Podsumowanie miesiąca październik, będącego miesiącem próby dokończenia po dosyć długiej przerwie jednej z kolekcji komiksowych od Hachette.
"SM 98 - Agent Coulson" - Mark Waid i inni. Próba przekucia sukcesu trzecioplanowej filmowej i pierwszoplanowej w serialu postaci na twardą walutą płynącą po sprzedaży drukowanych zeszytów czyli vol.3 serii SHIELD tym razem w postaci przygód agentów znanych z w/w serialu Agenci Tarczy. Każdy z sześciu zeszytów umieszczonych w tomie to team-up ze znanymi superbohaterami ze świata Marvela i wydaje się osobną historyjką, ale na koniec splatają się one w jedną fabularną całość. Scenariusz Marka Waida to coś czego spodziewalibyśmy się po "nowożytnym" Marvelu, trochę akcji, trochę gadki, sporo dowcipów (najczęściej czerstwych). Każdym zeszytem opiekuje się inny rysownik, nazwiska dosyć znane, całość raczej spójna pod względem koncepcyjnym (z wyjątkiem Humberto Ramosa, wszyscy rysują raczej podobnym stylem) i w sumie nie ma na co narzekać w przypadku ich pracy może z wyjątkiem tego że to takie bezpieczne, raczej nudnawe obrazki, skoro nikt nie będzie specjalnie narzekał na to co widzi, to i raczej napewno nikogo to nie zachwyci. Co dosyć interesujące podobieństwo bohaterów do samych siebie jest w zdecydowanej większości przypadków mocno dyskusyjne. Jakby nie patrzeć w sumie przyjemna seria, którą fajnie się czyta siorbiąc herbatę zagryzaną ciasteczkami, ale z gatunku tych przy których dwa dni po zamknięciu ostatniej strony zapominamy o czym one były. Całość raczej dla fanów serialu i samego Coulsona jako gościa, który zawsze ma plan (a nawet jak nie ma żadnego planu to i tak jest to część planu), ewentualnie dla kogoś zainteresowanego tym fragmentem uniwersum. Jak ktoś szuka przypadkowej lektury to znajdzie na naszym rynku sporo lepszych rzeczy. Ocena -6/10.
"SM 99 - Quicksilver" - John Ostrander i inni. Jedna historia zwąca się "Oblężenie Wundagore" w tomie będąca cross-overem dwóch pozycji "Heroes for Hire" oraz "Quicksilver", czyli patrząc się na tytuły zapewne próba rozpaczliwego podniesienia sprzedaży serii, których nikt nie kupował poprzez połączenie ich w jeden. Nie wiem czym to się ostatecznie skończyło, ale o ile dobrze pamiętam z matematyki dwa razy zero to jest dalej zero. Nic to, pomyślałem dosyć pozytywnie nastawiło mnie nazwisko autora, którego kilka komiksów miałem przyjemność przeczytać i naprawdę solidne to najgorsze co mogłem o nich powiedzieć, niestety nie tym razem. "Oblężenie" to komiks, który jak w soczewce skupia w sobie praktycznie wszystko co było złe w superbohaterszczyźnie lat 90-tych. Event zaczyna się w momencie, gdy Pietro cierpiący na weltschmerz i będący akurat na gigancie chowając się przed żoną i dziećmi pomaga tym dziwacznym zwierzoludziom poddanym High Evolutionary w doprowadzaniu ich pana wariującego z powodu braku jakiegoś tam magicznego izotopu do pionu czyli normalności. Zawsze uważałem, że pomysł na HE, tę jego drugą Ziemię i jej mieszkańców koło Plutona jest tak bardzo wyjęty z dupy, że musi być to efekt jakiejś narkotycznej imprezy w biurze Marvela a widok tej krowy w płaszczu rzymskiego centuriona uzmysłowił mi jak bardzo to jest durne. No w każdym razie, po otrzymaniu sygnału SOS ,aby pomóc sympatycznym (?) zwierzakom i nie łazić po cytadeli Wundagore sam, Quicksilver bierze swoich kolegów i koleżanki z Bohaterów do Wynajęcia, aby nie było za łatwo to na miejscu spotkają aż dwóch oponentów - Wilka (wyglądającego jak nietoperz) czyli złego zwierzoluda oraz grupę osieroconych Acolytes pod przywództwem Exodusa (u nas go chyba nigdy nie było, za czasów dzieciaka pamiętam go z niemieckich i amerykańskich komiksów do których miałem wtedy dostęp to taki omni mutant wyglądający jak końcowy boss z jakiejś japońskiej gierki video dowodzący przez jakiś czas Bractwem Złych Mutantów aktualnie chyba nieżyjący - i całe szczęście). Warto też zaznaczyć tutaj obecność jednego z moich ulubionych drugoplanowych czarnych charakterów, obecnie kompletnie zakurzonego Fabiana Corteza. Pod względem rysunków album wygląda całkiem porządnie, za Quicksilvera odpowiada Derec Aucoin, którego proste, schematyczne rysunki nie mogą raczej wzbudzić u nikogo entuzjazmu, ale też są na tyle sprawnie wykonane iż nie będziemy się strasznie krzywić. Zdecydowanie lepiej prezentują się prace Pascuala Ferry, zarówno ciekawsze artystycznie jak i technicznie chyba bardziej sprawnie wykonane wyglądające jak wypadkowa stylów Romity Jr i Sala Buscemy. Nie będę tego przedłużał bo "czyż nie dobija się koni?", to zdecydowanie jeden z najsłabszych momentów tej kolekcji - głupi, nudny i o niczym. 80% fabuły zajmują bijatyki każdego z każdym z okazjonalnymi zamieszaniami w aktualnych przymierzach mającymi pewnie w założeniu uatrakcyjniać akcję a powodujących, że czytałem naraz ledwie po kilka stron obawiając się zwichnięcia żuchwy przy ziewaniu. Ktoś chce zobaczyć szczura w pancerzu ze skrzydłami? Nie? No to może niedźwiedzia dokonującego husarskiej szarży na latającym motocyklu? Też nie? No to może mutanta bliźniaka syjamskiego z dwoma tułowiami i czterema rękami wyglądającego jakby dwóch facetów uprawiło seks? Fakt, to wygląda idiotycznie. No to wiem, z pewnością znajdzie się ktoś kto będzie chciał zobaczyć Iron Fista zamieniającego się w małpę (kilkukrotnie). A jeżeli jednak nikt z jakichś dziwnych powodów by nie chciał tego oglądać, to może zachęci go fakt, iż komiks absolutnie nie wnosi nic ponad sztampowe "no dobra, teraz się ogarnę bo już wiem kim jestem" do postaci szybkobiegacza z Ziemi 616. Powiedzmy, że tytuł może być ważny ze względu na powrót Magneto po śmierci (zdaje się na Asteroidzie M). Ocenę naciągam ze względu na stosunkowo przyzwoite rysunki i obecność postaci które lubię ale to i tak tylko 3/10.
"SM 100 - Mister Fantastic" - autorzy różni. Przygody pierwszej rodziny Marvela. Pierwszy zeszyt to pierwszy, historyczny występ tej paczki, znaczy się każdy fan Marvela powinien chociażby zobaczyć. Kolejne pięć zeszytów to część bardzo dobrze odebranej serii Marka Waida i śp. Mike'a Wieringo. Szczerze mówiąc jakoś nigdy nie polubiłem się z Fantastyczną Czwórką ani niespecjalnie lubię te starocie z ich udziałem, ani też nowości więc i nie bardzo jestem targetem tego komiksu. No, ale mimo wszystko całkiem fajnie mi się czytało ten zdaje się dosyć klasyczny w przypadku tego tytułu miks komedii obyczajowej, akcyjniaka z elementami s-f, ciepłego rodzinnego i przygodowego "kina". Rysunków Wieringo też szczerze mówiąc nigdy specjalnie nie lubiłem, ale jakoś tutaj może z racji zmniejszenia nieco porcji mangowatości serwowanej zazwyczaj przez autora jakoś bardziej mi się to podobało, jest kolorowo, "łagodnie" w kształtach i ogólnie przyjemnie wizualnie co w sumie pasuje do pozytywnego wydźwięku całości, chociaż ilustracja z pająkami to prawdziwy kozak, szokujący tym że jest tak bardzo "nie na miejscu". Ciężko właściwie powiedzieć, dlaczego tom się nazywa Mr. Fantastic skoro to standardowy komiks o Czwórce pokazujący właściwie na równi wszystkich bohaterów i równie ważny pod względem rozwoju postaci dla Reeda co dla Johnny'ego (Ben otrzymuje sporo "czasu antenowego" ale on się raczej nie rozwija nigdy), do tego całkiem nowy fajny wróg chociaż w końcówce zupełnie zmarnowany. Jak dla mnie całkiem sympatyczne czytadełko a skoro podobało się antyfanowi to tym bardziej fani FF będą zadowoleni. No ale w końcu to Waid, to nazwisko to znak jakości. Ocena 6/10.
"SM 101 - Lepszy Spider-Man (Otto Octavius)" - autorzy różni. Na szczęście tylko pierwszy zeszyt jest wyrwany z Superior Spider-Mana reszta to fragmenty spin-offowych serii Superior Spider-Man Team-Up i Scarlet Spider Chrisa Yosta. Większość tomu to będą zabawy Otta z Szakalem, Benem Reilly i resztą ekipy klonów a mniejsza to jego spotkanie z dziewczyną świeżo obdarzoną supermocami. Za rysunki w pierwszym zeszycie odpowiada Ryan Stegman którego obrazki stanowiące połączenie stylu Huberta Ramosa i Todda McFarlane'a bardzo lubię. W bloku będącym powtórką z rozrywki z Sagi Klonów rysują David Lopez prezentujący typowy mdły styl teraźniejszego Marvela czyli coś czego bardzo nie lubię, Marco Chechetto którego nerwowy, szarpany ołówek i mroczne kolory mogą się całkiem podobać i raczej znany In-Hyuk Lee może nie tak dobry jak w okładkach, ale fani superbohaterskiego komiksu malowanego wielkiego wyboru nie mają przecież. W dwóch ostatnich zeszytach rysuje Mike Del Mundo, którego cartoonowo-karykaturalną stylówę zawsze szanowałem a w połączeniu z raczej ciemnymi teoretycznie więc nie pasującymi kolorami nałożonymi przez Pata Oliffe'a wyglądają naprawdę interesująco. Tak więc całość wyraźnie ponad średni poziom tego wydawnictwa a miejscami może się naprawdę podobać. Cały świat pokochał Dr. Octopusa w roli Człowieka Pająka i nic dziwnego bo Dan Slott przekuł swój powiedzmy nader dziwaczny pomysł w naprawdę świetną lekturę i na szczęście okazało się że Yost nie próbował wymyślić koła na nowo i niczego nie zepsuł przy okazji. Napisał dosyć podobny do oryginalnej serii komiks, Otto jest brutalny, Otto się jeszcze uczy fachu, Otto i tak jest lepszy od poprzednika. Co dosyć interesujące historyjka o klonach jest jak dosyć brutalna i obywa się bez jakiegokolwiek humoru. Część druga już brutalna specjalnie nie jest, ale również nie serwuje nam żadnych żarcików za to dostajemy smutne zakończenie więc za samo już to daję dodatkowego plusa. Który w sumie nie jest specjalnie potrzebny, bo Superior Team-Up to naprawdę solidnie pisana i dobrze rysowana seria. Acha w wydaniu kolekcyjnym popierd...zielono autorów no, ale w końcu ten się nie myli co nic nie robi no nie? Ocena 7/10.
"SM 102 - Jean Grey" - autorzy różni. Kompletny składak zbudowany z aż trzech komiksów. Pierwszym jest "X-Men Origins:Jean Grey" napisane przez Seana McKeevera a namalowane przez Mike'a Mayhew. Streszczać nie ma co bo tytuł mówi sam za siebie, większych zastrzeżeń nie mam dosyć fajnie przedstawiono tutaj Jean i co jej "w duszy gra", natomiast szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem powód dlaczego nie wzięła udziały w pierwszej misji X-Men (poszła na wagary? ale dlaczego?). Komiks realistycznie malowany, fani tego rodzaju wizualiów będą ukontentowani w końcu nie ma ich tak wiele na rynku, natomiast jak dla mnie poziom jest nieco nierówny. Naprawdę zachwycające kadry potrafią sąsiadować z takimi naprawdę średniej jakości a sama Jean to ma kilka różnych twarzy, gdybym to zobaczył wyciągnięte z kontekstu i bez dymków to bym pomyślał, że to komiks o kilku koleżankach, które łączy kolor włosów, na dodatek występuje tutaj w pewnym momencie dziwny przeskok w jej wieku. Xavier przypomina nieco Vin Diesela. Kolejny zeszyt to legendarny (może nie aż tak jak w przypadku Spider-Mana) wydany u nas przez TM-Semic napisany przez Fabiana Niciezę ślub Jean i Scotta. Bardzo dużo tekstu, akcji brak, jest wzruszająco, jest nostalgicznie, jest romantycznie czyli wszystko czego można by oczekiwać po takim momencie. Rysuje Andy Kubert więc z góry można założyć, że będzie conajmniej przyzwoicie. No i przechodzimy do dania głównego, czyli naprawdę ważnej dla całego świata X-Men serii Adventures of Cyclops and Phoenix. Seria nie tylko ważna, ale i szeroko znana w fandomie co nie znaczy, że dobra, za to napewno przedziwna. Podczas miesiąca miodowego tytułowa para zostanie wyrwana z naszej rzeczywistości i przeniesiona tysiące lat w przód do alternatywnej przyszłości którą rządzi Apocalypse. Porywaczką jest matka przełożona jakiegoś Zakonu Askani, którą okaże się baaaaardzo wiekowa Rachel Summers sprowadzająca ich po to aby ocalili małego Nathana Summersa zarażonego technowirusem. Żeby było śmieszniej Jean i Scott nie zostaną sprowadzeni w swoich ciałach tylko ich jaźnie, dusze czy co tam to jest zostaną umieszczone w ciałach klonów jakichś ich potomków o wyjątkowo parszywych mordach i przybiorą właściwie nie wiadomo po co pseudonimy Redd i Slim. Świat rządzony przez En Sabah Nuhra jak się łatwo domyślić rajem nie jest a wręcz przeciwnie a jego planem jest przemieszczenie się ze swojego rozpadającego się ciała do ciała swojego wychowanka którym jest mały Nathan Summers, tyle że mały nie jest prawdziwym Summersem o czym oczywiście Apocalypse nie wie a jego klonem zwącym się Stryfe (nie wiem czy to TEN Stryfe czy jakiś inny). W tym czasie Redd, Slim i Nate będą krążyć przez kilkanaście lat niczym Żydzi po "post-apokalipsowej" pustyni rodem z Mad Maxa (

) unikając złowrogich mutantów i ciesząc się rodzinnym szczęściem. Tak czy inaczej wiadomym jest, że dojdzie do starcia w którym trójka bohaterów spotka nieoczekiwanych sojuszników w postaci Turrina zcyborgizowanego człowieka tak ważnego, że boją się go ruszyć nawet mutanci oraz Ch'Vayre'a Prałata i jednego z Jeźdźców Apokalipsy, który pod wpływem ojcowskich uczuć do małego Stryfe'a (który jest psychopatycznym mordercą) aczkolwiek ogólnie popiera apokalipsową doktrynę, to zaczyna się zastanawiać czy bezsporny fakt, że najsilniejsi powinni rządzić aby napewno oznacza że automatycznie powinni gnębić słabszych i czy Apocalypse którego całe jestestwo sprowadza się do przenosin do kolejnego ciała i życiu wiecznym jest tytanem czy może jednak bardziej pasożytem. Za rysunki odpowiada Gene Ha, nie jest to może poziom tego co pokazał w Top 10, ale jest naprawdę nieźle, fajne futurystyczne projekty, kreska dosyć realistyczna a szczegółów sporo (jak na ten format to momentami chyba nawet zbyt dużo) ale tych twarzy Jean i Scotta nie mogę wybaczyć. Podsumowując dwie pierwsze historie na plus ta trzecia najdłuższa, hmmmm...no sam nie wiem, nie jest zła ale jest dosyć absurdalna i pokręcona na dodatek kompletnie nie mam pojęcia co robi w tomie Jean Grey skoro to origin Cable'a. Fani X-Men raczej powinni, reszta może aczkolwiek nie musi. Awansem daję -7/10.
"SM 103 - Cyclops" - autorzy różni. Była Jean Grey to i Scott Summers być musi. Tom podzielony na dwie części, pierwsza dłuższa to mini-seria "Marvel Icons:Cyclops" pisana przez Briana Vaughana a rysowana przez Marka Teixeirę. Tytuł z początku tego tysiąclecia aczkolwiek czuć w nim mocno jeszcze vibe lat 90-tych, na szczęście tej ich raczej dobrej strony. W skrócie Profesor X wysyła przemęczonego Scotta na przymusowy urlop, na którym ten oczywiście nie wypocznie bo dosyć szybko natknie się na dwóch znajomych (również polskiego czytelnika) a później dostanie się do Savage Landu (a nawet i dalej) gdzie przeżyje mnóstwo durnych, ale fajnych przygód przy okazji których bohater nauczy się czegoś nowego o sobie. Rysunki wiadomo, to Teixeira kto go nie lubi nie powinien się tym chwalić, chociaż widywałem artystę w lepszej formie, ale mimo wszystko do dalej Teixiera. Druga część raczej króciutka to powtórka z rozrywki z poprzedniego tomu czyli "X-Men Origins:Cyclops" Stuarta Moore i Jesse Delperdang. Fabularnie to dokładnie to czego będziemy oczekiwać po tytule. Zestrzelenie samolotu, rozbudzenie mocy, poznanie Charlesa Xaviera, pierwsze starcie z Magneto w czasie którego młody Scott podejmie decyzje które pokierują dalszym jego życiem, rysunki bez szału ale tragedii nie ma, zdaje się styl ma takie wrażenie retro robić. Dobrze mi się ten tom naprawdę dobrze czytało, bezpretensjonalny akcyjniak w starym stylu, ale taki z mniej bądź bardziej sensowną fabułą i w jakiś sposób rozwijający tytułową postać. Ach byłbym zapomniał, może w świecie gdzie ugryzienie radioaktywnego psa obdarza cię superwęchem a nie radioaktywnym liszajem zabrzmi to dziwnie, ale jak się tak zastanowić to moc Cyclopsa kompletnie nie ma sensu. Naprawdę solidne 7/10.
"SM 104 - Ludzka Pochodnia (Johnny Storm)" - Karl Kesel, Skottie Young. Pierwsze sześć zeszytów drugiej solowej serii Człowieka Pochodni. Jak już wspomniałem nie przepadam za F4 a o ile Sue i Reeda w sumie nawet lubię to Johnny znajduje się w tej drugiej mniej lubianej przeze mnie połowie czwórki. Dodając do tego Skottie Younga, którego rysunki po prostu mi się nie podobają, więc z góry założyłem, że ten tom kompletnie do mnie nie trafi. No i pierwszy zeszyt niespecjalnie próbował zmienić moje zdanie, chociaż tragedii nie było. Ot szkolne miłosno-socjalne perypetie bucowatego Johnny'ego już posiadającego moce, ale będącego jeszcze uczniem liceum. Drugi zeszyt, przeniesie nas ileś tam lat w przyszłość (czyli do teraźniejszości), gdzieś w okolice serii Waida/Wieringo i do biura Johnny'ego do którego zawita Mike Snow, którego poznaliśmy w zeszycie nr.1 były szkolny nemesis głównego bohatera i była gwiazda zapasów będąca obecnie strażakiem. Mike zjawi się odebrać dług honorowy, czyli poprosić o pomoc w dziwnej sprawie samozapłonu komendanta jego remizy bo kto może wiedzieć więcej o dziwnym ogniu niż facet, który potrafi nim władać. Tak jak nie lubiłem się z rysunkami Younga, tak z pewnością nie polubię się po lekturze tomu nr. 104. Kompletnie nie trafiają do mnie te kreskówkowe postacie zbudowane z wielokątów (najczęściej trójkątów) rodem z Fineasza i Ferba ani przyprawiająca o oczopląs paleta barw. Dziwi też nieco dobór tego rysownika akurat do tej serii bo o dziwo okazała się ona całkiem "na poważnie" i można ją podczepić ogólnie pod gatunek nazywany kryminałem. Ma dobrze poprowadzone wątki dramatyczne, fajnie napisaną postać Mike Snowa i dosyć klasycznie przedstawioną postać młodszego z rodzeństwa Storm jako nie nadzwyczajnie bystrego, ale w gruncie rzeczy porządnego faceta który uczy się, że "z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność". Z wad powiedziałbym, że pojawienie się po raz pierwszy mordercy mimo, że zamaskowanego sprawia iż odrazu poznajemy jego tożsamość (chociaż autor stara się podsunąć nam później fałszywe tropy tyle że nie w nadzwyczajnie sensowny sposób). O jakimkolwiek marvel-śmieszkowaniu nie ma mowy (i całe szczęście). Ach mam jeszcze uwagę co do tłumaczenia "Qby" Jankowskiego, z niewyjaśnionych mi przyczyn, facet w tytule opowieści umieszcza spoiler, którego w oryginale nie ma. Tom, który mnie pozytywnie zaskoczył, gdyby nie rysownik pewnie dałbym wyżej, ale to i tak solidne 6+/10.