego życia tak bardzo niepasujące do tego miejsca w rodzaju (obowiązkowego) ubierania choinki na Boże Narodzenie w barakach, orkiestry obozowej, kantyny czy urzędu pocztowego sprawiają dosyć upiorne wrażenie. Będzie też oczywiście o ludziach, będzie o Niemcach poruszanych zwykłymi ludzkimi odruchami, którzy nawet jeżeli nie pomagali aktywnie (a tacy też byli), to chociaż pomagali nie przeszkadzając czyli przymykając oczy. Będzie również i o Polakach o których postępowaniu wstyd wspominać (kolejne co trzeba przyznać Pilecki i inni z Państwa Podziemnego nie pierniczyli się w tańcu, można by powiedzieć, że robili tam rzeczy okropne). Dosyć fajnie udało się skroić postać tytułowego bohatera, stoicki spokój i opanowanie łączy się z jakże ludzkimi obawami przed śmiercią i bólem. Sporym plusem dodatki, kilka sfotografowanych obrazów, które namalował Nocq podczas wizyty w Polsce i dosyć obszerny tekst pani Isabelle Davion wykładowcy na Sorbonie, która po części przedstawia historię powstania tego albumu, po części streszcza nieco losy Witolda Pileckiego a po części przedstawia historię samego Auschwitz i zawiera nieco ciekawych wycieczek autorki. Rzecz interesująca z gatunku tych co to każdy obywatel tego kraju (oczywiście nie tylko tego, zresztą skoro komiks jest francuski i to nawet tam nagradzany...) w tej lub innej formie wypadałoby by znał. No i to całkiem udany mariaż komiksu historycznego z komiksem "artystycznym". Ocena 7/10.


2. "Najczarniejsza Noc" - Geoff Jones, Ivan Reis. Zakończenie serii "Green Lantern" autorstwa Jonesa, będące na poły właśnie zwieńczeniem dosyć długiego stażu tego autora a na poły wielkim eventem odciskającym piętno na całym uniwersum DC. Z czeluści kosmosu zaczynają przylatywać czarne pierścienie, które ożywiają zmarłych (najchętniej meta-ludzi), lecz jednocześnie przemieniają ich w złowrogie (lecz nie bezmózgie) zombie. Odpowiedzialnym za tę sytuację jest niejaki Nekron, osobnik który uważa, że naturalnym stanem wszechświata jest martwa pustka, tak więc zamierza przywrócić całe stworzenie do stanu pierwotnego i należytego w/g niego czyli kompletnego trupa. Aby tego dokonać uruchamia Czarną Baterię, rozsyłającą w/w pierścienie i jednocześnie zbierającą z umarlaków moc potrzebną do ostatecznego uderzenia oraz atakuje siedzibę Strażników OA, którą (o ile dobrze zrozumiałem, ale o tym później) za pomocą jakichś tam machinacji osłabił rozpętując wojnę pomiędzy różnymi Korpusami. Mocną stroną albumu są z całą pewnością rysunki (zwłaszcza jak ktoś jest fanem superhero style) wyraźny styl bez jakichś problemów z perspektywą czy anatomią, wystrzałowe dwustronicowe kadry, dosyć spora ilość elementów na większości paneli, czyli brak gadających głów na tle jednego koloru, dobrze oddana mimika właściwie wszystkich postaci. Na dodatkową uwagę zasługują efekty pracy kolorysty Alexa Sinclaira, całość utrzymana jest w dosyć ponurej tonacji, bo wiadomo najczarniejsza noc, zombie, horror, krew i flaki (trochę przesadzam), ale i sporo miejsca dla dosyć przyciągających wzrok, intensywnych kolorów się znajdzie. Co zresztą powinno być oczywiste w fabule kręcącej się wokół podstawowego spektrum barw. Skracając do minimum jest dobrze a nawet lepiej. Energetycznie, energicznie a jednocześnie z pewną dozą swoistej elegancji. Niestety, nie będę ukrywał, że "Najczarniejsza Noc" jest dla mnie raczej zawodem. Trudno jest nie zauważyć, że komiks jest faktycznie częścią większej całości, nieco konfudujący jest początek, który stawia czytelnika (polskiego który porusza się na naszym rynku) w świecie bez znajomego status quo a który skupia się na losach pobocznych postaci i to niekoniecznie występujących na łamach serii Green Lantern, więc to tak trochę "nie bardzo wiem o czym oni gadają". Natomiast w momencie gdy przejdziemy do właściwego już eventu okazuje się, że historyjka jest, cóż...prosta jak drut. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że to cecha większej części tego rodzaju no powiedzmy, że literatury, ale tutaj chyba trochę z tym przedobrzono. Z wyjątkiem może pierwszego zeszytu reszta to lanie się po mordach przy kanonadzie laserów wystrzeliwanych wiadomo skąd. Całość mocno przypomina, którąś z linii fabularnych Dragon Ball Z, bohaterowie naparzają się ze złolem a gdy już są bliscy jego pokonania ten wyciąga jakiegoś asa z rękawa, zwiększa poziom mocy i pierze ich na kwaśne jabłko a gdy ten z kolei już prawie triumfuje to pojawia się jakiś rycerz/rycerka (niepotrzebne skreślić) na białym koniu a dobro znowu przeciąga linę na swoją stronę i tak w koło Macieju aż do końca. Zresztą autor wydaje się tego świadomy bo w którymś momencie ustami Guya Gardnera, rzuca porównania do pewnej znanej i w naszym kraju dosyć dawno temu kreskówki. Problematyczny jest zresztą właśnie główny czarny charakter Nekron, który wydaje się kompletnym leszczem, pozbawionym jakiejkolwiek osobowości który dostał występ na scenie tylko po to aby ktoś go pierd...yknął w czajnik w ostatnim akcie. To jakiś niby klasyczny łotr z dawniejszych czasów, Grant Morrison lubi się bawić takimi rzeczami i często nieźle mu to wychodzi a tak naprawdę jak wyciągnąć jakiegoś zapomnianego trzecioligowego lamusa z zakurzonej szuflady i przerobić na postać z krwi i kości pokazał Bendis ze swoim Purple Manem, Johnsowi się to nie udało, zresztą nawet nie spróbował. Natknąłem się na internetowe opinie, że scenarzysta "doskonale panuje nad materią powieści" tyle że moim zdaniem jest całkowicie odwrotnie, sporo tu pomysłów wprowadzanych na dobrą sprawę nie wiadomo po co. Zombie Superman - który jest trochę suflowany jako ważna postać zresztą czy ktoś wyobraża sobie groźniejszego nieumarlaka? Pojawia się i zaraz znika właściwie nic nie robiąc, tak samo zresztą jak i zombie Batman. Okazuje się, że pierścienie mają jakieś tajne protokoły które w razie zagrożenia pozwalają im się duplikować. Po co to? Chyba tylko po to aby podkreślić komiczność postaci Larfleeze'a bo innego zastosowania tego pomysłu, chociaż zajmuje on sporo miejsca nie widzę (no dobra jeszcze Mera fajnie wygląda). No i oczywiście co w sumie jest grzechem większości tego typu wydarzeń, chociaż tutaj jest to szczególnie widoczne, cały czas odnosimy wrażenie że całość powstała tylko po to aby po raz kolejny przemeblować uniwersum, tych się wróci, tamtych wyśle na ławkę rezerwowych i będzie gites. W czasach TM-Semic, pewnie byłbym zachwycony tym komiksem, ale dzisiaj już żadnego wrażenia na mnie takie pierdolety nie robią, zwłaszcza biorąc pod uwagę ża nie bronią się one za bardzo jako autonomiczna historia w przeciwieństwie dajmy na to do takiego Flashpointu tego samego autora. Tak czy inaczej ze względu na rysunki i na podskórne przeczucie, że mniej dać nie wypada. Ocena 6/10.


3. "Moon Knight" - Jeff Lemire, Greg Smallwood i inni. Całościowo zebrany z trzech tomów tpb, cały vol.8 serii Moon Knight wydany w ramach ANAD Marvel, co w sumie daje całkiem spore tomiszcze. Trzy tpb, więc trzy rozdziały. W pierwszym "Witajcie w Nowym Egipcie", odnajdujemy Marka Spectora zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym, w którym dowiaduje się że całe jego życie jako postrzelonego superbohatera było wytworem jego fantazji a on sam jest zwykłym biednym wariatem. Mark oczywiście takiemu stanowi rzeczy nie dowierza (czytelnik oczywiście też, o co stara się sam autor co jest całkowicie zresztą bez sensu, ale o tym później) i podejmie próbę ucieczki wraz z kilkoma towarzyszami niedoli. Rozdział drugi "Wcielenia" to przegląd wszystkich osobowości Spectora, oraz szarpanina pomiędzy tymi "pobocznymi" a "podstawową" próbującą w rozpaczliwy sposób przejąć kontrolę nad rozpadającym się umysłem bohatera. Część trzecia "Śmierć i Narodziny" to powrót do początków Nocnego Wędrowca, jego "ostateczna" konfrontacja z księżycowym bóstwem Khonshu i próba dojścia ze samym sobą do ładu i składu. Co się pierwsze mocno w oczy rzuca to świetna oprawa graficzna. Grega Smallwooda nie da się chyba nie lubić, czysta linia, gruby kontur, coś wyglądającego jak filtr nadający efekt "ziarnistości" kojarzący się z jakimś starym kryminało-thrillerem świetnie pasują do tej historii. Uwagę też zwracają świetne, fantazyjnie wymalowane kadry łączące pozornie niepasujące do siebie elementy, ot zerknijmy choćby na szaloną panoramę Nowego Jorku z wyrastającą pośrodku niego olbrzymią piramidą. Na tym jeszcze nie koniec, bo historie kolejnych wcieleń Marka Spectora, przenoszą na kartki w formie obrazów inni artyści, każdy odpowiadający za jedną postać. I czy to jest Francesco Francavilla ze swoim neonowym neo-noirem ilustrujący opowieść taksówkarza, czy Wilfredo Torres ze swoim naprawdę pracochłonnym szczegółowym stylem naśladującym mangę rozrysowujący przygody gwiezdnego pilota walczącego z kosmicznymi wilkołakami (!!!) jest to Marvel na bardzo wysokim poziomie. Na tle trzech poprzedników, w teorii nieco na minus ze swoją prościutką kreską odstaje James Stokoe odpowiadający za Marka-aktora, ale raczej podejrzewać można, że taki był zamysł na wygląd tego segmentu, więc i tu na plus bym zaliczył. Jednym słowem (właściwie czterema) jest na co popatrzeć. I w teorii wszystko jest super tyle że w praktyce problem leży w tym, że ten komiks tak naprawdę nie jest zbyt dobry. Już sam początek, tak naprawdę załącza nieco alarm. Jak obserwujemy Moon Knighta okładanego przez pielęgniarzy i badanego przez lekarkę, która nie reaguje na ślady pobicia odrazu wiemy, że bohater nie trafił do żadnego szpitala psychiatrycznego a przynajmniej nie do takiego zwyczajnego, więc kwestia tego czy rzeczywistość jest urojeniem czy nie, przestaje mieć na znaczeniu. I leci ten komiks i leci, zmieniają się scenografie, ludzie przybierają jakieś demoniczne postacie lub na odwrót, przechodzimy z jednej rzeczywistości do drugiej, później pojawiają się kolejni Markowie co jeszcze bardziej gmatwa chaotyczną fabułę. Tyle, że  tej fabuły tak naprawdę jak zdrapiemy paznokciem zewnętrzną warstwę jest wbrew pozorom tutaj niewiele. Całość ma nadpisać nieco historię Moon Knighta, ale zmiany chociaż w sumie niespecjalnie ważne są jak dla mnie nietrafione. Ot chociażby to, że Mark cierpiał na osobowość wieloraką i to w naprawdę ostrej postaci już od dziecka. To jak on niby trafił do marines czy został najemnikiem skoro co kilka dni twierdził, że się inaczej nazywa i inaczej się zachowywał? Ale już pomijając takie mniejsze lub większe szczegóły to tak naprawdę największą wadą tego komiksu jest to, że brak mu kompletnie oryginalności. Kolejna marvelowska seria Lemire'a, którą dostał po innym znanym autorze i kolejny przypadek w którym Kanadyjczyk pisze tak naprawdę to samo co jego poprzednik, tyle że w o wiele słabszym stylu no i brakiem jakiegokolwiek autorskiego pomysłu. Za to ma ten komiks jedną niewątpliwą zaletę, autor nie określił właściwie czy to co się wydarzyło to rzeczywistość, jakaś psychoza bohatera, próba prania mózgu czy tam cokolwiek innego, więc można to chyba uznać za bardzo ważny fragment a można kompletnie olać. Bardzo ciekawym dodatkiem (nie wnikam czy to z oryginalnego wydania czy Egmont) jest jeden zeszyt klasycznej serii z lat 80-tych autorstwa Douga Moencha i Billa Sienkiewicza i raz jest ważny ze względu na to, że wytłumaczy nam kim są drugoplanowe postacie występujące w tym tomie, dwa uświadomi jak bardzo ten tytuł przypomina komiksy Batmana (w sumie nic dziwnego, Moench też je wtedy pisał) z lat 70-80. Wystarczyłoby przerysować bohatera i pozmieniać niektóre teksty w dymkach, fabularnie i wizualnie jest naprawdę podobnie. A co najsmutniejsze ten jeden zeszyt dał mi więcej funu niż te czternaście wcześniejszych zeszytów współczesnej serii. Nie jest to tak złe jak Hawkeye czy tak marne jak Extraordinary X, ale ciężko jest ukryć, że ten komiks to kompletny przeciętniak który bardzo mocno stara się udawać że jest czymś więcej. Tylko ze względu na oprawę graficzną ocena -6/10.


4. "Doktor Star i Królestwo Straconej Przyszłości" - Jeff Lemire, Max Fiumara. Z ulgą zabrałem się za ostatni spin-off "Czarnego Młota" mając doskonale w pamięci fakt iż poprzednicy byli gorsi jeden od drugiego. Tym razem jednak miałem jakieś takie bardziej pozytywne nastawienie, mimo że okładka wskazywała na historię kolejnej postaci, która w podstawowej serii była bo była i nie pełniła tam jakiejkolwiek sensownej funkcji. Nie wiem spodobał mi się tytuł, widziałem kilka opinii na internecie osób które twierdziły że to najlepsza poboczna historia z tego mikro-uniwersum, że Lemire skupia się na tym co wychodzi mu dobrze czyli na rodzinnych relacjach, na jakoś w każdym razie taki mniej skrzywiony byłem przy rozpoczęciu lektury niż w przypadku reszty. Do czasu oczywiście. Tak czy inaczej dostajemy tytułowego Doktorka, który w Młocie pojawił się na trzech kadrach na krzyż i był emerytowanym superbohaterem a jednocześnie genialnym naukowcem który poszukiwał zaginionej paczki naszych bohaterów, tyle. Na początku dowiemy się, że Doktorkowi, który nosi nazwisko Jim Robinson, umiera syn. Później dzięki retrospekcji wskoczymy w czasy na chwilę przed przystąpieniem USA do II Wojny Światowej, młody Jim naukowiec na dorobku a więc tradycyjnie biedny jak mysz kościelna z żoną i świeżo narodzonym dzieckiem dostaje propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia prosto od Wuja Sama, patronatu nad jego teoretycznymi badaniami nad czymś zwącym się "Parastrefą". Badania prowadzone dniami i nocami przy pełnym poświęceniu życia rodzinnego z teorii szybko przejdą do praktyki a Jim zbuduje urządzenie, które da mu dostęp do cudownych mocy. Świeżo upieczony super-bohater dołączy do grupy jemu podobnych herosów (w składzie młody Abe Slam oraz Gail) i razem z nimi wyruszy do Europy zakończyć rządy Hitlera. Po podpisaniu aktu kapitulacji przez Niemcy i powrocie do domu, nasz doktorek znowu nie poświęci się pielęgnowaniu domowego ogniska, ale rzuci w wir kolejnych wypraw, badań i superbohaterskiej roboty aż w końcu zaginie na 18 lat gdzieś w dalekim kosmosie a po powrocie przekona się, że utracił to co w głębi duszy zawsze kochał a co zawsze zaniedbywał. No ale tak to bywa często, że jak się budzimy to jest już zbyt późno. Rysunki Fiumary oceniam na dobrze i to nawet z plusem, fajnie oddana mimika postaci, dobrze współpracujące z melancholijnym klimatem całości nieco poszarzałe kolory, odrobina retro-tech klimatu. Na dodatek w przeciwieństwie do reszty dodatkowych historii, stylowo całkiem pasuje do rysunków Deana Ornstona a co ciekawe przypomina nieco rysunki samego Lemire'a. Ja wiem, że nie wszyscy lubią jego grafiki, ale mi się akurat podobają a patrząc na portret Stara w warholowskim stylu umieszczony w dodatkach trochę żałuję że sam scenarzysta nie zajął się również stroną wizualną, ale i tak jest dobrze. Największym problemem tego komiksu jest jego objętość a raczej jej brak, ciężko brać ten tomik za coś innego niż bryk do jakiejś poważniejszej historii. Lemire próbuje wrócić do tego w czym jest dobry, czyli kameralnej historii o rodzinie tylko, że łączy to ze skrótem biograficznym bohatera na łamach całych czterech zeszytów i to kompletnie nie działa. "Doktor Star..." próbuje nieco naśladować w odwrotny sposób "Podwodnego Spawacza", ale tam poprzez powolne tempo i praktycznie brak jakichkolwiek następujących wydarzeń mieliśmy czas zapoznać się z bohaterem i jego relacjami z ojcem a tutaj przecież trzeba jeszcze narysować plansze z hitlerowcem dostającym po łbie, albo kosmicznym potworem powalanym "z lasera". Doktor Star wzorowany na pewnym bohaterze raczej nieszczególnie znanym na polskim rynku składa się właściwie z jednej cechy charakteru niepohamowanej żądzy poznawania nowych rzeczy co można by zaokrąglić do obsesji na punkcie zdobywania wiedzy i to właściwie wszystko. Jego syn wokół którego kręci się cała oś fabularna, wypowiada przez cały komiks z 5 zdań na krzyż i cech charakteru posiada jeszcze mniej niż u swojego ojca czyli okrągłe zero, sprowadzając się właściwie do roli "porzuconego dziecka". I w tym momencie ja mam się podobno rozczulać nad losami dwójki papierowych postaci, których kompletnie nie znam. No sorry to tak nie działa. Owszem opowieść o bohaterze, który zrozumiał swoje błędy, ale jest już zbyt późno aby cokolwiek naprawić ma swój czar, narracja prowadzona za pomocą dialogów oraz na poły pamiętnika na poły chaotycznych wspomnień zadziałała by w innym przypadku i czuć ogólnie że Lemire wie jakie struny trącić, tyle że akordów mu brakuje. Żebym nie zapomniał wspomnieć o nawiązaniach do znanych komiksów superbohaterskich. To co działało (nie zawsze ale częściej tak) w głównej serii i dopełniało tylko często w formie żartu autorskie postacie z krwi i kości, tak tutaj chyba przekroczyło tę cienką czerwoną linię. Występ "Green Lanternów" to kompletny krindż. Ufff...na szczęcie to ostatni komiks ze świata "Czarnego Młota" na mojej półce, nigdy więcej żadnych pregueli, sequeli, sidequeli, remakeów, reebotów i co tam wymyślą jeszcze z tej serii. Główną historię (aczkolwiek mnie nieco rozczarowała) polecam, bo to ciągle kawałek porządnego komiksu, resztą naprawdę radzę odpuścić. Może i faktycznie "Doktor Star i Królestwo Straconej Przyszłości" jest najlepszy wśród spin-offów, ale to na zasadzie w królestwie ślepców...no, ale co jak co tytuł albumu dalej mi się podoba. Ocena +5/10.


5. "Fear Agent tom 4" - autorzy różni. Zbiór krótkich nowelek ukazujący przygody Heatha Hustona w raczej losowych okresach jego kariery nie powiązanych absolutnie z główną historią ani również między sobą. Poziom, jak to w przypadku tego typu antologii różny, natomiast rozczarowujące jest to, że to właściwie nic nowego. Wydawałoby się, że takie wydawnictwo to okazja dla scenarzystów aby przedstawić swoje własne może i odmienne wizje bohatera a tutaj właściwie powtórka z rozrywki Remendera. Heath-cwaniaczek, Heath-bohater-mimo-woli, Heath-dręczony poczuciem winy i właściwie w każdym przypadku wulgarny prostak, znietrzeżwiony rzecz jasna. Poziom rysunków też różny z tym, że jest wcale nie lepiej niż w przypadku scenariuszy, niektóre fragmenty narysowane są po prostu paskudnie a większość raczej przeciętnie, chociaż znajdą się tutaj artyści którzy mogą się spodobać. Tutaj akurat panowie od pędzla mają przewagę nad panami (pań zdaje się nie ma) od pióra bo prezentują bardzo różne style, więc każdy przynajmniej teoretycznie powinien znaleźć coś co mu się spodoba. Cóż, takie to sobie największym grzechem chyba to, że niemalże wszystko jest walone na jedno kopyto i niemalże wszystko żeruje na najniższych instynktach czytelnika. Któryś z użytkowników (przepraszam ale nie pamiętam kto i kiedy) zmieszał ten komiks konkretnie z błotem a zwłaszcza tę historię z rekinem w toalecie, jak dla mnie to akurat jedna z lepszych historyjek a cała reszta nie jest aż taka straszna po prostu raczej przeciętna. Jak ktoś nie może się doczekać kolejnej porcji przygód Heatha to w sumie może spróbować, ale czy faktycznie Fear Agent był aż tak dobrą serią żeby się napalać po raz kolejny na to samo, tyle że w gorszym wykonaniu? Ocena 5+/10.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #568 dnia: Pn, 31 Lipiec 2023, 21:02:36 »
Lipiec

The Fury of Firestorm nr 25
–  regularne powroty przeciwników herosów wszelakich uniwersów to nieodłączny ,,składnik" superbohaterskich konglomeratów. Reguły tej nie uniknął również Firestorm, który co chwile zmuszony był neutralizować zagrożenia ze strony dobrze mu już znanych adwersarzy. Tym razem przypomniał o sobie indiański szaman Black Bison, który w swoim czasie również sporo nabroił. Konfrontacja naznaczona zmaganiami z czeredą groteskowych widziadeł jest zatem nieunikniona. Przy czym Rafael Kayanan sprawdza się w roli rysownika tej serii coraz lepiej, bo jego kreska nabiera stosownej giętkości. Zapewne zresztą nie bez udziału w tym przedsięwzięciu Romeo Tanghala, jednego z najbardziej biegłych w branży nakładaczy tuszu.

Kapitan Ameryka t. 8
– Ed Brubaker w niezmiennie znakomitej formie, co przejawiło się także w powierzonym mu bohaterze i ogólnie świecie przedstawionym tej serii. Bardzo udane reinterpretowanie motywu zaczerpniętego z okresu Złotej Ery, które posłużyło za motyw wyjściowy dla zasadniczej fabuły tego zbioru. Brawurowe prowadzenie poszczególnych uczestników tej konfrontacji oraz jak zawsze porywające (by nie rzec, że wręcz olśniewające) ilustracje w wykonaniu Alana Davisa.   

AKT # 0,000 - najbardziej dynamicznie rozwijająca się inicjatywa „magazynowa” Lechistanu ewidentnie ma się świetnie. Wnikliwa publicystyka wraz z różnorodnymi stylistycznie krótkimi formami to przepis na satysfakcjonującą lekturę oraz okazję by uwierzyć we współczesny polski komiks.
 
Creatures on the Loose! nr 21 - konkluzja perypetii Gullivara Jonesa na Marsie rozrysowana przez Graya Morrow sprawia, że aż żal iż losy tej postaci nie były kontynuowane. Z kolei przedrukowane z dawnych lat nowelki, pomimo znamion archaiczności pozytywnie zaskakują. 

AKT # 32 - teoretycznie idea komiksowych magazynów zostać miała pogrzebana wraz ze zgonem frankofońskiej prasy komiksowej. A jednak w naszych realiach zdają się ona mieć co najmniej dobrze. Znać to po kolejnej odsłonie magazynu ,,AKT”, prezentującej stylistycznie mocno zróżnicowane nowelki oraz publicystykę, której ocenę w tym akurat numerze, z przyczyn obiektywnych, pozwolę sobie pozostawić potencjalnym odbiorcom tej pozycji. Pozostaje mi życzyć sobie, by gronu autorów tego przedsięwzięcia nadal chciało się je rozwijać, a mocy przerobowych i twórczego zapału ku temu nie brakowało.
 
World of Krypton vol. 1 nr 1 - prawdopodobnie była to pierwsza w dziejach komiksowa mini-seria, tyle że mało kto wówczas (tj. w roku 1979) zdawał sobie z tego sprawę. Za to dla ówczesnych czytelników nie było tajemnicą, że Ostatni Syn Kryptona wykazuje skłonność ku nostalgii i melancholii. Stąd nieprzypadkowo zainteresowanie rzeczonego losami ojczystej planety oraz jego biologicznych rodziców. Fortunnie dlań zachowały się nagrania wspomnień Jor-Ela, w swoim czasie młodego geniusza, który zmuszony był się zmierzyć z wyzwaniami nie tylko natury naukowej, ale również wzbudzającymi skojarzenia z problemami trapiącymi jego przyszłego syna. Model narracji zaproponowany przez Paula Kupperberga (scenarzystę mini-serii) wykazuje znamiona czasów w których ta inicjatywa twórcza powstała. Z drugiej strony jest klarowna oraz w interesujący sposób przybliżająca wizje Kryptona sprzed reinterpretowania dziejów tej planety (i ogólnie mitologii Człowieka ze Stali) przez Johna Byrne'a.

The Fury of Firestorm nr 26 - już przy okazji wcześniejszych konfrontacji znać było, że Black Bison to przeciwnik z gatunku szczególnie wymagających. Tym razem może on ponadto liczyć na wsparcie ze strony szamanki imieniem Silver Deer, co generuje dodatkowy natłok kłopotów z którymi zmuszony jest borykać się Firestorm. Fortunnie on także może liczyć na swoją już niemal nieodłączną sojuszniczkę w osobie Firehawk.

Diuna: Wody Kanly
– teoretycznie motyw wiodący tej opowieści jest nieprzesadnie skomplikowany, a jednak całość „wciąga”, a momentami wręcz angażuje. Z jak dotąd opublikowanych komiksowych uzupełnień „Diuny” w moim przekonaniu ta wypadła najlepiej.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. JSA-Stowarzyszenie Sprawiedliwości: Następna epoka
– miło było po raz kolejny ujrzeć moją ulubioną supergrupę w akcji, a przy okazji także w doskonałej formie. Przyczynił się ku temu twórczy entuzjazm scenarzysty tej odsłony ich perypetii w osobie Geoffa Johnsa przy równoczesnej świadomości, że z osobowościami trzeciego szeregu można pozwolić sobie na więcej. Jak się jednak okazuje zarówno dawne jak i nowe pokolenie pierwszej z superbohaterskich grup ma w sobie mnóstwo uroku osobistego, a niekiedy wręcz charyzmy. Stąd ich losy i wybory okazuje się niezwykle zajmujące i generujące chęć do rozpoznania innych przygód tej drużyny. Na szczęście opiekunowie tej kolekcji przewidzieli jeszcze przynajmniej jedno spotkanie z Amerykańskim Stowarzyszeniem Sprawiedliwości.
 
Marvel Origins t. 13: Iron Man 2 - tom przełomowy już tylko tylko z racji przeprojektowania ociężałej i plastycznie mało finezyjnej zbroi tytułowego bohatera w dobrze znany czerwono-żółty wzór dla większości późniejszych modeli. Swój debiut ,,zaliczają” również takie osobowości jak Mandaryn i Czarna Wdowa. Konkludując seria rozwija się w obiecujących kierunkach.
 
World of Krypton vol.1 nr 2 - tym razem robi się już autentycznie poważnie. Jor-El odkrywa bowiem, że dni jego ojczystej planety są policzone. Jak to zwykle w przypadku podobnych mu ,,Kassandr" bywa, również on nie znajduje oczekiwanego przezeń posłuchu. Nie zaprzestaje jednak wysiłków na rzecz znalezienia stosownego rozwiązania w obliczu nieuchronnej zagłady. Tym bardziej, że jego połowica, Lara, oznajmia mu radosną wiadomość. Tym sposobem jest okazja by raz jeszcze przyjrzeć się Kryptonowi i jego społeczeństwu w wersji sprzed Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach.
 
Przeklęty: Oblubienice - najwyraźniej przedpotopowe realia przedstawione szanownemu panu scenarzyście (tj. Jasonowi Aaronowi) wydały się na tyle fabularnie dogodne, że zechciał w nich umieścić kolejną opowieść. Jak przystało na twórcę gorliwego wręcz do wpisywania się w wiodące trendy, także tę opowieść naznaczyły liczne politpoprawne paradygmaty. Sam autor ewidentnie ma problem z teizmem i najwyraźniej próbuje go przepracować za sprawą opowieści takich jak ta. Jednak w odróżnieniu od pierwszej odsłony ,,Przeklętego" tym razem fabuła ugięła się pod ciężarem ideologicznych założeń. Stąd rzecz nie porywa, a momentami wręcz nuży. Pocieszeniem okazuje się za to przekonująca warstwa plastyczna.
 
Kapitan Żbik: Kto zabił Jacka? - zgodnie z tytułem nie jest to tylko i wyłącznie słodziuchna opowiastka o tzw. miastowych dzieciach, którym dane jest zapoznać się z leśną fauną. Wakacyjna idylla zostaje bowiem brutalnie przerwana. Nic zatem dziwnego, że interwencja kapitana Żbika okaże się konieczna. Dodam tylko, że spodziewałem się, iż ten epizod bardziej się zestarzeje. Tymczasem otrzymaliśmy całkiem zgrabne „kino” familijne z gwałtownym zwrotem akcji.

The Fury of Firestorm nr 27
- prawidła superbohaterskiej konwencji są nieubłagane i stąd nie mogło obyć się bez pełnowymiarowej konfrontacji. Do tego podwójnej, bo oprócz brania się za łby tytułowego bohatera z Black Bisonem konfrontują się także ich towarzyszki. Dawka stosownych emocji zostaje zatem zapewniona.
 
Star Trek. Stacja kosmiczna: Serce zbyt długo składane w ofierze – bracia Tipton (tj. scenarzyści tej realizacji) po raz kolejny udowodnili, że w uniwersum „Gwiezdnej Włóczęgi” czują się, ujmując rzecz kolokwialnie, w pełni pewnie. Do tego bez względu na „strefę” tej popkulturowej „przestrzeni”. Toteż nieprzypadkowo także przy okazji „odwiedzin” na zarządzanej przez kapitana Benjamina Sisko stacji kosmicznej rozwój akcji przebiega płynnie i bez tzw. zgrzytów. Co prawda fabuła jest nieco schematyczna, aczkolwiek w gruncie rzeczy nie dało się inaczej, jako że tym razem przytrafił się nam kryminał w typowej dla tego gatunku formule. Niemniej cieszy, że doczekaliśmy pierwszej „trekowej” opowieści umiejscowionej właśnie na tytułowej stacji kosmicznej.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. Deathstroke Terminator: Miasto zabójców
– redaktor serii wyrosłych z Nastoletnich Tytanów (Jonathan Peterson) określił solowy tytuł z udziałem Deathstroke’a mianem „(…) napakowanego akcją (…), w którym pociski i noże bez przerwy latają w powietrzu”. Faktycznie tak się sprawy mają, a tytułowy bohater (?) zmagać się musi nie tylko z uzbrojonymi po zęby najmitami i reżimowymi żołdakami, ale też Batmanem. Akcja gna w szybkim tempie, a rysownik serii w osobie Steve’a Ervina sprawił się znakomicie. Oko cieszą również kompozycje okładkowe poszczególnych epizodów w wykonaniu Mike’a Zecka, dobrze znanego fanom przygód Spider-Mana. Krótko pisząc bardzo udany tom i chciałoby się takowych więcej.

World of Krypton vol.1 nr 3 - wielki finał tragedii, która unicestwiła mieszkańców macierzystego świata Supermana wart jest rozpoznania nie tylko ze względu na rangę tego wydarzenia. To również możliwość przyjrzenia się kadrom, które niemal 1 : 1 posłużyły za wzorzec dla twórców ,,Superman: 50 lat!", tj. pierwszej tego typu publikacji wydanej w Polsce. Przy okazji to również rzut oka na przedkryzysową wersję genezy Człowieka ze Stali.
 
The Fury of Firestorm nr 28 - znać, ze Kryzys na Nieskończonych Ziemiach nadciągnie już niebawem. Równocześnie tytułowy bohater zmuszony jest skonfrontować się z bodajże najbardziej absurdalnym z dotąd napotkanych przezeń złoczyńców, tj. obśmianym w filmowej adaptacji Oddziału Samobójców Slipknotem. O dziwo wizualnie starcie to prezentuje się nader udanie.
 
Nieśmiertelny Hulk t.3 – w kontynuacji prawdopodobnie jednej z najlepszych serii Marvela ostatnich lat znowuż znać zamysł rozleglejszej wizji przy równoczesnym, pieczołowitym konstruowaniu każdej ze składających się na tę opowieść sekwencji. Przy czym Al Ewing nie tylko nie pogubił się w złożonościach gamma-mitologii. Do swojej pracy przyłożył się również główny plastyk tej serii, Joe Bennett, cyzelując mimikę Hulka nad wyraz przekonująco.

Bohaterowie i Złoczyńcy. Green Lantern: Opowieści o Korpusie Zielonych Latarni
- to właśnie tomy, takie jak niniejszy czynią tę kolekcję wyjątkową. Tym bardziej, że kosmos uniwersum DC to jak dla mnie najlepiej ,,skonstruowana" tego typu przestrzeń, bijąca na głowę, to co pod tym względem ma do zaoferowania m.in. Marvel. Przy okazji jest to również zapis wczesnej fazy tzw. brytyjskiej inwazji, która trwale odmieniła superbohaterską konwencje. Stąd na „pokładzie” tej produkcji autorzy tacy jak Alan Moore, Dave Gibbons i Kevin O’Neill.
 
Marvel Origins t. 14: Thor 3 – perypetie boga gromów ewidentnie zdążyły nabrać unikalnego kolorytu. Znacząco przyczyniają się ku temu również krótkie formy przybliżające dzieje Asgardu i jego mieszkańców. Znać przy tym, że twórcy tego przedsięwzięcia korzystają ze swoich doświadczeń przy tworzeniu komiksowych romansów (relacja na linii Don Blake-Jane Foster). No i do obsady „wbija” Czarodziejka z którą tytułowy bohater będzie miał masę problemów. Jak dla mnie jedna z najlepszych serii w ramach tej kolekcji.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 1 - początek nowego otwarcia dla J'onna J'onzza, do tego w nowym wizerunku. Zapowiada się intrygująco, choć póki co więcej tu pytań niż odpowiedzi. Choć w gruncie rzeczy o to właśnie przecież chodzi. Krótko pisząc dobre otwarcie dla potencjalnie pełnowymiarowej serii.
 
The Fury of Firestorm nr 29
- nie od dziś wiadomo, że Nowy Jork przyciąga wszelkiej maści świrów i obsesjonatów. Operujący w tej metropolii Firestorm musi tym razem zmierzyć się z istną czeredą tego typu indywiduów. Dzieje się zatem sporo, ale bez szczególnego przełomu dla serii. Chociaż warto odnotować zmianę na stanowisku scenarzysty.
 
Peter Parker, Spider-Man: Śmierć Jean DeWolff
– jedna z najlepszych opowieści z udziałem Spider-Mana nareszcie doczekała się swojej polskiej edycji! Przyszło nam na to czekać nadspodziewanie długo, ale grunt, że w końcu się udało. Stąd jest okazja, by przyjrzeć się pajęczemu herosowi sprowadzonemu do poziomu miejskiego herosa, któremu z przyczyn w pełni uzasadnionych, puszczają nerwy. Zamordowana bowiem zostaje ceniona przezeń policjantka Jean DeWolff, a jej psychopatyczny zabójca nie zamierza na tym poprzestawać. Klasyka, która już dawno powinna była znaleźć się w naszych komiksowych zbiorach.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #569 dnia: Cz, 31 Sierpień 2023, 21:20:22 »
Sierpień
 
Daredevil Marka Waida t.3 – jak to na ogół u tego scenarzysty bywa fabuły „skrajane” są na lekko. O dziwo sprawdziło się to również w przypadku Matta Murdocka, herosa jak mało który, poturbowanego przez los i inne, określmy to umownie, okoliczności towarzyszące. A jednak wprawa pisarska Marka Waida i bogactwo świata przedstawionego sprawiają, że zbiór perypetii znacznie mniej spiętego Śmiałka niż w stażach poprzednich autorów chłonie się z dużą przyjemnością. Liczna obsada plus kilka przełomowych momentów to tylko część z atrakcji zawartych w tym pękatym tomiszczu.
 
Marvel Origins t.15: Spider-Man 2 – zbiorek pod znakiem nabierania pewności siebie. I to zarówno przez coraz pewniej czujących się jej autorów, jak również głównej postaci. Peter ma się bowiem coraz lepiej zarówno w roli „Bohatera z Sąsiedztwa” jak również siebie samego. Także z tego względu, że tzw. lachonarium cisnie się ku niemu coraz chętniej. Z tej perspektywy nie straszny mu Mysterio, Doc Ock, a nawet Montana z grona Egzekutorów. 

Bohaterowie i Złoczyńcy: Legion trzech światów - jak dla mnie zaskoczenie roku, do tego oczywiście bardzo pozytywne. Nie słyszałem wcześniej o tej opowieści, a tymczasem wraz z nią otrzymaliśmy emocjonujący ,,cross” na skalę kosmiczną. Masa Legionistów kontra oszalały z wściekłości Superboy Prime to przepis na pełnoskalową komiksową epikę w wielkim stylu. Nie dość na tym pieczołowicie rozrysowaną przez niezapomnianego (i fenomenalnego zarazem) George’a Pereza.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 2 - swoiście pojmowane życie towarzyskie J’onna J’onnza ewidentnie nabiera rumieńców. Stąd kolejna interakcja z innymi ocaleńcami z zagłady marsjańskiej cywilizacji. Mroczna nastrojowość i kolejne wątpliwości idealnie współgrają z nieco posępnym i refleksyjnym usposobieniem tego protagonisty. Toteż fabuła tej mini-serii dalej rozwija się w intrygujących kierunkach.

The Fury of Firestorm nr 30 - kto by pomyślał, że istota władna kontrolować materie na poziomie molekularnym stanie się bezsilna niczym manekiny z dawnych Domów Towarowych Centrum... A jednak taki jest efekt interakcji z łotrzycą znaną jako Mindboggler. Oczywiście ma to swoje konsekwencje nie tylko dla samego nuklearnego herosa, ale też tych, którzy zwykli liczyć na jego wsparcie. A przy okazji rysownik tej serii, Rafael Kayanan, radzi sobie coraz sprawniej.
 
Superman: The Earth Stealers - zrealizowanie tego albumu powierzono najlepszemu z możliwych zespołów twórczych doby lat 80. zaangażowanych w kreowanie losów tytułowego bohatera. John Byrne, Curt Swan, Jerry Ordway i Bill Wray czyli krótko pisząc czegóż chcieć więcej. Zresztą początkowe sekwencje tej opowieści wskazywać mogą, że w tym przypadku mamy do czynienia z fabułą na miarę rozmachu czwartego kinowego ,,Star Treka" (tj. ,,Powrotu na Ziemie”). Mimo tego udany pomysł oraz dopracowana w każdym calu warstwa plastyczna nie wystarczyły. Koncept ten miał bowiem znacznie większy potencjał niż finalnie osiągnięty, urwany zdecydowanie przedwcześnie. Szkoda, choć ta de facto space opera i tak cieszy oko.
 
Zatanna: Come Together nr 1 - według adeptów czarnej magii wystarczy raz tylko otworzyć się na te sferę by borykać się z jej wytworami po kres swoich dni. W inicjującym niniejszą mini-serie epizodzie jej tytułowa bohaterka odczuwa tę regułę aż za dobrze. A to dopiero początek problemów Zatanny z bardzo bliską jej osoba w tle. Dodać wypada, że zilustrowanych przez znanego polskim czytelnikom z ,,Kronik Atlantydy” zjawiskowego Estebana Maroto.

Martian Manhunter vol.3 nr 3 - osobom zaznajomionym z tytułową postacią zapewne trudno byłoby w to uwierzyć, ale tym razem nawet jemu puszczają nerwy. Trudno się temu dziwić skoro jest on w zupełnie odmiennej sytuacji niż do tej pory, obarczony odpowiedzialnością za swoich niespodziewanie odnalezionych pobratymców. Tym bardziej, że nie brakuje chętnych do ich laboratoryjnego ,,przeglądu”. Mroczna nastrojowość, poczucie permanentnego zagrożenia i niezrozumienia (także ze strony sprawdzonych sojuszników) trafnie wpisują się w charakterologiczna naturę J’onna J’onnza.
 
The Fury of Firestorm nr 31 - Gerry Conway (tj. pomysłodawca tytułowej postaci, a zarazem jej w tym akurat momencie redaktor prowadzący) najwyraźniej poczuł się na tyle odpowiedzialny za konkluzje zmagań Firestorma z kolejnym, nad wyraz problematycznym konsorcjum, że zdecydował się rozpisać ją sam. Stąd fabuła prowadzona jest ,,na gęsto”, w formule z czasów gdy rozpisywał on perypetie Spider-Mana. Znalazło się zatem miejsce zarówno na finalną konfrontację z jego obecnymi prześladowcami a także na powrót Firehawk. Warstwa plastyczna została wykonana profesjonalnie, aczkolwiek George Tuska (tj. jej autor) ustępuje swojemu zmiennikowi Rafaelowi Kayananowi (nie wspominając już o Brodericku).
 
Zatanna: Come Together nr 2 - nie ma się co certolić i wprost trzeba napisać, że tytułowa bohaterka nigdy nie wyglądała lepiej niż w tej właśnie opowieści. Nic w tym dziwnego skoro za jej ,,zwizualizowanie" odpowiadał artysta przez duże ,,A” w osobie Estebana Maroto. Także fabuła ,,iskrzy” i stopniowo zmierza do przeobrażenia protagonistki w jedną z najważniejszych dyponentek mocy magicznych uniwersum DC. Ponadto na swój sposób daje o sobie znać także skądinąd znany John Constantine. Zapowiada się zatem konkluzja z tzw. mocnym przytupem.
 
Star Trek: Miasto na skraju wieczności – komiksowa adaptacja jednego z najbardziej uznanych odcinków pierwszego serialu z udziałem przedstawicieli Gwiezdnej Floty Zjednoczonej Federacji Planet. Na „pokładzie” tej realizacji istny „dream team” komiksowych emanacji Star Treka, tj. bracia Tiptonowie oraz olśniewający jakością swojego talentu i warsztatu J.K. Woodward. Nie dość na tym bazujący na materiale autorstwa wielbionego przez wielu twórcy m.in. literackiej fantastyki w osobie Harlana Ellisona. Efekt jak dla mnie bardzo udany.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 4 – polowania na pobratymców J’onna J’onnza (a przy okazji także na niego samego) ciąg dalszy. Przeciwnik ani myśli brać jeńców tudzież skłaniać się ku kompromisowi, przez co tytułowy bohater wypada przed swoimi ziomkami skrajnie niewiarygodnie. Rozwój fabuły nie napawa zatem optymizmem i tak właśnie ma być.

The Fury of Firestorm nr 32
- tym razem skala wyzwania okazała się na tyle poważna, że do jego rozwiązania zmuszony był zaangażować się jak zwykle arcypoważny Phantom Stranger. Sprawnie prowadzona i wyraziście rozrysowana fabuła.
 
Dune nr 1 - w ramach oczekiwania na drugą odsłonę filmowej ,,Diuny” naszło mnie by przypomnieć sobie komiksową adaptacje filmu Davida Lyncha z 1984 r. Jest to adaptacja rzetelna, a przy tym rozrysowana przez już wówczas wprawionego w swoim fachu Billa Sienkiewicza. Po raz kolejny była zatem okazja by przyjrzeć się zaczątkom intrygi imperatora, Harkonnenów i Gildii Nawigatorów wymierzonej w ród Atrydów.   

Zatanna: Come Together nr 3
- wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nadciąga (któryż to już raz…) powszechne zniszczenie o demonicznej proweniencji. Jak nie trudno się domyślić tytułowa bohaterka nie zamierza się temu bezczynnie przyglądać. Przy okazji przeżywa sercowe uniesienia oraz usiłuje skontaktować się ze swoją nieżyjącą matką. Fabuła tym razem nie porywa, ale też i nie rozczarowuje. 

Marvel Origins t. 16: Fantastyczna Czwórka 6 - ileż tu się dzieje! Gościnnych występów wręcz bez liku! Avengers, Doktor Strange, Hulk, Namor, X-Men! Tak się ,,wykluwało” uniwersum Domu Pomysłów. A pomyśleć, że to wszystko w ramach tzw. product placement. Wyszło jak zawsze w przypadku tej serii żywiołowo i emocjonująco. Aż żal, że na kolejny zbiorek z przygodami ,,Pierwszej Rodziny Marvela” będzie trzeba poczekać nieco dłużej niż do tej pory.   
 
Martian Manhunter vol.3 nr 5 - w kontekście determinacji J’onna na rzecz ocalenia jego pobratymców konfrontacja z przyjaciółmi z Ligi Sprawiedliwości okazała się niestety nie do uniknięcia. Poczucie zaszczucia zrobiło zatem swoje. Nie przytępiło jednak wyjątkowej bystrości tytułowego bohatera, dzięki czemu kolejny istotny element intrygi staje się dlań oczywisty. Krótko pisząc jest ciekawie.
 
The Fury of Firestorm nr 33 - Rafael Kayanan ewidentnie czuje się w roli rysownika tej serii coraz pewniej. Sprzyja temu również wartkość scenariusza generowana zagrożeniem ze strony kolejnych już w karierze tytułowej postaci terrorystów oraz widmo powrotu jego najzacieklejszej przeciwniczki. Problemów zatem nie brak i aż dziw, że Ronnie’emu udaje się zaliczać kolejne testy i sprawdziany.
 
Dune nr 2 - proroctwo w myśl którego ,,śpiący musi się zbudzić” nabiera w tej odsłonie mini-serii dosłownego wydźwięku. Paul Atryda staje zatem na czele społeczności Fremenów i rozpoczyna swój pochód ku zemście i władzy. A wszystko to ujęte ekspresyjną kreską Billa Sienkiewicza.
 
Zatanna: Come Together nr 4
- w tej zjawiskowo zilustrowanej mini-serii zabrakło niestety tego czegoś, co uczyniłoby ją więcej niż tylko jednorazowym widowiskiem. Stąd pomimo oczekiwań jej realizatorów nie stała się ona tzw. nowym początkiem dla jej tytułowej bohaterki. Mimo tego warto było przyjrzeć się kolejnej próbie DC Comics z początków lat 90. XX w. wytworzenia zainteresowania czytelników tytułem poświęconym kobiecej postaci. A dodać wypada, że nie były to wówczas przedsięwzięcia poczytne. 
 
Martian Manhunter vol.3 nr 6 – przy okazji jednego z poprzednich epizodów tej mini-serii wspominałem już, że czytelnikom zaznajomionym z wcześniejszymi perypetiami tytułowego bohatera zapewne trudno byłoby uwierzyć iż mógłby on stracić nad sobą panowanie. Wszak jego autodyscyplina jest wręcz legendarna. A jednak w tej opowieści tak się sprawy mają i ma to swoje uzasadnienie. Ujmując bowiem rzecz kolokwialnie sprawy się pierwiaszczą. Nie umyka to zresztą uwadzę przyjaciół J’onna z Ligi Sprawiedliwości. Sprawne budowanie napięcia zwieńczone autentycznie zaskakującym zwrotem akcji. 
 
The Fury of Firestorm nr 34 - tak jak nie ma takiej możliwości, aby Superman pozbył się raz na zawsze Lexa Luthora, a Batman Jokera, tak trudno wyobrazić sobie, by Firestorm trwale odetchnął od niszczycielskiej furii swojej emblematycznej przeciwniczki w osobie Killer Frost. W przypadku tej pary antagonistów chciałoby się wręcz rzec: ,,Nawet śmierć ich nie rozłączy”. Stad jej powrót był nieunikniony. Przy czym to nie jedyna troska (choć niewątpliwie najbardziej dotkliwa) z którą zmuszony jest borykać się tej odsłonie poświęconej mu serii jej tytułowy bohater. Młodość przecież, obok niewątpliwych blasków, miewa także swoje cienie.   

Bohaterowie i Złoczyńcy. Batman: Killer Croc powstaje
– konkluzja stażu Gerry’ego Conwaya przy współtworzeniu przezeń losów Mrocznego Rycerza. Przyznać trzeba, że był to ważny okres dla wspomnianej postaci; choćby z racji pierwszego w jej dziejach narracyjnego sprzężenia miesięczników „Batman vol.1” i „Detective Comics vol.1”. Ponadto debiutował w tym momencie tytułowy Killer Croc, a w realizacji zawartych w tym tomie opowieści uczestniczyli tak uznani plastycy jak Curt Swan, Gene Colan i Don Newton. Przy czym znać, że prace tych autorów nie pozostały bez wpływu na przynajmniej niektórych spośród ich następców, tj. dobrze znanych polskim czytelnikom Norma Breyfogle’a i Grahama Nolana.   
 
Dune nr 3 – finalna odsłona adaptacji z adaptacji tej długowiecznej powieści okazuje się tym mocniej intersująca, że jej konkluzja odbiega nieco od swojego filmowego wzorca. Można zatem pokusić się o przypuszczenie, że w tym przypadku mamy do czynienia z wariantem zaproponowanym pierwotnie przez Davida Lincha w jego „przyciętej” decyzją Franka Zefirellego (tj. producenta tej produkcji) wersji. Brawurowo wypada również Bill Sienkiewicz, już wówczas w pełni swoich sił twórczych. Stąd należy żałować, że Dom Pomysłów nie kontynuował tej inicjatywy tak jak przy okazji „Gwiezdnych Wojen”. Tym bardziej, że nawet nie trzeba byłoby wymyślać nowych fabuł, a w stylistyce wypracowanej na potrzeby filmowej adaptacji przełożyć na „mowę” komiksu kolejne tomu sagi Franka Herberta.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 7
- jeśli komuś w poprzednich odsłonach tej opowieści brakowało pełnowymiarowych scen konfrontacyjnych to takowej w tym epizodzie się doczekał. Ponadto sięgnięto po jeden z najciekawszych motywów związanych z tytułowym bohaterem. No i plus za kolejną, bardzo udaną kompozycje okładkową.
 
The Fury of Firestorm nr 35 - ponoć jeśli komuś marzy się względnie spokojne spędzenie życia to w żadnym wypadku nie powinien drażnić kucharzy, osób z nożem w ręku i kobiet. Firestorm wielokrotnie przekonał się jak bardzo niebezpieczne okazać się mogą rozwścieczone przedstawicielki płci pięknej. Już tylko na podstawie ilustracji okładkowej tej odsłony serii znać, że tym razem będzie on zmuszony zmagać się ze skumulowaną furią swoich dwóch najgroźniejszych przeciwniczek. Na tym zresztą nie koniec trosk i kłopotów tytułowego bohatera o czym w końcówce epizodu.
 
Wiele śmierci Laili Starr – nastrojowa i na swój sposób urokliwa historia pogoni Śmierci za życiem. Do tego ujmująco zilustrowana.
 
Marvel Origins t.17: Hulk 2 - wprost przyznam, że z lektury tej kolekcji czerpię ogrom czytelniczej satysfakcji; do tego już tylko z możliwości regularnego obserwowania stopniowego dojrzewania uniwersum Marvela. Niniejszy tom jest o tyle szczególny, że przybliża Hulka jako postać dla której udało się wypracować optymalną formułę, a z czym, jak widać było po pierwszej odsłonie perypetii tej postaci, był początkowo pewien problem (aczkolwiek sam w sobie również ciekawy). To właśnie tutaj debiutuje ,,ten trzeci" w relacji Bruce’a Bannera z Betty Ross (tj. Glenn Talbot), a nade wszystko Leader, adwersarz na miarę ogromu potencjału skumulowanego w mięśniotkankach Sałaty Marvela. Jakby tego było mało z brawurą ,,produkuje” się tutaj Steve Ditko i to za jego krótkiego stażu doprowadzono Hulka do statusu jednej z wówczas najpopularniejszych osobowości. Do tego swój powrót ,,zalicza” Jack Kirby. Dla wielbiciela klasycznych ramot to radość w wydestylowanej wręcz postaci.