Sprawdziłem swoje oceny. Za najlepsze bez udziału Goscinnego uważam Narzeczoną Lucky Luke'a, Daily Star i Nitroglicerynę. Generalnie póki był Morris, to też fajnie się czytało, było sporo dobrych tomów, kilka bardzo dobrych, w tym wspaniała Nitrogliceryna. A jak odszedł Morris, to już nie warto, pojawiają się straszne kasztany.
Nitrogliceryna to jest to. Dlaczego ta opowieść jest tak dobra i dlaczego jest jedną z najlepszych stworzonych bez udziału Goscinnego? Otóż w tym uniwersum stworzono już pewnie ok 100 albumów i większość z nich należy do dwóch kategorii: Lucky Luke kontra Daltonowie lub wycinek z życia Dzikiego Zachodu, gdzie w rywalizację między dwiema stronami konfliktu wmieszał się nasz protagonista.
Pierwszy powód jest taki, że scenarzysta połączył te dwie podserie w jedną czyniąc z Nitrogliceryny wielowątkową opowieść. Dostajemy klasyczną luckylukową rywalizację, nie mniej klasycznych bandziorów, którzy są na usługach jednej ze stron i wmieszanego w to Luke'a. Ale w to wszystko wrzucono jeszcze Daltonów. I to umiejętnie. Piękna odmiana. Dodatkowo mamy tutaj wplecione w to mniejsze historie i odcinkowe skecze np. papugę, która zawsze kilka kadrów po wyzwiskach swego szefa powtarza to co powiedział, nie mogącego zaznać spokoju pracownika stacji kolejowej, równie nieszczęsnego grabarza (i jego sępa), który podąża za pociągiem z nitrogliceryną licząc na "klientów", marynarza który próbuje zwiać, ale ciągle jest przymuszany przez kapitana statku do transportowania nitrogliceryny oraz sam wątek marynarzy, którzy robią za kolejarzy, bo żaden pracownik kolei nie chciał mieć do czynienia z nitro.
Dodatkowo garść mniejszych żarcików. Oraz rysunki i kolory samego Morrisa, bo nie da się ukryć, że inni autorzy nie radzą sobie tak dobrze jak mistrz. A komputerowe kolory w niektórych nowych tomach serii wręcz bolą. U Morrisa jest klasycznie. Świetny album.