A przy okazji, czytam tom 1 i jestem pod wrażeniem tego, jak łatwo to wchodzi. Mało didaskaliów, bardzo dynamiczna narracja. Zaryzykuję swój skalp i powiem, że to o wiele mniejsza ramota niż Kajtek i Koko. Niektóre motywy i komentarze bardzo aktualne. Papcio miał swój styl już od samego początku. Bawi mnie i uczy nawet dzisiaj.
Pełna zgoda! Te księgi zero i osiemdziesięciolecia czytałem dawno temu i już nie bardzo pamiętałem swoje wrażenia z tamtej lektury. Tymczasem kończę czytać pierwszy tom Tytusopedii i o mamo! jaka to jest radocha! Papcio bardzo szybko złapał wiatr w żagle, bawił się słowem i absurdem (wcale nie gorzej od uważanego za mistrza w tej dziedzinie Baranowskiego, a zaczynam nawet myśleć czy aby nie lepiej). No i te rysunki. Ja uwielbiam tego wczesnego Papcia i nie mogę odżałować tego, że od tego pięknego prostego stylu, tego szlachetnego minimalu szedł później z każdą księga w coraz większe przekombinowanie. No i szok ile patentów wykorzystanych później w księgach było już w tych pierwszych przygodach ze ŚM. Ludzie pracujący przy tym wydawnictwie zrobili przepiękną robotę. Jest to bardzo ładnie wszystko zaprojektowane (tak tak, te kolorowe paski w mojej opinii robią robotę minimalistycznego ale też potrzebnego i praktycznego layoutu), pieczołowicie odrestaurowane. Oczywiście dla jakichś ultra wykręconych tytusomaniaków (pozdro nori) mogą tam się zdarzyć jakieś wpadki (nieuniknione przy takim rozmiarze przedsięwzięcia), ale normalny czytacz, fan, wychowany na tym szajsie, ma naprawdę masę frajdy z obcowania z tymi komiksami w tej formie. Dawkuję sobie tę lekturę małymi porcjami, żeby starczyło mi na jak najdłużej
