Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 215385 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #540 dnia: Śr, 08 Marzec 2023, 16:53:02 »
Małe podsumowanie lutego.
Przeczytałem łącznie 16 komiksów.

Komiks miesiąca: nie było jakiegoś jednego, który wybitnie by mnie zachwycił. Najwyżej, bo na 7/10 ("bardzo dobry" w skali LC) oceniłem "Przepowiednię Pancernika", leciwy już komiks Gawronkiewicza "
Powstanie #1 - Za dzień, za dwa" i "Na szybko spisane 1980–2010" Śledzia.


Zawód miesiąca:  znacznie więcej obiecywałem sobie do "Visie tranzytowej". Nie, żeby to był zły komiks, ale ogólnie trochę mnie męczył i mimo, że podobały mi się momentami, a do tego miał świetne kolory to dałem 6/10 (dobry). Zawiódł też Tardi i jego "Zabójca Hunga" - tu 4/10 czyli "może być".

Lipa miesiąca: Najniższą ocenę dostał komiks "Dynia z majonezem" (3/10)

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #541 dnia: Śr, 08 Marzec 2023, 19:59:05 »

Zawód miesiąca:  znacznie więcej obiecywałem sobie do "Visie tranzytowej". Nie, żeby to był zły komiks, ale ogólnie trochę mnie męczył i mimo, że podobały mi się momentami, a do tego miał świetne kolory to dałem 6/10 (dobry).


Trochę to niepokojące. Visa wczoraj wjechała na chatę, spowodowała rewolucję na półkach, nawet Eisnera przesunęła. Wielka księga (liga Blasta czy Prosto z piekła), ślicznie wydana na grubym offsecie. Czeka na swoją kolej ale nie na to się umawiałem...
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Online misiokles

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #542 dnia: Śr, 08 Marzec 2023, 20:03:40 »
Dlaczego określenie komiksu 'dobrym' jest niepokojące?

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #543 dnia: Śr, 08 Marzec 2023, 20:31:45 »
Moją uwagę przykuły:
"obiecywałem sobie znacznie więcej
nie był zły
trochę mnie męczył"

Ja też sobie po drogich komiksach obiecuję sporo.
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #544 dnia: Śr, 08 Marzec 2023, 20:58:31 »
Na spokojnie, u mnie 6/10 to ocena...dobra :)
Przy ponad 700 zarejestrowanych komiksach na LC, a w życiu tak 1000+ średnia jest u mnie 6.1, a raczej rzadko czytam jakieś przypadkowe rzeczy.
Jak już pisałem w innym wątku - 7/10 to bardzo dobre komiksy, 8 dostają może 1-2 komiksy na 20 przeczytanych, 9 to u mnie rzadkość, a 10 dałem pięć razy w życiu.
Visa tranzytowa to dla mnie komiks dobry - ma swoje niezaprzeczalne atuty, ale trochę rzeczy mi nie podeszło. W kolekcji nie zagrzeje miejsca, ale nie żałuję lektury.

Offline starcek

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #545 dnia: Śr, 08 Marzec 2023, 22:03:13 »
Te 5 razów w życiu na co poszło?
Za każdym razem, gdy ktoś napisze: 80-ych, 70-tych, 60.tych, '50tych - pies sra na chodniku w Tychach.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #546 dnia: Śr, 08 Marzec 2023, 22:49:50 »
Te 5 razów w życiu na co poszło?

Strażnicy
Donżon tom 2
Kroniki dyplomatyczne
Indyjska włóczęga
Pasażerowie wiatru (część pierwsza, dwójka to u mnie 8/10)

Mam też trochę takich super mocnych dziewiątek, które ocierają się o "dyszkę":

niektóre tomy Bouncera
Arab przyszłości tom 4
Czarne nenufary
niektóre tomy Ralpha Azhama
Wieczna wojna tom 1
Tom 10 Wieże Bois-Maury
Władcy chmielu
Zemsta Hrabiego Skarbka
Stwórca
7 żywotów Krogulca
Dziadek Leon
pierwszy tom zbiorczy Kota rabina
Maus


Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #547 dnia: So, 11 Marzec 2023, 16:16:57 »
  Podsumowanie lutego, w tym miesiącu skupiłem się na dwóch seriach plus dwóch klasycznych "opowieściach graficznych" z konkurujących ze sobą "stajni". UWAGA jak zwykle mogą pojawić się pewne SPOILERY!!!


  "Czarny Młot - tomy 1-4" - Jeff Lemire, Dean Ormston. Podobno jedno z opus magnum, znanego Kanadyjczyka. Chyba rychło w porę dobrałem to jako lekturę, bo o ile kilka pierwszych jego komiksów, które przeczytałem w sumie mi się podobało chociaż napewno dalekie były od geniuszu o który część czytelników je oskarża, to kilka ostatnich wpadło w serię "następny jeszcze słabszy niż poprzednik", więc z pewną dozą niepewności spojrzałem na półkę na której znalazło się wszystko w tym temacie, kupione jeszcze pod wpływem przesadzonego w mojej opinii fejmu autora. W każdym bądź razie, to co dostajemy to cztery tomy czyli jedna zamknięta historia. W tomie pierwszym "Tajna Geneza", zapoznamy dziwaczną patchworkową rodzinkę mieszkającą na farmie gdzieś na zadupiu Ameryki. Nie da się nie zauważyć, że nie wszyscy z nich są ludźmi, zresztą dosyć szybko poznamy zagadkę jaka będzie nas dręczyć praktycznie do samego końca serii. Rodzinka jest tak naprawdę grupą superbohaterów z miasta Spiral City, która 10 lat wcześniej w walce pokonała największe zagrożenie jakie kiedykolwiek groziło światu czyli Antyboga i podczas tej bitwy nieznanym sposobem znalazła się w miasteczku w którym nikt nigdy nie słyszał o superbohaterach i z którego nie mogą oni się wydostać, chociaż pozostali mieszkańcy, ani przybysze z zewnątrz w drugą stronę, nie mają z tym problemu. Na dodatek nie żyje najpotężniejszy bohater wśród nich zwący się Czarnym Młotem, tyle wstępu, szczegółów, co, gdzie i kiedy póki co nie znamy. Tom drugi "Wydarzenie", będzie kontynuował ton tomu pierwszego, czyli dalej będziemy poznawać bohaterów przy jednoczesnym zagęszczeniu intrygi, po to by w dwóch kolejnych tomach zwących się "Era Zagłady" poznać rozwiązanie wszystkich zagadek, wrócić w pewien sposób do punktu wyjścia i zakończyć całą historię. Rysunki Ormstona, to coś co dobrze trafia w moją wrażliwość na estetykę, jeżeli miałbym je porównać z czymkolwiek na naszym rynku to byłby to Kevin O'Neill z "Ligi...", ze swoim dosyć prostym i lekko karykaturalnym stylem, chociaż z użyciem mocno przygaszonej w stosunku do bardziej znanego produktu popkultury palety kolorów. No, ale przyszedł czas odpowiedź na pytanie czy kolejny komiks Jeffa Lemire, okazał się dla mnie kolejnym rozczarowaniem. No i wychodzi mi, że i tak i nie. Założenie jest bardzo fajne, mamy tutaj do czynienia z dramatem obyczajowym połączonym z thrillerem s-f w komiksie będącym jednocześnie pastiszem i hołdem dla komiksu superbohaterskiego (Kanadyjczyk wyraźnie lubi konwencję a i chyba wiedzę ma sporą w tej dziedzinie) a to wszystko skąpane w klimatach Twin Peaks, więc tak na zdrowy rozsądek teoretycznie wszystko jest świetnie. I tutaj uwaga, bo jak dla mnie to było absolutne novuum, w komiksie znajdziemy nieco humoru. Dotychczas byłem przekonany, że Jeff Lemire jest facetem kompletnie pozbawionym jego poczucia, bo właściwie w żadnym komiksie żartów nie pisał czy nie rysował, a tu może nie tyle jakoś niewiarygodnie zabawnie, ale kilka razy idzie się lekko uśmiechnąć. Autor ma talent do pisania dialogów niewiele gorszy od Bendisa a w kreowaniu postaci jest chyba nawet lepszy. Całkowicie sztampowi bohaterowie tej powieści, poskładani z kilku (czasami nawet nie kilku) najzupełniej banalnych aspektów osobowościowych (każde z bohaterów jest nieco wykrzywioną wersją jakiejś znanej mniej lub bardziej postaci ze świata Marvela lub DC) wydają się naprawdę żywymi postaciami, a taka zdolność do animacji to wielki talent. Jedynym wyjątkiem od reguły jest tutaj córka Czarnego Młota, źle napisana jako postać, która dostaje ni stąd ni zowąd jedną z głównych ról, podczas gdy mamy (przynajmniej ja) ją kompletnie gdzieś. Natomiast jest Lemire niestety bardzo przeciętnym opowiadaczem historii, a napewno powinien odpuścić sobie pisanie serii on-goingów. Pierwsze dwa tomy są świetne, akcja toczy się raz w teraźniejszości, raz wraca do przeszłości przedstawiając naprzykład "originy" postaci, dokładając kolejne cegiełki do podbudowy psychologicznej dla każdego bohatera i relacji między nimi. Akcja i atmosfera się zagęszczają, zamiast odpowiedzi dostajemy kolejne zagadki, z mroków przeszłości zaczynają wychodzić na światło dzienne, zadawnione urazy które stają się znowu aktualne, miasteczko robi się coraz dziwniejsze a niektórzy zdają się wiedzieć więcej niż inni. Tyle, że świetna passa kończy się właśnie w połowie. Tom trzeci, rozpoczyna się w momencie gdy mamy otrzymać jakieś wyjaśnienia na co nadzieja znika zaraz na drugiej stronie i ja w tym momencie się zorientowałem, że scenarzysta nie ma mi już nic do powiedzenia. Większość "Ery Zagłady części pierwszej", to próba przetrzymania czytelnika przy serii w postaci nonsensownej nie wnoszącej kompletnie nic ani dla postaci ani dla fabuły, za to wypełnionej easter-eggami wędrówki przez piekło córki Czarnego Młota. Na koniec, tajemnica zostanie odsłonięta...i no cóż, mogło być gorzej, mogło być naprawdę gorzej bo Lemire już to udowadniał. A odkładając to co mogłoby być a nie było, to nie chodzi o to, że to jest jakieś kiepskie, tyle że to kompletna sztampa. Przez ostatnie dwie dekady obejrzałem pewnie ze 100 filmów opartym na tym patencie od box-office-owych gigantów po taniutkie telewizyjne produkcyjniaki. W tomie ostatnim na początku dostaniemy dwa zeszyty od czapy, połączone w tak wątły sposób z fabułą reszty, że równie dobrze można te strony wyrwać i wyrzucić do śmietnika a  będące chyba jakimś meta-komentarzem na temat tworzenia scenariuszy. Tam zdaje się Dean Ormston miał kłopoty zdrowotne a Lemire lojalnie nie chciał kończyć bez niego, to dobrał sobie innego rysownika Richa Tommasso (kiepsko to wygląda) i stworzył przerywnik, którego nie udało mu się jakoś lepiej wymyślić. Żeby jednak jeszcze czymś dopełnić kilka zeszytów do końca, Lemire użył (też nie nazbyt oryginalnego) patentu, aby jeszcze raz przedstawić bohaterów, których już znamy (na szczęście akurat całkiem fajnie się to czyta) no i wielkie zakończenie, które bardziej kojarzy się z pstryknięciem palcami Thanosa niż z czymś przemyślanym. Ponarzekałem, ponarzekałem ale to w gruncie rzeczy kawał porządnej lektury, zobrazowanej naprawdę fajnymi grafikami, po prostu to co dostaliśmy przez długi czas zapowiadało się jeszcze lepiej, a Jeff Lemire po raz kolejny udowodnił, że jak jest zmuszony wymyślać fabułę na bieżąco to średnio mu to idzie. Żebym nie zapomniał o niemalże obowiązkowej obecności "lemiryzmów", czyli dajmy na to Marsjanina prześladowanego na Ziemi za homoseksualizm, który na Marsie również był prześladowany za homoseksualizm (alienseksualizm?), albo murzyńskiej Walhalli. Jeżeli z jego strony to raczej trolling prawej strony to ok, jeżeli rzeczywista zawartość puszki mózgowej, to...no cóż. W każdym razie jest dobrze, ale przeczytam jeszcze te spin-offy które kupiłem i nową serię zaczętą niedawno przez Egmont już raczej odpuszczę, nie mam już chyba ochoty na więcej Czarnego Młota, historia jest kompletna, zamknięta i nie wydaje mi się aby autorowi udało się napisać coś ciekawszego w tym temacie. Ocena 7/10.


  "Green Lantern tomy 1-4" - Grant Morrison, Liam Sharpe. Dosyć zabawna sprawa, tytuł kupiony raczej ze względu na nazwisko autora co do którego jakby nie patrzeć mam mocno mieszane uczucia. No i chociaż bardzo lubię postacie Zielonych Latarni same w sobie to jakoś fanem ich komiksów i ogólnie wszelakich kosmicznych tytułów z jednego bądź drugiego wydawnictwa, celując raczej w bardziej intymne street-levelowe klimaty to ja nie jestem. No w każdym bądź razie, kupione z ciekawości raczej i z zamiarem późniejszej odsprzedaży, ale skoro kupione to sprawdzić trzeba. Cała seria zaczyna się  bardzo klasycznie, Hal znowu na Ziemi, Hal znowu bez pracy, Hal obraca kolejną ślicznotkę, Hal zaczyna się "dusić" i daje drapaka aby włóczyć się wzdłuż autostrad. Sielanka szybko się skończy, jak nasz bohater spotka rozbity statek więzienny z umierającym Green Lanternem, który przekaże mu pierścień aby schwytał kosmicznych zbiegów. Brzmi znajomo? No raczej. Po tym jedno-zeszytowym wstępie, Jordan zostanie wezwany na OA, gdzie dowie się, że jego (kolejny) bezterminowy "urlop" właśnie się skończył i zostaje przywrócony do służby a będzie potrzebny, bo ktoś majstrował przy Księdze OA, więc trzeba będzie  się dowiedzieć kto jest zdrajcą w szeregach Korpusu. Zostanie przydzielony do sprawy handlarzy planetami, która zajmie większość pierwszego ("Galaktyczny Stróż Prawa") tomu, na którego koniec dowiemy się o co mniej więcej chodzi w całości. Zdrajcą jest Hal Jordan, ale Strażnicy o tym wiedzą i jest to ich plan, bo jako podwójny agent ma się dostać do organizacji Blackstars (która stanowi swego rodzaju odbicie Korpusu GL chociaż nie na zasadzie czarny-biały) i zbadać ich program egzotycznej broni. Tom 2 "Dzień w którym spadły gwiazdy" rozpocznie się od kilku nie powiązanych ze sobą (nie do końca to prawda) nowelek. Hal w dziwnym szmaragdowym świecie będzie musiał ocalić pewną elfią pannę przed złym czarnoksiężnikiem, razem z Ollie Queenem powstrzymać kosmicznych handlarzy narkotyków pozyskiwanych z ludzkich dusz, pohula na planecie przypominającej świat fantasy, wraz z Green Lanternami z alternatywnych wymiarów poskacze po różnych wersjach Ziem, aby znaleźć Kosmicznego Graala, zmierzy się z morderczymi cyborgami pochodzącymi z Wszechświata Antymaterii i na sam koniec powrócimy do jego roli jako Blackstara gdzie zobaczymy jak wpada w pułapkę wodza tej organizacji zbuntowanego Kontrolera Mu, który od samego początku wiedział, że Hal działa na rzecz swoich starych przełożonych i tak naprawdę to on jest jednym z elementów starożytnej broni, która nazywa się Pudełkiem Genezy vel Maszyną Cudów. Całość zakończy kompletnie oderwany od reszty serii annual z dosyć zabawną i zaskakującą pointą w którym ludziki zbudowane z fal radiowych zaatakują dom rodziny Jordanów. W tomie trzecim "Blackstars" zobaczymy skutki użycia Maszyny, czyli dotychczas znany wszechświat został wymazany a na jego miejsce nadpisany został taki w którym Zielone Latarnie nigdy nie istniały a ich miejsce zajęły właśnie Czarne Gwiazdy. Tym razem niezniszczalnej woli Kontrolera Mu ma poddać się planeta Ziemia a zająć się tym mają oczywiście protagonista opowieści oraz jego przełożona, prawa ręka Kontrolera kosmiczna wampirzyca Hrabina Belzebeth, z wyglądu równie kusząca co przerażająca, która na dodatek wyraźnie zagięła parol na lubianego przez wszystkich czarusia. Wiadomo, sprawa nie będzie łatwa, Ziemia ma swoich obrońców chociażby w postaci Ligi Sprawiedliwości. Historia ta zakończy się mniej więcej w połowie tomu i zakończy ostatecznie wątek Blackstars oraz jednocześnie "sezon pierwszy" serii Green Lantern. Druga część albumu to po raz kolejny autonomiczne (i po raz kolejny w niektórych przypadkach tylko iluzorycznie) opowiadanka. Strażnicy opuszczą Korpus, aby walczyć w czymś co zwą Multikryzysem lub Ultrawojną i wyślą Hala do jakiejś grubej baby, która hoduje nową generację Strażników (połączenie starych z Zamoriankami, już nie karzełki, oraz kobiety i mężczyźni) na drzewach (?). Dostanie nowego partnera będącego myślącą solą, powalczy na Ziemi z jakąś zaginioną rasą sępo-ludzi, rozwiąże sprawę supermano-podobnego osobnika, ocali żyjącą chmurę, wraz z Flashem zmierzy się z dziwnymi złotymi olbrzymami gadającym jakby pochodzili z "Alicji w Krainie Czarów" i na koniec zmierzy się po raz kolejny z Qwa-Manem i jego kompanami z Wszechświata Antymaterii będącymi mrocznym odbiciem Korpusu. Tom czwarty "Ultrawojna" to kontynuacja bitwy z morderczymi cyborgami oraz kolejna batalia z tzw. Nomadycznym Imperium czyli tytułowa Ultrawojna i tyle. Z wizualnej strony cała seria wygląda rewelacyjnie, szacun dla Liama Sharpe'a za to czego tutaj dokonał. Piękne, cyzelowane w najdrobniejszych szczegółach rysunki, zapomnijcie o plamie koloru robiącej jako tło, w tym przypadku praktycznie się tego nie uświadczy. Świetne pełne szczegółów projekty wszelkich obcych budowli/miast/urządzeń, kreatywnie i surrealistycznie sportretowane obce rasy a wszystko to przybrane w psychodeliczne kolory. Jeżeli tytuł był miesięcznikiem a artycha się wyrabiał to jestem w szoku. A najlepsze z tego wszystkiego jest to, że Sharpe to istny kameleon zmieniający swój styl zależnie od potrzeb i nastroju danego zeszytu. Podstawowym jest taki dosyć klasyczny w komiksie superbohaterskim "jim lee style", w zeszytach nawiązujących do klasycznych komiksów przeskakuje na coś kojarzącego się z Nealem Adamsem albo i jeszcze wcześniej gdy z wyglądem zejdziemy do lat 50-tych, w klimatach fantasy sięga po Simona Bisleya, gdzie indziej odnajdziemy Billa Sienkiewicza albo Nicka Pope a jest tego sporo więcej, doliczając tu i ówdzie poukrywane easter-eggi (spotkamy i samego Granta) to naprawdę pod tym względem nie ma się tutaj czego czepić. Co o samym komiksie? Zacznę od pozytywów. Przede wszystkim rozmach na iście kosmiczną skalę, inne wszechświaty, inne galaktyki, inne planety wypełnione po brzegi dziwnymi rasami i jeszcze dziwniejszymi cudami bądź koszmarami. Morrisonowa wersja wszechświata w swojej dziwności to strzał w dziesiątkę (ktoś wątpił?). Na dodatek dostajemy cztery tomy wypełnione świetnymi pomysłami, na początku dziwaczny zeszyt i męczący z zieloną panną i czarownikiem Mywhyddenem po odkryciu plot-twistu zachwyca prostotą swojego pomysłu, a ostatni kadr jest wprost przeuroczy. "Superman" będący seryjnym zabójcą kobiet robi wrażenie, Green Lantern-hipis z innego wymiaru, który wszystkich nazywa "kolesiem" lub "kosmicznym kolesiem", który najwyraźniej uważa, że wszystko co się wokół niego dzieje to wielki haj jest świetny, Green Lanterni jako zwykli gliniarze działający w duetach i narzekający na jedzenie w stołówce są fajni itd, itp. jest tego naprawdę wiele. Problem jest z samą historią. Morrison ani przez moment nie ułatwia lektury, przeskakuje co chwilę z tematu na temat, z jednego wymiaru do drugiego, skacze w czasie to do tyłu to do przodu. Mamy tutaj do czynienia z olbrzymią ilością wątków, z których jedne znajdą rozwiązanie, inne kompletnie nie. Niektóre wydawałoby się ważne nie mają kompletnie żadnego znaczenia, podczas gdy inne takie które w sumie ledwie zauważamy pięć zeszytów dalej pokazują, że miały swój głębszy sens. Opowieść Morrisona wymaga skupienia i naprawdę łatwo się tutaj pogubić a pewne niezrozumiałe momenty, czasami po prostu lepiej odpuścić bo one wcale nie muszą mieć żadnego znaczenia. Ciężko jest wyczuć procesy myślowe, które skłaniają autora do uznania, że to co on pisze ma ręce i nogi, trudno nawet wyczuć czy on wogóle sam tak uważa a napewno średnio się przejmuje czy czytelnik załapie związki przyczynowo-skutkowe (o ile wogóle takie są). Trudno też nie zauważyć, że pierwsza część serii ta z Blackstars, jest o wiele składniejsza i szczerze mówiąc po prostu lepsza, druga ta z Nomadycznym Imperium jest bardziej "niechlujna" i prowadzi czytelnika w sumie donikąd, nie wnikam czy to Morrison już się znudził serią, czy może wydawca stwierdził, że już wystarczy i skasował. No i 100% satysfakcji z lektury tego tytułu osiągną chyba tylko osoby, które ukończyły wydział greenlanternologii stosowanej w Boston, Massachusetts (głosem Maxa Kolonko). Green Lantern Morrison to strasznie hermetyczny tytuł a w jego zrozumieniu z pewnością nie pomaga to, że o ile Latarnie pojawiały się w naszym kraju dosyć często, to sama ich mitologia jest tutaj raczej nieznana a ta seria wyraźnie czerpie koncepty z całych osiemdziesięciu z okładem lat jej obecności na rynku. Mimo wszystko polecam tytuł, jasne jest trudny (czasami za bardzo), ale to mimo wszystko wielka, pełna polotu i niepozbawiona humoru podróż po pięknie zilustrowanej krainie fantazji. A Hal Jordan, to najlepszy Green Lantern i każdy głupi o tym wie (miecz przeznaczenia ma dwa ostrza). Ocena 7/10.


  "Rękawica Nieskończoności" - Jim Starlin, George Perez, Ron Lim. Żelazny klasyk z biblioteki Marvela i jakoby podstawa do stworzenia jednego z najbardziej znanych i zdaje się przez wielu uważanego za najlepszy film superbohaterski (nie w/g mnie, aczkolwiek faktycznie jeden z lepszych z całej tej serii) "Avengers - Wojna bez Granic" (tłumaczenie doskona...le idiotyczne) oraz jego kontynuacji "Avengers - Koniec Gry" (kompletnie rozczarowujące). Tak czy inaczej z jednego bądź drugiego powodu każdy fan Marvela (za którego powiedzmy w bardzo luźny sposób się uważam) powinien się zapoznać z tym komiksem, do czego zresztą zachęca już sama okładka, która raz wygląda naprawdę fajnie, dwa nie obiecuje że znajdziemy w środku cokolwiek mądrego, co w pewnych warunkach może być zachętą. Tom zaczyna się od dwu-zeszytowego (takie wydaje się większe zeszyty niż standardowe) "Thanos Quest" i jest to naprawdę mocne otwarcie. Szalony Tytan, aby zadowolić swoją wybrankę Śmierć (w końcu ten Szalony do czegoś zobowiązuje), musi zdobyć sześć Klejnotów Duszy (które w tym komiksie zmieniły nazwę na obowiązującą do dzisiaj Kamienie Nieskończoności), i aby to zrobić musi spotkać się z sześcioma ich posiadaczami. Oczywiście, żaden z nich nie chce się pozbyć dobrowolnie takiego skarbu, toteż nasz wiecznie wkurzony Thanos wzorem bohaterów nawet nie tylko jakiegoś utworu fantasy tudzież mitu, ale i nawet dziecięcej bajki z racji tego, że każdy kamień włada innym aspektem rzeczywistości będzie poddany sześciu próbom, wymagającym od niego wykazania się na różne sposoby. Naprawdę fajny pomysł i w miarę porządnie wykonany, chociaż trzeba przyznać, że oponenci szalonego tytana z nomen omen Tytana nie błyszczeli jakoś szczególnie inteligencją. Ten dosyć długi prolog nastroił mnie naprawdę pozytywnie do reszty, Thanosowi wiadomo uda się zdobyć wszystkie kamienie więc możemy przejść do momentu w którym zostaje on nowym bogiem czyli do właściwego "Infinity Gauntlet". Nikogo raczej nie zdziwi, że Pani Śmierć nie jest zachwycona nową postacią swojego wannabe kochanka czemu daje wyraz "odwracając głowę z pogardliwym milczeniem" (z kilkanaście razy lekko licząc) co podrywacza od siedmiu boleści doprowadza do takiej wściekłości, że przypomina sobie w końcu po co była mu rękawica i pstryknięciem palców zabija połowę wszechświata. To dosyć zabawne, ale zaskoczyła mnie ta scena, wszyscy się tak wzniecali tym ficzerem, że jakoś mi się wbiło do głowy że to autorski pomysł reżysera i scenarzysty filmu a tu się okazało, że to żywcem wyjęto z komiksu. Oprócz tego, że zniknęła połowa ziemskiej populacji to na dodatek podczas kolejnego ataku białej gorączki, wznieci falę uderzeniową, która mimo, że ledwie co dotrze do Ziemi to i tak zamieni to co się tu jeszcze ostało w perzynę. Na naszą planetę trafią również Silver Surfer oraz Adam Warlock i to oni stworzą grupę uderzeniową spośród ziemskich superherosów, oczywiście tych którzy przeżyli poprzednie perturbacje. Rooster wydaje się trochę niewielki (w końcu powinna ich przeżyć mniej niż połowa, ale to i tak ciągle bardzo dużo) i raczej wybrany za pomocą rzutów lotkami do tarczy, z drugiej strony w "Tajnych Wojnach" był jeszcze mniejszy i jeszcze głupszy więc tradycja zostaje w pewien sposób zachowana. W ten sposób dotrzemy do mniej więcej 2/3 tomu a pozostałe 1/3 to będzie jeden wielki młyn z udziałem wcześniej wspomnianych postaci oraz person pokroju Ładu, Chaosu, Wieczności, Celestian czy Galactusa. Rysunki Perez czyli wiadomo wysoka rzemieślnicza klasa, prosto aczkolwiek realistycznie. Rysunki klasyczne do bólu, ale jednocześnie potrafią od czasu do czasu rozbłysnąć jakimś fantazyjnym kadrem dosyć pomysłowo ilustrującym efektowność zjawisk wstrząsających całym kosmosem. Z powodu tej pstrokacizny czy tam czasami śmiesznie poważnych póz jakie przybierają napinający się superherosi zalatuje tu mocno kiczem, ale jest to kicz powiązany do pewnego stopnia z całym gatunkiem więc dla czytelnika do przyjęcia. Nie będę nikogo przekonywał, że to jakieś wiekopomne dzieło obrazkowego medium, które jest konieczną pozycją w biblioteczce każdego komiksiarza, ale każdy fan Marvela powienien się chyba z tym conajmniej zapoznać. No i szczerze, może i prosty jak cep, może i kiczowaty, ale to naprawdę fajny komiks jest. Fajnie przedstawiono postać Thanosa, który od egocentrycznego manipulanta przechodzi drogę do szaleńca wypalanego przez moc na którą nie był przygotowany a później do pogodzonego z wszechświatem gościa, który przyswoił sobie udzieloną mu lekcję. Wrażenie napewno robi, ostatnia rozpaczliwa szarża superbohaterów nawet biorąc pod uwagę, że zdajemy sobie sprawę że wszyscy zostaną ożywieni za mniej więcej pięć minut (tradycja olbrzymich eventów po których wszystko zostaje dokładnie takie same jak było jak widać jest dłuższa, niż się niektórym wydaje), a całość po prostu fajnie się czyta i nie przynudza. Nie przedłużając, dla fanów Marvela, dla fanów retro-superbohaterów, aczkolwiek jak ktoś się spodziewa komiksowej wersji filmu, to napewno nie to. Ocena 7/10.


  "Batman - Sekta" - Jim Starlin, Bernie Wrightson. Kolejny bardzo znany klasyk z dziedziny kalesoniarzy i ponownie przygotowany przez zawodników wagi superciężkiej. Przypadek o tyle ciekawy, że kiedyś sprawdzałem opinie na jego temat i były ku mojemu zaskoczeniu mocno mieszane. No w każdym razie na samym starcie zastaniemy Batmana w dosyć niewygodnej sytuacji, skrępowanego w kanałach i dręczonego przez różne wizje. Poprzez krótkie retrospekcje dowiemy się, że Batman wraz z Gordonem rozpoczęli nową sprawę zabójstw różnej maści oprychów na ulicach w trakcie której niezwyciężony zdawałoby się heros, da się podejść i schwytać. Okaże się, że człowiekiem który dokona zdawałoby się niemożliwego jest ktoś nazywający się diakonem Josephem Blackfire, kto twierdzi że jest ponad tysiącletnim indiańskim szamanem Czarnym Ogniem a jego celem jest oczyszczenie Gotham z wszelkiej zbrodni, za pomocą sekty którą utworzył z bezdomnych i skruszonych przestępców. Diakon dosyć kompleksowo podejdzie do sprawy swojej bezcennej zdobyczy i zacznie za pomocą głodówki, tortur i halucynogenów pranie mózgu Batmana i co najciekawsze...uda mu się. Otumaniony Batman dołączy do sekty (niepodoba mi się te tłumaczenie, trzeba było zostawić ten kult), ale na szczęście bohaterowi uda się w końcu przełamać warunkowanie i zwiać gdzie pieprz rośnie z drobną pomocą Robina. Po jakimś czasie, Blackfire pokaże swoją prawdziwą twarz (oczywiście o żadną walkę ze zbrodnią nie chodziło) więc Nietoperzowi nie pozostanie nic innego, jak powrócić do odciętego miasta i zrobić w nim porządek. Kilka razy już w naszym kraju mieliśmy okazją podziwiać rysunki Wrightsona i album ten mocno zaskoczył mnie swoim wyglądem. Postacie z rzadka tylko przypominają to co widziałem wcześniej w wykonaniu mistrza Berniego. Są zdecydowanie uproszczone, ale absolutnie nie odbiera im to miana "będących na wysokim poziomie". Wrightson stara się naśladować nieco manierę i sztuczki (np. narracja z TV) Franka Millera. Spora zasługa w świetnym wyglądzie mini-serii należy do kolorysty Billa Wray, który za pomocą psychodelicznych różów, żółci, błękitów czy fioletów znakomicie oddaje wizję świata oglądanego z perspektywy naćpanego Batmana. Jednocześnie pomimo sporej ilości kolorów rodem z odjazdu po PCP ani na chwilę, komiks nie traci tego swojego mrocznego, niepokojącego sznytu. Przerzucając strony bardzo ciężko jest nie zauważyć jak wiele z elementów tego komiksu zaczerpnął Norm Breyfogle do swojej wizji wyglądu Gotham i jego mieszkańców. Wrażenia po lekturze? Szczerze mówiąc nie jestem zachwycony, komiks powstał już po olbrzymim sukcesie "Powrotu Mrocznego Rycerza" oraz "Roku Pierwszego" Millera a także "Zabójczego Żartu" Moore'a i w wyraźny sposób Starlin starał się naśladować to co przyniosło chwałę jego poprzednikom starając się napisać psychologiczny sensacjo-dreszczowiec, jednocześnie hardcore-owy i uczłowieczający Batmana i chyba trochę w tych swoich dążeniach przesadził. Jasne, fajnie jest zobaczyć Nietoperza, pod którego maską jest zwykły człowiek, który potrafi przyjąć po gębie od bandy jakichś uliczników a nie jest niezwyciężoną maszyną do rozpierd...ania już nawet nie przestępców a jakichś kosmicznych bóstw. Natomiast wydaje mi się, że przesadzono tutaj trochę w drugą stronę. Batman (fakt, faktem pod wpływem narkotyków, ale przecież bez przesady), zabija człowieka, później nie tylko unika walki (w końcu Robin musi mu wypalić liścia, takie drobne odwrócenie ról w stosunku do pewnego memicznego kadru), postanawia uciec z Gotham bo twierdzi że zostało opanowane przez przestępców ostatecznie, po powrocie do miasta twierdzi, że nie będzie zabijał no chyba że będzie musiał (!) co zresztą robi strzelając rakietami z batmobilu, pozostawia kobietę na śmierć bo lepiej pozwolić zginąć jednej niewinnej osobie niż całemu miastu (!!!), torturuje swojego przeciwnika i w końcu gdy nawet Robin przez cały komiks zdecydowanie bardziej bojowo nastawiony (to Jason Todd) niż jego pryncypał zauważa, że chyba coś tu jest nie tak i chce ratować w czasie ostatecznej konfrontacji Blackfire'a, to Batman kwituje to szybkim "nie da się już nic zrobić" i wychodzi. Nie wiem w/g mnie nawet te ponad trzydzieści lat temu było to out-of-character. Jedno trzeba przyznać Starlinowi, to porządny scenarzysta, sama historia jest wciągająca na swój sposób i potrafi trzymać w napięciu, natomiast i zapominając o tym dziwnym na pół wystraszonym na pół krwiożerczym Batmanie ma kilka średnio udanych momentów. Pomysł, że gang meneli z kanałów jest w stanie pokonać amerykańską armię jest strasznie niedorzeczny. Autor kompletnie nie wykorzystał ani fabularnie ani w postaci społecznego komentarza faktu starcia idei prawa i porządku przedstawianych przez superbohatera i władze miasta z ideą błyskawicznej "sprawiedliwości" i rządów twardej ręki w postaciach Szamana i jego bandy, których z początku popiera bardzo dużo mieszkańców miasta, sprowadzając antagonistę do roli zwykłego czubka. Coś tam w tym śmieszno-smutnym wstępie scenarzysta wspomina, że miał ambicje podgryźć instytucje sekt a i ogólnie religii, ale jak na moje to średnio mu to wyszło, ciężko tam znaleźć zarówno sektę jak i religię. Podsumowując, scenariusz mimo że niezbyt mądry to napisany tak aby nie przynudzać, klimat jest, bardzo dobre rysunki też są. ale jak dla mnie zarżnięte jest to to dosyć głupimi pomysłami autora który miał ochotę naśladować jednak lepszych od siebie i popłynął trochę za daleko. Fani Batmana powinni chyba się zapoznać, nie da się ukryć tego, jak wielki wpływ miał ten komiks na późniejsze komiksy z Batmanem (Knightfall, No Man's Land). A co najsmutniejsze w tym wszystkim, ten nie do końca udany komiks sprzed ponad trzech dekad i tak jest lepsze niż to co wydaje się teraz. Ocena 6+/10.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #548 dnia: Śr, 29 Marzec 2023, 09:23:51 »
Małe podsumowanie pierwszego kwartału. To był dobry czas.
Zasłaniam spojlerem niektóre fragmenty, szczególnie w nowszych komiksach. Staram się co prawda nie zdradzać szczegółów fabuły, ale niektóre zdania mogłyby popsuć zabawę.

1.   Znakomite

Patience – nie wiedziałem zupełnie, o czym jest ten komiks. Wziąłem z biblioteki ze względu na nazwisko. Tym razem był to strzał w dziesiątkę. Mieszanka dramatu rodzinnego, trochę komedii i sci-fi wciągnęła mnie zupełnie. Historia co chwila skręca, zaskakuje. Nie ma nudy. To wszystko dość nietypowo dla autora, bo w kolorze. Wszystko napisane tak, że człowiek wsiąka, przewija stronę za stroną. Aż żal dupę ściska, że tego nie kupiłem sobie, jak było dostępne. Człowiek był młody, głupi i czytał pierdoły. Ech.

Codzienna walka – kolejna perełka, którą przegapiłem. Ten człowiek umie w komiksy. Nie trzeba wcale wymyślać skomplikowanych fabuł, pełnych zwrotów akcji, budować sztucznego napięcia, żeby przytrzymać czytelnika. Zawsze podziwiałem autorów, którzy potrafią napisać najprostszą historię (o przysłowiowym facecie w łódce) w taki sposób, że to będzie ciekawe, wciągające. Rysunek również nie zawiera żadnych wodotrysków, jest dość uproszczony. Każda z postaci coś wnosi do historii, popycha ją w swoim kierunku, ma coś do powiedzenia głównemu bohaterowi. Sam tytuł kapitalnie pasuje do tej historii – ot, zwykłego brania się z życiem za bary. Stawiam ten komiks na równi z Raportem Brodecka. Szczyty sztuki komiksowej.

Toppi. Kolekcja (4) – 5 historii, nieco dłuższych niż w poprzednich zbiorach i powiązanych ze sobą głównym bohaterem – Kolekcjonerem. Historie rozgrywają się w różnych miejscach na świecie, mniej więcej w końcówce 19 wieku. Kolekcjoner poszukuje pewnych przedmiotów i jest w stanie zaryzykować życie, żeby je zdobyć. Czasami wchodzi w sojusze w czasie konfliktów zbrojnych, oszukuje, ukrywa swoją tożsamość i zamiary. Wszystko, co trzeba, by zdobyć coś, co sobie upatrzył. Przedmioty te często mają jakąś długą historię, często z pogranicza legendy czy wierzeń. I jakkolwiek fabuły czyta się z przyjemnością i nudy nie ma, to oczywiście najmocniejszą stroną jest rysunek. Ci, co mają poprzednie tomy, to oczywiście wiedzą, czego się spodziewać. Magia. Chwała wydawnictwu za niezłe tempo wydawania kolejnych tomów. Same komiksy prezentują się kapitalnie – wielki format, czarna czerń, zawsze ciekawy tekst wprowadzający, pisany przez innych uznanych komiksiarzy. Dla mnie to już od razu mocny kandydat do następnego głosowania na komiks roku. Jedynie smutno mi trochę, że nie odczuwam już tego zachwytu tak mocno, jak przy pierwszym tomie. Nie ma już takiego zaskoczenia, bo styl nie zmienia się zanadto, a przynajmniej ja nie potrafię tego dostrzec.

Visa tranzytowa – po opisie spodziewałem się komiksu drogi, gdzie bohaterowie małym gratem przemierzają bajkowe krajobrazy, czasem wikłając się w jakieś przygody. Dostałem to i znacznie więcej. Komiks opowiada oczywiście o samochodowej wycieczce po krajach południowej Europy i dalej na wschód (tam przecież musi być jakaś cywilizacja), ale jest też (a może przede wszystko) to wspomnienie świata, który już nie istnieje – przed erą internetów / komórek / gps-ów / zmian klimatycznych, z podziałem na kraje Europy zachodniej i komunistycznych satelitów ZSRR.
Spoiler: PokażUkryj
Sam też często wspominam tamten świat i pamiętam błądzenie po drogach z rozłożoną mapą, szukaniem stacji czy jakiejś jadłodajni. Właściwie to ja i urodzeni w czasie ostatniego wyżu to w sumie ostatnie osoby, które pamiętają świat, gdzie informacji szukało się w książkach / bibliotekach, rozkład autobusów odczytywało się na przystankach, a śnieg potrafił leżeć całymi tygodniami i to co roku (tego wtedy nienawidziłem), piłkarze przypominali bardziej ludzi niż wytrenowane do granic możliwości roboty, a w NBA grało się w obronie. Było też jakby luźniej – każdy plac przerabialiśmy na boisko, a teraz tam stoją Biedronki czy kolejne bloki, za to piękne orliki leżą odłogiem. Jak to opowiadam córce, to kręci z politowaniem głową. Ba, nawet osoby młodsze o parę lat to chodzą na randki z jakiejś aplikacji. Oczywiście trochę się to koloryzuje, bo to były czasy młodości, wszyscy jeszcze żyli itd. Dobra, wezmę to w spojler, żeby nie zanudzać.
Autor ma widać jakąś zajawkę na demoludy i Czarnobyl, chociaż w sumie to niewielki to ma wpływ na samą fabułę. Chyba pierwszy raz w komiksie widziałem trolejbus (k@#$a jak ja tych gratów nienawidziłem za to wieloletnie telepanie się nimi po mieście). Akcja jest też urozmaicana o różne, luźno powiązane wydarzenia wcześniejsze i przyszłe. Całość jest pięknie zilustrowana z wieloma dużymi planszami, pejzażami, ale też pięknie uchwyconymi metropoliami, z tłumem ludzi na ulicach, korkami itd. Komiks idealnie się wstrzelił w mój nastrój z ostatnich miesięcy. Może kiedyś bym go tak dobrze nie odebrał, ale widać wkroczyłem już w wiek, gdzie się więcej wspomina niż planuje. Młodsi, podejrzewam, nie znajdą tutaj zbyt wiele ciekawych rzeczy. Nie ma twistów, cliffhangerów, ani nawet specjalnych przygód. Więcej jest tu budowania samego nastroju niż opowiadania historii. Lektura nie jest wcale krótka, trochę czasu naprawdę schodzi, ale nie nudziłem się ani trochę. Nawet czekałem cały dzień, aż w końcu wrócę na godzinę-dwie do tego świata. Jeszcze dodam, że komiks jest genialnie wydany, offsetowy gruby papier, piękne kolory. No będzie u mnie na pudle w tegorocznym top10.

2.   Dobre

Nestor Burma (tom 3) – kolejny tom, kolejna zagadka do rozwikłania. Nasz bohater został przypadkowo wplątany w intrygę, która zatacza coraz szersze kręgi, pojawiają się coraz to nowe wątki, postaci, powiązania i wątpliwości. Rysunkowo jest analogicznie, jak w poprzednich częściach – niby realistyczny, ale postaci lekko karykaturalne. Wspaniale jest przedstawione miasto – pełne przechodniów, budynków (każdy nieco inny), pojazdów, detali, zatłoczone knajpki. Niemal słychać hałas otoczenia, jak się czyta. Jest wszystko to, co stanowi o sile tej serii. Tylko zakończenie mi trochę zazgrzytało.
Spoiler: PokażUkryj
75 stron budowania napięcia, komplikowania historii i nagle bum – rozwiązało się wszystko. Detektyw wszystkiego się domyślił, a bohaterów diabli wzięli.
Miałem odczucie, jakby na siłę skrócono ten tom. Trochę szkoda, ale to nadal jest Komiks przez wielkie K. Chcem wincyj.

David Boring – z jakiegoś względu spodziewałem się historii o człowieku w wieku 30-40 lat, który zasuwa codziennie do jakiejś nieco nudnej pracy, wiedzie spokojne, ułożone życie i nagle coś się wydarzy, albo coś w nim pęknie, co zmieni ten nudny (boring) układ. Tak zawsze sobie wyobrażałem tę historię po okładce. A w środku historia o chłopaczku, który wyrwał się z miasteczka i zaczyna się siłować z życiem. Przyznam, że historie o młodych ludziach i ich „dorosłych” problemach średnio mnie interesują i zazwyczaj odrzucają. Teen drama mam na co dzień w domu. Tutaj jednak nie jest standardowo. Jak to u tego autora, którego próbuję czytać z różnym dla mnie skutkiem (Ghost world mnie zirytował, Rękawicy zupełnie nie poczułem). David Boring ma z założenia prostszą konstrukcję, bardziej „linearną” fabułę, chociaż dalej nie jest ona oczywista czy realistyczna (dziwna apokalipsa, domek na wyspie). Zresztą sama fabuła nie wydaje się tu istotna, a na pewno nie najistotniejsza. Dla mnie najciekawszym przesłaniem komiksu było słodko-gorzkie przeświadczenie, że chaotyczny świat potrafi dezorganizować nasze życie, ale z drugiej strony można też w tym chaosie dostrzegać dla siebie kolejne szanse (jak bohater, który zgubił jedną ukochaną, ale zaraz znalazł następną – lepszą). Oczywiście, każdy może tam znaleźć coś innego.

Mroczne miasta Brusel – wszystkie mocne strony tej serii są tutaj obecne i to w dużym natężeniu. Miasto, ogromne, chaotycznie rozwijane, burzone stare budynki, kamienice, stawiane ogromne wieżowce, dworce, pałace. Ludzie pomijani w tej wizji nowoczesności. Wyraźny klimat Kafki – przypadkowy everyman wrzucony w koła biurokracji, służby zdrowia (chyba nie mamy co narzekać, bo jeszcze po trzech chłopa do jednego łóżka się nie kładzie). Czekam na zapowiedziane kolejne tomy, w szczególności coś, co jakoś powiąże, albo podsumuje te wszystkie historie. Bo, jakkolwiek każdy z tomów ma swój klimat, to jednak trochę (dla mnie) się ta formuła wyczerpuje. Byłby też dobry powód, żeby sobie odświeżyć poprzednie tomy. Za plus w tym tomie trzeba zaliczyć wstęp, który przedstawia kontekst fabuły. Sam tytuł wskazuje, gdzie akcja się rozgrywa, ale nie każdy tam musiał być, a historii miasta znać nie musi (mam nadzieję, że ten wstęp to nie była jakaś bujda, żeby mnie w maliny wpuścić, ale sprawdzać tego mi się już nie chce).

Salambo – moje drugie podejście do tego komiksu. Kiedyś miałem, zmęczył mnie i sprzedałem bez żalu. Gdzieś w tamtym roku przeczytałem Lone Sloane i poczułem ochotę na więcej. Wziąłem więc z biblioteki i tym razem przeczytałem z przyjemnością. Sama historia jakoś specjalnie skomplikowana nie jest, ale najważniejsze są tu rysunki. Ogromne miasta, mury, świątynie, sceny batalistyczne. Kolorystyka wręcz bije po oczach. Mają rozmach. Znając samego bohatera, to i treść komiksu jest bardziej wciągająca. Niby jest krótkie wprowadzenie, ale jak czytałem to pierwszy raz, to miałem wrażenie, że to taki trochę żart. Ot opiszę niby jakiegoś zawadiakę, żeby był jakiś bohater w komiksie, ale tak naprawdę to chcę narysować komiks o rozpierduchach na pustyni. Nie jest to mój ulubiony gatunek, ale kunsztu i fantazji nie można odmówić.

Trzy cienie – nie bardzo wiem, co napisać. Nie chcę opisywać fabuły, bo to każdy może sobie znaleźć. Zresztą sama fabuła jest
Spoiler: PokażUkryj
raczej metaforyczna niż dosłowna. Pokazuje walkę rodziców (szczególnie ojca) z nieuniknionym, niezrozumiałym przeznaczeniem, co właśnie symbolizują tytułowe trzy cienie. Ale to nie jest wszystko od początku jasne.
Duże wrażenie zrobiła na mnie końcówka, dość niespodziewana
Spoiler: PokażUkryj
ale właściwie zmieniająca ton całego komiksu. I całe szczęście, bo byłby to chyba jeden z najbardziej przygnębiających komiksów, jaki czytałem.
Zakrywam spojlerami, żeby nie psuć nikomu lektury, do której zachęcam. Może ktoś jeszcze oprócz mnie nie czytał, a chciałby. Kreska jest bardzo charakterystyczna – można powiedzieć, że są to tylko szkice i jakkolwiek będąc zwolennikiem realistycznych rysunków, nie mogę nie zauważyć, że tutaj świetnie współgra z całą opowieścią.

Klezmerzy (tomy 1-3) – trochę się naczekałem, bo ma branie w bibliotece. Było warto. Już ileś razy komiks był polecany, pojawiał się w topkach, więc nic oryginalnego tu już nie dodam. Dużym plusem dla mnie były zapiski z notatnika Sfara: najpierw na temat używania akwareli (fajnie zobaczyć od kuchni, jak pracują artyści nad swoim kunsztem i koncepcją, jak wymieniają się doświadczeniami – a nazwiska, jakie rzuca to ekstraklasa) i później na temat zwiedzania Odessy i szukania informacji o mieście z początku 20 wieku. Za chwilę (jak piszę) ma być czwarty tom. Za jakiś czas trzeba będzie sięgnąć.

Piękna – baśń dla dorosłych, albo młodych dorosłych o tym, że marzenia mogą się spełnić i przynieść nieoczekiwane konsekwencje. Są wątki miłosne, są rodzinne historie, są tematy nadprzyrodzone, trochę polityki. Wbrew pozorom, dużo się dzieje w komiksie. Czytając, po pewnym czasie miałem wrażenie, że temat się wyczerpuje, a to dopiero była połowa. Nie wiem, czy cała historia była zaplanowana od początku do końca, czy się rozwijała w trakcie, ale temat został wyciśnięty jak cytryna, do ostatniej kropelki. I ta kropelka na koniec była tym, co było potrzebne. Jakąś puentą, domknięciem historii, jak w prawdziwej baśni. W trakcie lektury na myśl przychodziły mi Kroniki dyplomatyczne Blaina – rysunek lekko karykaturalny (tutaj mniej niż u Blaina), sporo humoru. Na podkreślenie zasługuje sposób wydania – jeden z piękniej wydanych komiksów, jakie ostatnio miałem w rękach. Świetny papier, kolory (a właściwie to jeden kolor), okładka. No, klasa po prostu. Aż trudno uwierzyć, że jakiś gamoń czytający przede mną, próbował ubić komiksem muchę siedzącą na kancie stołu i zrobił epickie wgniecenie w okładce. Zgroza.

Julia żywa lub martwa – kolejny tom, bardzo przyjemnej serii. Tym razem czarno-biała historia. Myślałem, że będzie to trochę przeszkadzać, ale w sumie źle nie jest. Historia jest nieskomplikowana, ale wciągająca, czyta się szybko. Rozwijają się wątki (może w sumie jeden) z poprzednich tomów. Jedyny minus dla mnie to to,
Spoiler: PokażUkryj
że historia rozwiązała się bez większego udziału głównych bohaterów. Tego się trochę obawiałem, bo zbliżałem się już do końca, a pomysłu na śledztwo jakoś nie widziałem.
Czekam na kolejne przygody.

Metal hurlant (4) – kolejna dawka wspomnień i komiksów z lat 70/80 z Francji. Jest jeden dłuższy artykuł o początkach funkcjonowania wydawnictwa (w sumie to chyba coś podobnego już było?), 2 dłuższe wywiady z głównymi twórcami. A poza tym komiksy, głównie w stylu sci-fi, w tym kilka takich, które już u nas zostały wydane (Long tomorrow, Vuzz, Eksterminator 17). Jakoś mnie ten numer nie pozamiatał jak nr 2, ale weekend spędziłem przyjemnie, bez dwóch słów. Ogromny plus za stronę wprowadzenia do każdego komiksu, gdzie opisane są kulisy powstania, przybliżona sylwetka twórców.

Wypadek na polowaniu – historia relacji syna i ojca, który skrywa pewną tajemnicę. Komiks stricte obyczajowy, który został powiązany z prawdziwymi wydarzeniami z międzywojennego Chicago (doczytałem sobie później o tym). Albo się lubi takie komiksy, albo się człowiek wynudzi. Mnie wciągnął, bo lubię takie „małe”, klimatyczne historie, szczególnie rozgrywające się w innych czasach / realiach. Do tego bardzo charakterystyczny rysunek i format (kwadratowy).

Parker (tomy 1-4) – kupione okazyjnie, w związku z zapowiedzią nowego wydania. Bardzo spodobał mi się początek – bez zbędnych wstępów, od razu coś się dzieje. Później wyjaśnione, skąd się człowiek nagle wziął tam gdzie się wziął. Zresztą bardzo często wstawiane są retrospekcje, albo pokazane są pewne sytuacje z różnych punktów widzenia. Bardzo mi się podobają takie zabiegi i przypomina się Sin City, gdzie różne wątki splatały się przy tańcu Nancy. Sam klimat, gangsterskie porachunki, napady, ucieczki, zemsta bardzo zbliżony do Sin City, czy Criminal. Osadzenie akcji w latach 60-tych dodaje fajnego smaczku – samochody z tamtych lat, banery. Do gustu przypadły mi głównie 2 pierwsze tomy,
Spoiler: PokażUkryj
gdzie Parker dobiera się do kolejnych typów w gangsterskiej drabinie.
Nowego wydania kupować nie będę. Takie mi wystarczy, chociaż no nie pogniewałbym się za nieco większy format. Rysunki często są malutkie (niczym paski w gazecie). W paru miejscach ciężko rozczytać, co jest napisane czarną czcionką na ciemnogranatowym tle (nie wiem, jak coś takiego można wypuścić i to nieważne, czy w oryginale, czy to nasz lokalny pomysł). Mały format ma (chyba) podkreślać pulpowy charakter historii. I tak się dzieje – czyta się szybko, nie ma w komiksie jakiegoś moralizatorstwa, nikt nie ma specjalnych dylematów, postaci się nie rozwijają, tylko robią swoje, czyli leją po mordzie, albo strzelają bez ostrzeżenia.

3.   Niezłe / można przeczytać

Shangri-La – czego w tym komiksie nie ma. Są stacje kosmiczne, wielkie wybuchy, rebelie, konsumpcjonizm, wolność jednostki kontra autorytaryzm, mniejszości (genetyczne). Jakbym czytał mix Odysei Kosmicznej z Matrixem i to zarówno na poziomie pomysłów fabularnych, klimatu, jak i samej akcji. Pod kątem wizualnym jest to na pewno efektowny komiks – duży format, żywe kolory, rysunki stacji kosmicznej, maszyn, planet zrobione z rozmachem. Gorzej z twarzami bohaterów, jakieś takie dość płaskie (dla mnie paskudne). Jednak sama opowiedziana historia trochę niedomaga. Czytając komiks ciągle miałem wrażenie, że gdzieś już coś takiego widziałem, że trochę to wszystko jest zbyt przewidywalne. Kolejna wersja (anty)utopii, i wiadomo, że w końcu ludziom coś zacznie się nie podobać. Mały plusik stawiam za uwypuklenie roli telefonów czy raczej smartfonów w procesie kontroli i ogłupiania ludzi. To taka moja prywatna teoria, że ludzkość ostatecznie upadnie właśnie przez te telefony i związane z nimi media społecznościowe, gdzie kanapka z dżemem jakieś niby gwiazdy zbiera lajki od fanów. Większy plus za początek i koniec historii. Fajny patent z tym, że sens pierwszych stron poznaje się na koniec i można je przeczytać drugi raz, już z większym zrozumieniem.

Spiderman Epic (tomy 23-24) – takie tam moje guilty pleasure. Próbuję zebrać epici spidera od 15 do 24. Został zdaje się jeden. To mniej więcej obejmuje okres od początku tego, co wydał TM-Semic do nieszczęsnego Maximum Carnage. Te dwa tomy obejmują czas, gdzie pojawiają się rodzice Parkera. Bólem jest to, że dość mało jest głównej historii, a bardzo dużo miejsca zajmują jakieś poboczne historie, które nic nie wnoszą. Szczególnie ta tytułowa historia hero killers. Chyba 4 zeszyty mordobicia, bez większego sensu. Niektóre przerywniki są mniej irytujące – np. następny występ Kravena. Ale też muszę przyznać, że sama główna seria też zaczyna mnie trochę nużyć. Przełom lat 80 i 90 uwielbiam – proste historie, dużo humoru, ale też wątki prywatne, które ciągnęły się przez dłuższy czas wydawały mi się po prostu ciekawsze – najpierw droga do ślubu, porwanie MJ, jej problemy zawodowe. No było to bardziej zjadliwe niż wskrzeszenie rodziców, klony itp. Zresztą JMS również nie uniknął pokusy grzebania w przeszłości i wyciągania trupów z szafy.

Figurki z Tilos – w sumie to nawet nie wiem, czy sobie odświeżałem, czy czytałem pierwszy raz. Niektóre kadry wydają się znajome, sama historia jakby też, ale pewności nie mam. Kiedyś komiks na pewno był bardzo efektowny – greckie wyspy, latanie samolotami, kuzynka z Kanady, pistolety, pościgi. Kolorowy świat, jak w amerykańskich filmach. Teraz, nie ma co ukrywać, prowadzenie akcji, dialogi wydają się archaiczne. Bohaterka myśli o samolocie, w następnym kadrze już ląduje, dostaje samochód, jest gdzieś indziej. Teraz pewnie można by rozciągnąć historię na 2 albumy, a dialogi uzupełnić o coś więcej niż pojedyncze słowa czy zdania. Ale to wszystko ma też swój urok. Taki ślad czasów, gdy komiks powstawał. Czekam na kolejne komiksy Ongrysa w tym stylu.

Dziewczyna z Panamy – historia nieskomplikowana o dziewczęciu, które wplątuje się w różne relacje z paryskim półświatkiem. Lektura bardzo przyjemna, chociaż ma się wrażenie, że jest jedynie pretekstem do rysowania cycków co parę stron. Swoją drogą rysunki, jak zwykle, pierwsza klasa.

Arab przyszłości (tom 1) – pierwsze skojarzenie to oczywiście Persepolis. Zbliżona tematyka, rysunek uproszczony, bez kolorów. Jednak tym razem nie było ochów i achów. Nawet troszeczkę się zmuszałem, żeby doczytać do końca. Następne części zostaną na „może kiedyś”. Komiks napisany i narysowany z pomysłem, z perspektywy małego dziecka, z ciekawymi obserwacjami wobec rodziny i ogólnie krajów. No ale trochę mam wrażenie rozwleczona ta historia, mało jakiś istotnych zdarzeń, dość monotonnie się wszystko rozwija. Do tego irytujący ojciec. I jednak kultura dla mnie zupełnie obca, niezrozumiała, a ja nie jestem chyba tak ciekawy świata, jak mi się kiedyś wydawało.

Skorpion (tom 1) – historia w stylu Czterech Muszkieterów. Są pojedynki, jest humor, zawadiacki bohater odkrywający spisek złych dostojników. Jest też nawiązanie do upadku Cesarstwa Rzymskiego, co by jeszcze podkręcić zainteresowanie czytelnika. Komiks stricte rozrywkowy, często zawieszający realizm w postaci praw fizyki czy po prostu zdrowego rozsądku, ale za to dochodzi zamierzony lub nie efekt komediowy. Rysunkowo jest bardzo fajnie, kolorowo, dynamicznie. Może twarze trochę nie wiem jak to ująć - „płaskie”, mało realistycznie oddane, ale zobaczymy, co będzie dalej. Tę serię pociągnę, bo lubię takie przygodówki z „wielką historią” w tle.

Pustynne skorpiony – historia rozgrywa się w ciągu kilku miesięcy na przełomie 1940/41. Tłem jest wojna, w szczególności na terenach północno-wschodniej Afryki. Jest prawdziwy tygiel – są Anglicy, Włosi, Niemcy, Francuzi razy dwa, Hindusi się pojawiają i jeszcze rdzenni mieszkańcy tamtych regionów, którzy współpracują z jedną lub drugą stroną. Trudno się trochę w tym połapać. Sami bohaterowie też często nie wiedzą kto jest kim, a nawet jak już wiadomo, to nie ma 100% pewności, że ktoś nie jest dezerterem, albo nie ma swojej własnej agendy. Do tego część przewijających się osób dalszego planu jest wyraźnie „zmęczona” wojną i słońcem i nie zachowuje się w sposób przewidywalny. Na tak zarysowanym tle śledzimy przygody żołnierza z gęby kogoś przypominającego. Stara się wykonywać swoje rozkazy, chociaż zdarza mu się mieć różne pokusy, a czasem też odchodzić od zmysłów. Przemierza pustynię w różnym towarzystwie, przy użyciu różnych, często zdobycznych pojazdów. Stara się unikać rytualnego zaszlachtowania przez lokalne plemiona i ostrzału latających dość gęsto samolotów. Byłbym nawet usatysfakcjonowany, gdyby od czwartej części nie zmienił się drastycznie styl kreski. Nie jestem zanadto wrażliwy na rysunki (jasne, część mi się podoba bardziej, część mniej, ale jak fabuła mnie wciągnie, to rysunki nie mają większego znaczenia), ale tutaj nie mogłem tego przełknąć. Bym napisał, że stało się to nagle, ale poszczególne części powstawały w odstępie iluś lat od siebie (sam komiks chyba wystartował pod koniec lat 60-tych, a ostatnia część wydana została w latach 90-tych). Liczba szczegółów w kadrach została sprowadzona do minimum (to i tak nie rozpieszczało wcześniej, np. tło często zostawało białe, ale ok – taki styl) a dymki zaczęły być wypełnieniem rysunków. Co chwila wielki dymek, a w nim parę słów. Efekt taki, że ostatnie 100 stron czyta się ekspresowo. Naprawdę miałem wrażenie, że było to robione na odczepnego. To obniża znacząco ocenę całego komiksu. Jednak zawiodłem się na tym tytule. Egmont nie rozpieszcza mnie swoją ofertą, nazwisko przyciągnęło jak magnes, wielki tom frankofońskiego dobra i taki klops.

Przysięga (tom 1) – zazwyczaj unikam fantasy jak ognia. Właściwie chyba tylko Władca pierścieni jakoś bardziej mi zapadł w pamięć, no ale to było 20 lat temu, gdy widziałem film. Później też wciągnąłem książkę (jedyny plus z telepania się pociągiem do roboty). Tutaj trochę mnie zaintrygował opis, plus brałem inne pozycje z LiT, to i to dorzuciłem. Ot tak, żeby było coś nowego. Fabuła jest zarazem bardzo prosta i strasznie skomplikowana. Prosta, bo wszystko od razu zmierza do wielkiej bijatyki. Złożona bo pojawia się bardzo duża liczba postaci, imion, nazw geograficznych. Do tego niektóre imiona dziwnie do siebie podobne i nienaturalnie brzmiące. W komiksie są zebrane 3 albumy, z których 2 dzieją się „obecnie” – w sensie dla bohaterów komiksu, jeden to nazwijmy to retrospekcja. Między albumy wplecione są dodatki, chociaż niektóre można było dodać przed albumem, w szczególności opis grup społecznych funkcjonujących w drugim albumie (dałoby to lepsze rozeznanie w czasie lektury). Co do historii to mamy konkurujące ze sobą królestwa, rody królewskie niby spokrewnione, ale mające swoje własne ambicje i (czasem podupadłe) sojusze z różnymi, trochę już mitycznymi stworami, np. smokami. Seriali z założenia nie oglądam, więc nie wiem, czy na tym kończą się podobieństwa z Grą o tron. Rysunki są atrakcyjne, nowoczesne. Czasami trochę trudno się dopatrzeć w bitwie kto kogo czym dźgnął, ale to taki urok bitwy. Komiks trudno oceniać osobno, bez kontynuacji. Właściwie trudno powiedzieć, co się dalej wydarzy, czy będziemy się młócić, aż młody zostanie sam i zjednoczy wszystkie królestwa? Jest też intrygujący wątek zasygnalizowany w dodatkach. To wg mnie ma potencjał na bardzo ciekawe rozwinięcie, ale też można to równie dobrze spłycić, rozwodnić i w końcu sromotnie pogrzebać. Czas pokaże.

Wielki martwy (tomy 1-4) – ja się wziąłem za to dopiero teraz, jak się pokazał ostatni tom. Zazwyczaj tak nie robię – czytam pierwszy tom i sprawdzam, czy pyknie. Kiedyś to odpuściłem, ale jak miał być komplet, a kilka pochlebnych opinii słyszałem, to się skusiłem. No i tak średnio bym powiedział, tak średnio. Ciekawie się zaczynało, przygoda, intryga, humor. Pierwszy tom łyknąłem na jednym oddechu. Akcja była wciągająca, pojawiały się tajemnice do rozwikłania. Kolejne tomy to już jednak mniej ciekawie. Bohaterowie zaczynają się plątać w tę, z powrotem, pomysły dot. upadku społeczeństwa trochę oklepane. Epatowanie trupami, grozą, okrucieństwem jednych wobec drugich – to już było. Niezbyt jasny dla mnie ten główny wątek, że niby 2 światy ze sobą powiązane, ale jeden zagraża drugiemu, to go trochę cofniemy w rozwoju, ale z drugiej strony, żeby zachować u nas równowagę, toby się przydał ktoś z tamtej strony, a w międzyczasie, to się pobijemy ze sobą, bo to w sumie leży w naturze wszystkich cywilizacji. No ale historia jakoś brnie do finału. Czwarty tom zaczął dawać nadzieję, że będzie coś ciekawego.
Spoiler: PokażUkryj
Ale niestety. Lipa z pseudomorałem. 4 tomy i koniec bum na ostatnich 5 stronach. Bez emocji, bez pomysłu.
Bardziej mi się rysunkowo podobało – wiejskie krajobrazy, ale też zniszczone miasta, z pięknymi, nasyconymi kolorami. No ale nie jest aż tak pięknie, żeby cały komiks zachwycał.

Historia bez bohatera. 20 lat później – komiks obejmuje 2 historie: jedną wydaną już kiedyś przez Egmont i drugą będącą kontynuacją, chociaż nie bezpośrednią, bo właśnie rozgrywającą się po 20 latach. Obydwie części łączą twórcy, bohaterowie, wypadek samolotowy z pierwszej części. Różni natomiast gatunek: pierwsza część to bardziej przygoda, chociaż bardzo brutalna, krwawa i dramatyczna, natomiast druga część to bardziej komiks akcji, szpiegowski. Obydwie części czyta się z przyjemnością, jest to po prostu solidnie zrobiony komiks. Czasami trzeba przymknąć oko na pewne rozwiązania fabularne, zbiegi okoliczności, ale w komiksie rozrywkowym to nie przeszkadza. Ciekawym zabiegiem są nawiązania w starszej części w stosunku do wcześniejszej – są dopisane szczegóły, które pewnie nie były w planach przy tworzeniu pierwszej części. Można to nazwać dopisywaniem filozofii, ale zgrabnie to zadziało jako początek intrygi. Komiks bardzo ładnie wydany, w rozmiarze A4+. Rysunki w klasycznym, frankofońskim stylu – realistyczne, z dynamiką, wiele detali, tła, budynki, wiele postaci w tle (w drugiej części, bo w pierwszej to rzecz się rozgrywa w dżungli). Ja lubię taki styl.

4.   Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Niewidzialni (tomy 1-2) – wziąłem z biblioteki i cieszę się, że nie kupowałem. Jakoś jeszcze ubzdurałem sobie, że będą 3 tomy, a tu 4. Następnych już raczej nie dam rady. Niby wszystko w komiksie jest: jakaś intryga, dużo niewiadomych, niepewności, są bohaterowie, mają jakieś historie za sobą, są fajne zabawy fabularne (retrospekcje, główny bohater, który gdzieś się zaplątuje i znika na jakiś czas, wstawianie bohatera podobnego do autora). Ale no właśnie za dużo tego wszystkiego jak dla mnie. Historia co parę stron się urywa i przeskakuje w inne miejsce. Później znowu idziemy z innym bohaterem, na następnej stronie jakaś retrospekcja. To wszystko jest misternie przygotowane, jak coś nam się wyda niejasne, to zaraz się wyjaśni. Oczywiście w taki sposób, że to będzie rodzić kolejne pytania itd. Niby fajnie to brzmi, ale trochę męczące się staje na setkach stron. Trzeba czytać naprawdę uważnie, a do tego raczej większymi częściami naraz. Akurat moja lektura była bardzo rwana i to też pewnie negatywnie na odbiór wpłynęło, ale też tak czytałem, bo jakoś mnie te ciągłe rwanie akcji zniechęcało. No cóż, przy tym autorze nie zawsze wszystko gładko wchodzi. Doom Patrol uwielbiam, Animal Man ok, JLA nie zmęczyłem. Niewidzialnych też nie zmęczę.

Andy – czytam sporo biografii i niestety często czuję rozczarowanie lub niedosyt. Osoby, o których czytam (twórcy, sportowcy) często prywatnie nie mają nic ciekawego do opowiedzenia. Można by rzec, że wyrażają się w swojej dziedzinie, a później są zwykłymi zjadaczami chleba. W sumie to nie wiem, dlaczego zawsze spodziewam się czegoś innego. Po tym komiksie mam podobne odczucia. Oczywiście, nie wiem, jakim człowiekiem był Andy Warhol – dla mnie to głównie nazwisko, którego twórczości nie znam, a pewnie i tak bym zbyt wiele z niej nie zrozumiał. Nie wiem, czy komiks jest wierny historii (tak by się wydawało, po notkach biograficznych osób przewijających się w drugim, trzecim czy nawet epizodycznym planie i po tym co doczytałem w Wikipedii) i czy taki też był zamiar autora. Po lekturze nadal niewiele wiem o tym artyście. Trochę informacji o dzieciństwie, młodości. Ale później kolejne dekady różniły się od siebie różnego rodzaju celebrytami, które przewijały się w tle, w krótkich scenkach. Po kilkuset stronach miałem wrażenie, że cały pomysł na ten komiks, to kolejne, luźno lub wcale powiązane ze sobą scenki, które tworzą pewien kolaż. I każdy coś powinien z niego wybrać dla siebie ciekawego. Mnie się nie udało. Spodziewałem się trochę czegoś innego. Być może jednak sztukę (i artystów) trzeba bardziej poczuć (sercem) niż zrozumieć (szkiełkiem i okiem). Na niewątpliwe uznanie zasługuje sama część wizualna komiksu – bardzo charakterystyczna, cartoonowa (z braku lepszego słowa w chwili pisania) kreska, która czasami jakby zmienia nieco swój styl. Miała, jak podejrzewam, imitować twórczość głównego bohatera. Niezależnie też od tego, czy komiks jest wierny rzeczywistości, czy raczej pewną interpretacją autora, należy docenić ogrom pracy – kilkadziesiąt lat czyjegoś życia to kawał materiałów do zdobycia, przeczytania i wybrania tych, które zostaną zilustrowane. Coś jak śledztwo A. Moore’a przy Kubie rozpruwaczu.

Odrodzenie (tom 1)
Spoiler: PokażUkryj
ufoludki postanowiły uratować Ziemię i jej mieszkańców przed kolejnymi plagami i zbliżającą się zagładą cywilizacji. Robią to z dobroci serca, chociaż majaczy też wątek zapłaty w postaci jakiś zasobów naturalnych. Zielone ludziki (naprawdę mają kolor zielony) więc przylatują, dysponują fantastyczną technologią, w parę dni opracowują szczepionkę na trawiącą ludzkość chorobę, rozprawiają się ze zbuntowaną sztuczną inteligencją, niszczą mury na granicach i wlewają w ludzkie serca nadzieję na lepsze jutro.
Ojej.

Dziadek Leon – zupełnie do mnie nie przemówił ten komiks. Historia sama w sobie taka średnio zajmująca (tak średnio bym powiedział), a jeśli traktując ją bardziej jako komentarz do sytuacji społeczno-ekonomicznej (konsumpcjonizm, prawa pracownicze itd.) to również mało to wszystko odkrywcze i ciekawe. Rysunki są iście paskudne (moja prywatna ocena ignoranta). Nie oceniam kunsztu rysownika, bo żeby tak to wszystko narysować, to trzeba umieć. I to zabieg celowy oczywiście. Tylko mi nie podszedł. Bohaterowie są iście odrażający i irytujący. No nie pykło. Trudno. Idzie na olx.

No i tyle. Chwilowo mam przerwę w komiksach. Wszystkie one-shoty i pełne serie mam przeczytane. Serii nieskończonych (Departament prawdy, Pewnego razu we Francji, Bruno Brazil) na razie nie tykam. No chyba, że jednak z nudów po nie sięgnę. Na liście zakupowej trochę pustawo. Dokończę 2 książki P. Ciołkiewicza i trzeba będzie ruszyć do biblioteki.
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #549 dnia: Śr, 29 Marzec 2023, 19:51:45 »
...Lektura bardzo przyjemna, chociaż ma się wrażenie, że jest jedynie pretekstem do rysowania cycków co parę stron.



Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #550 dnia: Pt, 31 Marzec 2023, 23:15:51 »
Marzec

Marvel Origins: Hulk 1 - zbiór wart uwagi już choćby z tego względu, ze zawiera kompletną pierwszą serie z udziałem ,,Sałaty Marvela". Dodajmy, że prędko zamkniętą, jako że przedsięwzięcie okazało się wówczas rynkową porażką. Dopiero wyczyny tej postaci na łamach magazynu ,,Tales to Astonisch" umożliwiły zaistnienie odpowiednio licznej grupy fanów by ,,projekt" trwale „zakotwiczył” się w popkulturze. W tym albumie znać za to determinacje autorów by mimo nieporównywalnie bardziej chłodnego odbioru tytułu niż ledwie pół roku wcześniej ,,Fantastycznej Czwórki" tak zreorientować tę inicjatywę by mimo wszystko utrzymała się ono na rynku. Stąd na kartach ledwie sześciu epizodów ów projekt nadspodziewanie dynamicznie ewoluuje. Urokliwą naiwność zebranych fabuł wypada potraktować w kategorii wartości dodanej.

Archiwum ekspansji - swoista antyteza skądinąd znanego konceptu Gene’a Roddenberry’ego. Zgrabnie rozpisane (a do tego klimatycznie i pieczołowicie rozrysowane) nowelki składające się na ponurą wizję pozaziemskiego ekspandowania ludzkości. Szczęśliwie ze stosowna konkluzją.
 
Stan przyszłości: Liga Sprawiedliwości
– jeszcze jeden rzut oka na mniemaną przyszłość herosów DC. Rzecz nie zachwyca, choć zarazem także nie odstręcza. Jak dla mnie tego typu quasi-futurystyczne realizacje i tak najlepiej podczytywać mniej więcej trzydzieści lat od ich pierwodruku. Z takiego dystansu znacząco zwiększa się ich walor humorystyczny, a przy okazji jest sposobność, by przyjrzeć się w swoim czasie mocno lansowanym, a zarazem zapomnianym już trendom.
 
The Fury of Firestorm nr 9
- Nowy Jork to zdecydowanie bardzo niebezpieczne miejsce. Po wielokroć tak się sprawy miały w niezliczonej ilości superbohaterskich realizacji i tak też się mają w tym przypadku. Bowiem znany m.in. z poprzedniego epizodu Typhoon nie próżnuje, a jego frustracja na tle konsekwencji doznanego przezeń niegdyś wypadku sięga zenitu. Boleśnie odbija się to właśnie na mieszkańcach wspomnianej metropolii. Oczywiście w obliczu jeszcze jednego kataklizmu nie może pozostać obojętny zarówno prof. Stein jak i Ronnie. Ten drugi jednak bez szczególnego zapału, jako że boryka się równolegle z problemami typowymi dla swojej grupy wiekowej. Co prawda finał opowieści nie w pełni przekonuje, ale ogólnie rzecz trzyma solidny poziom wypracowany w poprzednich odsłonach tej serii.
 
Flash Gordon nr 3 - wierzganie się tytułowego bohatera przeciw despocji Minga stopniowo poszerza swój zasięg terytorialny. Stąd Flash trafia m.in. do podmorskiego królestwa, co tylko intensyfikuje wysiłki jego adwersarza na rzecz pojmania krnąbrnego Ziemianina. Krótko pisząc: sprawa się komplikuje, a Dan Jurgens w swojej interpretacji tej klasycznej opowieści radzi sobie niezmiennie bardzo dobrze.

Smerf finansista
- jeszcze jedno zgrabne ujęcie tzw. poważnej problematyki w baśniowej formule. Do tego prosto w sedno.

Bohaterowie i Złoczyńcy. Liga Sprawiedliwości: Końce i początki
– obszerny, a przy tym bardzo sensownie pomyślany zbiór. Zgodnie bowiem z jego tytułem „spina” przełomowy moment w dziejach tej formacji. Finalizuje zatem dzieje składu, który nie zdołał niestety zaskarbić sobie przychylności czytelników prezentując równocześnie początek jednego z najbardziej cenionych staży tytułowej drużyny. A przy okazji mamy do czynienia z dopełnieniem wchodzących w skład tej kolekcji „Legend” z perspektywy właśnie Ligi Sprawiedliwości. Rzecz jasna upływ czasu od momentu pierwodruku tych opowieści zrobił swoje. Niemniej odrobina wyrozumiałości w tym kontekście z dużym prawdopodobieństwem przyczyni się do ich ogólnie pozytywnego odbioru.
 
Durango t. 18 – już przy okazji pierwszego tomu tej serii znać było, że jest to realizacja „utkana” ze sprawdzonych, westernowych schematów. Cóż zatem mogłoby się wydać bardziej nużące niż nagromadzenie dobrze już znanych cytatów z klasyków gatunku… A jednak także tym razem lektura kolejnej przygody tytułowego bohatera w wymiarze rozrywkowym sprawdza się w całej swojej rozciągłości.

The Fury of Firestorm nr 10
– wśród wczesnych przeciwników tytułowego bohatera (tj. debiutujących w pierwszej poświęconej mu serii) także tym razem nie mogło zabraknąć nieprzewidywalnego quasi-likantropa znanego jako Hijena. Stąd obecność tej istoty w tym epizodzie i jak to wcześniej już bywało Firestorm tęgo musi się tęgo wysilić by zneutralizować zagrożenie z jej strony. Dzieje się zatem niemało, aczkolwiek zasadniczy zwrot akcji szanowny pan scenarzysta zachował z myślą o finalnej scenie. Ponadto cieszy powrót jak zawsze skrupulatnego Pata Brodericka.
 
Flash Gordon nr 4 – to było nieuniknione! Ludzie-Jastrzębie, jeden z najbardziej lubianych przez fanów Flasha Gordona „składników” tego długowiecznego konceptu w końcu stał się częścią także niniejszego przedsięwzięcia. Mimo tego tok fabuły znamionuje chwilowe spowolnienie akcji oraz więcej scen „rozmawianych”. I dobrze, bo dzięki temu pewne interakcje pomiędzy poszczególnymi postaciami (w tym zwłaszcza między tytułowym bohaterem, a rezolutną Dale Arden) uległy pogłębieniu.
 
Reckless t.2 –  szczerze pisząc zbiór otwierający tę serię nadmiernie mnie nie zachwycił; ale też z tego powodu, że odpowiadał zań jeden z najlepszych komiksowych duetów współczesności o nieprzypadkowo cenionym dorobku. Tom drugi, eksploatujący bardzo interesujący z mojej perspektywy motyw okultystyczny, to już pełnia formy obu panów (a przy okazji także wprawnego kolorysty). Oby tak dalej.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. Nieskończony Kryzys: Poświęcenie – zawartość tego tomu częściowo była mi już znana, ale i tak mimo tego chętnie przypomniałem sobie zmagania Diany m.in. z Supermanem. Do tego na tle kulminacji afery w ramach Projektu OMAC oraz nieuchronnie nadciągającego Nieskończonego Kryzysu. Emocjonująca i fachowo zilustrowana realizacja. 
 
The Fury of Firestorm nr 11 - nie zaniedbując spraw osobistych Ronnie'go w tym epizodzie więcej ,,czasu” antenowego poświęcono także prof. Steinowi. Do tego w dwóch sferach - tj. osobistej i zawodowej - równolegle. Toteż dalszemu pogłębieniu ulegają profile psychologiczne obu ,,składników” tytułowego herosa. Przy czym (co znać już po ilustracji zdobiącej okładkę tej odsłony serii) nie obyło się również bez zażartej konfrontacji.
 
Marvel Origins t.5: Fantastyczna Czwórka 2
- kawał historii komiksu, rozczulająca narracja i wprost kupa śmiechu. Dotyczy to zwłaszcza Namora, który odnajduje się tu w roli o którą nigdy bym go nie podejrzewał! Stad dla mnie to taki cichy bohater tego tomu. Oczywiście swoje ,,dokłada” także Doktor Doom, którego wypowiedzi wręcz rozbrajają. Krótko pisząc: brawo panowie Lee i Kirby!

Flash Gordon nr 5
- rozgrywka pomiędzy Mingiem, a Vultanem (tj. przywódcą Ludzi-Jastrzębi), odwrócenia przymierzy, przewartościowania dotychczasowych przekonań, a nade wszystko determinacja Dale i Flasha by powrócić na ojczysty glob z powodzeniem i potencjałem do zainteresowania ewentualnego czytelnika wypełniły ów epizod. Jest emocjonująco i wizualnie przekonująco.
 
Cartland. Wydanie zbiorcze 3
– zbiór domykający tę urokliwą i pieczołowicie zilustrowaną serię, z głównym protagonistą jako swoistą antytezą młodego Blueberry’ego (nic przy tym nie uchybiając zarówno jednemu jak i drugiemu). Z daleka od rozgrywających się wówczas przełomowych wydarzeń, a miast tego w otoczeniu dzikiej przyrody i wygasającej kultury nomadów z Wielkich Równin. Nie tylko dla wielbicieli westernu, ale też fanów komiksu europejskiego wykonanego według klasycznych metod i schematów realizacyjnych.

Batman: Ziemia Jeden t.3
– nie jest to co prawda realizacja równie udana co dwa pierwsze jej tomy; niemniej na tlę współczesnych produkcji w tytułowym bohaterem i tak jawi się zdecydowanie wyróżniająco. Motyw z Harveyem Dentem wręcz ekstra-mocny; rozczarowuje natomiast udział w tej fabule jednej z najważniejszych niewiast w życiu Bruce’a Wayne’a. Gary Frank w formie, choć nie w aż takiej jak przy okazji wspomnianej „jedynki” i „dwójki”.

The Fury of Firestorm nr 12
- był taki czas gdy Kapitan Ameryka borykał się z przepoczwarzeniem w wilkołaka. Obecnie ten moment w dziejach wspomnianej postaci raczej nie jest wspominany, a jeśli już to nie bez poczucia zażenowania. Tak się sprawy ułożyły, że w zawartej w tym (jak również poprzednim) epizodzie tej serii podobna ,,przygoda" przytrafiła się także Firestormowi. Fabularnie wyszło to jednak nader gładko. Do tego stary adwersarz tytułowego bohatera okazał się w sposób szczególny problematyczny. W wymiarze rozrywkowym jest zatem satysfakcjonująco.

Flash Gordon nr 6 - wysiłków na rzecz reaktywowania popularności tytułowego bohatera ciąg dalszy. Wszak skoro udało się z uruchomieniem pełnowymiarowych miesięczników z udziałem Shadow i Doca Savage’a to czemu miałoby się nie udać z jeszcze popularniejszym Flashem Gordonem? Z listów od czytelników znać jednak, że modernizacje pierwowzoru zaproponowane przez Dana Jurgensa nie wszystkim odbiorcom przypadły do gustu. Opowieść przezeń wykreowana mknie jednak dalej, dzięki czemu jest okazja by wraz z bohaterami tej serii odwiedzić kolejne lokacje Mongo oraz przyjrzeć się dalszym intrygom władcy tej planety w osobie Minga.
 
Wincenty Witos: Premier rządu 1920
- kolejna wspólna realizacja zgranego duetu Macieja Jasińskiego i Jacka Michalskiego nie zawodzi, a nawet zdaje się jeszcze sprawniej zrealizowana niż część wcześniejszych. Nieco ,,wygładzony" wizerunek tytułowego bohatera oraz wyraźnie na siłę ,,wciśnięta” postać kobieca nie zaburzają ogólnie dobrej jakości tej produkcji. Ponadto kolor dobrze tu ,,zagrał” i znacząco warstwę plastyczną tej produkcji ożywił. Krótko pisząc rzecz ciekawsza niż się to może przed jej rozpoznaniem wydawać.
 
Stan przyszłości: Batman - niby album obszerny (blisko 400 stron), współtworzący go plastycy radzą sobie na ogół ponadprzeciętnie i dzieje się bardzo wiele. A jednak w wymiarze fabularnym niewiele z tego wynika... Stąd niestety zbiór ten to kolejne (po „Lidze Sprawiedliwości”) rozczarowanie i zmarnowany potencjał „futurologiczny”, którego twórcy takich przedsięwzięć (tj. pod względem zasadniczego motywu) ,,Batman Beyond" i ,,Przyjdź Królestwo" nie zmarnowali.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #551 dnia: Pn, 03 Kwiecień 2023, 14:31:15 »
Małe podsumowanie marca.
Przeczytałem łącznie 14 komiksów.

Komiks miesiąca:  Toppi. Kolekcja. Tom 4: Kolekcjoner

Zdecydowanie najlepszy komiks jaki przeczytałem w tym miesiącu, jak i roku. Myślę, że na koniec 2023 spokojnie wskoczy do top 10. To jak dotąd najlepszy zbiór prac Toppiego jaki czytałem. Pozwolę sobie kleić mój opis z wątku o autorze:

"Tym razem skupiamy się na losach jednego bohatera - tytułowego Kolekcjonera. To majętny poszukiwacz unikatowych przedmiotów, który odwiedza różne zakątki świata w poszukiwaniu upragnionych artefaktów. Jest wszędzie i nie ma go nigdzie, jest niczym duch. Do tego dżentelmen i awanturnik w jednym. W zderzeniu z wachlarzem różnorodnych oponentów przeżywa barwne przygody, które pochłania się jednym tchem. Warstwy wizualnej przedstawiać nie trzeba - Toppi to jeden z najwybitniejszych rysowników naszych czasów co udowadnia tym albumem. Byłaby dyszka, ale ostatni rozdział jest troszkę gorszy pod względem fabuły jak i kreski. Tak więc mocne 9/10."

Wyróżnić chciałbym też:
Wielki Martwy. Księga Czwarta - godne zakończenie serii, acz spodziewałem się jakiegoś mocnego uderzenia na koniec, ale niestety go nie dostałem. - 7/10 (bardzo dobry)

Powrót po latach: w marcu sięgnąłem tylko raz po komiks, który już czytałem. Był to "Western" duetu Van Hamme-Rosiński. Co tu dużo gadać - pozycja broni się doskonale. Fajna historia, pięknie wymalowany - utrzymuję wysoką ocenę 8/10.


Lipa miesiąca:  Lotka: Kroniki z piekieł
Wizualnie bardzo fajnie, ale ogólnie fakt, że Sandoval dostał scenarzystę wiele jego twórczości nie pomogło. Historia bardzo przeciętna, momentami wręcz ledwo trzymająca się kupy. Bohaterowie, którym nie kibicujemy, marne dialogi, ogólnie słabizna. Oczywiście ilustracje są jak to u Sandovala - bardzo dobre i to one ratują to "dzieło". Za ilustracje 4/10 (może być). Pozbyłbym się od razu z kolekcji, ale mam z wrysem (dlatego się zdecydowałem na zakup) i jakoś tak szkoda.

Pochód zimowy 1918-1920. Epopeja 5. Dywizji Syberyjskiej - wyjątkowo słabiutki komiks od IPN'u. Z racji zamiłowania historycznego dopycham często koszyk ich wydaniami (często poniżej 10 zł) i czasem można tam trafić solidne pozycje (Akcja pod arsenałem, Akcja "Góral"), ale też i ciężko przyswajalne kasztany. "Epopeja" zdecydowanie z gatunku tych drugich - z mojej strony 3/10 (słaby).

Online misiokles

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #552 dnia: Pn, 03 Kwiecień 2023, 16:46:23 »
Z ostatnich rzeczy IPN-u warto wziąć Wincentego Witosa. To wciąż komiks z gadającymi głowami, ale Maciej Jasiński umie pisać fabuły, które nie wyglądają jak prezentacje historii w Power Poincie. I nową serię od Huberta Ronka. Dla dzieciaków, ale dorosłe byki też nie nie powinny nudzić.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #553 dnia: So, 15 Kwiecień 2023, 11:17:47 »
  Podsumowanie marca, jakoś tak ostatnio dużo superbohaterszczyzny czytałem, to w tym miesiącu postanowiłem nieco odpocząć, aczkolwiek nie bardzo mi się to udało, chociaż tyle że sięgnąłem po taką raczej z poza głównego nurtu. No i przeczytałem wystarczająco komiksów, aby powrócić do pierwotnej formy podsumowania. UWAGA jak zwykle mogą pojawić się pewne SPOILERY!!!


1. Najlepszy:

  "Flex Mentallo - Człowiek Mięśniowej Tajemnicy" - Grant Morrison, Frank Quitely. Zakupione raczej z myślą o późniejszej odsprzedaży, rozbawiła mnie sama idea tej pobocznej postaci w Doom Patrolu, śmieszył mnie też występ Flexa w serialu, zresztą jak tu nie polubić osiłka z facjatą makaroniarza i fryzurą "na Elvisa" biegającego w gaciach w panterkę i zmieniającego rzeczywistość za pomocą napinania mięśni? Tak czy owak liczyłem na jakąś luźną komediową konwencję z obowiązkowym bałaganem w scenariuszu, bo dosyć sporo takich komiksów Morrison napisał, więc coś w stylu duchowej kontynuacji Doom Patrolu.  Nad fabułą sensu nie ma się co rozwodzić, bo nie ona stanowi tu clou programu, z miasta zniknęli superbohaterowie a jakieś postacie w prochowcach podrzucają bomby z kreskówek Looney Toones, które nie są bombami. Trop wiedzie do dawno zaginionego herosa o pseudonimie Fakt, którego tropem ruszą Flex, wzorowany na Bullocku porucznik Harry oraz jeden z superzłoczyńców Hoaxer a ich zadaniem będzie jakżeby inaczej ocalenie wszechświata a raczej wszystkich wszechświatów. Zdaję sobie sprawę, że styl rysowania Franka Quitely ma zarówno swoich wyznawców jaki i przeciwników, nie będę też ukrywał że należę do tych pierwszych, ale to zaprezentowano w tej mini-serii to prawdziwa bomba, na dodatek taka z lontem i napisem bomba. Polecam nawet anty-fanom bo to zdaje się Quitely w najwyższej formie, nieco przystępniejszy, unikający raczej deformacji i karykatury, pełen drobiazgowości i nieco bardziej stonowany, chociaż też nie można powiedzieć żeby całkowicie odpuścił sobie dosyć groteskowo wyglądające postacie (kwestia scenariusza). Całości dopełnieją znakomite kolory Petera Doherty'ego, w skrócie pod względem wizualiów jest fantastycznie. Kolejny komiks Granta Morrisona więc można by na szybko rzucić kilka sloganów w stylu intertekstualizm, dekonstrukcja (raczej dekonstrukcja-dekonstrukcji), metazawartość i innych takich, które oczywiście będą miały z rzeczywistością dużo wspólnego z drugiej czy powiedzą tak naprawdę cokolwiek? Może więc tak, Flex Mentallo to z pewnością nie jest komiks dla czytelnika, który Morrisona po prostu nie lubi. Nie znajdzie się tutaj tak naprawdę jakiejkolwiek sensownej fabuły, wydarzenia następują po sobie dosyć chaotycznie, akcja toczy się na kilku planach w tym w głowie samego czytającego a o ile w niektórych seriach autor prosił rysowników by sugerowali zmiany wszechświatów zmianą stylu rysowania, tak tutaj Quitely absolutnie nie ułatwia sprawy. Sam komiks jest tak naprawdę polemiką a raczej protestem wobec zmian które dotknęły superbohaterszczyznę w na przełomie lat 80 i 90 zeszłego wieku. Protestem przeciwko nadmiernemu urealnianiu i brutalizowaniu gatunku. Flex Mentallo wyjęty z kompletnie innej epoki komiksu dobroduszny osiłek, dla każdego miły, do każdego wyciągający pomocną dłoń nie lubiący chyba nawet specjalnie używać pięści (w sumie ani razu ich używać nie będzie) oprowadzi nas po rozpadającej się rzeczywistości, od mrocznych zaułków podłego miasta do którego kompletnie nie pasuje, aż po księżycową "bazę" naczelnego Czarnego Charakteru co będzie jednocześnie podróżą poprzez różne aspekty nowoczesnego (wtedy) komiksu superbohaterskiego. Jednocześnie Flex nie jest centralną postacią tego albumu a jest nią Sage rockowy muzyk, będący zapewne do pewnego stopnia przynajmniej alter-ego autora, który (muzyk nie autor) właśnie popełnił samobójstwo poprzez wzięcie naraz LSD, olbrzymiej ilości leków i alkoholu i umierając "spowiada" się przez telefon dzwoniąc do nieokreślonej osoby. Czasem jego komentarz będzie współgrał z wydarzeniami spotykającymi tytułowego herosa, czasami nie, ale zawsze będzie mieścił się w temacie. Pod płaszczykiem tej kontestacji znajdziemy tutaj drugą warstwę a będzie nią list miłosny do gatunku połączony z pewnego rodzaju esejem na temat komiksu superbohaterskiego. Nie twierdzę, że Morrison odkrył tutaj przede mną jakieś nieznane lądy i zachwycił niezwykle oryginalnymi przemyśleniami, wręcz przeciwnie tematy są dosyć często spotykane w jego twórczości i powiedział to o czym sam wiedziałem, ale częściowo przynajmniej dawno temu już zapomniałem. Moralne kompasy, swego rodzaju eskapizm, pragnienie sprawiedliwości, potrzeba czucia pewnego rodzaju porządku, seksualne fantazje, kreatywność, rozrywka a czasami coś więcej, ale bywa że mniej i wiele, wiele więcej. Czasami wbije szpilę, ale nawet jeżeli to wyśmieje z czułością. To wielki dar, potrafić tak mocno cofnąć się w czasie aby przypomnieć swoje odczucia sprzed lat. W tym momencie zdałem sobie sprawę jak bardzo inteligentnym facetem jest Morrison. Po to m.in. właśnie mam ochotę obcować ze sztuką, chcę dotknąć czegoś co stworzyli ludzie od mnie inteligentniejsi i mądrzejsi co sprawi, że ja na tym skorzystam i nawet jeżeli wydam na to pieniądze to i tak wyjdę w pewien sposób bogatszy. To tak trochę nawiązanie do gorącej dyskusji, która miała miejsce całkiem niedawno w innym temacie i ludzi, którzy nie potrafią nadać swoim dziełom chociażby walorów rozrywkowych pozostawiając czytelnika na intelektualnej pustyni nie dostarczającej żadnych bodźców. Kończę smędzić, dla mnie zupełnie niespodziewanie jeden z najlepszych komiksów Szalonego Szkota który wciągnąłem właściwie naraz i to za trzydzieści parę złotych, ale tylko dla miłośników gatunku i to na dodatek całkiem dobrze obcykanych w konwencji, z najbardziej zajechanym morałem jaki się dało włożyć. Tylko superbohaterowie są w stanie ocalić świat, wierzy w to Morrison, wierzę i ja. Ocena 8+/10.


2. Zaskoczenie na plus:

  "Miotacz Śmierci" - Daniel Clowes. Jeden z tych artystów co to mam mieszane do nich uczucia, jedne tytuły weszły jak mrożona herbata w piątkowe letnie popołudnie, inne jak kieliszek ciepłej wódki z poniedziałkowy letni poranek. Co dosyć dziwne, wszystkie są raczej podobne do siebie więc ciężko mi stwierdzić czy to może po prostu kwestia jakieś biorytmu czy czegoś w ten deseń, na dobrą sprawę nie mam czasu czytać czegoś drugi raz i sprawdzać czy tym razem bardziej mi się spodoba czy nie. W każdym razie Clowes to autor, może nie w szeregu tych których kupię w pierwszej kolejności, ale tych których wcześniej czy później jeżeli będą dalej dostępni z pewnością sprawdzę. Do brzegu w każdym bądź razie, bohaterem jest Andy nastolatek mieszkający w Chicago sądząc po realiach gdzieś pod koniec lat 70-tych. Chłopak nie ma lekkiego i przyjemnego życia, matka zmarła przy porodzie (?), ojciec kilkanaście lat później, Andy trafił pod opiekę dziadków, gdzie babci też się zmarło a dziadek mimo, że kocha wnuka to niewiele jest w stanie mu pomóc bo coraz bardziej niedomaga umysłowo. A byłoby w czym pomagać, Andy to typowy frajer z amerykańskich filmów, tyle że tak przezroczysty i bezbarwny dla swoich rówieśników, że nawet szkolne osiłki nie chcą go gnębić. Bohater ma dziewczynę o imieniu Dusty z czasów kiedy mieszkał z ojcem w Kalifornii do której pisze listy i która oczywiście nigdy nie odpowiada oraz jedynego przyjaciela Louiego, również frajera ale z gatunku tych bardziej tolerowanych przez środowisko, wygadanych i z daleka zwracających na siebie uwagę, zwłaszcza szkolnych osiłków. Przychodzi czas w końcu na młodzieńczy bunt oraz często związanego z nim pierwszego papierosa. I tutaj zaskoczenie dotknie zarówno głównego bohatera jak i czytelnika, otóż ojciec Andy'ego (jakiś naukowiec o czym było wcześniej wspomniane), podał mu po narodzeniu serum super-siły, które miało się aktywować pod wpływem nikotyny, do tego dostaje w spadku po ojcu pistolet wyglądający jak rekwizyt z filmu s-f z lat 50-tych, który potrafi spopielać wszystko na co zostanie skierowany czyli tytułowy miotacz śmierci. A na jaki pomysł związany z posiadaniem zaawansowanej technologicznie superbroni oraz nadludzkich mocy może wpaść dwóch amerykańskich nastolatków? No na jedyny logiczny, rozpoczną kariery superbohatera i jego "sidekicka". Pod względem graficznym to dosyć typowy Clowes, płynnie potrafiący przejść od uproszczonego stylu do dosyć skomplikowanych "portretów". Uwagę zwracają tutaj nałożone kolory wyraźnie w założeniu mające budzić skojarzenia z retro-komiksem superbohaterskim, co w połączeniu z offsetowym papierem daje naprawdę fajny efekt. Historyjka (a raczej zbiór historyjek, bo zdaje się pierwotnie było drukowane to w odcinkach) z jednej strony trochę dyskutuje z gatunkiem superhero z drugiej tak naprawdę wykorzystuje jego dekoracje, aby opowiedzieć swoją własną historię zresztą dosyć typową dla autora o wyalienowanych i pozbawionych widoku na lepszą przyszłość młodych ludziach umieszczonych w pełnym znieczulicy, przerażającym świecie, który przemienia ich w jeszcze gorszych dorosłych. Trudno jest nie zauważyć, że główny bohater jest mocno wzorowany na Spider-Manie i jego "z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność", tyle że autor stawia w tym momencie pytanie w sumie nie nader oryginalne "A co się stanie, jeżeli bohater nie jest w stanie ponieść odpowiedzialności nawet za swoje normalne życie?" Odpowiedź będzie raczej nieprzyjemna. Zbija się też tutaj trochę z samego pomysłu na cudownych ludzi. Dwójka bohaterów rusza do walki ze złem, ale skoro zło nie jest przebrane w śmieszny kostium i nie posiada śmiesznego pseudo to w jaki sposób dwójka szkolnych popychadeł z domków na przedmieściach będzie w stanie je rozpoznać? Odpowiedź pomimo wyraźnie zawartego żartu (jest w tym komiksie nieco humoru chociaż tradycyjnie bardzo cynicznego i bardzo gorzkiego), będzie ponownie nieprzyjemna. Na koniec uwagę należałoby zwrócić na wydanie przygotowane przez KG, spodziewałem standardowego dla Clowesa standardowego rozmiaru i miękkiej okładki a tutaj mimo ledwie 40 z hakiem stron dostajemy naprawdę duży format pozwalający dokładnie obejrzeć fajne rysunki i okładkę twardą. Idzie się uśmiechnąć, idzie się podrapać po głowie przy lekturze i w sumie o to chodziło, ja bawiłem się naprawdę dobrze. Ocena -8/10.

  "Skarga Utraconych Ziem - Rycerze Łaski" - Jean Dufaux, Philippe Delaby, Jérémy Petiqueux. Kompletnie bez entuzjazmu podszedłem do tego komiksu, który znalazł się w mojej bibliotece wyłącznie z powodu tego, że Egmontowi "Mistrzowie Komiksu" są serią dla mnie obowiązkową w zakupie. A entuzjazmu brakło bo: raz fanem fantasy przestałem być już naprawdę dawno temu, dwa bo "Sioban", którą w sumie oceniłem w miarę przyzwoicie, ale raczej tylko ze względu na rysunki Rosińskiego i całkiem niezły klimat bo napewno nie z powodu chaotycznego, bezsensownego scenariusza w którym autor w dwóch 48 stronicowych albumach starał się napisać drugiego Władcę Pierścieni a w następnych dwóch podrabiał Thorgala. No, ale do brzegu jak stwierdził Jack Dawson, bohaterem drugiego cyklu Skargi jest młody Seamus, postać która w cyklu "Sioban" kreowana była na ważną, dostała sporo kadrów a tak naprawdę nic nie robiła, do niczego nie służyła i nie wiadomo kim była. Młody, znaczy się mamy do czynienia z prequelem a są tego plusy i minusy. Zacznę w sumie od tych drugich, komiks mocno stracił na wyspiarsko-celtyckim klimacie zamieniając krainę Eruin Dulea raczej w fantastyczne everywhere niż w konkretne miejsce z legend a to bardzo źle. Historia na dobrą sprawę z wyjątkiem bohatera ma właściwie żadne powiązanie fabularne (z wyjątkiem dwóch ostatnich stron na których autor streszcza co się działo pomiędzy "Sioban" a "Rycerzami...") co w sumie chyba jednak jest lekko minusem. Za to największą zaletą w stosunku do poprzednika jest to, że sama opowieść jest w o wiele mniejszej skali. Mamy tutaj do czynienia ze zdecydowanie bardziej kameralną historią Seamusa i jego mistrza Sill Valta poszukujących nawróconej na światło jednej z Morigan oraz ścigających (i na odwrót) opancerzonego, nieśmiertelnego czarnego rycerza o nieco kretyńsko brzmiącym mianie Gwinea Lord, co sprawia że całość jest o wiele sensowniejsza i bez irytujących przeskoków w miejscu i czasie co wpływało tragicznie na spójność Sioban. Autor zrezygnował też z prób wciśnięcia tutaj humoru co moim zdaniem wyszło na dobre. Pod względem wizualnym, album ten z pewnością nie miał łatwego zadania w starciu z dziełem Rosińskiego, ale trzeba przyznać że wyszedł z tego pojedynku może nie tyle zwycięski co raczej nie porąbany na śmierć i na własnych nogach. Wyrazista, realistyczna i bardzo szczegółowa kreska potrafi przyciągnąć wzrok, kolory raczej przygaszone co ma oddać ponury i deszczowy nastrój kolejnego Neverlandu. Seria nie została niestety dokończona przez Delaby'ego z powodu jego śmierci a schedę po nim przejął kolorysta pod imieniem/pseudonimem Jérémy. Stylowo jest naprawdę bliźniaczo podobny, za to kolory zmienił na jakby minimalnie żywsze. Z minusów wymieniłbym wszelkie dekoracje w stylu budowle, stroje, pancerze nie jestem jakiś specjalistą, ale miałem wrażenie że są młodsze/nowocześniejsze niż te pochodzące z okresu wczesnego średniowiecza do którego nawiązuje jakby nie patrzeć cała seria. Projekty demonów nawiasem mówiąc też nie zachwycają. Brakuje tutaj trochę autorskiego pazura, całość wygląda jak poprawny standardowy frankofoński komiks, ale akurat w tym wypadku nie sądzę aby to była jakaś wielka wada, bo to taka poprawność i standard naprawdę dobrej jakości. Dodatkowe szkice dla odmiany na początku albumu a nie na końcu, ale za to znajdziemy tam (w sensie na końcu) jakieś ilustracje nie wiem będące okładkami pojedynczych tomów (?) (ilustracji jest pięć, albumów cztery) a te są po prostu przepiękne. Naprawdę warto chyba kupić cały integral, dla tych kilku minut podziwiania tych cudeniek. Moimi faworytami blondyna i Sill Valt wyraźnie wzorowany na serialowym Nedzie Starku. No właśnie, apropos tego wzorowania.  Trudno nie zauważyć, że Rycerze Łaski są chrześcijańskimi Wiedźminami. I może to i półżartem stwierdzam, ale również półpoważnie, podobieństwa do łowców potworów znanych z prozy Andrzeja Sapkowskiego są tak wyraźne, że nie uwierzę, że Dufaux nie zna "Wiedźmina" zwłaszcza biorąc pod uwagę, że prace nad serią rozpoczynał z Grzegorzem Rosińskim. Zapożyczenia zresztą na tym się nie kończą, Gwinea Lord wraz ze swoim giermkiem przypominają toczka w toczkę Dartha Vadera chodzącego pod pachę z młodym Anakinem, zresztą nawet historia upadku młodego padawana...tfu kandydata na Rycerza Łaski, kojarzy się ze Star Warsami. Wiadomo nie jest to dzieło o jakiejś zegarmistrzowskiej precyzji Alana Moore, zdarzają się okazjonalnie głupoty czy niekonsekwencje, w stylu czarodziejka Sanctus odradza się w ciałach innych kobiet tyle że raz pamięta kim jest raz nie i właściwie na jakich zasadach to się odbywa też nie wiadomo. O co chodziło z tym bączkiem z ostrzami również nie mam pojęcia, jest pewnie tego więcej, ale jakoś mi się zapomniało. Mi się ogólnie podobało, dosyć klasyczne dark fantasy może i bez jakichś zachwycających zwrotów akcji (chociaż ostatni tom, trochę mnie zdziwił raczej "spokojnym" tempem) czy rozbudowanych charakterologicznie postaci, ale z reguły nie o to chodzi w tym gatunku a tutaj dostaniemy to co jest w nim "core'owe", czyli ponury klimat, historie zdrad i upadków, smutne zakończenia plus trochę seksu oraz krwi i flaków. Polubiłem postacie Sioban i Kyle'a z Klanach, ale przygody Seamusa i Sill Valta są po prostu lepszym komiksem. Ocena -7/10.


3. Najgorszy przeczytany:

  "Pułkownik Weird - Zagubiony w Kosmosie" - Jeff Lemire, Tyler Crook. Pierwszy przeczytany przeze mnie spin-off serii "Czarny Młot", dopowiadający co nieco o jakby nie patrzeć dosyć ważnej dla podstawowej historii postaci. Z tym dopowiadaniem to chyba jednak co nieco przesadziłem, bo co się wydaje dosyć trudne do osiągnięcia na łamach tych czterech zeszytów autorowi udało się właściwie nie powiedzieć absolutnie niczego nowego o szurniętym Pułkowniku. Fabuła, która jest tak naprawdę posklejanymi chaotycznie scenkami, rozpoczyna się dokładnie w momencie zakończenia oryginalnej serii i da czytelnikowi okazję poobserwować dzielnego kosmicznego podróżnika skaczącego po różnych etapach swojego życia i poszukującego czegoś bardzo ważnego o czym zapomniał a co może ocalić jego rozpadającą się osobowość. Na siłę, można by uznać że jakąś nową informacją będzie to iż Weird porusza się w pętli czasowej tyle że wskakując w nią w losowych momentach, ale to było raczej oczywiste przy lekturze podstawy więc ja tego nie kupuję. Za zaletę można by uznać całkiem przyjemne akwarele wykonane w lekko ramotkowym stylu z bohaterem stylizowanym na Tin Tina, chociaż nie jestem pewien czy akurat tutaj taki styl pasuje. Kompletnie niepotrzebny komiks i tak naprawdę z wyjątkiem tego, że daje głównemu bohaterowi szczęśliwe zakończenie o niczym. Marnotrawstwo papieru, strata pieniędzy, czasu nawet nie bardzo bo zajmie jakieś pół godziny. Ocena 3+/10.

  "Czarny Młot'45" - Jeff Lemire, Ray Fawkes, Matt Kindt. "No cóż raczej gorszej opinii niż o Pułkowniku Weirdzie mieć na temat kolejnego spin-offa Czarnego Młota mieć nie będę" pomyślałem, ale spokojnie, Lemire krzyknął wtedy "sprawdzam!!!". Cztery zeszyty, przedstawiające historię ostatniego bojowego zadania w czasie IIWŚ słynnego (?) Szwadronu Czarnego Młota, składającego się z dwóch murzynów i jednego Azjaty. Na początku obejrzymy dwóch dziadersów (nietrudno się doliczyć że jednego by zatem brakowało) udających się wraz z jakimś kolejnym smutnym starcem z przyklejonym do pleców skrzydłami amorka (?) na bliżej nieokreślone obchody. I tak skacząc pomiędzy smędzeniem trzech staruszków a wojennymi retrospekcjami poznamy historię ich ostatniej bitwy. Otóż trzej dzielni piloci dostaną za zadanie przechwycenia jakiegoś tam naukowca w czym przeszkadzać im będą drugo-wojenna wersja Czerwonego Barona - Widmowy Łowca tym razem na biało, oraz oddział radzieckich mechów dowodzony przez starszą sierżant (coś słabo, zwłaszcza jak na ruskich) Aleksandrę Nazarową, tym razem na czerwono. Rysunki są naprawdę paskudne ciężko mi to opisać słowami są takie toporne że wyglądają jak koncepcyjne szkice plansz umiejscawiane w dodatkach różnych komiksów. To, że Matt Kindt potrafi rysować i to na dodatek w naprawdę różnych stylach to ja wiem, udowadniał to już kilkukrotnie na naszym rynku i kompletnie nie rozumiem dlaczego wybrał taką a nie inną stylistykę. Chciał nawiązać do wyglądu pierwszych komiksów superbohaterskich? No one tak źle nie wyglądały, może to jakaś symulacja komiksu narysowanego przez młodego żołnierza w okopie pod ostrzałem? Na oddzielną kategorię zasługuje kolorystyka, którą strasznie wychwala w dodatkach sam rysownik. Odpowiada za nią Sharlene Kindt więc zbieżność nazwisk byłaby chyba bardzo mało prawdopodobna żeby uznać ją za kogo innego niż żonę lub ewentualnie córkę. To miło, że Matt jest bardzo rodzinny i wspiera jak może swoją kobietę, ale te kolory są jeszcze gorsze niż te rysunki na niektórych stronach przypominając raczej efekt jakiegoś womitu. Chciałbym teraz napisać swoje tradycyjne "największym problemem tego komiksu jest...", tyle że ten komiks składa się praktycznie z samych problemów więc ciężko mi właściwie wybrać od czego zacząć. Powiedzmy że zaczniemy od tego, że powiązanie tego komiksu z "Czarnym Młotem" jest właściwie żadne. Tzn. występuje niby Abraham Slam, ale w jego miejsce  mógłby trafić dosłownie każdy, zresztą to jego cameo jest strasznie dziwne. Ma zawieźć Szwadron Czarnego Młota gdzieś tam do najbliższego lotniska. Dlaczego czarno-młotowa wersja Kapitana Ameryki robi za szofera? Nie wiadomo. Co najlepsze po drodze natykają się na jakichś niemieckich maruderów co chcą się poddać i dochodzi do konfliktu bez konfliktu między sojusznikami. Slam stwierdza, że procedury są takie że on musi zostać bo nie da jeńcom zginąć a piloci dalej mogą jechać sami. Radia w Willysie oczywiście nie ma. Dlaczego właściwie ten szwadron nazywa się "Czarny Młot" czy superbohater zwący się Czarnym Młotem wziął od nich swoje pseudo? Czy to może był potomek któregoś? Czy zupełny przypadek? Nie dowiemy się. A wracając po raz kolejny do tego szwadronu, ja wiem że w przypadku komiksów skierowanych do miłośników gatunku superhero zwłaszcza obdarzonych tak pretekstową fabułą to może dla większości czytających nie ma żadnego znaczenia, ale w przypadku wojennego komiksu akcji a takim "Czarny Młot'45" jest wypadałoby się zapoznać chyba cokolwiek z tematem. Autorowi chodziło nie o żaden szwadron tylko o eskadrę, nie wiem czy to tłumacz się walnął albo chciał poprawić autora który nie wie, że eskadra nie składa się z trzech pilotów, nic właściwie nie składa się z trzech pilotów. Amerykańscy piloci nie latali angielskimi samolotami, niemiecki as myśliwski nie zestrzeliwał setek wrogów latając Stukasem itd. itd. ja rozumiem, że wszyscy trzej panowie zaplątani w projekt mogli nie mieć do czynienia z tematem wcześniej, ale mamy tutaj komiks o wojnie, który potyka się w każdym momencie którym pokazuje cokolwiek związanego z armią, no trochę szacunku dla czytelnika na litość boską. Lemire chciał chyba nawiązać do losów rzeczywistych "Red Tails" (samoloty szwadrono-eskadry są czerwone), tyle że ci rzeczywiści bywali źle traktowani, ale zaciskali zęby, nic nie mówili i robili swoje, tak ci tutaj chociaż nikt się nawet na nich krzywo nie spojrzy, wręcz przeciwnie wszyscy im klaszczą to ciągle narzekają na ciężkie życie murzyna w USArmy, ciężko więc powiedzieć co autor miał na myśli. Nie chce mi się już dłużej znęcać nad tym komiksem, ale o jednym muszę wspomnieć bo się szczerze uśmiałem na sam koniec, wszystkie te fragmenty w teraźniejszości sugerują, poprzez swoje niedomówienia i podteksty, że dowódcy Czarnego Młota Sidneyowi Hawthorne przydarzyło się coś bardzo ważnego, wziął w czymś udział, czegoś dokonał a jego losu możemy się domyślić no właściwie rzecz biorąc po jego nieobecności. No to teraz uwaga, wielką tajemnicą było to, że na końcu zginął :D Zero pojęcia po co to powstało i co to ma mieć wspólnego z Czarnym Młotem. Zapewne ma rozbudowywać uniwersum, tylko tak się teraz zastanawiam po kiego grzyba rozbudowywać świat bardzo kameralnego komiksu toczącego się w gronie kilku osób i opartego na skojarzeniach z Wielką Dwójką? Dałbym może i nawet podobnie do tego Weirda, bo może i historia miałka i oparta właściwie na pociąganiu za spust, ale przynajmniej jest o czymś, ale te rysunki po prostu nie uchodzą. Ocena 2+/10.


4.Zaskoczenie na minus

  "Kick-Ass:Nowa" - Mark Millar, John Romita JR. Jakoś tak nie byłem przekonany do tego tytułu, takie powroty po latach zazwyczaj rzadko się udają za to o wiele częściej wskazują, że artysta nie ma ostatnio najlepszej passy i chciałby spróbować ponownie czegoś co przyniosło mu niegdyś sławę. No, ale z drugiej strony skoro uważam się za fana serii (który do dzisiaj nie czytał tomu drugiego) i przy zachęcającej zwłaszcza w dzisiejszych czasach cenie z gildiowym rabatem (drobna kryptoreklama, może coś dorzucą w gratisie do zamówienia), pomyślałem "w sumie dlaczego nie"? Zapominamy od Davie Lizewskim i reszcie ferajny, mamy tutaj kompletnie nowe otwarcie w całkowicie nowym środowisku bardzo daleko od Nowego Jorku. Nowym Kick-Assem zostanie kobieta, czarnoskóra szeregowa armii amerykańskiej nazywająca się Patience Lee, która właśnie wróciła z misji w Afganistanie i zamierza wybrać się na studia. Oczywiście na zamiarach się skończy w momencie powrotu dowie się, że jej mąż niespełniony muzyk na dorobku (czytaj wieczny nierób) zwiał z kochanką zostawiając jej dziecko oraz kupę długów. Patience dosyć szybko się orientuje, że nigdy nie da rady dojść do ładu i składu z finansami pracując jako kelnerka a jako praworządna obywatelka odmawia swojemu szwagrowi posiadającego niejasne (chwilowo) konszachty z miejscową gangsterką, który oferuje jej pracę w wiadomym zawodzie. Na szczęście Patience nie jest aż tak praworządna, żeby nie stwierdzić że mogłaby dorobić rabując pieniądze właśnie pochodzące od gangów bo nie mielibyśmy o czym czytać. Aby zmylić ludzi chcących poznać jej tożsamość, przywdziewa kostium Kick-Assa sugerując że napastnikiem jest kolejny zwariowany heros, także o żadnej superbohaterszczyźnie nie ma tutaj mowy. Żeby jednak nie było, że mamy do czynienia na dobrą sprawę ze złodziejką żerującą na krwawej forsie, bohaterka po spotkaniu z pewnym małym chłopcem, postanowi za pomocą rabowanych pieniędzy poprawić nieco sytuację okolicy w której mieszka. Rysunki Romity Jr. poprawne aczkolwiek nie zachwycają, brakuje w nich nieco tego pazura, który charakteryzował oryginał, postawiono na nieco więcej ołówka (?), trochę bardziej nieostre kontury, bardziej smętną paletę kolorów. Romita w sumie dostosował swój autorski styl pozbawiając go fajerwerków do zmiany specyfiki serii, a seria stała się bardziej, nie da się określić tego słowem realistyczna bo mówimy o pani przyjmującej na twarz kilkadziesiąt strzałów z piąchy, które urwałyby głowę zawodowemu bokserowi i dalej stoi, ale czemuś na styl Punishera. Komiks ten, tak naprawdę niewiele ma wspólnego z "Kick-Assem", brak tu jakiejkolwiek polemiki z komiksem superbohaterskim, brak humoru, brak tych groteskowych bohaterów, w zamian za to dostajemy przeciętny komiks sensacyjny, w którym tak naprawdę na tych 160 czy iluś tam stronach niewiele się dzieje. Ja w każdym razie odpadam, cykl zapowiedziano na cztery mini-serie, co najbardziej interesujące Millar i Romita Jr. zdaje się mają przekazać go innym twórcom, więc chyba nikt z tym tytułem nie wiąże już jakichś poważnych nadziei. Jedyny interesujący pomysł, bandyci do odkrycia tożsamości nękającej ich Patience wynajmują profilera i analityka, wiadomo że to przedstawiono w nader uproszczony sposób, ale jak najbardziej ma to sens. Tragedii nie ma, jest po prostu średnio, tyle komiksów na naszym rynku, że chyba jednak szkoda czas tracić na przeciętniaki. Ocena 5/10.


5. Suplement (tu są takie co są częścią serii, którą opisywałem już wcześniej i się raczej od poprzedników poziomem nie różnią, albo takie które nie wiem gdzie umieścić, albo jeszcze raz takie o których nie bardzo wiem co mam napisać, albo jeszcze jeszcze raz mi się nie chce):

 "Luc Orient tom 3" - Greg, Eddy Paape. Kolejne zbiorcze wydanie perypetii jamesobondowego bohatera w sztafażu przygodowego sf/fantasy. Tym razem niezawodny Luc (ten gość to w momentach gdy nie wykazuje się odwagą lub współczuciem to buc straszny) zmierzy się z tajemniczym terrorystą posługującym się nieznaną bronią, odkryje w austriackich górach tak durną, że aż fajną tajemnicę zaginionej cywilizacji, poucieka przed dziwacznymi mutantami na czymś w stylu Wyspy dr. Moreau czy spotka kolejną obcą cywilizację z kosmosu oraz podróżników w czasie. Rysunki dalej wyglądają świetnie, kto wie czy nawet nie jest lepiej niż poprzednio a w jedną z historii to zdaje się swego czasu Bogusław Polch czytał. Podobał mi się ten tom, niestety o ile tom drugi był fajny w całości tak tutaj jednak czuć wahania poziomu. Pierwszy album nie jest w moim guście specjalnie udany (chociaż nie znaczy to, że był zły), a trzeci razem ze swoim dosyć niejasnym zakończeniem wcale mi się nie podobał. Za to drugi i czwarty nawracają to z nawiązką są świetne. Są pewne niekonsekwencje w stylu Luc Orient który co chwilę trafia w jakieś rejony w których w/g miejscowych legend giną ludzie i przeżywający tam jakieś niesamowite przygody trafia w rejon w którym w/g miejscowych legend giną ludzie i twierdzi, że to jakieś bajania ciemnych wieśniaków. Smuci znaczne ograniczenie roli panny Lorny, liczyłem w końcu na jakiś wątek romansowy, ale niestety Luc kocha chyba tylko sam siebie a urocza asystentka dostaje mniejsze niż zwykle role. No i podczas gdy większość albumów w serii była autonomiczna to tutaj na sam koniec zostaniemy zawieszeni z niedokończoną historią na dodatek bardzo ciekawą. Na plus kreacja dwóch nowych sympatycznych i dzielnych pomagierów głównego bohatera czyli  markiz z czasów Ludwika któregoś tam i żołnierz Napoleona gminnego pochodzenia. Kurczę szkoda tego "Luca Orienta", w zamierzeniu pewnie miał zastąpić "Valeriana", ale to nie ten poziom, nie te czasy powstania, nie ta świadomość obecności w umysłach potencjalnych czytelników. W Polsce jest rynek na takie ramoty, bo od czasu do czasu pojawia się taki komiks, ale to chyba raczej materiał dla jakiegoś mniejszego wydawnictwa i niższego nakładu dla niewielkiej grupy fanatyków a nie koń pociągowy, który miał ponieść duże wydawnictwo jakim był wtedy Taurus, wala się wszędzie tego pełno od pierwszego tomu po księgarniach a kontynuacji ani widu, ani słychu. Szkoda też samego Taurusa, tak przeglądam ten album, patrzę na to co mam z ich komiksów na półkach i to są naprawdę fajne wydania, nie ma problemu z literówkami, słabymi tłumaczeniami czy odpadającymi okładkami. Kolory są żywe, dodatki fajne i to w postaci ciekawych tekstów a cena była zawsze przyzwoita. Może się jednak w końcu odbiją? Ocena 7/10.

  "Mistrzowie Komiksu - Szoki Przyszłości" - autorzy różni. Zbiór szorciaków z zakresu szeroko pojętego sci-fi wydawane przez 2000AD w ichnim magazynie a wydanych w formie zbiorczej przez Studio Lain. Całość w mocno satyrycznej konwencji, chociaż znajdą się i nieco poważniejsze nowelki. Najczęstsze tematy to zagrożenia związane z rozwojem technologii oraz ludzką skłonnością do samodestrukcji, czasem zwykła wizja przyszłości dla samej wizji, albo skecz tylko po to, aby rozśmieszyć. Najkrócej byłoby opisać ten tytuł jako połączenie serialu Black Mirror i Monty Pythona. Wśród scenarzystów,  śmietanka brytyjskiej sceny, która wkrótce miała zatrząść całym komiksowym światem Milligan, Morrison, Grant, Gaiman i Millar. Wśród rysowników sporo nazwisk mniej (dla mnie) znanych, ale i tutaj znajdą się gwiazdy jak Bolland, O'Neill czy Dillon którzy wypadają świetnie. Zresztą i ci mniej znani radzą sobie naprawdę dobrze, album pod tym względem zdecydowanie powyżej średniej. Pod względem scenariuszy też jest zresztą w porządku, jest to odpowiednik wydanych wcześniej "Szoków Przyszłości" Alana Moore i kto wie czy nawet nie odrobinę lepszy. Coś dla fanów klasycznego s-f złotej ery spod znaku Clifforda Simaka, Roberta Heinleina czy Harry Harrisona oraz punkowych zinów. Ocena 7/10.

  "Anibal 5" - Alejandro Jodorovsky, Georges Bess. Bezpretensjonalna s-f głupawka od chilijskiego szarlatana. Anibal 5 ultra-zaawansowany bojowy android równie sprawny w walce co w łóżkowych podbojach, robiący dla Organizacji Obrony Europejskiej za ostatnią deskę ratunku nie tylko dla Europy, ale dla całej planety a nawet dalej. Roboty będzie miał co niemiara a to pragnący żyć wiecznie tyran, a to spisek złowrogich kosmitów, a to nawiedzona turbo-feministka obdarowana mocą magii. Anibal to android pracujący i żadnej pracy się nie boi, oczywiście o ile nie przeszkadza mu ona akurat w seksualnych ekscesach. Napewno mogą się podobać rysunki Bessa, widać po stopniu komplikacji, że autor trochę nad nimi przysiedział a jednocześnie pozwolił sobie na sporo zabawy, jest dynamicznie, bywa kiczowato. Facet fajne kobitki rysuje częstokroć nagie, aczkolwiek z racji w większości wypadków gargantuicznych rozmiarów piersi, trudno tu mówić o jakiejś erotyce. Sci-fi James Bond na wesoło, jak to u Jodorovsky'ego nie zabraknie dzisiaj już nieco kontrowersyjnych (no powiedzmy to wszystko raczej w formie żartów) pomysłów Fraulein Enanita szefowa bądź jego zastępczyni ciężko określić o wyglądzie półnagiej 12-latki i jej przełożony bądź podwładny stary piernik podłączony do komputera, który jest jednocześnie jej kochankiem, zmiany płci i tego dypu duperele. Problemem tego komiksu jest to, że jak na twórczość humorystyczną, nie jest to jakoś szczególnie zabawne. Humor w większości wypadków jest taki z podgatunku nazywanego przez niektórych "niemiecki", oglądając sceny w stylu miotacz ognia w penisie uruchamiany przy wytrysku sam się zastanawiałem czy to mnie rozbawiło czy jednak nie. Potraktowałbym chyba Anibala jako luźne s-f akcji z dosyć pretekstowymi fabułami i dodatkiem przerysowanej golizny. Jak ktoś ma ochotę na coś takiego można spróbować, ale napewno żadne "musisz mieć" nawet dla fanów Jodorovsky'ego, ja się nie znudziłem, ale również nie określiłbym tej pozycji jako chociażby dobrą. Ocena -6/10.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #554 dnia: Pn, 01 Maj 2023, 23:21:35 »
Kwiecień

The Fury of Firestorm nr 13 – ciąg dalszy jak na dotychczasowe standardy tej serii nadspodziewanie rozbudowanej afery z udziałem Hijeny, tym razem rozgrywa się przede wszystkim w afrykańskich plenerach. Konkluzja tej opowieści zdaje się nieco zbyt uproszczona, ale to i tak niezmiennie wprawnie prowadzone skrzyżowanie tzw. akcyjniaka z teen dramą.

Injustice. Bogowie pośród nas: Rok trzeci – odbiorców wcześniejszych odsłon tej inicjatywy nie trzeba przesadnie i mozolnie przekonywać, że priorytetem w niej są nade wszystko kolejne sekwencje konfrontacyjne. Trzeba jednak przyznać, że szanowny pan scenarzysta (w tej roli m.in. Tom Taylor) postarał się aby rozwój wypadków pomiędzy tymi scenami przebiegał względnie sensownie, a liczna obsada nie tylko nie przytłaczała, ale wręcz stanowiła jeden z zasadniczych walorów tego przedsięwzięcia. Zapewne z tych powodów rzecz chłonie się błyskawicznie i z zainteresowaniem.

Flash Gordon nr 7 - mimo ze Flash i Dale porzucili już nadzieję powrotu na Ziemię to jednak jakby na przekór temu nie zaprzestają dalszych na tym polu inicjatyw. Nieprzypadkowo, bo planeta Mongo na każdym niemal kroku okazuje się jedną wielką pułapką. Aspekt przygodowy tej opowieści zostaje zatem stosownie ujęty, na czym zyskuje rozrywkowy wymiar tej inicjatywy.
 
Marvel Origins t. 6: Iron Man 1 – po lekturze tego tomu trudno byłoby się domyśleć, że pewnego dnia jego bohater będzie uznawany za jednego z najefektowniej „odzianych” herosów Domu Pomysłów. Przekonują natomiast po staroświecku naiwne fabuły jak i niekiedy nadspodziewanie ekspresywna kreska Dona Hecka, na swój sposób jakby prekursorska wobec przyszłych prac Billa Sienkiewicza. A pomyśleć, że rysownik wczesnych przygód Iron Mana uznawany był przez co poniektórych za „najgorszego rysownika świata”. Co tu kryć, nie znali się. 
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. Aquaman: Kroniki Atlantydy – nie bardzo wierzyłem, że doczekamy się polskiej edycji tej wyjątkowej opowieści. Szczęśliwie mamy jeszcze kolekcje. Jako że od lat jestem zagorzałym fanem „Kronik…”, toteż nie ma innej opcji, jak tylko ta, że wspólne dokonanie Petera Davida i Estebana Maroto z automatu ląduje na wysokiej pozycji mojej listy tegorocznych hitów. Dzieło z gatunku wiekopomnych i nie ma w tym grama przesady.
 
Wielkie Pojedynki: X-Men kontra Magneto – jeden z najbardziej udanych tomów tej kolekcji. Umiejętnie dobrana przekrojówka z której nawet niezorientowany czytelnik ma szansę wniknąć w sedno skompilowanej relacji pomiędzy wychowankami Charlesa Xaviera, a ich pierwszym i z dużym prawdopodobieństwem najgroźniejszym antagonistą. Ponadto wśród plastyków współpracujących przy zebranych tu opowieściach aktywni byli m.in. Jack Kirby, Dave Cockrum, Jim Lee i Alan Davis co umożliwia prześledzenie plastycznej ewolucji w kontekście superbohaterskiej konwencji na przestrzeni blisko czterech dekad funkcjonowania Marvela.   

The Fury of Firestorm nr 14 – debiut zupełnie nowego adwersarza oraz powrót dobrze już znanego. Ponadto kłopoty zawodowe profesora Steina. A wszystko to pod znakiem sprawnie rozrysowanych, dynamicznych scen konfrontacyjnych.
 
Ascender t. 4 – konkluzja kontynuacji „Descendera” na szczęście okazała się znacznie bardziej żywiołowo prowadzoną narracją niż poprzednie odsłony tego przedsięwzięcia. Do tego stopnia, że wynikła po lekturze wspomnianych tomów wątpliwość co do zasadności tej inicjatywy uległa zniwelowaniu. Niemniej w ogólnym rozrachunku trudno uznać serię „Ascender” za szczególnie wartą uwagi.
 
Star Trek: Debt of Honor – Klingoni, Romulanie, piękne niewiasty (niekoniecznie tylko o ziemskiej proweniencji) oraz James Tiberius Kirk zaangażowany w kolejną, mocno pokomplikowaną intrygę. Do tego scenariusz w wykonaniu skądinąd znanego Chrisa Claremonta. Bardzo udana realizacja, a przy tym bez cienia szans na polską edycję (jak na współczesne standardy zbyt dużo do czytania). Tym chętniej po nią sięgnąłem i na tym jeśli chodzi o nieco starsze komiksy z uniwersum „Gwiezdnej Włóczęgi” zapewne nie poprzestanę.
 
Moon Knight: Czerń, biel i krew – kolejna inicjatywa w ramach tej linii wydawniczej wykazuje zarówno blaski jak i cienie poprzednich zbiorów. Toteż nie brak tutaj nowelek zilustrowanych przez utalentowanych i wprawnych w swoim fachu plastyków; gorzej natomiast z faktycznie sensownymi i zapadającymi w pamięć fabułami. Stąd całość ratuje urok osobisty tytułowego bohatera.
 
Kapitan Żbik: Jaskinia zbójców – Charlton Heston przerobiony na nieco posuniętego w latach Bruce’a Lee (bo takowe właśnie oblicze ujęto m.in. na okładce tego epizodu) „sugerował”, że przed ewentualnymi czytelnikami mnóstwo emocji. Przynajmniej w moim przypadku faktycznie tak się sprawy miały i tym samym zmagania bez reszty oddanego swojej służbie oficera Milicji Obywatelskiej z „importowanym” duńskim łobuzem zaliczam do jednej z najlepszych odsłon tej w swojej klasie uroczej serii.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. Flash i Green Lantern: Odważni i Bezwzględni
– umiejętne granie na nostalgii to jeden z zasadniczych walorów twórczości Marka Waida. Tak też sprawy mają się również przy okazji tej produkcji. W momencie jej pierwodruku tym bardziej, że obaj tytułowi bohaterowie (a przy okazji także również się tu udzielający Ollie „Green Arrow” Queen) uchodzili za martwych. A nie da się ukryć, że pomimo uzasadnionej popularności zarówno Kyle’a Raynera i Wally’ego Westa, bardzo ich wówczas brakowało. Drobna doza uroczej naiwności nawiązująca do scenariuszy Johna Broome’a to kolejny plus tego przedsięwzięcia.
 
The Fury of Firestorm nr 15 - kolejna naparzanina z odpowiednikiem marvelowskiego Madroxa oraz kłopoty profesora Steina w kontekście jego dawnego małżeństwa okazują się na tyle fabularnie dosycone, że z powodzeniem wypełniają niniejszy epizod tej równo prowadzonej serii. 

Flash Gordon nr 8 - Ming przejmuje inicjatywę, co przy potencjale, którym dysponuje dawno już powinno było nastąpić. Przy okazji ujawnione zostają kolejne szczegóły z jego liczonej w setkach lat egzystencji. Korzystnie prezentują się także szczegółowe i charakterystyczne rysunki w wykonaniu Dana Jurgensa.
 
Flash t.1 – trzecia już odsłona na naszym rynku serii poświęconej dysponentom Mocy Prędkości mocno cieszy. Wszak oferta polskich edycji z „stajni” DC Comics została dotkliwie ograniczona. Nie dość na tym nowe otwarcie tego przedsięwzięcia – tak pod względem rozpiętości jak i walorów rozrywkowych – okazuje się lekturą satysfakcjonującą, a przy tym dobrze rokującą na okoliczność dalszego rozwoju wspomnianych protagonistów. 
 
Injustice. Bogowie pośród nas: Rok czwarty – była już ciężka artyleria amerykańskiej bezpieki (m.in. Kapitan Atom), była też i magia. Nie pomogło. Toteż tym razem dowodzony przez Batmana ruch oporu zmuszony był zwrócić się ku sferze mitologiczno-boskiej. Wyszło mocno schematycznie, acz do początku taki był zamysł tej inicjatywy. Ogólnie jest dobrze, ale widmo poczucia znużenia pretekstualnością tej inicjatywy nadciąga wręcz nieubłaganie.
 
Marvel Origins t. 7: Fantastic Four 3 – ileż tu się dzieje! Swoje debiuty „zaliczają” m.in. Pan Niemożliwy, Czerwony Duch i Szalony Myśliciel, a przypominają o sobie m.in. Namor i Władca Marionetek. Znać, że panowie Lee i Kirby pomysłów nie szczędzili i stąd świat kreowany jest na tyle rozbudowany, że „Pierwsza Rodzina Marvela” bez problemu obyłaby się bez uniwersum Marvela.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. Ptaki Nocy: Polowanie – szczucie cycem? Gratka dla tzw. spermiarzy? Nic to jednak, jako że za sprawą lekkości pióra Chucka Dixona (a przy okazji także fachowości współpracujących z nim przy tym projekcie plastyków) wykreowano zbiór opowieści, które do dziś nic nie straciły ze swojej dynamiki i wartkości. Co więcej z „użyciem” bohaterek pozornie bez potencjału do zainteresowania szerszej publiki.

The Fury of Firestorm nr 16 - maniera wyjawiania pointy epizodu już na jego okładce to raczej nienajlepszy przepis na sukces. Zwłaszcza gdy dramatyczna sytuacja dotyczy osoby z która czytelnicy nie mieli nawet okazji się zżyć. Ogólnie jednak dalszy ciąg zmagań z Multiplexem w wymiarze rozrywkowym wypada stosownie przekonująco.
 
Flash Gordon nr 9 – finał przedsięwzięcia, które nie doczekało się oczekiwanego przez jego twórców odbioru nie rozczarowuje, ale też i nie porywa. Ogólnie Dan Jurgens jako reinterpretator w swojej klasie długowiecznej opowieści wykazał się ambicją jej uwspółcześnienia na własnych warunkach. Nie wszystkim jednak się to spodobało, a nawet ci, którzy wykazali względny entuzjazm, okazali się na tyle nieliczni, że o dalszym rozwoju tego przedsięwzięcia nie mogło być już mowy. Osobiście żałuję.
 
Marvel Origins t. 8: Thor 2 – już tylko wena autorów tej serii w zakresie użytkowania przez jej protagonistę Mjlonira nie raz i nie trzy rozłożyła mnie na łopatki. Nie dość na tym niektóre metody perswazji Syna Odyna wobec jego adwersarzy (konfrontacja z Merlinem, odzianym oczywiście w spiczasty czepiec z gwiazdeczkami) na swój sposób wręcz urzekają. Nie mogło rzecz jasna zabraknąć sercowych rozterek implantowanych z dobrze znanych Jackowi Kirby’emu (tj. jednemu z rysowników tej serii) komiksowych romansów. Ponadto Joe Sinnot raz jeszcze udowadnia, że jako rysownik radził sobie niezgorzej niż w roli nakładacza tuszu, a ponadto debiutują tu „Opowieści z Asgardu”, jak dla mnie jeden z najbardziej udanych „składników” epopei marvelowskiego Thora.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy. Ptaki Nocy: Wielkie umysły myślą podobnie – tym razem na „pokładzie” tej serii zabrakło znanego z poprzedniego tomu poświęconego tytułowym bohaterkom Chucka Dixona. Nie da się ukryć, że z miejsca jest to odczuwalne, tak charakterystyczna dla tego autora lekkość fabularna byłby mile widziana także w  przypadku tego zbioru. W swojej klasie efektownie prezentuje się warstwa plastyczna w wykonaniu Eda Benesa, choć zdaje się, że zwolennicy obecnej mądrości etapu wśród tzw. środowisk postępowych są mocno jego manierą obruszeni. Oczywiście nie ma się tym co przejmować, a miast tego lepiej chłonąć tę nieprzesadnie wyszukaną rozrywkę jako świadectwo trendów obecnych w komiksie superbohaterskim w początkach obecnego wieku. 

The Fury of Firestorm nr 17 – kolejny debiut, z perspektywy tytułowego bohatera wręcz zasadniczy. Bowiem Firehawk (bo o niej właśnie mowa) odegra w tej serii bardzo istotną rolę. Do tego stopnia, że bez jej w niej udziału trudno będzie wyobrazić sobie to przedsięwzięcie. Przy okazji genezy tej postaci daje o sobie znać przynależność scenarzysty tej serii – tj. Gerry’ego Conwaya – do nieco innej już epoki twórczej niż moment zaistnienia niniejszej produkcji. 
 
The Shadow War of Hawkman nr 1 – w momencie gdy niniejsza inicjatywa twórcza zyskała przysłowiowe „zielone światło” (zapewne w toku roku 1984) reinterpretacje klasycznych osobowości uniwersum DC w wykonaniu m.in. Franka Millera, Johna Byrne’a czy Neala Poznera nie były jeszcze znane. Stąd miast faktycznego restartu w duchu nowoczesnych jak na lata 80. ubiegłego wieku prawideł fabularnych Tony Isabella (scenarzysta tej mini-serii) zdecydował się nie tyle na przybliżenie losów Hawkmana według autorskich konceptów, co podążył sprawdzonymi przez jego poprzedników (w tym zwłaszcza pomysłodawcę tej postaci w osobie Gardnera Foxa) schematami. Nie omieszkał jednak wkomponować dodatkowego wątku, który okaże się zapewne wiodącym dla tego przedsięwzięcia. Ogólnie zapowiada się ciekawie, choć przede wszystkim dla czytelników preferujących fabuły rozpisywane, określmy to umownie, po dawnemu.