W tym roku po raz pierwszy pojechałem na Komiksową Warszawę, podzielę się więc swoimi obserwacjami i oceną festiwalu. Byłem w sumie przez dwa dni, piątek i sobotę natomiast wczoraj już około 15 musiałem zmykać na dworzec, aby wrócić do siebie w miarę rozsądnej godzinie, a dodatkowo było to praktycznie ostatnie bezpośrednie połączenie do Opola. Także na chłodno mogę napisać jedno. KW to bardzo dobra inicjatywa, mająca wiele plusów dla komiksiarzy. Gdy przyjechałem najwięcej czasu zajęło mi zlokalizowanie strefy komiksowej, na plac wszedłem od drugiej strony także musiałem troszkę przejść, aby namierzyć swój główny cel podroży. Gdy po chwili zobaczyłem pierwsze stoisko, to zrobiłem zakupy jakie mnie interesowały w dosłownie 20 minut. W Łodzi to jest całkowicie nierealne. W stolicy, każdy wydawca sąsiaduje z kolejnym, przechodzi się płynnie, zakupy to prawdziwa przyjemność. Zapewne w sobotę, gdy ludzi było już zdecydowanie więcej, aż takiego dobrego czasu bym nie wykręcił, ale w piątek poszło gładko i błyskawicznie. Do Warszawy pojechałem z mamą, zabierając ją na wycieczkę z okazji dzisiejszego święta. Z jednej strony zobaczyła jak wygląda moja zajawka, z drugiej pozwiedzaliśmy miasto, także starałem się połączyć obie kwestie w rozsądnych proporcjach. Pogoda w weekend dopisała, było strasznie parno i gorąco natomiast najważniejsze oprócz porywów gwałtowniejszego wiatru w dni jakie byłem nie padało. Po zakupach pozostało jeszcze zameldować się w pokoju, odświeżyć, zostawić bagaże i rozpocząć operację wrysy 2024

Odwiedziłem stanowisko Lost in Time, gdzie swoją sesję rozpocząć miała Aimée de Jongh.

Przeczytałem Powrót Pszczołojada dzień przez wyjazdem, także mogłem zamienić dwa-trzy słówka i poprosić o rysunek młodej bohaterki komiksu. Pomimo tego, że jest krótki i dosyć szybko się go czyta, oferuje sporą dawkę emocji, zmusza czytelnika do przemyśleń. Kolejnym punktem programu było stoisko Egmontu, gdzie autografy miał rozdawać Marco Gervasio, tutaj kolejka była już zdecydowanie większa i rosła z minuty na minutę. Chwilę przed odebrałem jeszcze od Radka swój egzemplarz
Fantomiusa który prosto z Woch przywiózł autor. Zabawa się rozpoczęła, Marco okazał się bardzo otwartym i przyjaznym człowiek, a oto efekt jego pracy.


Rysunki kapitalne, warto było troszkę przypiec się na słońcu, o czym przypomniała mi później migrena, która towarzyszyła mi do końca dnia. Autorowi słońce również przeszkadzało, następnym razem może warto byłoby pomyśleć o jakimś większym parasolu, aby pobyt na stoisku był bardziej wygodny dla gościa. Przesunięcie kotary pomogło, natomiast przez to oczekujący w kolejce nie widzieli wtedy autora. Jako że terminarz był napięty i wiedziałem że nie zdążę już na strefę autografów, ustawiłem się jako pierwszy na stoisku Timofa, oczekując na kolejnych autorów. Za godzinę swoją sesję rozpocząć miał Craig Thompson oraz Josh Simmons.



Ostatnim punktem piątkowego festiwalu była strefa autografów ( w końcu) i pamiątka w Mrocznych Miastach.

Wieczorem zwiedziliśmy Ogród Saski, Stare Miasto, zobaczyliśmy Pałac Prezydencki, pomnik Mickiewicza itd, aż przyszła pora na kolację i powrót do hotelu. Podobało mi się jak przy niektórych knajpkach czy restauracjach grały zespoły tworząc świetny klimacik, a przelotny deszcz spowodował, że przestało być tak gorąco. W sobotę na KW pojawiłem się przed 9. Kolejki były już ustawione na strefie i na stoisku Egmontu. Także błyskawicznie rozeznałem się w temacie, wróciłem do hotelu po bagaże i ustawiłem się w jednej z nich. Jak na emefce 90% wrysów ogarniam w miejscu na nie przeznaczonym czyli na strefie, tak na KW zdobyłem tam zaledwie jeden, resztę bezpośrednio u Wydawców. Przyznam, że nie spodziewałem się takiej dobrej organizacji, a dodatkowo wszędzie jest tak blisko że łatwo można przejść z punktu a do punktu b, nie przepychając się w międzyczasie z setką osób po drodze. Frekwencja w sobotę była doskonała.
Udało mi się uzyskać kolejne rysunki, przez co wykonałem 100% planu jaki sobie założyłem, czyli uzyskanie pamiątek od wybranych autorów.

Kasia Nie

est em

Stefano Turcioni i Teresa Radice

Z tego miejsca dziękuję Hubertowi za możliwość otrzymania ostatniego rysunku, ponieważ miałem obawę że nie zdążę i będę musiał uciekać na pociąg. Dobrze było zobaczyć tyle znajomych twarzy, z forum i nie tylko.
Nie wiem czemu, do tej pory unikałem KW jak ognia, ale przekonałem się do festiwalu i z pewnością będę wpadał częściej. Cieszy też wysoka frekwencja, dzięki nam drukowanie ma jeszcze sens, a zapachu farby nie zamienimy na tablet

Pozdrawiam wszystkich forumowiczów i do następnego.