Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 215933 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Jaszczu

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #510 dnia: Pn, 24 Październik 2022, 13:43:21 »
Cytuj
Michał Śledziński. Wydanie zbiorcze serii napisanej przez jedną ze zdaje się można to powiedzieć gwiazd naszego rynku komiksowego, która jakby się tak zastanowić i odliczyć shorty pisane do różnego rodzaju czasopism to wcale tak dużo tych komiksów nie stworzyła i w/g mnie jest chyba raczej lekkim zawodem.

Co? To ile Śledziu miałby tych albumów wydać mając przed sobą spokojnie z 20 lat rysowania, żeby było wcale tak dużo? "Fido i Mel na kozetce", "Na szybko spisane" x 3, "Wartości rodzinne", "Osiedle Swoboda" x 3 + scenariusz "Niedźwiedzia", "Strange Years", "Czerwony Pingwin" x 2, "KDP 64+". 23 numery "Produktu", w którym rednaczował, pisał scenariusze, rysował. Pomniejsze rzeczy jak Żbik, Bears of war i setki plansz z Fido i Melem, 8 Bitem i innymi fikołkami do prasy growej. Nie wspominając o tym, że Śledziu bardzo często jest komiksiarzem po godzinach bo na chlebek musi zarobić w reklamie czy w ostatnich latach w animacji. To jest już na tę chwilę piękna kariera i dorobek, więc jeśli to jest dla kogoś "zawód" bo to "wcale nie tak dużo" to ja już nie wiem co trzeba zrobić, żeby zadowolić polskiego odbiorcę.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #511 dnia: Pn, 24 Październik 2022, 17:59:03 »
   Przecież ja nie chcę go rozstrzelać. Nie czytam za bardzo komiksu polskiego i jestem przyzwyczajony raczej do zawodowych twórców którzy mają większy dorobek, jak dla mnie nie ma zbyt wielkiego dorobku i tyle. A zawód nie z powodu ilości, tylko raczej jakości. W/g mnie zapowiadał się lepiej i tyle. Pamiętam początki "Osiedla Swoboda" i co on napisał coś od tego czasu lepszego? Widać to nawet zresztą w wydaniu zbiorczym, tom 2 to spory zjazd w stosunku do 1. Czytałem "Na szybko spisane" i teraz te "Wartości Rodzinne" i "w sumie fajne" to jest najcieplejsze słowa jakich mogę użyć w obydwu przypadkach. On ma coś jeszcze naprawdę dobrego w CV? No bo chyba nie ten jeden zeszyt "Kapitana Żbika"? Zaczął z wysokiego C, a skończył...właściwie pewnie jeszcze nie skończył. Teraz męczy tego drętwego Kajko i Kokosza na Netflixie, ale może jeszcze coś napisze. Na mnie osobiście lepsze wrażenie robi taki Owedyk, a nazwisko chyba mniej znane.

Offline Jaszczu

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #512 dnia: Pn, 24 Październik 2022, 20:08:15 »
Co kto lubi. Nie będę Cię tu przekonywał na siłę, że Śledziu wielkim autorem jest. Odniosłem się bardziej do Twojego "wcale tak dużo tych komiksów nie stworzył". O np. Baranowskim w 1989 (był wtedy rówieśnikiem dzisiejszego Sledzia) też można było powiedzieć, że wcale tak dużo tych komiksów nie zrobił.

A co Śledziu ma dobrego w CV? Według mnie jego najlepszym komiksem jest akurat "Na szybko spisane". "Czerwony Pingwin musi umrzeć" jest znakomitą przygodówką i nie mogę się doczekać ciągu dalszego. Trzeci tom "Osiedla Swoboda" jest w moim odczuciu dużo lepszy od kolorowej serii zeszytowej. Ale to tylko moja opinia. Ty możesz udawać, że nie wymieniłem wcześniej tych tytułów i czepnąć się Żbika, który jest zaledwie ciekawostką w CV Śledzia.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #513 dnia: Pn, 24 Październik 2022, 20:40:11 »
  Przecież nie powiedziałem że to jest jakiś zarzut, jakoś zdania niewyraźnie składam czy co? Ma kilka komiksów a żaden z nich nie jest tak dobry jak początek "Osiedla Swoboda" i tyle. Tylko, że to moja osobista opinia a żaden ze mnie krytyk czy koneser, aczkolwiek też nie laik. Trzeciego tomu nie czytałem.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #514 dnia: Nd, 30 Październik 2022, 22:58:57 »
Październik

Justice Society of America vol.1 nr 1
– jeszcze zanim najbardziej towarzyscy herosi Złotej Ery dali o sobie znać w trakcie wydarzenia znanego jako „War of the Gods” i na dobre powrócili w trakcie afery z udziałem demona Abraxisa (zob. mini-seria „Armageddon: Inferno”) władze zwierzchnie DC Comics zdecydowały się przypomnieć o niegdysiejszej sławie i chwale Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości. Tym właśnie sposobem przedstawiciele tej formacji dali o sobie znać po raz pierwszy od czasów pamiętnego „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach”. Pretekstem ku temu okazała się rozbudowana retrospekcja przybliżająca okoliczności zakończenia działalności tej organizacji u schyłku lat 40. XX w. Inicjujący ją epizod wskazuje, że zaiste będzie się działo!
 
Bohaterowie i Złoczyńcy: Lex Luthor – Czarny pierścień cz.2 – o ile pierwszy zbiór zawierający solowe perypetie głównego adwersarza Człowieka ze Stali okazał się przyzwoicie poprowadzoną rozrywką, o tyle niniejszy skalą swojego rozmachu oraz decydującego znaczenia dla całej fabuły wspomniany przebija. Niby rzecz nie porywa, a jednak w kategorii fachowo zilustrowanego czytadła sprawdza się w całej swojej rozciągłości.
 
Marvel Classics Comics nr 19: Robinson Crusoe – jedna z najbardziej udanych i długowiecznych pochwał ludzkiej zaradności sprawdziła się także w formule tej serii. Owszem, z perspektywy współczesnego czytelnika z miejsca rzuca się w oczy przeładowanie tekstem. Z drugiej strony trafnie oddaje to ducha literackiego pierwowzoru w którym rolę narratora pełnił sam tytułowy bohater. Mnie ponadto ujęły rysunki jakby stylizowane na dokonania Johna Buscemy z etapu jego aktywności przy miesięczniku „Conan the Barbarian vol.2”. A nie ukrywam, że do przejawów twórczości tego autora mam wprost ogromną słabość. Toteż niniejsza odsłona tej serii okazała się dla mnie jedną z najbardziej udanych spośród dotychczas przyswojonych.

Wielkie pojedynki: Deadpool kontra Deadpool
– jeszcze jeden dowód, że perypetie tej postaci to zdecydowanie nie jest oferta dla mnie. Pisząc wprost jeden z najgorszych komiksów z którymi miałem styczność. 
 
Justice Society of America vol.1 nr 2 – mocne wejście Black Canary (być może już wówczas zarząd DC Comics rozważał solową mini-serie z jej udziałem) oraz równie mocne, wyraziste rysunki, choć raczej nie w manierze na ówczesne oczekiwania ogółu odbiorców superbohaterskiej konwencji. Z drugiej strony dzieje się sporo, a zatem tempo wątku wiodącego jest dla potencjalnego czytelnika angażujące. 

Nathan Never: Agent specjalny Alfa – po latach nareszcie doczekaliśmy się powrotu tego tytułu, który jak dla mnie oferował jeszcze bardziej udaną rozrywkę niż seria z udziałem Detektywa Mroku. Pomimo ponad trzech dekad od momentu pierwodruku niniejszego epizodu brak w nim znamion archaiczności. Przeciwnie, projekty zaawansowanych technologii sprawiają wrażenie nadspodziewanie świeżych i niezgorszych od tych we współcześnie realizowanych produkcjach SF. Swoboda rysunku oraz spójna i emocjonująca fabuła sprawiają, że odbiór tej propozycji wydawniczej tylko i wyłącznie cieszy.
 
Opowieści Grabarza: Ilustracje – Józef powraca, choć formalnie w nieco odmiennej formule niż do tej pory. Bowiem miast rozpiętościowo pełnowymiarowej fabuły tudzież zbioru krótkich form osadzonych w realiach z udziałem tytułowego bohatera otrzymaliśmy swoisty „składaczek” złożony nade wszystko z całostronicowych plansz. I dobrze, bo urokliwej kreski Piotra „Śmiechosława” Wojciechowskiego nigdy za wiele.
 
Ćma nr 2 - co tu długo nawijać: im dalej tym lepiej. Co prawda drugi z rysowników uczestniczących w tej odsłonie tego przedsięwzięcia (tj. Rafa Jankowski) będzie jeszcze musiał nad swoim warsztatem popracować. Mimo tego całość "pospinana" klimatycznym scenariuszem (w tym zwłaszcza druga z zaprezentowanych tu opowieści) obiecująco rokuje na ciąg dalszy tej inicjatywy. Do tego swoje robi także okładka niezmordowanego Rafała Szłapy.
 
Marvel Classics Comics nr 20: Frankenstein – po tej realizacji jakości porównywalnej z opublikowanym u nas albumie „Frankenstein żyje, żyje!” proponuję się nie spodziewać. Niemniej to dość wierna adaptacja pierwowzoru literackiego, a do tego zgrabnie rozrysowana. Ogólnie wrażenia z lektury pozytywne.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy: Flashpoint – już miałem tego tomu nie nabywać, ale koledzy z forum dali znać, że będzie zawierał znacząco więcej materiału niż wcześniejsza o kilka lat edycja Egmontu z którą miałem okazję się zapoznać. Bez cienia wątpliwości warto było się na to zdecydować. Także z tego względu, że była okazja przypomnieć sobie tę jedną z najbardziej znaczących opowieści dla dziejów kontinuum uniwersum DC.
 
Tom Strong t.3 – tym razem pomysłodawca tego przedsięwzięcia ustąpił miejsca innym scenarzystom sobie pozostawiając jedynie przysłowiowe ostatnie słowo (tj. epizod konkludujący serię). W ogólnym rozrachunku wyszło to bardzo udanie, a przynajmniej w moim przekonaniu pod niektórymi opowieściami (jak w przypadku otwierającej niniejszy tom nowelki pióra Goeffa Johnsa pt. „Kumpel Toma Stronga Wally Willoughby”) spokojnie mógłby podpisać się sam Alan Moore. Szkoda tylko, że na tym już koniec.

Justice Society of America vol.1 nr 3
– tym razem przysłowiowe pierwsze skrzypce przyszło odegrać oryginalnemu Green Lanternowi w osobie Alana Scotta. Zarówno fabularnie jak i wizualnie wyszło to satysfakcjonująco i miło raz jeszcze ujrzeć przedstawicieli Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości w pełni swoich mocy sprawczych. Choć tak jak wspomniano przy okazji pierwszego epizodu tego przedsięwzięcia jest to pozycja skierowana przede wszystkim do zadeklarowanych fanów tej formacji oraz formuły tworzenia komiksów superbohaterskich z przełomu lat 80. i 90.
 
Ascender t.3 - nadal trudno opędzić się od poczucia, że w przypadku tej serii mamy do czynienia z często spotykanym odcinaniem kuponów, przez co siłą rzeczy ustępuje ona ,,Descenderowi". Mimo wszystko intrygująco jawi się wątek z udziałem Quona i to właśnie z tej części fabuły być może ,,wykluje" się satysfakcjonujące zakończenie.
 
DC Comics: Pokolenia – nostalgiczny hołd dla epickich opowieści z najbardziej udanego okresu w dziejach DC Comics (oczywiście moim zdaniem), tj. z lat 1985-1994, a zatem od „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” do „Godziny Zero”. Schemat tych opowieści został zachowany i stąd także tutaj mamy do czynienia z wyselekcjonowaną z różnych momentów dziejowych grupą heroin i herosów, którym dane będzie stawić czoła zagrożeniu na skalę obejmującą swym zasięgiem całokształt stworzenia. Siłą rzeczy pozycja przeznaczona dla odbiorców ceniących produkcje zaistniałe we wspomnianym wyżej momencie dziejowym.

Marvel Classics Comics nr 21: Master of the World
- co by było, gdyby geniuszowi porównywalnemu z Kapitanem Nemo odjechał przysłowiowy peron, a równocześnie dysponował on jeszcze groźniejszą technologią niż wspomniany postrach mórz i oceanów… Tym bowiem jest niniejsza, jeszcze jedna fantazja Juliusza Verne'a o technologiach przyszłości.
 
Thor – jedna z najbardziej udanych interpretacji tej postaci (a przy okazji całej „przestrzeni” asgardzkiej) nareszcie doczekała się swojej pełnej polskiej edycji. O tyle to cieszy, że fragmenty dokonań J. Michaela Straczynskiego wprost wskazywały, że w przypadku powierzonej mu postaci faktycznie mamy do czynienia z zupełnie nową jakością. Z perspektywy odbiorcy, który miał już sposobność zapoznać się z tym obszernym zbiorem mogę jedynie potwierdzić, że tak się sprawy rzeczywiście mają, a losy Asgardczyków i przewodzącego im Thora to lektura w pełni satysfakcjonująca.
 
Justice Society of America vol.1 nr 4 – zgodnie z formułą zastosowaną przez pomysłodawcę pierwszej w dziejach superbohaterskiej drużyny (czyli oczywiście Gardnera Foxa), także w tym przypadku mamy do czynienia z samodzielnym konfrontowaniem się poszczególnych jej przedstawicieli z zagrożeniem pochodzącym z tego samego źródła. W niniejszej serii była już okazja do prezentacji wysiłków w tym kontekście Flasha, Black Canary i Green Lanterna. Tym razem „czas antenowy” przypadł Hawkmanowi, który z wprawą i zaciętością egipskich wojowników niegdyś oblegających palestyńskie Megiddo dał do zrozumienia, że w użytkowaniu zabytkowego oręża radzi sobie równie wprawnie co na początku swojej aktywności. A nawet jeśli przytrafi mu się trudniejszy moment to zawsze może liczyć na sprawdzonych kolegów z Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości. Jest dobrze, a zapowiada się, że będzie jeszcze lepiej.
 
Wielkie Pojedynki: Kapitan Ameryka kontra Red Skull – podobnie jak przy okazji wcześniejszych zbiorków prezentowanych w tej kolekcji także w tym przypadku zawodu nie doznałem. I chociaż ukazana tu geneza Red Skulla jawi się jako niemal kuriozalna, to jednak buzujące napięcie pomiędzy wymienionymi w tytule antagonistami jest niemal namacalne. Toteż bez tej liczonej w ponad ośmiu dekadach „relacji” wręcz nie sposób wyobrazić sobie uniwersum Marvela. Jej przekrojowe ujęcie zawarte w tym właśnie zbiorze trafnie tę okoliczność ujmuje, a wieńcząca zbiór „Operacja: Odrodzenie” o dziwo prezentuje się korzytniej niż w czasach jej publikacji na łamach „Mega Marvel”.
 
Marvel Classics Comics nr 22: Food of the Gods – Herberta George’a Wellsa nigdy za wiele. Dotyczy to również wszelkich form adaptacji jego utworów. Stąd kolejna, trzecia już takowa w ramach niniejszej serii (po „Wehikule Czasu” i „Wojnie światów”) może tylko i wyłącznie cieszyć. Także z tego względu, że jak to w przypadku wspomnianego autora bywało w pochodnej swojej twórczości uwzględniał nie tylko iście scientystyczną ekstazę na tle przełomowych odkryć i wynalazków, ale nade wszystko społeczne konsekwencje ich zaistnienia. Znać to również w niniejszej adaptacji „Pokarmu bogów”, zilustrowanej wprawną kreską, nawiązującą do maniery książkowych rycin ze schyłku XIX w. 
 
Elektra: Czerń, biel i krew – kolejna odsłona linii wydawniczej ewidentnie inspirowanej dobrze wszystkim znanym przedsięwzięciem spod szyldu DC Comics i kolejne rozczarowanie. Wydawać by się bowiem mogło, że tego typu propozycje, publikowane poza standardowym trybem miesięcznym, powinny charakteryzować się większym stopniem dopracowania. Do tego zarówno w wymiarze fabularnym jak i plastycznym (a tak przynajmniej sprawy się miały w przypadku antologii „Batman: Black & White”). Tymczasem z każdym kolejnym tomem otrzymujemy nowelki niekiedy interesująco rozrysowane i równocześnie w wymiarze narracyjnym do bólu bezbarwne. Pod tym względem zbiór poświęcony niegdyś bardzo bliskiej znajomej Matta Mardocka wypada jako najmniej udany z dotychczas z tej inicjatywy zaprezentowanych. Toteż aż strach się bać co czeka nas przy okazji kolejnego na liście Moon Knighta…

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #515 dnia: Śr, 30 Listopad 2022, 19:50:17 »
Listopad

Ciemna Strona Marvela: Daredevil - zbiór w swojej formule dwojaki. Pierwsza z zawartych tu opowieści sprawia wrażenie stylizacji w nastrojowości ,,Odrodzonego”, choć bez ciężaru gatunkowego realizacji Millera i Mazzucchelliego. Znać jednak ambicje by uczynić tę fabułę więcej niż tylko opowiastką o zmaganiach wprawnego w swoim fachu herosa z egzaltowanymi, pstrokato odzianymi adwersarzami. Taka natomiast jest druga część tego zbioru, bliska modelowi narracyjnemu ze schyłkowego okresu funkcjonowania pierwszego solowego miesięcznika z udziałem Śmiałka. Wbrew pozorom ma to także swoje plusy. Stąd w ogólnym rozrachunku dobrze, że ów zbiór doczekał się swojej polskiej edycji.
 
Marvel Classics Comics nr 23: Moonstone
– wprost stwierdzić trzeba, że twórczość Wilkie’ego Collinsa niemiłosiernie wręcz się zestarzała. W pewnym jednak momencie dziejowym wykazywała znamiona przełomowości i prekursorstwa w kierunkach literackich z czasem podejmowanych i rozwijanych ku formułom także współcześnie chętnie przyswajanym. Tak się sprawy miały w przypadku powieści „Kamień Księżycowy” z 1868 r. w której zaproponował on model fabuły detektywistycznej rozwijanej przez całe bataliony tzw. ludzi pióra i klawiatury – od Agathy Christie po Konrada T. Lewandowskiego. Adaptacja tego utworu w ramach niniejszej serii raczej nuży niż porywa; stanowi jednak świadectwo popularności tej właśnie powieści bez której zaistnienia być może nie powstałby kryminały wciąż chętnie czytane i regularnie wznawiane.
 
Justice Society of America vol.1 nr 5
– jak dotąd przedstawiciele tej drużyny w pojedynkę zmagali się z tajemniczym zagrożeniem jako żywo wzbudzającym skojarzenia ze znakami zodiaku. W tym jednak epizodzie inicjator tych machinacji ujawnił w końcu swoją tożsamość i aż chciałoby się rzec, że niespodzianki nie ma. Trudno byłoby bowiem przypuszczać, że prehistoryczny złoczyńca daruje sobie dążenie do upragnionego przezeń zdominowania świata. Tym bardziej wskazana okazuje się okoliczność skumulowania wysiłków herosów Złotej Ery, póki co przejawiająca się podjęciem współpracy pomiędzy Flashem i Hawkmanem. Tradycyjnie dla tego przedsięwzięcia wprawnie rozpisany scenariusz i niezgorzej wykonana warstwa plastyczna. 
 
Storm t.10
– na ten zbiorek przyszło nam czekać nieco dłużej niż zwykle; niemniej i tak było warto. Zwłaszcza ze względu na drugą z zawartych tu opowieści pełnokrwiste science fiction w jej odmianie jako żywo wzbudzającej skojarzenia z przejawami literackiej fantastyki z okresu jej Srebrnej Ery. Do tego jak zawsze mistrzowski Don Lawrence. 

Diuna. Powieść graficzna, księga 2: Muad'Dib
- mimo ze niniejszy album wykazuje znamiona tzw. syndromu środka, to jednak zawiera kilka mocno emocjonujących scen. Ilustratorzy zaangażowani w ten projekt wykazali się z kolei plastyczną zachowawczością, ale też i solidnością. Szkoda, tylko, że na finalny tom tej adaptacji będzie trzeba poczekać aż do roku 2024.
 
Marvel Classics Comics: She nr 24 - rezonans powieści na podstawię której zrealizowano tę adaptację okazał się nadspodziewanie znaczny. Stało się tak już choćby z racji wykorzystanego w niej motywu reliktowej cywilizacji egzystującej z dala od dobrze nam znanych tworów kulturowych i politycznych. Realizacja całkiem trafnie ujmuje ducha literackiego pierwowzoru i tym samym spokojnie uznana być może za jedną z najbardziej udanych w tej serii adaptacji.
 
Punisher t.3 – konkluzja aktywności Gartha Ennisa przy tytułowej postaci w ramach linii „Marvel Knights” być może nie cieszy aż tak mocno jak współtworzona przezeń seria z logo „MAX”; aczkolwiek również w tym przypadku można śmiało mówić o przysłowiowej jeździe po bandzie. Do tego z tzw. zamaszystym zamachem. 
 
Justice Society of America vol.1 nr 6 – co tu kryć: sytuacja się zagęszcza. Tym razem działalność w duecie podejmą Black Canary i Green Lantern. A zaiste będzie się działo, bo wyzwanie rodem z gwiazd to ledwie preludium do właściwej konfrontacji. Krótko pisząc rozrywka w dobrym stylu zwiastująca zamiar przywrócenia do dawnej sławy i chwały najstarszej formacji superbohaterskiej.
 
Ciemna Strona Marvela: Venom - lata 90. miały zarówno swoje blaski jak i cienie, aczkolwiek ostatnimi czasy te pierwsze jawią mi się jako znacznie bardziej wyraziste, a przy tym rozrywkowo przekonujące. Zbiorek z Venomem pochodzi z tego właśnie okresu i mimo nade wszystko nieskomplikowanie rozrywkowego wymiaru niniejszego przedsięwzięcia przyswajałem je sobie bez poczucia zażenowania. Tym bardziej, że zdarzyło się czytywać gorsze produkcje. Dodatkowo utrzymane w równie rozrywkowej formule gościnne wizyty Spider-Mana, Daredevila i Ghost Ridera.   

Marvel Classisc Comics nr 25: The Invisible Man - historia megalomana, któremu eliksir niewidzialności najwyraźniej nie służył. Z dzisiejszej perspektywy opowieść nieco naiwna, acz ujmująca lęki i obawy Wellsa wobec nie zawsze trafnego użytkowania przełomowych wynalazków. Do tego wykazująca zasadny sceptycyzm wobec poczytalności niektórych przedstawicieli świata nauki. Ogólnie udana, klimatyczna realizacja.
 
City Stories nr 5: Grunwald 1410-2010
– inicjatywy warsztatowe pod hasłem „City Stories” nie zawsze przejawiały się przekonującymi efektami; w tym jednak przypadku można śmiało mówić o sukcesie przedsięwzięcia. Jak to zwykle z antologiami bywa nie wszystkie z zebranych tu nowelek w równym stopniu cieszą i bawią; aczkolwiek przytrafiają się także nieliche perełki (vide „1410000” Grzegorza Janusza i Igora Baranki). Nie ma natomiast wątpliwości, że znakomicie wypadły ilustracje w wykonaniu nieprzecenialnego Marka Szyszki.
 
Justice Society of America nr 7 - w całkiem już licznym gronie przedstawiciele Stowarzyszenia staja twarzą w twarz ze swoim jeśli nie największym wrogiem, to na pewno najbardziej żywotnym. Co więcej Vandal Savage (bo o nim właśnie mowa) ma przy swoim boku standardowo dlań zajadłego Solomona Grundy. Konfrontacja jest zatem nieunikniona, a do tego rozrysowana urokliwą, quasi-animacyjną manierą.
 
Ciemna Strona Marvela: Wolverine – o zebranych tu fabułach zwykło się mawiać, że są tzw. średniakami o których prędko się zapomina. Faktycznie tak się w tym przypadku sprawy mają, choć efektownie i pieczołowicie zilustrowana opowieść z udziałem Blade’a okazała się nadspodziewanie rozrywkowa.
 
Marvel Classisc Comics nr 26: The Iliad – zilustrowana w iście wystawnym, godnym hollywoodzkich produkcji doby lat 50. i 60. ubiegłego wieku stylu być może nie porwie współczesnych wielbicieli antyku w komiksie w równym stopniu co adaptacja zaprezentowana przed rokiem przez Egmont. Niemniej już tylko waga gatunkowa tej opowieści i jej znaczenie dla rozwoju epiki robi swoje i czyni z tej adaptacji utwór wart rozpoznania.
 
Justice Society of America vol.1 nr 8 - finalna konfrontacja tej opowieści przesadnie co prawda nie porywa; tytułowi bohaterowie rekompensują to jednak swoim niesłabnącym urokiem osobistym. Ta zaś okoliczność sprawia, ze łatwiej zrozumieć ogrom sympatii przejawianej przez całkiem liczne grono fanów wobec tej z pozoru tylko zaśniedziałej formacji.
 
Diuna: Opowieści z Arrakin
– formuła sprawdzona przy okazji takich popkulturowych marek jak „Star Wars” czy „Obcy”, tj. opowieści, określmy to umownie, dopełniających, nienaruszających tzw. wątków kanonicznych, ogólnie sprawdziła się także w przypadku najbardziej docenionego osiągnięcia Franka Herberta. Do tego stopnia, że chętnie widziałbym kolejne tego typu przedsięwzięcia. 

ukaszm84

  • Gość
Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #516 dnia: Śr, 30 Listopad 2022, 20:00:32 »
Chciałem tylko napisać, że mimo iż większość tytułów, które czytasz to nie moja bajka, to mega szanuję zaangażowanie w napisanie takiej opinii i z chęcią zawsze czytam.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #517 dnia: Śr, 30 Listopad 2022, 20:07:21 »
Dziekuje za mile slowa 👍

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #518 dnia: Nd, 04 Grudzień 2022, 16:29:55 »
  Podsumowanie miesiąca październik, będącego miesiącem próby dokończenia po dosyć długiej przerwie jednej z kolekcji komiksowych od Hachette.

 "SM 98 - Agent Coulson" - Mark Waid i inni. Próba przekucia sukcesu trzecioplanowej filmowej i pierwszoplanowej w serialu postaci na twardą walutą płynącą po sprzedaży drukowanych zeszytów czyli vol.3 serii SHIELD tym razem w postaci przygód agentów znanych z w/w serialu Agenci Tarczy. Każdy z sześciu zeszytów umieszczonych w tomie to team-up ze znanymi superbohaterami ze świata Marvela i wydaje się osobną historyjką, ale na koniec splatają się one w jedną fabularną całość. Scenariusz Marka Waida to coś czego spodziewalibyśmy się po "nowożytnym" Marvelu, trochę akcji, trochę gadki, sporo dowcipów (najczęściej czerstwych). Każdym zeszytem opiekuje się inny rysownik, nazwiska dosyć znane, całość raczej spójna pod względem koncepcyjnym (z wyjątkiem Humberto Ramosa, wszyscy rysują raczej podobnym stylem) i w sumie nie ma na co narzekać w przypadku ich pracy może z wyjątkiem tego że to takie bezpieczne, raczej nudnawe obrazki, skoro nikt nie będzie specjalnie narzekał na to co widzi, to i raczej napewno nikogo to nie zachwyci. Co dosyć interesujące podobieństwo bohaterów do samych siebie jest w zdecydowanej większości przypadków mocno dyskusyjne. Jakby nie patrzeć w sumie przyjemna seria, którą fajnie się czyta siorbiąc herbatę zagryzaną ciasteczkami, ale z gatunku tych przy których dwa dni po zamknięciu ostatniej strony zapominamy o czym one były. Całość raczej dla fanów serialu i samego Coulsona jako gościa, który zawsze ma plan (a nawet jak nie ma żadnego planu to i tak jest to część planu), ewentualnie dla kogoś zainteresowanego tym fragmentem uniwersum. Jak ktoś szuka przypadkowej lektury to znajdzie na naszym rynku sporo lepszych rzeczy. Ocena -6/10.

"SM 99 - Quicksilver" - John Ostrander i inni. Jedna historia zwąca się "Oblężenie Wundagore" w tomie będąca cross-overem dwóch pozycji "Heroes for Hire" oraz "Quicksilver", czyli patrząc się na tytuły zapewne próba rozpaczliwego podniesienia sprzedaży serii, których nikt nie kupował poprzez połączenie ich w jeden. Nie wiem czym to się ostatecznie skończyło, ale o ile dobrze pamiętam z matematyki dwa razy zero to jest dalej zero. Nic to, pomyślałem dosyć pozytywnie nastawiło mnie nazwisko autora, którego kilka komiksów miałem przyjemność przeczytać i naprawdę solidne to najgorsze co mogłem o nich powiedzieć, niestety nie tym razem. "Oblężenie" to komiks, który jak w soczewce skupia w sobie praktycznie wszystko co było złe w superbohaterszczyźnie lat 90-tych. Event zaczyna się w momencie, gdy Pietro cierpiący na weltschmerz i będący akurat na gigancie chowając się przed żoną i dziećmi pomaga tym dziwacznym zwierzoludziom poddanym High Evolutionary w doprowadzaniu ich pana wariującego z powodu braku jakiegoś tam magicznego izotopu do pionu czyli normalności. Zawsze uważałem, że pomysł na HE, tę jego drugą Ziemię i jej mieszkańców koło Plutona jest tak bardzo wyjęty z dupy, że musi być to efekt jakiejś narkotycznej imprezy w biurze Marvela a widok tej krowy w płaszczu rzymskiego centuriona uzmysłowił mi jak bardzo to jest durne. No w każdym razie, po otrzymaniu sygnału SOS ,aby pomóc sympatycznym (?) zwierzakom i nie łazić po cytadeli Wundagore sam, Quicksilver bierze swoich kolegów i koleżanki z Bohaterów do Wynajęcia, aby nie było za łatwo to na miejscu spotkają aż dwóch oponentów - Wilka (wyglądającego jak nietoperz) czyli złego zwierzoluda oraz grupę osieroconych Acolytes pod przywództwem Exodusa (u nas go chyba nigdy nie było, za czasów dzieciaka pamiętam go z niemieckich i amerykańskich komiksów do których miałem wtedy dostęp to taki omni mutant wyglądający jak końcowy boss z jakiejś japońskiej gierki video dowodzący przez jakiś czas Bractwem Złych Mutantów aktualnie chyba nieżyjący - i całe szczęście). Warto też zaznaczyć tutaj obecność jednego z moich ulubionych drugoplanowych czarnych charakterów, obecnie kompletnie zakurzonego Fabiana Corteza. Pod względem rysunków album wygląda całkiem porządnie, za Quicksilvera odpowiada Derec Aucoin, którego proste, schematyczne rysunki nie mogą raczej wzbudzić u nikogo entuzjazmu, ale też są na tyle sprawnie wykonane iż nie będziemy się strasznie krzywić. Zdecydowanie lepiej prezentują się prace Pascuala Ferry, zarówno ciekawsze artystycznie jak i technicznie chyba bardziej sprawnie wykonane wyglądające jak wypadkowa stylów Romity Jr i Sala Buscemy. Nie będę tego przedłużał bo "czyż nie dobija się koni?", to zdecydowanie jeden z najsłabszych momentów tej kolekcji - głupi, nudny i o niczym. 80% fabuły zajmują bijatyki każdego z każdym z okazjonalnymi zamieszaniami w aktualnych przymierzach mającymi pewnie w założeniu uatrakcyjniać akcję a powodujących, że czytałem naraz ledwie po kilka stron obawiając się zwichnięcia żuchwy przy ziewaniu. Ktoś chce zobaczyć szczura w pancerzu ze skrzydłami? Nie? No to może niedźwiedzia dokonującego husarskiej szarży na latającym motocyklu? Też nie? No to może mutanta bliźniaka syjamskiego z dwoma tułowiami i czterema rękami wyglądającego jakby dwóch facetów uprawiło seks? Fakt, to wygląda idiotycznie. No to wiem, z pewnością znajdzie się ktoś kto będzie chciał zobaczyć Iron Fista zamieniającego się w małpę (kilkukrotnie). A jeżeli jednak nikt z jakichś dziwnych powodów by nie chciał tego oglądać, to może zachęci go fakt, iż komiks absolutnie nie wnosi nic ponad sztampowe "no dobra, teraz się ogarnę bo już wiem kim jestem" do postaci szybkobiegacza z Ziemi 616. Powiedzmy, że tytuł może być ważny ze względu na powrót Magneto po śmierci (zdaje się na Asteroidzie M). Ocenę naciągam ze względu na stosunkowo przyzwoite rysunki i obecność postaci które lubię ale to i tak tylko 3/10.

 "SM 100 - Mister Fantastic" - autorzy różni. Przygody pierwszej rodziny Marvela. Pierwszy zeszyt to pierwszy, historyczny występ tej paczki, znaczy się każdy fan Marvela powinien chociażby zobaczyć. Kolejne pięć zeszytów to część bardzo dobrze odebranej serii Marka Waida i śp. Mike'a Wieringo. Szczerze mówiąc jakoś nigdy nie polubiłem się z Fantastyczną Czwórką ani niespecjalnie lubię te starocie z ich udziałem, ani też nowości więc i nie bardzo jestem targetem tego komiksu. No, ale mimo wszystko całkiem fajnie mi się czytało ten zdaje się dosyć klasyczny w przypadku tego tytułu miks komedii obyczajowej, akcyjniaka z elementami s-f, ciepłego rodzinnego i przygodowego "kina". Rysunków Wieringo też szczerze mówiąc nigdy specjalnie nie lubiłem, ale jakoś tutaj może z racji zmniejszenia nieco porcji mangowatości serwowanej zazwyczaj przez autora jakoś bardziej mi się to podobało, jest kolorowo, "łagodnie" w kształtach i ogólnie przyjemnie wizualnie co w sumie pasuje do pozytywnego wydźwięku całości, chociaż ilustracja z pająkami to prawdziwy kozak, szokujący tym że jest tak bardzo "nie na miejscu". Ciężko właściwie powiedzieć, dlaczego tom się nazywa Mr. Fantastic skoro to standardowy komiks o Czwórce pokazujący właściwie na równi wszystkich bohaterów i równie ważny pod względem rozwoju postaci dla Reeda co dla Johnny'ego (Ben otrzymuje sporo "czasu antenowego" ale on się raczej nie rozwija nigdy), do tego całkiem nowy fajny wróg chociaż w końcówce zupełnie zmarnowany. Jak dla mnie całkiem sympatyczne czytadełko a skoro podobało się antyfanowi to tym bardziej fani FF będą zadowoleni. No ale w końcu to Waid, to nazwisko to znak jakości. Ocena 6/10.

  "SM 101 - Lepszy Spider-Man (Otto Octavius)" - autorzy różni. Na szczęście tylko pierwszy zeszyt jest wyrwany z Superior Spider-Mana reszta to fragmenty spin-offowych serii Superior Spider-Man Team-Up i Scarlet Spider Chrisa Yosta. Większość tomu to będą zabawy Otta z Szakalem, Benem Reilly i resztą ekipy klonów a mniejsza to jego spotkanie z dziewczyną świeżo obdarzoną supermocami. Za rysunki w pierwszym zeszycie odpowiada Ryan Stegman którego obrazki stanowiące połączenie stylu Huberta Ramosa i Todda McFarlane'a bardzo lubię. W bloku będącym powtórką z rozrywki z Sagi Klonów rysują David Lopez prezentujący typowy mdły styl teraźniejszego Marvela czyli coś czego bardzo nie lubię, Marco Chechetto którego nerwowy, szarpany ołówek i mroczne kolory mogą się całkiem podobać i raczej znany In-Hyuk Lee  może nie tak dobry jak w okładkach, ale fani superbohaterskiego komiksu malowanego wielkiego wyboru nie mają przecież. W dwóch ostatnich zeszytach rysuje Mike Del Mundo, którego cartoonowo-karykaturalną stylówę zawsze szanowałem a w połączeniu z raczej ciemnymi teoretycznie więc nie pasującymi kolorami nałożonymi przez Pata Oliffe'a wyglądają naprawdę interesująco. Tak więc całość wyraźnie ponad średni poziom tego wydawnictwa a miejscami może się naprawdę podobać. Cały świat pokochał Dr. Octopusa w roli Człowieka Pająka i nic dziwnego bo Dan Slott przekuł swój powiedzmy nader dziwaczny pomysł w naprawdę świetną lekturę i na szczęście okazało się że Yost nie próbował wymyślić koła na nowo i niczego nie zepsuł przy okazji. Napisał dosyć podobny do oryginalnej serii komiks, Otto jest brutalny, Otto się jeszcze uczy fachu, Otto i tak jest lepszy od poprzednika. Co dosyć interesujące historyjka o klonach jest jak dosyć brutalna i obywa się bez jakiegokolwiek humoru. Część druga już brutalna specjalnie nie jest, ale również nie serwuje nam żadnych żarcików za to dostajemy smutne zakończenie więc za samo już to daję dodatkowego plusa. Który w sumie nie jest specjalnie potrzebny, bo Superior Team-Up to naprawdę solidnie pisana i dobrze rysowana seria. Acha w wydaniu kolekcyjnym popierd...zielono autorów no, ale w końcu ten się nie myli co nic nie robi no nie? Ocena 7/10.

 "SM 102 - Jean Grey" - autorzy różni. Kompletny składak zbudowany z aż trzech komiksów. Pierwszym jest "X-Men Origins:Jean Grey" napisane przez Seana McKeevera a namalowane przez Mike'a Mayhew. Streszczać nie ma co bo tytuł mówi sam za siebie, większych zastrzeżeń nie mam dosyć fajnie przedstawiono tutaj Jean i co jej "w duszy gra", natomiast szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem powód dlaczego nie wzięła udziały w pierwszej misji X-Men (poszła na wagary? ale dlaczego?). Komiks realistycznie malowany, fani tego rodzaju wizualiów będą ukontentowani w końcu nie ma ich tak wiele na rynku, natomiast jak dla mnie poziom jest nieco nierówny. Naprawdę zachwycające kadry potrafią sąsiadować z takimi naprawdę średniej jakości a sama Jean to ma kilka różnych twarzy, gdybym to zobaczył wyciągnięte z kontekstu i bez dymków to bym pomyślał, że to komiks o kilku koleżankach, które łączy kolor włosów, na dodatek występuje tutaj w pewnym momencie dziwny przeskok w jej wieku.  Xavier przypomina nieco Vin Diesela. Kolejny zeszyt to legendarny (może nie aż tak jak w przypadku Spider-Mana) wydany u nas przez TM-Semic napisany przez Fabiana Niciezę ślub Jean i Scotta. Bardzo dużo tekstu, akcji brak, jest wzruszająco, jest nostalgicznie, jest romantycznie czyli wszystko czego można by oczekiwać po takim momencie. Rysuje Andy Kubert więc z góry można założyć, że będzie conajmniej przyzwoicie. No i przechodzimy do dania głównego, czyli naprawdę ważnej dla całego świata X-Men serii Adventures of Cyclops and Phoenix. Seria nie tylko ważna, ale i szeroko znana w fandomie co nie znaczy, że dobra, za to napewno przedziwna. Podczas miesiąca miodowego tytułowa para zostanie wyrwana z naszej rzeczywistości i przeniesiona tysiące lat w przód do alternatywnej przyszłości którą rządzi Apocalypse. Porywaczką jest matka przełożona jakiegoś Zakonu Askani, którą okaże się baaaaardzo wiekowa Rachel Summers sprowadzająca ich po to aby ocalili małego Nathana Summersa zarażonego technowirusem. Żeby było śmieszniej Jean i Scott nie zostaną sprowadzeni w swoich ciałach tylko ich jaźnie, dusze czy co tam to jest zostaną umieszczone w ciałach klonów jakichś ich potomków o wyjątkowo parszywych mordach i przybiorą właściwie nie wiadomo po co pseudonimy Redd i Slim. Świat rządzony przez En Sabah Nuhra jak się łatwo domyślić rajem nie jest a wręcz przeciwnie a jego planem jest przemieszczenie się ze swojego rozpadającego się ciała do ciała swojego wychowanka którym jest mały Nathan Summers, tyle że mały nie jest prawdziwym Summersem o czym oczywiście Apocalypse nie wie a jego klonem zwącym się Stryfe (nie wiem czy to TEN Stryfe czy jakiś inny). W tym czasie Redd, Slim i Nate będą krążyć przez kilkanaście lat niczym Żydzi po "post-apokalipsowej" pustyni rodem z Mad Maxa (???) unikając złowrogich mutantów i ciesząc się rodzinnym szczęściem. Tak czy inaczej wiadomym jest, że dojdzie do starcia w którym trójka bohaterów spotka nieoczekiwanych sojuszników w postaci Turrina zcyborgizowanego człowieka tak ważnego, że boją się go ruszyć nawet mutanci oraz Ch'Vayre'a Prałata i jednego z Jeźdźców Apokalipsy, który pod wpływem ojcowskich uczuć do małego Stryfe'a (który jest psychopatycznym mordercą) aczkolwiek ogólnie popiera apokalipsową doktrynę, to zaczyna się zastanawiać czy bezsporny fakt, że najsilniejsi powinni rządzić aby napewno oznacza że automatycznie powinni gnębić słabszych i czy Apocalypse którego całe jestestwo sprowadza się do przenosin do kolejnego ciała i życiu wiecznym jest tytanem czy może jednak bardziej pasożytem. Za rysunki odpowiada Gene Ha, nie jest to może poziom tego co pokazał w Top 10, ale jest naprawdę nieźle, fajne futurystyczne projekty, kreska dosyć realistyczna a szczegółów sporo (jak na ten format to momentami chyba nawet zbyt dużo) ale tych twarzy Jean i Scotta nie mogę wybaczyć. Podsumowując dwie pierwsze historie na plus ta trzecia najdłuższa, hmmmm...no sam nie wiem, nie jest zła ale jest dosyć absurdalna i pokręcona na dodatek kompletnie nie mam pojęcia co robi w tomie Jean Grey skoro to origin Cable'a. Fani X-Men raczej powinni, reszta może aczkolwiek nie musi. Awansem daję -7/10.

  "SM 103 - Cyclops" - autorzy różni. Była Jean Grey to i Scott Summers być musi. Tom podzielony na dwie części, pierwsza dłuższa to mini-seria "Marvel Icons:Cyclops" pisana przez Briana Vaughana a rysowana przez Marka Teixeirę. Tytuł z początku tego tysiąclecia aczkolwiek czuć w nim mocno jeszcze vibe lat 90-tych, na szczęście tej ich raczej dobrej strony. W skrócie Profesor X wysyła przemęczonego Scotta na przymusowy urlop, na którym ten oczywiście nie wypocznie bo dosyć szybko natknie się na dwóch znajomych (również polskiego czytelnika) a później dostanie się do Savage Landu (a nawet i dalej) gdzie przeżyje mnóstwo durnych, ale fajnych przygód przy okazji których bohater nauczy się czegoś nowego o sobie. Rysunki wiadomo, to Teixeira kto go nie lubi nie powinien się tym chwalić, chociaż widywałem artystę w lepszej formie, ale mimo wszystko do dalej Teixiera. Druga część raczej króciutka to powtórka z rozrywki z poprzedniego tomu czyli "X-Men Origins:Cyclops" Stuarta Moore i Jesse Delperdang. Fabularnie to dokładnie to czego będziemy oczekiwać po tytule. Zestrzelenie samolotu, rozbudzenie mocy, poznanie Charlesa Xaviera, pierwsze starcie z Magneto w czasie którego młody Scott podejmie decyzje które pokierują dalszym jego życiem, rysunki bez szału ale tragedii nie ma, zdaje się styl ma takie wrażenie retro robić. Dobrze mi się ten tom naprawdę dobrze czytało, bezpretensjonalny akcyjniak w starym stylu, ale taki z mniej bądź bardziej sensowną fabułą i w jakiś sposób rozwijający tytułową postać. Ach byłbym zapomniał, może w świecie gdzie ugryzienie radioaktywnego psa obdarza cię superwęchem a nie radioaktywnym liszajem zabrzmi to dziwnie, ale jak się tak zastanowić to moc Cyclopsa kompletnie nie ma sensu. Naprawdę solidne 7/10.

  "SM 104 - Ludzka Pochodnia (Johnny Storm)" - Karl Kesel, Skottie Young. Pierwsze sześć zeszytów drugiej solowej serii Człowieka Pochodni. Jak już wspomniałem nie przepadam za F4 a o ile Sue i Reeda w sumie nawet lubię to Johnny znajduje się w tej drugiej mniej lubianej przeze mnie połowie czwórki. Dodając do tego Skottie Younga, którego rysunki po prostu mi się nie podobają, więc z góry założyłem, że ten tom kompletnie do mnie nie trafi. No i pierwszy zeszyt niespecjalnie próbował zmienić moje zdanie, chociaż tragedii nie było. Ot szkolne miłosno-socjalne perypetie bucowatego Johnny'ego już posiadającego moce, ale będącego jeszcze uczniem liceum. Drugi zeszyt, przeniesie nas ileś tam lat w przyszłość (czyli do teraźniejszości), gdzieś w okolice serii Waida/Wieringo i do biura Johnny'ego do którego zawita Mike Snow, którego poznaliśmy w zeszycie nr.1 były szkolny nemesis głównego bohatera i była gwiazda zapasów będąca obecnie strażakiem. Mike zjawi się odebrać dług honorowy, czyli poprosić o pomoc w dziwnej sprawie samozapłonu komendanta jego remizy bo kto może wiedzieć więcej o dziwnym ogniu niż facet, który potrafi nim władać. Tak jak nie lubiłem się z rysunkami Younga, tak z pewnością nie polubię się po lekturze tomu nr. 104. Kompletnie nie trafiają do mnie te kreskówkowe postacie zbudowane z wielokątów (najczęściej trójkątów) rodem z Fineasza i Ferba ani przyprawiająca o oczopląs paleta barw. Dziwi też nieco dobór tego rysownika akurat do tej serii bo o dziwo okazała się ona całkiem "na poważnie" i można ją podczepić ogólnie pod gatunek nazywany kryminałem. Ma dobrze poprowadzone wątki dramatyczne, fajnie napisaną postać Mike Snowa i dosyć klasycznie przedstawioną postać młodszego z rodzeństwa Storm jako nie nadzwyczajnie bystrego, ale w gruncie rzeczy porządnego faceta który uczy się, że "z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność". Z wad powiedziałbym, że pojawienie się po raz pierwszy mordercy mimo, że zamaskowanego sprawia iż odrazu poznajemy jego tożsamość (chociaż autor stara się podsunąć nam później fałszywe tropy tyle że nie w nadzwyczajnie sensowny sposób). O jakimkolwiek marvel-śmieszkowaniu nie ma mowy (i całe szczęście). Ach mam jeszcze uwagę co do tłumaczenia "Qby" Jankowskiego, z niewyjaśnionych mi przyczyn, facet w tytule opowieści umieszcza spoiler, którego w oryginale nie ma. Tom, który mnie pozytywnie zaskoczył, gdyby nie rysownik pewnie dałbym wyżej, ale to i tak solidne 6+/10.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #519 dnia: Pn, 05 Grudzień 2022, 07:59:20 »
@Nawimar, @Skandalisto, jak zwykle dorzucacie do pieca  :D. Gratki!!!

jak się tak zastanowić to moc Cyclopsa kompletnie nie ma sensu.
;D ;D ;D

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #520 dnia: Pn, 05 Grudzień 2022, 08:06:38 »
Lasery z oczu lepsze niż lasery z dupy.
Łatwiej wycelować.
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline komiks

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #521 dnia: Pn, 05 Grudzień 2022, 22:13:59 »
Zapytałem OpenAI o komiksy, niestety nie chciał podać najpopularniejszych tytułów na świecie więc, zapytałem w inny sposób. Dla chętnych do pobawienia się https://chat.openai.com/chat
Xenozoic, Death Dealer, The Maxx, Thrud The Barbarian, Army of Darkness

Offline LukCook

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #522 dnia: Pn, 05 Grudzień 2022, 22:17:35 »
Jeżeli AI zna tylko takie komiksy to ludzkość jest zgubiona.

ukaszm84

  • Gość
Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #523 dnia: Pn, 05 Grudzień 2022, 22:19:58 »
"Papcio Chmiel" dobry komiks, polecam.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #524 dnia: Nd, 18 Grudzień 2022, 12:02:44 »
  Podsumowanie listopada, miesiąca w którym dalej walczę z kolekcją Superbohaterowie Marvela. Uwaga jak zawsze mogą pojawić się pewne SPOILERY!!!

  "SM 105 - Ms. Marvel (Kamala Khan)" - G.Willow Wilson, Adrian Alphona, Jake Wyatt. Pierwszy zeszyt pierwszej serii o Kamali plus zeszyty 6-11 tej samej serii. Na przystawkę terrigeneza głównej bohaterki, główna część to historia jej potyczki z dziwacznym ptako-człekiem zwącym się Wynalazcą zamieniającym zagubioną młodzież w żywe baterie rodem z Matrixa. Czyli będzie to krótka wycieczka z Wolverinem poprzez nowojorskie kanały tradycyjnie wypełnione olbrzymimi aligatorami a później bijatyki w towarzystwie nowego przyjaciela Lockjawa (który jest tajnym agentem) z olbrzymimi robotami w miejscówkach typu szkoła czy złomowisko. Z pewnością tom zwraca na siebie uwagę fantastycznymi grafikami Adriana Alphony, poważnie dawno już nie widziałem w miarę świeżego komiksu Marvela narysowanego z takim "biglem". Alphona bez problemu porusza się pomiędzy momentami bardziej realistycznym stylem a kreskówkową groteską nie odstawiając przy tym żadnej fuszerki. Nawet jeżeli, narysuje twarz którejś z postaci w uproszczony sposób lub z miną mającą się kojarzyć z odpowiednią emotikoną to cała reszta pozostaje tak samo dopracowana i bogata w szczegóły jak wcześniej. Widać, że autor włożył sporo więcej pracy niż przeciętny rysownik w innej serii tego wydawcy i praca ta daje znakomite efekty. Niestety rysunki drugiego z artystów są już zdecydowanie bliższe przeciętnemu poziomowi komiksów Marvela, czyli bardzo, bardzo przeciętnemu, ale też i gorsze rzeczy widziałem i to całkiem niedawno więc nie ma się co zbytnio znęcać. Napewno Wyatt ma talent do planowania kadrów, ale również napewno ma kłopoty z odwzorowaniem dynamiki a jego prościutka, zgrzebna kreska wypada na tle szaleństw Alphony no właśnie zgrzebnie (aczkolwiek Meduza wyszła mu całkiem sexy). Co dosyć interesujące jako kolorysta obydwu panów robi Ian Herring i jego praca z każdym z autorów wyraźnie się różni, nieco stłumiona paleta u Wayatta a zdecydowanie bardziej oddająca barwność całej sytuacji ale w żadnym wypadku krzykliwa u Alphony. Jak kto widział serial z Disney Channel to będzie się czuł w trakcie lektury jak w domu, fabuła co prawda o czym innym, ale klimat ten sam i postacie te same. Cóż nie jestem raczej docelowym targetem tego tytułu, ale szczerze mówiąc wcale się nie dziwię popularności tego tytułu wśród młodzieży. Komiks jest dla nich i o nich a samej Kamali nie da się nie lubić pomimo że może być czasami wkurzająco bezpośrednia. Natknąłem się w internecie opinie, że komiks ten jest teraźniejszym odpowiednikiem Spider-Mana i przyznam, że coś w tym jest czasy się zmieniły, obyczaje pewnie też ale same dzieciaki już niekoniecznie. Miałbym uwagi do pani Wilson, fajnie że komiks umiejscowiony został w środowisku muzułmańskim nadaje mu to pewnego egzotycznego kolorytu i jak by nie patrzeć jest to nowuum w gatunku, ale fajnie jakby pani autor skupiła się na pokazaniu obyczajów czy też realiów a nie wstawkach typu "noszę hidżab bo to mój wybór". Może i pani Wilson jako nowojorska (prawdopodobnie) intelektualistka (prawdopodobnie) ma jakiś wybór, ale jak pokazują nam dajmy na to ostatnie wydarzenia z Iranu miliony kobiet nie mają żadnego wyboru a o "islamie religii tolerancji" to może poświadczyć Salman Rushdie, który ostatnimi czasy właśnie w NY nadział się na kosę "brata w wierze". Nie jestem pewien czy Marvel Comics powinien promować takie rzeczy. Historia trochę też słabuje jeżeli chodzi o elementy superhero (cały ten wątek papuziego wynalazcy jest po prostu przeciętny), ale za to jako obyczajowa komedia o dorastaniu i szukaniu swojego miejsca na tym świecie działa naprawdę dobrze. Cóż ja już jestem raczej za stary, aby kupować Ms. Marvel, ale jakbym miał możliwość przeczytania całości to pewnie nie byłbym niezadowolony (może się kiedyś do biblioteki przejdę a nuż mają?). Napewno jeden tomik chociażby dla rysunków warto. A jak ktoś ma młodszą siostrę, lub córkę (też młodszą) to warto na 100%. Ocena -7/10.

  "SM 106 - Banshee" - autorzy różni. Zeszyt pierwszy to debiut tytułowego bohatera czyli ramotka autorstwa Roya Thomasa w którym lubiany Irlandczyk wyglądający jak skrzyżowanie Leprechauna z małpą robi za czarny charakter, aczkolwiek pod mentalną kontrolą. Daniem głównym jest dosyć znany event (kolejny) w dziejach X-ludzi czyli "Phalanx Covenant" napisany przez Scotta Lobdella i Fabiana Niciezę. Założenia są takie iż, grupa ludzi zwalczających mutantów (Cameron Hodge naprzykład) zaraża samych siebie technoorganiczym wirusem pochodzącym od Warlocka (martwego zdaje się) i przemienia się żyjące zmiennokształtne maszyny ze wspólnym umysłem-ulem mającym na celu wyeliminowanie oczywistego celu a później zapewne asymilację reszty ludzkości. Akcja rozpoczyna się podczas wizyty Seana w siedzibie X-Men podczas której ten zorientuje się, że członkowie drużyny zachowują się zupełnie nie jak oni sami, więc nie pozostanie mu nic innego jak uwolnienie dwójki więzionych wrogów Emmy Frost i Creeda (to zdaje się początek ich przemiany z czarnych charakterów w anty-bohaterów), rozprawienie się z podróbkami oraz wyruszenie na ratunek porwanym świeżo zrekrutowanym zmutowanym kadetom. Rysują na przemian Andy Kubert i Joe Madureira, obydwaj znani na naszym rynku. Jak rysuje Kubert wiemy dobrze i mimo że nie pokazał tutaj szczytu możliwości to za obrazek zmechanizowanej Psylocke postawiłbym mu piwo. Gorzej wygląda sprawa w przypadku drugiego pana, to taka dosyć typowa dla drugiej połowy lat 90-tych bazgranina, wielkie oczy, jeszcze większe biusty (no to akurat nie jest jakaś tragedia), krzywe zwłaszcza jeżeli znajdują się "pod kątem" twarze, dziwaczne, przerośnięte umięśnienie. Za to dostajemy całkiem fajny portret Jean, która może i nie nazbyt podobna jest do siebie, ale z tymi wargami wygląda całkiem kusząco (pan z ołówkiem się chyba jakiś film z Julią Roberts zapatrzył). Podsumowując poziom ilustracji powiedzmy, że jest w sumie w porządku. A podsumowując samą opowiastkę również tragedii nie ma. Szkoda, że komiks po naprawdę niezłym początku z dosyć sporym "horrorowym" potencjałem, bardzo skręca w typowego akcyjniaka. Natomiast wadą jest w tym przypadku, że tak naprawdę dostajemy tutaj tylko część (tzw. niecałe pół) "Przymierza..." i to trochę pobocznego wątku, podczas gdy prolog znajduje się w zakończeniu X-tinction Agenda oraz kilku wcześniejszych pojedynczych zeszytach serii Uncanny X-Men oraz Excalibur gdzie całość jest wstępem do nowej serii Generation X. Nie znajdziemy w tym tomie ani odpowiedzi na to czym są Phalanxowie, ani skąd się wzięli, ani co się z nimi stało. Nie wiemy też co z porwanymi członkami podstawowej drużyny X-Men, ot dostajemy fragment całości w którym bierze udział Sean Cassidy niby stanowiący jedność, ale jednak nieco bez ładu i składu. W każdym razie "Phalanx Covenant" w praktycznie pełnej postaci został wydany w ramach X-Men Milestones więc całkiem możliwe że doczekamy się go wydanego przez Egmont i na historię w takiej formie bym raczej poczekał. Ocena -6/10.

 "SM 107 - Multiple Man (Jamie Madrox) - autorzy różni. Pierwszy zeszyt tradycyjnie ramotka z pierwszym występem bohatera o dziwo w serii Fantastic Four, w którym będzie on robił za nieco mimowolny czarny charakter (za to jak 100% czarny charakter zachowuje się tutaj Ben Grimm). Jest to debiut z dołączonym originem i podobał mi się w każdym razie, na swój nieco niedorzeczny sposób tłumaczący pewną dziwaczność Jaimiego. Podobały mi się również rysunki Johna Buscemy i pomyślałem nawet, że nieco wyprzedzało to swój czas, ale to byłem pewien że to jakiś rówieśnik komiksów Stana Lee a tu się okazało, że data wydania to 1975 rok. Kurde już w 75 to musiała być prawdziwa skamielina. W każdym razie daniem głównym jest pierwsza seria solowa tytułowego bohatera czyli Madrox vol.1 autorstwa Petera Davida i Pablo Raimondiego. O jakieś niedokończone wątki tym razem nie ma się co martwić bo dostajemy wszystkie pięć zeszytów serii, która po tym przekształciła się w X-Factor vol.3. No w każdym razie mamy sobie Jaimie Madroxa, prowadzącego zdaje się bez specjalnych sukcesów biuro detektywistyczne w jakiejś szemranej okolicy. Tuż na starcie otrzyma on boosta w postaci pomocy dwójki starych znajomych (naszych również) Rahne Sinclair oraz Guido Caroselli a także zagadkę w postaci swojego sobowtóra dźgniętego nożem (nie oszukujmy się od początku wiadomo, że z tej sprawy kokosów nie będzie), która zaprowadzi go prosto do Chicago oraz aby też starczyło chociaż na chleb z margaryną dosyć dziwną sprawę zdrady małżeńskiej przez mężczyznę, który całkowicie sparaliżowany leży przykuty do łózka. Słowo na niedzielę o szacie graficznej, komiks rysowany jest w stylu który na pierwszy rzut oka sklei się nam odrazu z tymi sensacyjno-kryminalnymi komiksami Eda Brubakera, niestety nie jest to nic na poziomie Seana Phillipsa czy tam innego Steve Eptinga, dziwne rysy twarzy przy rzutach innych niż "na wprost", jeszcze dziwiaczniejsze momentami usta (zwłaszcza u kobiet), kłopoty z symetrią i paskudne zwłaszcza w bardziej "naświetlonych" scenach komputerowe kolory nałożone przez Briana Rebera. Natomiast z czasem jakoś się przyzwyczaiłem do tego wyglądu i przestało mi raczej przeszkadzać, tym bardziej że Raimondiemu z zeszytu na zeszyt idzie coraz lepiej, w skrócie jest średnio, ale da się przeżyć zwłaszcza biorąc pod uwagę, że rysunek pasuje do charakteru scenariusza. A jaki jest ten charakter? Cóż jest to całkowicie klasyczny (oczywiście w granicach rozsądku jakby nie patrzeć to Marvel), chandlerowski kryminał i to kryminał na poziomie meta. Jaime jest wielkim fanem gatunku noir, wie że zachowuje się jak bohater powieści noir i wie że perypetie które mu się przydarzają też są wyciągnięte prosto z kart takich powieści. Poza tym mamy odhaczone chyba wszystkie elementy składowe gatunku. Wymiętolony detektyw z pociągiem do butelki i prowadzący narrację z offu? Jest. Femme-fatale czyli dziewczyna gangstera mieszkającego w wypasionej willi z basenem? Jest. Bezlitosny zabójca i obowiązkowy kapuś? Są. Mylne tropy i zwroty akcji? Również są. Odrobina cynicznego czarnego humoru? Również. I nie jest to może najfantastyczniejszy komiks jaki czytałem w tym roku, ale Peter David jak zwykle nie zawodzi o pokazuje jak da radę się zabawić z postaciami i konwencją dobry scenarzysta jeżeli dostanie wolną rękę. Czyta się to naprawdę przyjemnie a ekipy nie ukrywajmy ludzi, którzy w 3 lidze nie mieszczą się nawet na ławce rezerwowych nie da się nie polubić. Jedyny minus - po lekturze całego tomu, dalej nie jestem pewien jak właściwie działają moce tytułowego bohatera, ale może to jakieś moje deficyty intelektualne. Przyjrzałem się też kontynuacji Madroxa i okazało się, że X-Factor tych samych zresztą autorów nie tylko doczekał się zadziwiająco sporej ilości zeszytów, ale i naprawdę dobrych opinii, czemu po przeczytaniu początku wcale się nie dziwię. Fajnie jakby się znalazł ktoś kto by to u nas wydał. Ocena 7+/10.

  "SM 108 - Silk" - autorzy różni. Pierwszy zeszyt, to debiut w regularnej serii Amazing Spider-Man Slotta i Ramosa, reszta albumu to pierwsza miniseria z udziałem nowej pajęczej bohaterki autorstwa Robbie Thompsona a rysowana głównie przez Stacey Lee. No w każdym razie Silk tytułowa bohaterka to pod maską Cindy Moon dziewczyna koreańskiego pochodzenia, która została ugryziona przez tego samego pająka co Peter Parker, tyle że jej wcześniej nie widzieliśmy po przesiedziała zamknięta w bunkrze przez tego dziadka nie pomnę jak się nazywał co trenował Spider-Mana podczas runu Straczynskiego. Jest to ten sposób dopisywania retconów, którego bardzo nie lubię, bo miesza w rzeczach starożytnych i doskonale znanych w tak wielkim stopniu, że musimy sobie przypominać jak bardzo to wszystko jest bez sensu, podczas gdy w normalnej sytuacji podświadomie wiemy, że to tak bardzo trzeszczy że automatycznie staramy się tego nie wiedzieć. No w każdym razie Silk, stara się stanąć na własnych nogach, zatrudnia u ukochanego przez wszystkich JJ (w mojej ulubionej dla niego roli, czyli faceta który ze dwa razy do roku wstając rano lewą nogą z łóżka zapomina włożyć swojej maski strasznego fiuta i niechcący pokazującego, że jest w gruncie rzeczy porządnym gościem), stara się odnaleźć zaginioną w niewyjaśnionych okolicznościach rodzinę, nawrócić na dobrą drogę 7-ligowego super-złoczyńcę (nie bez sukcesów) oraz pogonić kota nomen omen Czarnej Kotce. Koniec, końców i tak nie będzie miało to znaczenia, bo i tak na końcu (to mi się udało) Cindy zostanie wysadzona w powietrze wraz z całą planetą. Rysunki Stacey Lee to zdecydowanie nie moja estetyka komisu młodzieżowego z mocnymi mangowymi ciągotami, ale do całości pasują jak ulał, buzia panny Moon sprawia miłe wrażenie a Marvel w swoich szeregach o wiele gorszych rysowników więc zmieściło się to to bez problemu w granicach mojej tolerancji. Postaci wcześniej nie znałem, slottowego Amazinga nawet jeszcze nie zacząłem, ale widziałem już wcześniej bohaterkę i sądząc po dosyć agresywnym designie kostiumu uważałem, że to jakaś mroczniejsza wersja Człowieka Pająka. Okazało się wręcz przeciwnie Cindy chociaż w walce potrafi stracić kontrolę, to po cywilnemu należy raczej do gatunku tych nieco zakręconych słodziaków chodzących wiecznie ze smutną minką co to każdy mężczyzna z chęcią by przytulił i pogłaskał po...głowie oczywiście aby pocieszyć a wszystkie kobiety nienawidzą bo zdają sobie sprawę, że każdy mężczyzna by ją z chęcią przytulił i pogłaskał (cały czas po głowie aby pocieszyć oczywiście). Zresztą lubi ją nawet Jonah, więc nie ma o czym więcej gadać, czytelnik też musi ją polubić (chociaż to działa trochę na zasadzie emocjonalnego szantażu). Jedyne co mi się tutaj tak naprawdę nie podobało to kreacja Spider-Mana, który biega za Silk niczym pies za suką w rui, najprawdopodobniej z powodu pajęczych feromonów (co brzmi dosyć obrzydliwie) dzięki którym ta dwójka ma się mocno ku sobie (Cindy oczywiście się temu nie poddaje bo jest silną dziewczyną, Peter oczywiście nie bo jest słabym facetem), oraz z powodu jego postawy podczas walki z Black Cat (niezbyt to psychologicznie prawdopodobne w przypadku akurat tego bohatera). Komiks wycelowany raczej w nastoletnie fanki komiksu, sporo girl power, trochę teen dramy, trochę obyczajówki, obowiązkowe wątki LGBT coś tam wrzucone bójek między wieżowcami bo gatunek w końcu zobowiązuje. Skoro nie znudziło to faceta w średnim wieku to wydaje się na przyzwoitym poziomie chociaż bez fajerwerków w stylu gatunkowo podobnej w/w Ms.Marvel. Ocena przyzwoite 6/10.

  "SM 109 - Storm" - autorzy różni. Kolejny tom po którym nie spodziewałem się niczego, no bo co można napisać ciekawego o Storm? No i niespodzianka, otwieram pierwszą stronę a tam...ooooooo zupełnie o tym komiksie zapomniałem "Życieśmierć" Claremonta i Windsor-Smitha a przecież całkiem go lubiłem jako dziecko mimo, że uważałem że jakoś mało w nim akcji. Szczegóły powinny być wszystkim znane. Ororo po utracie mocy gotowa zaciągnąć pętlę na własnej szyi, znajduje się pod opieką Forge'a który pośrednio przyczynił się do "wypadku" (o czym ona oczywiście nie wie), który jej się przydarzył podczas gdy między tą dwójką zaczyna się rodzić uczucie. W tym czasie Rogue rozpoczyna proces, który z Bractwa Złych Mutantów zaprowadzi ją prosto w objęcia X-Men. Z całą przyjemnością udało mi się stwierdzić, że komiks jest jeszcze lepszy niż gdy go czytałem te dwadzieścia ileś tam lat temu, chociaż muszę przyznać, że odzwyczaiłem się już nieco od takich w sumie dosyć bogatych fabuł skompresowanych w ramy dwóch zeszytów. Rysunki angielskiego magika wiadomo klasa sama w sobie, chociaż jakoś tak jak na piękność jaką jest tu nazywana to nie obdarzył Barry swojej bohaterki jakoś nadzwyczajnie nadobną twarzą, na dodatek jest w tej wersji z irokezem której nie cierpię (dlatego że ogólnie nie cierpię widoku kobiet z wygolonymi głowami). Część druga to również wydana przez Tm-Semic kontynuacja czyli "Życieśmierć 2" a więc mało nie zakończona śmiercią podróż Ororo przez Saharę w poszukiwaniu samej siebie, plus garść zdroworozsądkowych porad od Claremonta w stylu "technologia nie jest zła, ale trzeba uważać jak się z niej korzysta", "chciwość za to jest zła", "a wy tam w Afryce używajcie czasem kondomów". Dwa klasyczne evergreeny od wielkich nazwisk za nami a więc teraz mogło już być tylko gorzej. No i było, ale w o wiele mniejszym stopniu niż się spodziewałem. Trzecią częścią tomu jest miniseria "X-Men:World's Collide" Christophera Yosta i Diogenesa Nevesa. W skrócie Ororo jeszcze jako żona T'Challi wraca do Wakandy i orientuje się, że wpakowała się w straszne opały. Jeżeli oswoimy się z faktem, że nie dostaniemy żadnego wiekopomnego dzieła wywracającego gatunek na drugą stronę a solidnego akcyjniaka to będziemy usatysfakcjonowani (chociaż i tu na szczęście autor dorzucił jakieś tam pogłębienie portretu psychologicznego Ororo ot chociażby to, że nigdy nie udało się jej zaprzyjaźnić ze Scottem Summersem). Rysunki na równie solidnym (a nawet lepszym) poziomie jak i scenariusz. Bardzo dobre splashpage czy cało-stronicowe rysunki rozwałki za pomocą kozackich tornad i błyskawic inicjowanych przez Storm, Cyclops nawalający jak opętany (zresztą jest) optycznymi promieniami, Pantera rozrywający co mu podejdzie pod rękę za pomocą pazurów czy Dora Milaje skaczące na dzidach (bez dwuznaczności, skaczą na dzidach jak na filmie Cooglera) a to wszystko w fferi dosyć agresywnych kolorów. Neves zdaje sobie sprawę, że dobrze mu wychodzą dynamiczne sceny akcji więc zdroworozsądkowo wciska je gdzie może i chwała mu za to, jak kto lubi takie rysowanie to będzie zadowolony. Podsumowując dwa ciągle świetne klasyki plus naprawdę niezła "świeżynka", tomik zdecydowanie powyżej średniej kolekcyjnej także zasłużone 7/10.