Z Prometheą i w ogóle z niektórymi dziełami Moore'a czy Morrisona, a ostatnio także Snydera jest tak, że są po prostu bełkotliwe. Coś, co w teorii ma być stylizowane na tak bardzo mądre i głębokie okazuje się często miałkie i puste w środku. Bo to nie jest tak, że dobry komiks trzeba zawsze pompować trudnym słownictwem, pojęciami z kategorii filozofii, astronomii, astrologii, astrofizyki i mistycyzmu oraz odniesieniami, których czytelnik nie zrozumie bez poznania 80 innych źródeł, studiowania kilkudziesięciu lat historii jakiegoś kraju i wycieczki do starożytnej biblioteki w podziemiach świątyni, o której nie słyszał nawet Indiana Jones. Ważniejsze są chyba emocje, czego najlepszym dowodem są chociażby te co bardziej niekomercyjne dzieła Lemire'a.