O komiksach Eda Brubakera słyszałem, zanim postanowiłem na dobre przysiąść do zapoznawania się z tym medium. Gdy hurtowo kupowałem, co ważniejsze tytuły o Batmanie, to jako pierwsze historie jego autorstwa przeczytałem dwie zawarte w
Człowieku, który się śmieje. Reinterpretacja pierwszego spotkania Mrocznego Rycerza z Jokerem bardzo przypadła mi do gustu, pamiętam z niej poszczególne kadry, ale muszę przyznać, że potrzebna będzie powtórka po tych paru latach. Druga historia z Green Lanternem także mi się podobała i tonalnie była lżejszą odskocznią od spotkania Batmana z Księciem Zbrodni. Siłą rzeczy nie było to jednak coś tak wyrywającego z kapci, jak
Rok Pierwszy czy
Długie Halloween.
Dalej jednak robiłem sobie listę pozycji Brubakera, które chciałbym przeczytać, bo lubię kryminały, a przede wszystkim lubię różne zabawy gatunkiem noir i neo-noir. Z reguły staram się też zapoznawać z twórczością danych pisarzy, scenarzystów czy reżyserów pod kątem chronologicznym, a więc od ich pierwszych dzieł. A przynajmniej tych najważniejszych. No i stało się tak, że Mucha wydała
Sceny zbrodni, które nie tak dawno przeczytałem. Opowieść ta wpisuje się w ramy neo-noir: mamy tu zmęczonego życiem detektywa, odpowiednik noirowej femme fatale czy zagmatwaną intrygę, na którą odpowiedź jest bardzo prosta, brutalna i bliżej niż się wydaje, a nawet drugoplanowego bohatera żywcem wyjętego z prozy Chandlera czy Hammetta. Wątek sekty hippisów i wolnej miłości był bardzo ciekawy, zwłaszcza że lubię tego typu klimaty. Być może w całej historii zabrakło mi efektu "wow", ale całość jest bardzo sprawnie poprowadzona i uzupełniona przez rysunki Michaela Larka. Jednocześnie świetna jest zawarta w tym tomiku krótka opowieść w klimacie świąt Bożonarodzeniowych. Aura świąt i wyjazdu do Nowego Jorku świetnie kontrastuje z ponurym zakończeniem prostej sprawy. Zaskoczyło mnie, jak Brubaker na łamach kilku stron sprawił, że przejąłem się losem całkowicie przypadkowej postaci. Co jest na drobny minus, to zaskakująco sporo tekstu (nie jest to literacki poziom Moore'a czy Gaimana, ale i tak). Zabawne, że sam scenarzysta zwrócił na to uwagę w posłowiu, więc podejrzewam, że w kolejnych będzie ich mniej, albo będą lepiej rozłożone. Jeśli miałbym oceniać liczbowo, to pewnie na 7/10.
A co do dalszych komiksów - staram się kupować i czytać tak, jak Brubaker tworzył i dlatego obecnie czytam
Śpiocha. Za mną zawarta w pierwszym tomie miniseria "Na celowniku", która z miejsca wciągnęła mnie swoją intrygą szpiegowską, atmosferą coraz większej paranoi i finalnym rozwiązaniem, kojarzącym się z
Memento Christophera Nolana.
Lada moment zasiadam do głównej serii i wierzę, że się zawiodę.
Na półkach za to czekają już
Zaćmienie,
Zabij albo zgiń,
Pulp,
Reckless i
Gorączka nocy. Oraz oczywiście
Gotham Central, ale to jednak nie jest w pełni autorska historia Brubakera, a pewnie Greg Rucka więcej maczał przy tym palców. Co mi z tego podejdzie, co pójdzie na ewentualną sprzedaż? To się okaże.
W planach mam na pewno zebranie
Criminal oraz zakup
Incognito. Dużo dobrego słyszałem o
Fatale, ale tutaj z dostępnością jest trudniej. Pozostają jeszcze również
Velvet i
Friday oraz runy Brubakera w
Daredevilu (mam na liście do zakupu),
Catwoman i
Kapitanie Ameryce.