W miarę czytania tak trochę rozczarowywałem się całą serią. Bo niby miała być inna niż mainstream ale dla mnie wszystko sprowadzało się to do szokowania większą brutalnością. I tego, że wszystko się wali, jest coraz gorzej. Poza tym inne postacie stawały się bandą psychopatów z wiadomo kim na czele. Invincible niby próbował działać żeby było lepiej, postępować słusznie, ale popełniał tylko błędy, co skutkowało wzrostem liczby ofiar. A potem i tak postawił na swój osobisty interes. A scenarzysta tylko dalej go traumatyzował.
I jeszcze potem seria stała się tym co ja w ogóle widzę w każdej jednej fabule. Nieważne czy komiksowej, książkowej, filmowej, czy serialowej. Tzn. długo, długo rozstawiamy figurki na planszy, budujemy napięcie, czekamy, pogłębiamy, nic nie można zrobić bo główny problem jest taki wielki. A potem minuta mija, bo zaraz koniec serii, szast-prast, wszystko rozwiązane, wszystko wybaczone i żyjemy długo i szczęśliwie. Ehh. Ostatni wątek z Allenem Alienem załatwiony na dwóch kartkach był naprawdę rozczarowujący.
Dostałem niby to co chciałem - w końcu świat z superbohaterami naprawdę zmienił się na lepsze dzięki ich mocom. Ale tu stało się to
tak bardzo po łebkach, po tak długim i gorszym niż w Marvel/DC ciągu śmierci i zniszczenia, tak wiele stało się poza kadrami i dopiero na sam koniec że dalej nie jestem usatysfakcjonowany. Żal mi np. takiej szybkiej śmierci Cecila, która w ogóle nie została przetrawiona. Kirkman niby kreuje się na lepszego scenarzystę, który pokazuje mainstremowi jak powinno to wyglądać, ale u mnie wybijał się głównie maksymalną brutalnością i przemocą, które przykrywały standardowe fabuły superbohaterstwie. I magiczna końcówka dająca happy end.
Spodobała mi się autoironia dotycząca rynku komiksowego.



I jeszcze wychodzi na to, że animacja podoba mi się bardziej niż komiksowy oryginał. Podczas czytania wiele razy miałem wrażenie zbyt skrótowego pokazywania ważnych wydarzeń, plus oprawa graficzna i dymki sprawiały wrażenie że to wszystko jest parodią i wyśmiewaniem konwencji superbohaterskiej. Najlepszym przykładem jest Wojna Invincible'ów. To w animacji naprawdę się wzruszyłem i wstrząsały mną sceny walk, śmierci i zniszczenia. Czułem wagę wydarzeń. A jak to czytałem, to miałem wrażenie że jest to za krótkie (Rex), mało znaczące i ma szokować dla samego szokowania. Jednocześnie
dookoła jest śmierć i zniszczenie, miasta leżą w gruzach, ale domek Marka i Eve sobie spokojnie stoi, mam wrażenie, że dalej jest u nich prąd, woda, internet, szkoły, normalne zakupy. Żadnego racjonowania żywności, godziny policyjnej, nakazów pracy czy załamania ekonomicznego. Przez to wszystko jeszcze bardziej wydaje się sztuczne i trzeszczy w zębach niż inne rzeczywistości superbohaterskie.