Przeczytałem w końcu "Punisher: Red band". Bardzo złe, choć lekko lepsze od wypocin Fractiona, Remendera, Cloonan, Rosenberga i Aarona. Frank zostaje przywrócony z WeirdWorldu przez
, który przeszedł jakąs przemianę, biczuje się i karze za złe uczynki (niektórych). W tym celu wykorzystuje przywróconego do życia
, manipulując Castle za pomocą jakiegoś elektroustrojstwa. Do tego dorzucony zostaje Tombstone. Dzieje się duzo i krwawo, chwilami w klimatach gore. Oczywiście nie ma w tym wszystkim żadnego sensu, żadnych wyjaśnień, zresztą i tak byłyby to zapewne jakies brednie.
Jest głód postaci na rynku i w połaczeniu ze zbliżającą się premierą Spidera z Punim i filmu z Bernthalem, Marvel postanowił dorobić trochę i odpalił kolejną paździerzową serię pisaną przez twórcę "Red band" Benjamina Percy. Percy jest podobno olbrzymim fanem postaci. Zaskakujące, bo na jakośc to sie nie przełożyło. W numerze 1 (a jakże) wraca nieżyjący
(chyba jasne, nie?), który żeby dostać sie do Rykers Island na "wizytę" do Tombstone'a zakłada skórę z dłoni i twarzy jego prawnika. Tak, taki to jest poziom.
Dodatkowo w kadrze retrospekcji w "RB" pojawia się Barracuda, którego w 616 w ogóle nie było. Tzn. miał byc w miniserii Eda Brissona i Declana Shalveya, która została skasowana (pomimo że w wiekszosci została narysowana) bo marvelianie przestraszyli sie czerwonych aktywistów w 2020.

Zastanawiam sie czasem, czy ci ludzie nie potrafią myśleć, pisać, sklecić w miarę sensownej fabuły, czy też czytelnicy to kompletni debile którzy łykną każdą bzdurę. Nawet w "magicznych obrazkach" powinny byc jakies granice absurdu.
W związku z powyższym zażyłem odtrutkę. Tak się składa, że w tym miesiącu obchodzimy 30 lat (!) od polskiej premiery "Punisher: Year one" w biedawersji "noir"

od semica.
Jakie to jest dobre. Oczywista oryginał, a nie polskie wydanie. Świetnie opowiedziany początek działalności Punishera, wspomagany poruszającymi wątkami zapijaczonego dziennikarza McTeera i złamanego systemem detektywa Laviano. Frank jako człowiek pogrążony tragedią, który postanawia zostawić dawne życie za sobą i zrobić porządek na tyle na ile się uda. Do tego klimacik lat 70 i inteligentnie zarzucone nawiązania do marvelowskiego świata. Abnett i Lanning wymiatali, jeśli idzie o pisanie przygód Punishera. Eaglesham też świetny, a jego plansze w ołówku robią jeszcze większe wrażenie niż poinkowane.
Kiedyś to było, eh.
