Kwartał się skończył, to małe podsumowanie:
**** ZnakomiteZabrakło takiego tytułu
*** DobreSpiderman by JMS (tomy 1-5) – wziąłem z półki, trochę z braku laku, trochę bo akurat Egmont z tym startuje. Chciałem zobaczyć, czy po latach jeszcze będę w stanie przebrnąć. I się udało i to w kilka dni. Co więcej, czytałem z przyjemnością. Zawsze lubiłem tę postać, mam do niej wielki sentyment. Zresztą sentyment mam do całej plejady postaci z tego świata, przede wszystkim MJ. Tak na wewnętrzne potrzeby podzieliłem sobie ten run na 3 części: totemiczny wątek z Ezekielem, straszne ale to straszne głupoty związane z dziećmi Gwen i na koniec Civil War (wstęp, właściwy event i skutki prowadzące do One more day). Myślę, że w tym runie większość osób odnajdzie coś dla siebie: są wątki rodzinne, są tematy nieco zmieniające origin bohatera (ale zrobione to tak fajnie, że on sam jest dość sceptyczny, a czytelnik może sobie wybrać, która wersja mu się bardziej podoba), są bijatyki z dziwnymi wrogami, jest grzebanie w przeszłości i wyciąganie różnych zakopanych dawno wątków, są gościnne występy innych bohaterów, jest wielki event i jest niesamowita konkluzja. Czasami jest lekko i humorystycznie, czasami bardzo dramatycznie. Najbardziej przypadły mi do gustu pierwsze 2-2,5 tomu, gdzie kilka wątków (Ezekiel, małżeństwo, praca nauczyciela) przewija się, są powoli rozwijane. Pojawią się nowi wrogowie (ogólnie to cecha charakterystyczna tej serii, że nie bijemy się z Octopusami, Venomami, tylko z zupełnie nowymi łotrami). Końcówka (One more day) mnie pozamiatała (znowu). Między nimi pojawiły się różne mielizny, wielki event (jest dość dobrze pokazany wstęp, ale dochodząc do głównego wydarzenia to pojawia się sporo odwołań i dobrze jest znać główną serię, jak i równoległą serię Daredevila).
Rysunkowo również można wskazać na 3 główne style – Romita Jr rysuje trochę karykaturalnie, proporcje są nieco zaburzone i twarze (szczególnie MJ) jakoś tak strasznie sztuczne. Później już trochę się zmienia – niektóre historie bardzo naturalistycznie, niektóre cartoonowo (aż mnie to raziło). Końcówka wygląda zjawiskowo.
Cieszę się, że sobie odświeżyłem tę historię. Zostaje na półce.
Daredevil by Bendis (tomy 1-3) – również spróbowałem sobie odświeżyć po iluś latach. I szybko wciągnąłem. Z przyjemnością w dodatku. Trochę bardziej mroczna seria, często brutalna z charakterystycznymi rysunkami w stylu noir. Również zostanie na półce (w sumie to w kartonie w schowku, żeby zwolnić półkę pod coś nowego).
Teoria ziarnka piasku – kolejny tom, kolejna wciągająca historia. W mieście (Brusel) dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy. Temat bardzo podobny do Gorączki Urbikandyjskiej – jest zagadka, jest szukanie rozwiązania. Przy okazji wszystkie mocne strony serii są utrzymane, czyli przede wszystkim drobiazgowy rysunek, architektura miasta, wnętrz oddana niemal z fotograficzną dokładnością. Klimat tajemnicy, niepokoju, chociaż w tym przypadku pomysły miały dla mnie charakter humorystyczny. Czekam jeszcze na Mury Samaris i jakieś zakończenie serii, bo już trochę by się przydało jakieś podsumowanie, konkluzja czy coś w tym stylu.
Wydział 7 Sztorm – grubszy zeszyt, przez co i dłużej się historia rozwijała. Wszystkie plusy serii są tutaj obecne – ciekawa intryga, umiejscowienie akcji w PRL, różne nawiązania do okresu, dodatki w formie starych gazet. Tym razem główna akcja dzieje się na morskim statku, ale i tutaj pojawiają się nadnaturalne wątki, żeby więcej nie zdradzać. Myślę, że każdy fan tej serii będzie usatysfakcjonowany.
Skradziony skarb – niby klasyk końcówki PRL, ale jakoś (tak jak figurki i Cortes) niewiele pamiętałem, a właściwie to chyba głównie okładkę. Nie wiem, czy nie czytałem, czy czytałem raz gdzieś u kuzyna, czy z jakiejś biblioteki. Na pewno nie miałem własnego egzemplarza, bo znałbym na pamięć. Co tu mówić, komiks bardzo zbliżony i gatunkowo i warsztatowo do Figurek. Jest dużo akcji, są panie w bikini, samochody, wybuchy, różne tajne służby. Za plus uznaję dodatki poświęcone autorom, a szczególne Wróblewskiemu. No i na odbiór zdecydowanie pozytywnie wpłynęła zapowiedź Legend wyspy labiryntu – zdecydowanie jeden z moich ulubionych komiksów tamtych czasów (razem m.in. z Kajtkiem i Kokiem śladem białego wilka)
Opowieści grozy – zbiór kilkunastu historii z dreszczykiem. Na tapet wzięte bardziej i mniej znane utwory klasyków gatunku (Poe, czy Lovecraft). Pojawiają się m.in. Zagłada domu Usherów, Dr Jekyll i Mr Hyde. Jak zwykle w takich zbiorach niektóre części bardziej przypadną do gustu, inne mniej. Ja miałem dużą frajdę, szczególnie pod kątem rysunkowym. Kreska znakomicie buduje nastrój grozy, niepewności, dwuznaczności. Czasami trzeba dłuższej chwili, żeby uchwycić, co tak naprawdę widać, a czasami, szczególnie miejskie „krajobrazy” są odtworzone z całym mnóstwem detali. Na myśl przychodzą takie utwory jak Mort Cinder, czy Prosto z piekła. Scenariuszowo czasami aż prosiło się, żeby daną historię wydłużyć, rozbudować. Nieraz skupiamy się na finale danej historii, a wcześniejsze wydarzenia są opowiedziane skrótowo. Rozumiem, że taka była idea, ale lektura jest tak wciągająca, że chciałoby się dłużej nad nią posiedzieć. Plusem zbioru są również elementy humorystyczne – niektóre historie, mimo że nastrój jest dość ponury, to sama oś intrygi jest dość zabawna, czy wręcz absurdalna (np. lot balonem). Podkreślić też trzeba jakość wydania. Piękny album, estetycznie wydany, na grubym offsetowym papierze. Zastosowanych jest co najmniej kilka różnych czcionek, co zapewne wymagało trochę pracy, ale efekt jest znakomity.
Cyd – frankofon przygodowy na tle wydarzeń historycznych z 11-wiecznej Hiszpanii, przede wszystkim wojen między światem chrześcijańskim a islamskim. Komiksów raczej nie traktuję jak podręczników historii i nie ma dla mnie większego znaczenia, czy coś upraszczają (to raczej nie do uniknięcia), czy coś wręcz zakłamują. Żadnym ekspertem od historii nie jestem, więc nawet jeśli jakieś wyraźne przeinaczenia są, to i tak ich nie zidentyfikowałem. Natomiast dość złożony charakter historii (wielość postaci, miejsc, wątków dziejących się w tle) wskazuje, że autor dużo pracy włożył, żeby wpleść losy postaci w tło prawdziwych wydarzeń. Jak już powszechnie wiadomo, plany na tę serię były bardzo ambitne (gdzieś chyba padło >20 albumów), skończyło się na 4 zebranych u nas w zbiorczym wydaniu. Jakkolwiek można uznawać, że jest to pewna zamknięta historia, to ja to odbieram jako wstęp do tego co mogło być, a samą końcówkę jako cliffhanger. Nie spojlerując za bardzo, to końcówka byłaby dobrym startem do kolejnego cyklu, a też nie wszystkie wątki zostały zamknięte. Również rozwój postaci (lub jego brak) jest widoczny, a potencjał był, chociażby w samych rodzinnych relacjach, czy też na styku obydwu religii. No cóż, szkoda, że zabrakło dalszego ciągu. Co do samej narracji, to nie ma się co oszukiwać, trąci już nieco myszką. Opisane często bywa to, co dzieje się w kadrze. Czasami są przeskoki między kadrami tak duże, że ten opis jest wręcz niezbędny. W komiksie dzieje się tak wiele, że dzisiaj została by ta historia rozciągnięta na więcej tomów. Nie jest to jednak nie do przeżycia, szczególnie dla fanów komiksu frankofońskiego. Te drobne „uwagi” niweluje z naddatkiem rysunek. To jest prawdziwa perełka na półce: ciekawe kadrowanie, sceny zbiorowe, batalistyczne wręcz wciskają w fotel (szczególnie oblężenie twierdzy). Zawsze miałem słabość do filmów / książek o średniowieczu, ale takim ze wszystkimi cechami tego okresu – wojnami, zarazami, okrucieństwem. Do dziś w sumie czekam na jakiś wielki film o krucjatach. W tym komiksie to wszystko jest. Kapitalny rysunek jest uzupełniony dość niestandardową kolorystyką, z dużym udziałem czerwieni. To trochę mi utrudniało odbiór, same rysunki są mniej przejrzyste, ale z drugiej strony nadawało nieco indywidualnego charakteru. Jakimś koneserem nie jestem, więc skonkluduję, że mnie się spodobało.
** Niezłe / można przeczytaćDepartament prawdy (tomy 1-3) – powróciłem do tej serii po paru miesiącach i 2 kolejnych wydanych tomach. Kiedyś opisałem to tak:
Departament prawdy vol. 1 (3,5/5) - Potencjał w tej serii wyczuwam. Drugi tom już na półce. Okładka mnie zachęciła, szczególnie JFK - myślałem, że będą jakieś wariacje spiskowo-szpiegowskie na temat strzelaniny z Dallas, ale tematyka jest zdecydowanie współczesna. Szkoda tylko, że jakieś Qanony czy jaszczury są wspominane. Wtedy wszystko mi opada i czytać się odechciewa. Stylizowane rysunki, które utrudniają zobaczenie, co się dzieje, dodają klimatu. Liczę, że seria rozkręci się na dobre.
Po trzech tomach, gdzie sytuacja się zaczyna gmatwać coraz bardziej, niby wiemy coraz więcej, ale z drugiej strony coraz mniej można być wszystkiego pewnym, szczególnie po zakończeniu trzeciego tomu. Oprócz takich zabaw z czytelnikiem dochodzą też zmiany w samych rysunkach, które z zamazanych stały się bardziej czytelne. To pewnie tylko chwilowo, dla wybranych wątków, ale działa nieźle, człowiek nie zdąży się znudzić. Czekam na kolejny tom i mam nadzieję, że będzie to zrobione z przytupem i przy kolejnych stronach będzie mnie to wciągać coraz bardziej i bardziej, a końcówka ostatecznie zmiażdży. Aż się prosi o jakiś mega twist na koniec. Jeśli coś takiego dostanę, to cała seria podskoczy o 1 kategorię i powalczy o top10 tego roku.
Ps. W trakcie czytania cały czas miałem przed oczami postać Z archiwum X – niejakiego Palacza, który zawsze pojawiał się w ważnych miejscach i albo znał jakieś tajemnice ludzkości, albo sprawiał wrażenie, że je zna. Ciekawe, czy był on jakąś inspiracją dla tej serii?
Daredevil by Brubaker (tomy 1-3) – kontynuacja serii Bendisa, która jednak już nie ma tak charakterystycznego rysunku, ten jest już bardziej klasyczny, ale nadal bardzo przyjemny. Pierwszy tom i pobyt w więzieniu jeszcze siłą rozpędu wciągał, ale później już moje zainteresowanie opadało. Historia wracała w tryb generic superhero i na koniec już w sumie uznałem, że dalsze przygody sobie odpuszczam. Seria wpadła do tego samego pudła.
Krew barbarzyńcy – komiks przede wszystkim dla fanów postaci. Ja za takiego się nie uważam. Książek nie czytałem, filmy z Arnoldem pamiętam z ery video (pierwszy miał w sobie nutę tajemniczości, magii, brutalności, surowości, drugi wydał mi się średnio udaną, żeby nie powiedzieć , że zbędną kontynuacją – ale to takie mgliste wspomnienia sprzed 30 lat). Kiedyś przeczytałem pierwszy tom tych grubasów, co je Egmont wydaje, ale ostatecznie dałem sobie spokój. A, i jeszcze była seria z Relaxu, która mi się spodobała. Tutaj są te elementy, które pamiętam z filmu czy z Relaxu i to oczywiście buduje fajny klimat. Ale sama historia już tak na kolana mnie nie rzuciła. Ok, są rozterki ojca i syna o tym, jak dalej należy prowadzić sprawy swojego królestwa, jest bitewny chaos, są elementy mityczne / magiczne, co często mnie męczy, ale tutaj pasują do świata przedstawionego. Za jakiś czas spróbuję wrócić i jeszcze raz ocenić, czy mi się podoba, czy tak średnio jednak.
Tezeusz i Minotaur – historia, którą zna się (w sensie komiksowym) głównie z innej pozycji, a która niedługo ma się pojawić na rynku

. Fabularnie i rysunkowo zaskoczeń nie ma. To już w końcu kolejna pozycja w serii.
Wydział 7 Import Eksport – nietypowy zeszyt w serii. Wolę te typowe.
Cygan – wydanie zbiera 6 albumów i w sumie 4 historie, dość odrębne. Pierwsza historia obejmuje 3 albumy i jest zdecydowanie najciekawsza. Jest wyraźnie zaznaczone tło wydarzeń (czyli w pewnym sensie zmiana klimatyczna wpływająca na funkcjonowanie świata, przede wszystkim w zakresie transportu). Tak mi się to kojarzyło trochę z Mad Max i Snowpiercer. Na tym tle toczy się wartka akcja, efektowne pościgi, bijatyki. Bohaterem jest mięśniak, lekkoduch, któremu żadne kule i przepaści straszne nie są i zawsze znajdzie chętną panią do zabawy. Kolejne historie zamknięte już w pojedynczych albumach, mniej trzymają w napięciu. Gdzieś całe tło odchodzi na dalszy plan, nie ma już przeraźliwego zimna, poczucia apokalipsy. I to już jest zdecydowanie mniej ciekawe. Może jeszcze historia z bratem (czy tam kuzynem) jakoś utrzymywała moje zainteresowanie, ale ostatnie 2 części czytałem chyba parę dni. Rysunkowo jest na pewno bardzo efektowanie i to pod każdym względem. Ładne samochody, panie, tła (czy to zatłoczone knajpy, czy lasy, góry, miasta), widowiskowa akcja. Tylko, że to trochę za mało, żeby do tego kiedyś wrócić.
Skazaniec 666 – ten tytuł chodził za mną od jakiegoś czasu, ale się jakoś nie składało. W końcu zebrałem się na odwagę i zakupiłem bezpośrednio od Wydawcy pod Pałacem. Pierwsze, co się rzuca w oczy to styl rysunków – kontrasty, grubo ciosana kreska, z jednej strony rysunek dość uproszczony ale jednocześnie poupychane mnóstwo elementów na kadrach, jakieś pająki, bród, zmasakrowane ciała. Psychodela pełną gębą, niczym w Azylu Arkham, albo i bardziej. I to zostaje w głowie po zakończeniu lektury. Sama historia w sumie niewiele mówi o głównej postaci (inna sprawa, że u nas raczej nieznanej), bo widzimy tytułowego Skazańca w więzieniu, gdzie bez większych przeszkód kontynuuje swoje „dzieło” poszukiwania idealnej kobiety i zapewnienia sobie nieśmiertelności a przy okazji masakrując tych, co akurat są pod ręką. Przypomina to trochę scenę ze Strażników, gdzie Rorschach krzyczy po okaleczeniu współwięźnia – to nie ja jestem tu zamknięty z wami, to wy jesteście tu zamknięci ze mną. Nie jest to może komiks niezapomniany, czy pojawiąjący się w toplistach, ale dla miłośników gatunku (horroru, psychodeli itp.) i pewnej egzotyki (w odróżnieniu od klasycznych frankofonów, generycznego sh, czy autorskiego komiksu amerykańskiego) może być ciekawym eksperymentem.
Przepowiednia pancernika – zdecydowanie jednak wolę komiksy z klasyczną fabułą, gdzie mogę śledzić drogę bohatera z punktu A do punktu B. Czytało mi się dobrze, kilka razy nawet się roześmiałem, ale ostatecznie tytuł mnie nie przekonał. Śledzimy losy głównego bohatera w serii niechronologicznie poukładanych scenek, gdzie motywami przewodnimi są młodzieńcza znajomość, różnego rodzaju zahamowania głównego bohatera i próba poradzenia sobie z dość dramatyczną wiadomością. Jakoś to wszystko nie zagrało u mnie tak jak powinno – nie jestem pewny, czy istotniejsze powinny być wątki humorystyczne, czy dramatyczne. Częste przechodzenie z jednego tematu w drugi trochę wybijało mnie z klimatu.
Rzeźnia numer pięć – czyli komiksowa adaptacja powieści Vonneguta. Skoro adaptacja, to nie ma się co za bardzo do scenariusza odnosić, bo był dany na samym początku. Co najwyżej muszę przyznać, że jakoś trochę zaginął mi ten podstawowy, antywojenny wydźwięk. Niby treść komiksu krąży wokół wydarzeń prowadzących do bombardowania Drezna, samego bombardowania i późniejszych skutków, ale też nagromadzenie innych tematów trochę mi ten główny wątek przesłoniło. Trudno powiedzieć, czy jakoś zaburzone zostały proporcje, czy może rysunek nie oddał jednak tematu tak dobitnie jak słowo pisane. Ot taki lekki niedosyt mi został, ale o stracie czasu nie ma oczywiście mowy.
Niepamięć absolutna – satyra na temat postępu technologicznego i jego wpływu na ludzkość, gdzie maszyny zastępują ludzi praktycznie we wszystkich czynnościach. I w tym zmechanizowanym świecie jest człowiek (policjant), któremu się to wszystko nie podoba i ma ku temu swoje powody. Postanawia sam, po staremu, poprowadzić śledztwo. Bardzo solidne sci-fi, gdzie można się doszukiwać się zapożyczeń lub może raczej inspiracji z różnych klasyków gatunku. Fani gatunku powinni być usatysfakcjonowani. Za plus zaliczam dość zaskakujące zakończenie, chociaż samej puenty nie zrozumiałem do końca. Albo może nie poczułem. Trochę szkoda, że szybko się komiks czyta (w sensie dobrze, że się nie grzęźnie, ale wciąga się całość w krótkim czasie).
* Nie podeszło lub wręcz wymęczyłoWęgiel i krzem – wciągnąłem się od pierwszej strony, ale z czasem coraz mniej mnie lektura trzymała, a końcówkę już siłą woli czytałem. Tematyka, jak najbardziej na czasie (sztuczna inteligencja), jak również eksploatacja zasobów naturalnych planety i pogarszające się perspektywy całej ludzkości – zresztą wszystko w podobnym duchu jak Shangri-La tego samego autora. Jednak późniejsze losy głównych bohaterów i liczne przeskoki w czasie, co powodowało, że komiks tracił ciągłość a stawał się bardziej podzielony na krótsze epizody, czytałem już z coraz mniejszym zaangażowaniem. Filozofowanie bohaterów (jednak maszyn) zupełnie mnie nie wciągało i miałem uczucie, że sztucznie przeciąga cały komiks. Takie klimaty jednak nie dla mnie. No i nie mogłem znieść rysunków postaci, a szczególnie twarzy. No paskudne po prostu. Taki styl, ale trudno mi było wytrzymać. Ale poza samymi postaciami, to rysunkowo świetnie – tła, wnętrza, ogromne miasta, przestrzenie bardzo widowiskowe.
Mam rozgrzebaną Kiki z Montparnasse'u, na półce kilka tytułów z ostatniego zamówienia - przede wszystkim Bomba (tutaj mam ogromne oczekiwania, stosownie do formatu i ceny), ale też komiksy Fonta, IHS, Scenki z życia osiedla Cazy. Po głowie chodzą: kolejny Burma, Morderca znad Green River, Kosmos od Timofa. Wakacje źle nie wyglądają:)