1. Nie za nic, tylko za dzieci. Jakbyś miał swoje, to byś wiedział jaka to ciężka tyrka i jak kosztowna. I nie wypisywałbyś takich głupot, że "za nic".
Mam samochód. Też generuje koszty. Do tego sprowadza się twój argument. Gdzie zatem mam składać wniosek o 500 plus na moje auto? Dodam, że samochodem dojeżdzam do pracy, a pracą dokładam cegiełkę do wartości PKB. Bez samochodu dojeżdżałbym dłużej, czyli miałbym mniej wolnego czasu (w moim przypadku: znacząco mniej), a tym samym korzystałbym rzadziej z wielu usług (np. kina, basenu, roweru miejskiego). Jeśli państwo będzie łożyć na mój samochód, obiecuję jeździć więcej, więcej wydam na stacji paliw, co pół roku kupię nowe opony, wezmę najdroższe ubezpieczenie itd.
2. Akurat ty postulujesz zawężenie kręgu wybranych. Niby dlaczego dostać miałyby tylko pewne grupy zawodowe? Tak przynajmniej jest nieco mniej niesprawiedliwie, bo w rozdawnictwie pieniędzy uczestniczy znaczna część społeczeństwa.
Zasadnicza różnica jest taka, że ja mówię o podnoszeniu wartości pracy, a ty... o rozdawnictwie. Wyższa wartość pracy to większe zadowolenie pracownika, lepsza motywacja i - finalnie - wydajność. Na tym korzysta całe społeczeństwo, bo przez szkołę, przychodnie i szpitale przechodzimy wszyscy.
Do niczego nie motywujesz, gdy rozdajesz za nic. Uczysz jedynie, że należy się, bo tak. I jeszcze polaryzujesz społeczeństwo, bo jednak sporo jest pominiętych. Czytałem, że bezdzietni mogą to rozdawnictwo traktować jako odwrócone bykowe.
Nie można dać podwyżek w jednym czasie całemu sektorowi publicznemu. Ale w dłuższej perspektywie można zadowolić wszystkich. Wskazałem przykładowe grupy zawodowe. Uwłaczające godności wynagrodzenie mają też np. pracownicy socjalni.
Czy burzyła cię podwyżka dla policjantów, kiedy pominięto (też strajkujących) pracowników socjalnych oraz innych z sektora publicznego? Taką przyjąłeś pozę: albo wszystkim, albo nikomu (przy czym ową alternatywę stosujesz wybiórczo, bo tylko w wybranych obszarach życia)? Jeśli od razu starczy pieniędzy dla wszystkich (wątpię), to w porządku. Ale prawda jest taka, że trzeba wybierać i stopniowo wynagradzać wszystkich. A poszkodowani już są, bo jedni dostali, a inni nie. Przeciwnie więc do twoich żenujących wybiegów erystycznych, ja postuluję rozszerzenie kręgu wybranych na cały sektor.
3. Dlaczego chciałbyś dyskryminować kogoś, kto jest bogaty? Tylko dlatego, że jest bogaty?
Chcę, żeby pomoc społeczna docierała do potrzebujących niezależnie od liczby potomków czy innych czynników. Bogaci nie potrzebują wsparcia finansowego. To nie kwestia dyskryminacji. Ty jesteś jej orędownikiem, bo bronisz sytuacji, w której kasa z bezdzietnego biednego idzie na dzietnego bogacza. To całkowite odwrócenie tego, czym jest pomoc społeczna i marnotrawienie środków publicznych. Bogacz sobie poradzi bez tego świadczenia i zajęty swoimi sprawami nie będzie się zastanawiał, czy ubogi Kowalski otrzymał z OPS-u tysiąc więcej.
Ludziom należy pomagać do poziomu, w którym pomoc staje się zbędna. Jednym mniej, drugim sporo, reszcie wcale. Mnie pomoc społeczna jest niepotrzebna, więc o nią nie zabiegam. Potrzebującym jej nie skąpię; niech otrzymają tyle, ile muszą. To jest zdrowa sytuacja.
4. Fakt, że w rozdawnictwie uczestniczy znaczna część społeczeństwa przekłada się na wzrost konsumpcji, co z kolei przekłada się na wzrost gospodarczy, nowe miejsca pracy, podwyżki i wzrost zamożności społeczeństwa - również dla tych, którzy bezpośrednio z programu nie korzystają.
W moim modelu społeczeństwo otrzymałoby tyle samo świadczeń z tą różnicą, że najbardziej potrzebujący dostaliby więcej, inni mniej, a ci zupełnie niepotrzebujący wcale. Za zaoszczędzone pieniądze byłoby można sfinansować podwyżki pracującym. Nie przekonuje mnie więc twój argument, bo wszystkie te efekty można osiagnąć w sposób lepszy (tj. taki, który niweluje wady 500 plus i jeszcze dokłada parę zalet). Rzecz jasna, jestem świadom, że 500 plus ma też (może przede wszystkim) wymiar polityczny.
Zamiast pieniędzy niektórzy (najlepiej większość, jeśli nie wszyscy) dostaliby bony towarowe, m.in. na dziecięce ubrania. To i teraz funkcjonuje, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Warto wiedzieć, że bony traktowane są przez ludzi jak pomoc, pieniądze jako dochód. Dochód z niczego, za nic. Wszyscy uwielbiamy tę wyuczoną przecież postawę: "Mnie się należy i kropka", prawda? Dochód nie może istnieć w oderwaniu od pracy (pomijam z konieczności sytuacje wyjątkowe jak wzbogacenie się na hazardzie, bo to temat długi, a i nie zawsze istnieje w oderwaniu od pracy, np. pokerowe turnieje).
I chyba najważniejsze: należy zmniejszać opodatkowanie najbiedniejszych.
5. Rozdawnictwo pieniędzy w Polsce było zawsze, tylko że do rządów SLD włącznie pieniądz publiczny płynął do postkomunistycznej nomenklatury (uwłaszczanie się na majątku państwowym), a za rządów PO do krewnych i znajomych królika (dzika prywatyzacja). Teraz przynajmniej adresatem rozdawnictwa są przeciętni Kowalscy. Taki system jest najbardziej sprawiedliwy spośród tych, które mieliśmy dotychczas. A właściwie, żeby być precyzyjnym - najmniej niesprawiedliwy.
Wyborne: "Inni kradli więcej". Co było za SLD czy PO, nie należy do rzeczy.