Małe podsumowanie pierwszego kwartału. To był dobry czas.
Zasłaniam spojlerem niektóre fragmenty, szczególnie w nowszych komiksach. Staram się co prawda nie zdradzać szczegółów fabuły, ale niektóre zdania mogłyby popsuć zabawę.
1. Znakomite
Patience – nie wiedziałem zupełnie, o czym jest ten komiks. Wziąłem z biblioteki ze względu na nazwisko. Tym razem był to strzał w dziesiątkę. Mieszanka dramatu rodzinnego, trochę komedii i sci-fi wciągnęła mnie zupełnie. Historia co chwila skręca, zaskakuje. Nie ma nudy. To wszystko dość nietypowo dla autora, bo w kolorze. Wszystko napisane tak, że człowiek wsiąka, przewija stronę za stroną. Aż żal dupę ściska, że tego nie kupiłem sobie, jak było dostępne. Człowiek był młody, głupi i czytał pierdoły. Ech.
Codzienna walka – kolejna perełka, którą przegapiłem. Ten człowiek umie w komiksy. Nie trzeba wcale wymyślać skomplikowanych fabuł, pełnych zwrotów akcji, budować sztucznego napięcia, żeby przytrzymać czytelnika. Zawsze podziwiałem autorów, którzy potrafią napisać najprostszą historię (o przysłowiowym facecie w łódce) w taki sposób, że to będzie ciekawe, wciągające. Rysunek również nie zawiera żadnych wodotrysków, jest dość uproszczony. Każda z postaci coś wnosi do historii, popycha ją w swoim kierunku, ma coś do powiedzenia głównemu bohaterowi. Sam tytuł kapitalnie pasuje do tej historii – ot, zwykłego brania się z życiem za bary. Stawiam ten komiks na równi z Raportem Brodecka. Szczyty sztuki komiksowej.
Toppi. Kolekcja (4) – 5 historii, nieco dłuższych niż w poprzednich zbiorach i powiązanych ze sobą głównym bohaterem – Kolekcjonerem. Historie rozgrywają się w różnych miejscach na świecie, mniej więcej w końcówce 19 wieku. Kolekcjoner poszukuje pewnych przedmiotów i jest w stanie zaryzykować życie, żeby je zdobyć. Czasami wchodzi w sojusze w czasie konfliktów zbrojnych, oszukuje, ukrywa swoją tożsamość i zamiary. Wszystko, co trzeba, by zdobyć coś, co sobie upatrzył. Przedmioty te często mają jakąś długą historię, często z pogranicza legendy czy wierzeń. I jakkolwiek fabuły czyta się z przyjemnością i nudy nie ma, to oczywiście najmocniejszą stroną jest rysunek. Ci, co mają poprzednie tomy, to oczywiście wiedzą, czego się spodziewać. Magia. Chwała wydawnictwu za niezłe tempo wydawania kolejnych tomów. Same komiksy prezentują się kapitalnie – wielki format, czarna czerń, zawsze ciekawy tekst wprowadzający, pisany przez innych uznanych komiksiarzy. Dla mnie to już od razu mocny kandydat do następnego głosowania na komiks roku. Jedynie smutno mi trochę, że nie odczuwam już tego zachwytu tak mocno, jak przy pierwszym tomie. Nie ma już takiego zaskoczenia, bo styl nie zmienia się zanadto, a przynajmniej ja nie potrafię tego dostrzec.
Visa tranzytowa – po opisie spodziewałem się komiksu drogi, gdzie bohaterowie małym gratem przemierzają bajkowe krajobrazy, czasem wikłając się w jakieś przygody. Dostałem to i znacznie więcej. Komiks opowiada oczywiście o samochodowej wycieczce po krajach południowej Europy i dalej na wschód (tam przecież musi być jakaś cywilizacja), ale jest też (a może przede wszystko) to wspomnienie świata, który już nie istnieje – przed erą internetów / komórek / gps-ów / zmian klimatycznych, z podziałem na kraje Europy zachodniej i komunistycznych satelitów ZSRR.
Sam też często wspominam tamten świat i pamiętam błądzenie po drogach z rozłożoną mapą, szukaniem stacji czy jakiejś jadłodajni. Właściwie to ja i urodzeni w czasie ostatniego wyżu to w sumie ostatnie osoby, które pamiętają świat, gdzie informacji szukało się w książkach / bibliotekach, rozkład autobusów odczytywało się na przystankach, a śnieg potrafił leżeć całymi tygodniami i to co roku (tego wtedy nienawidziłem), piłkarze przypominali bardziej ludzi niż wytrenowane do granic możliwości roboty, a w NBA grało się w obronie. Było też jakby luźniej – każdy plac przerabialiśmy na boisko, a teraz tam stoją Biedronki czy kolejne bloki, za to piękne orliki leżą odłogiem. Jak to opowiadam córce, to kręci z politowaniem głową. Ba, nawet osoby młodsze o parę lat to chodzą na randki z jakiejś aplikacji. Oczywiście trochę się to koloryzuje, bo to były czasy młodości, wszyscy jeszcze żyli itd. Dobra, wezmę to w spojler, żeby nie zanudzać.
Autor ma widać jakąś zajawkę na demoludy i Czarnobyl, chociaż w sumie to niewielki to ma wpływ na samą fabułę. Chyba pierwszy raz w komiksie widziałem trolejbus (k@#$a jak ja tych gratów nienawidziłem za to wieloletnie telepanie się nimi po mieście). Akcja jest też urozmaicana o różne, luźno powiązane wydarzenia wcześniejsze i przyszłe. Całość jest pięknie zilustrowana z wieloma dużymi planszami, pejzażami, ale też pięknie uchwyconymi metropoliami, z tłumem ludzi na ulicach, korkami itd. Komiks idealnie się wstrzelił w mój nastrój z ostatnich miesięcy. Może kiedyś bym go tak dobrze nie odebrał, ale widać wkroczyłem już w wiek, gdzie się więcej wspomina niż planuje. Młodsi, podejrzewam, nie znajdą tutaj zbyt wiele ciekawych rzeczy. Nie ma twistów, cliffhangerów, ani nawet specjalnych przygód. Więcej jest tu budowania samego nastroju niż opowiadania historii. Lektura nie jest wcale krótka, trochę czasu naprawdę schodzi, ale nie nudziłem się ani trochę. Nawet czekałem cały dzień, aż w końcu wrócę na godzinę-dwie do tego świata. Jeszcze dodam, że komiks jest genialnie wydany, offsetowy gruby papier, piękne kolory. No będzie u mnie na pudle w tegorocznym top10.
2. Dobre
Nestor Burma (tom 3) – kolejny tom, kolejna zagadka do rozwikłania. Nasz bohater został przypadkowo wplątany w intrygę, która zatacza coraz szersze kręgi, pojawiają się coraz to nowe wątki, postaci, powiązania i wątpliwości. Rysunkowo jest analogicznie, jak w poprzednich częściach – niby realistyczny, ale postaci lekko karykaturalne. Wspaniale jest przedstawione miasto – pełne przechodniów, budynków (każdy nieco inny), pojazdów, detali, zatłoczone knajpki. Niemal słychać hałas otoczenia, jak się czyta. Jest wszystko to, co stanowi o sile tej serii. Tylko zakończenie mi trochę zazgrzytało.
75 stron budowania napięcia, komplikowania historii i nagle bum – rozwiązało się wszystko. Detektyw wszystkiego się domyślił, a bohaterów diabli wzięli.
Miałem odczucie, jakby na siłę skrócono ten tom. Trochę szkoda, ale to nadal jest Komiks przez wielkie K. Chcem wincyj.
David Boring – z jakiegoś względu spodziewałem się historii o człowieku w wieku 30-40 lat, który zasuwa codziennie do jakiejś nieco nudnej pracy, wiedzie spokojne, ułożone życie i nagle coś się wydarzy, albo coś w nim pęknie, co zmieni ten nudny (boring) układ. Tak zawsze sobie wyobrażałem tę historię po okładce. A w środku historia o chłopaczku, który wyrwał się z miasteczka i zaczyna się siłować z życiem. Przyznam, że historie o młodych ludziach i ich „dorosłych” problemach średnio mnie interesują i zazwyczaj odrzucają. Teen drama mam na co dzień w domu. Tutaj jednak nie jest standardowo. Jak to u tego autora, którego próbuję czytać z różnym dla mnie skutkiem (Ghost world mnie zirytował, Rękawicy zupełnie nie poczułem). David Boring ma z założenia prostszą konstrukcję, bardziej „linearną” fabułę, chociaż dalej nie jest ona oczywista czy realistyczna (dziwna apokalipsa, domek na wyspie). Zresztą sama fabuła nie wydaje się tu istotna, a na pewno nie najistotniejsza. Dla mnie najciekawszym przesłaniem komiksu było słodko-gorzkie przeświadczenie, że chaotyczny świat potrafi dezorganizować nasze życie, ale z drugiej strony można też w tym chaosie dostrzegać dla siebie kolejne szanse (jak bohater, który zgubił jedną ukochaną, ale zaraz znalazł następną – lepszą). Oczywiście, każdy może tam znaleźć coś innego.
Mroczne miasta Brusel – wszystkie mocne strony tej serii są tutaj obecne i to w dużym natężeniu. Miasto, ogromne, chaotycznie rozwijane, burzone stare budynki, kamienice, stawiane ogromne wieżowce, dworce, pałace. Ludzie pomijani w tej wizji nowoczesności. Wyraźny klimat Kafki – przypadkowy everyman wrzucony w koła biurokracji, służby zdrowia (chyba nie mamy co narzekać, bo jeszcze po trzech chłopa do jednego łóżka się nie kładzie). Czekam na zapowiedziane kolejne tomy, w szczególności coś, co jakoś powiąże, albo podsumuje te wszystkie historie. Bo, jakkolwiek każdy z tomów ma swój klimat, to jednak trochę (dla mnie) się ta formuła wyczerpuje. Byłby też dobry powód, żeby sobie odświeżyć poprzednie tomy. Za plus w tym tomie trzeba zaliczyć wstęp, który przedstawia kontekst fabuły. Sam tytuł wskazuje, gdzie akcja się rozgrywa, ale nie każdy tam musiał być, a historii miasta znać nie musi (mam nadzieję, że ten wstęp to nie była jakaś bujda, żeby mnie w maliny wpuścić, ale sprawdzać tego mi się już nie chce).
Salambo – moje drugie podejście do tego komiksu. Kiedyś miałem, zmęczył mnie i sprzedałem bez żalu. Gdzieś w tamtym roku przeczytałem Lone Sloane i poczułem ochotę na więcej. Wziąłem więc z biblioteki i tym razem przeczytałem z przyjemnością. Sama historia jakoś specjalnie skomplikowana nie jest, ale najważniejsze są tu rysunki. Ogromne miasta, mury, świątynie, sceny batalistyczne. Kolorystyka wręcz bije po oczach. Mają rozmach. Znając samego bohatera, to i treść komiksu jest bardziej wciągająca. Niby jest krótkie wprowadzenie, ale jak czytałem to pierwszy raz, to miałem wrażenie, że to taki trochę żart. Ot opiszę niby jakiegoś zawadiakę, żeby był jakiś bohater w komiksie, ale tak naprawdę to chcę narysować komiks o rozpierduchach na pustyni. Nie jest to mój ulubiony gatunek, ale kunsztu i fantazji nie można odmówić.
Trzy cienie – nie bardzo wiem, co napisać. Nie chcę opisywać fabuły, bo to każdy może sobie znaleźć. Zresztą sama fabuła jest
raczej metaforyczna niż dosłowna. Pokazuje walkę rodziców (szczególnie ojca) z nieuniknionym, niezrozumiałym przeznaczeniem, co właśnie symbolizują tytułowe trzy cienie. Ale to nie jest wszystko od początku jasne.
Duże wrażenie zrobiła na mnie końcówka, dość niespodziewana
ale właściwie zmieniająca ton całego komiksu. I całe szczęście, bo byłby to chyba jeden z najbardziej przygnębiających komiksów, jaki czytałem.
Zakrywam spojlerami, żeby nie psuć nikomu lektury, do której zachęcam. Może ktoś jeszcze oprócz mnie nie czytał, a chciałby. Kreska jest bardzo charakterystyczna – można powiedzieć, że są to tylko szkice i jakkolwiek będąc zwolennikiem realistycznych rysunków, nie mogę nie zauważyć, że tutaj świetnie współgra z całą opowieścią.
Klezmerzy (tomy 1-3) – trochę się naczekałem, bo ma branie w bibliotece. Było warto. Już ileś razy komiks był polecany, pojawiał się w topkach, więc nic oryginalnego tu już nie dodam. Dużym plusem dla mnie były zapiski z notatnika Sfara: najpierw na temat używania akwareli (fajnie zobaczyć od kuchni, jak pracują artyści nad swoim kunsztem i koncepcją, jak wymieniają się doświadczeniami – a nazwiska, jakie rzuca to ekstraklasa) i później na temat zwiedzania Odessy i szukania informacji o mieście z początku 20 wieku. Za chwilę (jak piszę) ma być czwarty tom. Za jakiś czas trzeba będzie sięgnąć.
Piękna – baśń dla dorosłych, albo młodych dorosłych o tym, że marzenia mogą się spełnić i przynieść nieoczekiwane konsekwencje. Są wątki miłosne, są rodzinne historie, są tematy nadprzyrodzone, trochę polityki. Wbrew pozorom, dużo się dzieje w komiksie. Czytając, po pewnym czasie miałem wrażenie, że temat się wyczerpuje, a to dopiero była połowa. Nie wiem, czy cała historia była zaplanowana od początku do końca, czy się rozwijała w trakcie, ale temat został wyciśnięty jak cytryna, do ostatniej kropelki. I ta kropelka na koniec była tym, co było potrzebne. Jakąś puentą, domknięciem historii, jak w prawdziwej baśni. W trakcie lektury na myśl przychodziły mi Kroniki dyplomatyczne Blaina – rysunek lekko karykaturalny (tutaj mniej niż u Blaina), sporo humoru. Na podkreślenie zasługuje sposób wydania – jeden z piękniej wydanych komiksów, jakie ostatnio miałem w rękach. Świetny papier, kolory (a właściwie to jeden kolor), okładka. No, klasa po prostu. Aż trudno uwierzyć, że jakiś gamoń czytający przede mną, próbował ubić komiksem muchę siedzącą na kancie stołu i zrobił epickie wgniecenie w okładce. Zgroza.
Julia żywa lub martwa – kolejny tom, bardzo przyjemnej serii. Tym razem czarno-biała historia. Myślałem, że będzie to trochę przeszkadzać, ale w sumie źle nie jest. Historia jest nieskomplikowana, ale wciągająca, czyta się szybko. Rozwijają się wątki (może w sumie jeden) z poprzednich tomów. Jedyny minus dla mnie to to,
że historia rozwiązała się bez większego udziału głównych bohaterów. Tego się trochę obawiałem, bo zbliżałem się już do końca, a pomysłu na śledztwo jakoś nie widziałem.
Czekam na kolejne przygody.
Metal hurlant (4) – kolejna dawka wspomnień i komiksów z lat 70/80 z Francji. Jest jeden dłuższy artykuł o początkach funkcjonowania wydawnictwa (w sumie to chyba coś podobnego już było?), 2 dłuższe wywiady z głównymi twórcami. A poza tym komiksy, głównie w stylu sci-fi, w tym kilka takich, które już u nas zostały wydane (Long tomorrow, Vuzz, Eksterminator 17). Jakoś mnie ten numer nie pozamiatał jak nr 2, ale weekend spędziłem przyjemnie, bez dwóch słów. Ogromny plus za stronę wprowadzenia do każdego komiksu, gdzie opisane są kulisy powstania, przybliżona sylwetka twórców.
Wypadek na polowaniu – historia relacji syna i ojca, który skrywa pewną tajemnicę. Komiks stricte obyczajowy, który został powiązany z prawdziwymi wydarzeniami z międzywojennego Chicago (doczytałem sobie później o tym). Albo się lubi takie komiksy, albo się człowiek wynudzi. Mnie wciągnął, bo lubię takie „małe”, klimatyczne historie, szczególnie rozgrywające się w innych czasach / realiach. Do tego bardzo charakterystyczny rysunek i format (kwadratowy).
Parker (tomy 1-4) – kupione okazyjnie, w związku z zapowiedzią nowego wydania. Bardzo spodobał mi się początek – bez zbędnych wstępów, od razu coś się dzieje. Później wyjaśnione, skąd się człowiek nagle wziął tam gdzie się wziął. Zresztą bardzo często wstawiane są retrospekcje, albo pokazane są pewne sytuacje z różnych punktów widzenia. Bardzo mi się podobają takie zabiegi i przypomina się Sin City, gdzie różne wątki splatały się przy tańcu Nancy. Sam klimat, gangsterskie porachunki, napady, ucieczki, zemsta bardzo zbliżony do Sin City, czy Criminal. Osadzenie akcji w latach 60-tych dodaje fajnego smaczku – samochody z tamtych lat, banery. Do gustu przypadły mi głównie 2 pierwsze tomy,
gdzie Parker dobiera się do kolejnych typów w gangsterskiej drabinie.
Nowego wydania kupować nie będę. Takie mi wystarczy, chociaż no nie pogniewałbym się za nieco większy format. Rysunki często są malutkie (niczym paski w gazecie). W paru miejscach ciężko rozczytać, co jest napisane czarną czcionką na ciemnogranatowym tle (nie wiem, jak coś takiego można wypuścić i to nieważne, czy w oryginale, czy to nasz lokalny pomysł). Mały format ma (chyba) podkreślać pulpowy charakter historii. I tak się dzieje – czyta się szybko, nie ma w komiksie jakiegoś moralizatorstwa, nikt nie ma specjalnych dylematów, postaci się nie rozwijają, tylko robią swoje, czyli leją po mordzie, albo strzelają bez ostrzeżenia.
3. Niezłe / można przeczytać
Shangri-La – czego w tym komiksie nie ma. Są stacje kosmiczne, wielkie wybuchy, rebelie, konsumpcjonizm, wolność jednostki kontra autorytaryzm, mniejszości (genetyczne). Jakbym czytał mix Odysei Kosmicznej z Matrixem i to zarówno na poziomie pomysłów fabularnych, klimatu, jak i samej akcji. Pod kątem wizualnym jest to na pewno efektowny komiks – duży format, żywe kolory, rysunki stacji kosmicznej, maszyn, planet zrobione z rozmachem. Gorzej z twarzami bohaterów, jakieś takie dość płaskie (dla mnie paskudne). Jednak sama opowiedziana historia trochę niedomaga. Czytając komiks ciągle miałem wrażenie, że gdzieś już coś takiego widziałem, że trochę to wszystko jest zbyt przewidywalne. Kolejna wersja (anty)utopii, i wiadomo, że w końcu ludziom coś zacznie się nie podobać. Mały plusik stawiam za uwypuklenie roli telefonów czy raczej smartfonów w procesie kontroli i ogłupiania ludzi. To taka moja prywatna teoria, że ludzkość ostatecznie upadnie właśnie przez te telefony i związane z nimi media społecznościowe, gdzie kanapka z dżemem jakieś niby gwiazdy zbiera lajki od fanów. Większy plus za początek i koniec historii. Fajny patent z tym, że sens pierwszych stron poznaje się na koniec i można je przeczytać drugi raz, już z większym zrozumieniem.
Spiderman Epic (tomy 23-24) – takie tam moje guilty pleasure. Próbuję zebrać epici spidera od 15 do 24. Został zdaje się jeden. To mniej więcej obejmuje okres od początku tego, co wydał TM-Semic do nieszczęsnego Maximum Carnage. Te dwa tomy obejmują czas, gdzie pojawiają się rodzice Parkera. Bólem jest to, że dość mało jest głównej historii, a bardzo dużo miejsca zajmują jakieś poboczne historie, które nic nie wnoszą. Szczególnie ta tytułowa historia hero killers. Chyba 4 zeszyty mordobicia, bez większego sensu. Niektóre przerywniki są mniej irytujące – np. następny występ Kravena. Ale też muszę przyznać, że sama główna seria też zaczyna mnie trochę nużyć. Przełom lat 80 i 90 uwielbiam – proste historie, dużo humoru, ale też wątki prywatne, które ciągnęły się przez dłuższy czas wydawały mi się po prostu ciekawsze – najpierw droga do ślubu, porwanie MJ, jej problemy zawodowe. No było to bardziej zjadliwe niż wskrzeszenie rodziców, klony itp. Zresztą JMS również nie uniknął pokusy grzebania w przeszłości i wyciągania trupów z szafy.
Figurki z Tilos – w sumie to nawet nie wiem, czy sobie odświeżałem, czy czytałem pierwszy raz. Niektóre kadry wydają się znajome, sama historia jakby też, ale pewności nie mam. Kiedyś komiks na pewno był bardzo efektowny – greckie wyspy, latanie samolotami, kuzynka z Kanady, pistolety, pościgi. Kolorowy świat, jak w amerykańskich filmach. Teraz, nie ma co ukrywać, prowadzenie akcji, dialogi wydają się archaiczne. Bohaterka myśli o samolocie, w następnym kadrze już ląduje, dostaje samochód, jest gdzieś indziej. Teraz pewnie można by rozciągnąć historię na 2 albumy, a dialogi uzupełnić o coś więcej niż pojedyncze słowa czy zdania. Ale to wszystko ma też swój urok. Taki ślad czasów, gdy komiks powstawał. Czekam na kolejne komiksy Ongrysa w tym stylu.
Dziewczyna z Panamy – historia nieskomplikowana o dziewczęciu, które wplątuje się w różne relacje z paryskim półświatkiem. Lektura bardzo przyjemna, chociaż ma się wrażenie, że jest jedynie pretekstem do rysowania cycków co parę stron. Swoją drogą rysunki, jak zwykle, pierwsza klasa.
Arab przyszłości (tom 1) – pierwsze skojarzenie to oczywiście Persepolis. Zbliżona tematyka, rysunek uproszczony, bez kolorów. Jednak tym razem nie było ochów i achów. Nawet troszeczkę się zmuszałem, żeby doczytać do końca. Następne części zostaną na „może kiedyś”. Komiks napisany i narysowany z pomysłem, z perspektywy małego dziecka, z ciekawymi obserwacjami wobec rodziny i ogólnie krajów. No ale trochę mam wrażenie rozwleczona ta historia, mało jakiś istotnych zdarzeń, dość monotonnie się wszystko rozwija. Do tego irytujący ojciec. I jednak kultura dla mnie zupełnie obca, niezrozumiała, a ja nie jestem chyba tak ciekawy świata, jak mi się kiedyś wydawało.
Skorpion (tom 1) – historia w stylu Czterech Muszkieterów. Są pojedynki, jest humor, zawadiacki bohater odkrywający spisek złych dostojników. Jest też nawiązanie do upadku Cesarstwa Rzymskiego, co by jeszcze podkręcić zainteresowanie czytelnika. Komiks stricte rozrywkowy, często zawieszający realizm w postaci praw fizyki czy po prostu zdrowego rozsądku, ale za to dochodzi zamierzony lub nie efekt komediowy. Rysunkowo jest bardzo fajnie, kolorowo, dynamicznie. Może twarze trochę nie wiem jak to ująć - „płaskie”, mało realistycznie oddane, ale zobaczymy, co będzie dalej. Tę serię pociągnę, bo lubię takie przygodówki z „wielką historią” w tle.
Pustynne skorpiony – historia rozgrywa się w ciągu kilku miesięcy na przełomie 1940/41. Tłem jest wojna, w szczególności na terenach północno-wschodniej Afryki. Jest prawdziwy tygiel – są Anglicy, Włosi, Niemcy, Francuzi razy dwa, Hindusi się pojawiają i jeszcze rdzenni mieszkańcy tamtych regionów, którzy współpracują z jedną lub drugą stroną. Trudno się trochę w tym połapać. Sami bohaterowie też często nie wiedzą kto jest kim, a nawet jak już wiadomo, to nie ma 100% pewności, że ktoś nie jest dezerterem, albo nie ma swojej własnej agendy. Do tego część przewijających się osób dalszego planu jest wyraźnie „zmęczona” wojną i słońcem i nie zachowuje się w sposób przewidywalny. Na tak zarysowanym tle śledzimy przygody żołnierza z gęby kogoś przypominającego. Stara się wykonywać swoje rozkazy, chociaż zdarza mu się mieć różne pokusy, a czasem też odchodzić od zmysłów. Przemierza pustynię w różnym towarzystwie, przy użyciu różnych, często zdobycznych pojazdów. Stara się unikać rytualnego zaszlachtowania przez lokalne plemiona i ostrzału latających dość gęsto samolotów. Byłbym nawet usatysfakcjonowany, gdyby od czwartej części nie zmienił się drastycznie styl kreski. Nie jestem zanadto wrażliwy na rysunki (jasne, część mi się podoba bardziej, część mniej, ale jak fabuła mnie wciągnie, to rysunki nie mają większego znaczenia), ale tutaj nie mogłem tego przełknąć. Bym napisał, że stało się to nagle, ale poszczególne części powstawały w odstępie iluś lat od siebie (sam komiks chyba wystartował pod koniec lat 60-tych, a ostatnia część wydana została w latach 90-tych). Liczba szczegółów w kadrach została sprowadzona do minimum (to i tak nie rozpieszczało wcześniej, np. tło często zostawało białe, ale ok – taki styl) a dymki zaczęły być wypełnieniem rysunków. Co chwila wielki dymek, a w nim parę słów. Efekt taki, że ostatnie 100 stron czyta się ekspresowo. Naprawdę miałem wrażenie, że było to robione na odczepnego. To obniża znacząco ocenę całego komiksu. Jednak zawiodłem się na tym tytule. Egmont nie rozpieszcza mnie swoją ofertą, nazwisko przyciągnęło jak magnes, wielki tom frankofońskiego dobra i taki klops.
Przysięga (tom 1) – zazwyczaj unikam fantasy jak ognia. Właściwie chyba tylko Władca pierścieni jakoś bardziej mi zapadł w pamięć, no ale to było 20 lat temu, gdy widziałem film. Później też wciągnąłem książkę (jedyny plus z telepania się pociągiem do roboty). Tutaj trochę mnie zaintrygował opis, plus brałem inne pozycje z LiT, to i to dorzuciłem. Ot tak, żeby było coś nowego. Fabuła jest zarazem bardzo prosta i strasznie skomplikowana. Prosta, bo wszystko od razu zmierza do wielkiej bijatyki. Złożona bo pojawia się bardzo duża liczba postaci, imion, nazw geograficznych. Do tego niektóre imiona dziwnie do siebie podobne i nienaturalnie brzmiące. W komiksie są zebrane 3 albumy, z których 2 dzieją się „obecnie” – w sensie dla bohaterów komiksu, jeden to nazwijmy to retrospekcja. Między albumy wplecione są dodatki, chociaż niektóre można było dodać przed albumem, w szczególności opis grup społecznych funkcjonujących w drugim albumie (dałoby to lepsze rozeznanie w czasie lektury). Co do historii to mamy konkurujące ze sobą królestwa, rody królewskie niby spokrewnione, ale mające swoje własne ambicje i (czasem podupadłe) sojusze z różnymi, trochę już mitycznymi stworami, np. smokami. Seriali z założenia nie oglądam, więc nie wiem, czy na tym kończą się podobieństwa z Grą o tron. Rysunki są atrakcyjne, nowoczesne. Czasami trochę trudno się dopatrzeć w bitwie kto kogo czym dźgnął, ale to taki urok bitwy. Komiks trudno oceniać osobno, bez kontynuacji. Właściwie trudno powiedzieć, co się dalej wydarzy, czy będziemy się młócić, aż młody zostanie sam i zjednoczy wszystkie królestwa? Jest też intrygujący wątek zasygnalizowany w dodatkach. To wg mnie ma potencjał na bardzo ciekawe rozwinięcie, ale też można to równie dobrze spłycić, rozwodnić i w końcu sromotnie pogrzebać. Czas pokaże.
Wielki martwy (tomy 1-4) – ja się wziąłem za to dopiero teraz, jak się pokazał ostatni tom. Zazwyczaj tak nie robię – czytam pierwszy tom i sprawdzam, czy pyknie. Kiedyś to odpuściłem, ale jak miał być komplet, a kilka pochlebnych opinii słyszałem, to się skusiłem. No i tak średnio bym powiedział, tak średnio. Ciekawie się zaczynało, przygoda, intryga, humor. Pierwszy tom łyknąłem na jednym oddechu. Akcja była wciągająca, pojawiały się tajemnice do rozwikłania. Kolejne tomy to już jednak mniej ciekawie. Bohaterowie zaczynają się plątać w tę, z powrotem, pomysły dot. upadku społeczeństwa trochę oklepane. Epatowanie trupami, grozą, okrucieństwem jednych wobec drugich – to już było. Niezbyt jasny dla mnie ten główny wątek, że niby 2 światy ze sobą powiązane, ale jeden zagraża drugiemu, to go trochę cofniemy w rozwoju, ale z drugiej strony, żeby zachować u nas równowagę, toby się przydał ktoś z tamtej strony, a w międzyczasie, to się pobijemy ze sobą, bo to w sumie leży w naturze wszystkich cywilizacji. No ale historia jakoś brnie do finału. Czwarty tom zaczął dawać nadzieję, że będzie coś ciekawego.
Ale niestety. Lipa z pseudomorałem. 4 tomy i koniec bum na ostatnich 5 stronach. Bez emocji, bez pomysłu.
Bardziej mi się rysunkowo podobało – wiejskie krajobrazy, ale też zniszczone miasta, z pięknymi, nasyconymi kolorami. No ale nie jest aż tak pięknie, żeby cały komiks zachwycał.
Historia bez bohatera. 20 lat później – komiks obejmuje 2 historie: jedną wydaną już kiedyś przez Egmont i drugą będącą kontynuacją, chociaż nie bezpośrednią, bo właśnie rozgrywającą się po 20 latach. Obydwie części łączą twórcy, bohaterowie, wypadek samolotowy z pierwszej części. Różni natomiast gatunek: pierwsza część to bardziej przygoda, chociaż bardzo brutalna, krwawa i dramatyczna, natomiast druga część to bardziej komiks akcji, szpiegowski. Obydwie części czyta się z przyjemnością, jest to po prostu solidnie zrobiony komiks. Czasami trzeba przymknąć oko na pewne rozwiązania fabularne, zbiegi okoliczności, ale w komiksie rozrywkowym to nie przeszkadza. Ciekawym zabiegiem są nawiązania w starszej części w stosunku do wcześniejszej – są dopisane szczegóły, które pewnie nie były w planach przy tworzeniu pierwszej części. Można to nazwać dopisywaniem filozofii, ale zgrabnie to zadziało jako początek intrygi. Komiks bardzo ładnie wydany, w rozmiarze A4+. Rysunki w klasycznym, frankofońskim stylu – realistyczne, z dynamiką, wiele detali, tła, budynki, wiele postaci w tle (w drugiej części, bo w pierwszej to rzecz się rozgrywa w dżungli). Ja lubię taki styl.
4. Nie podeszło lub wręcz wymęczyło
Niewidzialni (tomy 1-2) – wziąłem z biblioteki i cieszę się, że nie kupowałem. Jakoś jeszcze ubzdurałem sobie, że będą 3 tomy, a tu 4. Następnych już raczej nie dam rady. Niby wszystko w komiksie jest: jakaś intryga, dużo niewiadomych, niepewności, są bohaterowie, mają jakieś historie za sobą, są fajne zabawy fabularne (retrospekcje, główny bohater, który gdzieś się zaplątuje i znika na jakiś czas, wstawianie bohatera podobnego do autora). Ale no właśnie za dużo tego wszystkiego jak dla mnie. Historia co parę stron się urywa i przeskakuje w inne miejsce. Później znowu idziemy z innym bohaterem, na następnej stronie jakaś retrospekcja. To wszystko jest misternie przygotowane, jak coś nam się wyda niejasne, to zaraz się wyjaśni. Oczywiście w taki sposób, że to będzie rodzić kolejne pytania itd. Niby fajnie to brzmi, ale trochę męczące się staje na setkach stron. Trzeba czytać naprawdę uważnie, a do tego raczej większymi częściami naraz. Akurat moja lektura była bardzo rwana i to też pewnie negatywnie na odbiór wpłynęło, ale też tak czytałem, bo jakoś mnie te ciągłe rwanie akcji zniechęcało. No cóż, przy tym autorze nie zawsze wszystko gładko wchodzi. Doom Patrol uwielbiam, Animal Man ok, JLA nie zmęczyłem. Niewidzialnych też nie zmęczę.
Andy – czytam sporo biografii i niestety często czuję rozczarowanie lub niedosyt. Osoby, o których czytam (twórcy, sportowcy) często prywatnie nie mają nic ciekawego do opowiedzenia. Można by rzec, że wyrażają się w swojej dziedzinie, a później są zwykłymi zjadaczami chleba. W sumie to nie wiem, dlaczego zawsze spodziewam się czegoś innego. Po tym komiksie mam podobne odczucia. Oczywiście, nie wiem, jakim człowiekiem był Andy Warhol – dla mnie to głównie nazwisko, którego twórczości nie znam, a pewnie i tak bym zbyt wiele z niej nie zrozumiał. Nie wiem, czy komiks jest wierny historii (tak by się wydawało, po notkach biograficznych osób przewijających się w drugim, trzecim czy nawet epizodycznym planie i po tym co doczytałem w Wikipedii) i czy taki też był zamiar autora. Po lekturze nadal niewiele wiem o tym artyście. Trochę informacji o dzieciństwie, młodości. Ale później kolejne dekady różniły się od siebie różnego rodzaju celebrytami, które przewijały się w tle, w krótkich scenkach. Po kilkuset stronach miałem wrażenie, że cały pomysł na ten komiks, to kolejne, luźno lub wcale powiązane ze sobą scenki, które tworzą pewien kolaż. I każdy coś powinien z niego wybrać dla siebie ciekawego. Mnie się nie udało. Spodziewałem się trochę czegoś innego. Być może jednak sztukę (i artystów) trzeba bardziej poczuć (sercem) niż zrozumieć (szkiełkiem i okiem). Na niewątpliwe uznanie zasługuje sama część wizualna komiksu – bardzo charakterystyczna, cartoonowa (z braku lepszego słowa w chwili pisania) kreska, która czasami jakby zmienia nieco swój styl. Miała, jak podejrzewam, imitować twórczość głównego bohatera. Niezależnie też od tego, czy komiks jest wierny rzeczywistości, czy raczej pewną interpretacją autora, należy docenić ogrom pracy – kilkadziesiąt lat czyjegoś życia to kawał materiałów do zdobycia, przeczytania i wybrania tych, które zostaną zilustrowane. Coś jak śledztwo A. Moore’a przy Kubie rozpruwaczu.
Odrodzenie (tom 1) –
ufoludki postanowiły uratować Ziemię i jej mieszkańców przed kolejnymi plagami i zbliżającą się zagładą cywilizacji. Robią to z dobroci serca, chociaż majaczy też wątek zapłaty w postaci jakiś zasobów naturalnych. Zielone ludziki (naprawdę mają kolor zielony) więc przylatują, dysponują fantastyczną technologią, w parę dni opracowują szczepionkę na trawiącą ludzkość chorobę, rozprawiają się ze zbuntowaną sztuczną inteligencją, niszczą mury na granicach i wlewają w ludzkie serca nadzieję na lepsze jutro.
Ojej.
Dziadek Leon – zupełnie do mnie nie przemówił ten komiks. Historia sama w sobie taka średnio zajmująca (tak średnio bym powiedział), a jeśli traktując ją bardziej jako komentarz do sytuacji społeczno-ekonomicznej (konsumpcjonizm, prawa pracownicze itd.) to również mało to wszystko odkrywcze i ciekawe. Rysunki są iście paskudne (moja prywatna ocena ignoranta). Nie oceniam kunsztu rysownika, bo żeby tak to wszystko narysować, to trzeba umieć. I to zabieg celowy oczywiście. Tylko mi nie podszedł. Bohaterowie są iście odrażający i irytujący. No nie pykło. Trudno. Idzie na olx.
No i tyle. Chwilowo mam przerwę w komiksach. Wszystkie one-shoty i pełne serie mam przeczytane. Serii nieskończonych (Departament prawdy, Pewnego razu we Francji, Bruno Brazil) na razie nie tykam. No chyba, że jednak z nudów po nie sięgnę. Na liście zakupowej trochę pustawo. Dokończę 2 książki P. Ciołkiewicza i trzeba będzie ruszyć do biblioteki.