Czwartek. Jest popołudnie.
Właśnie kończę się pakować. Wychodzę. „A droga wiedzie w przód i w przód”. Jak zwykle za wcześnie, bo mam reisefieber. Ale jest tego plus: autobus cholernie się spóźnia. Docieram na dworzec przed czasem, ale w rozsądnym przedziale.
Jest 17.00
Bus rusza. Nie mogę spać, w głowie obracam co będę na festiwalu robić, jak zagadywać do twórców, kogo spotkam z forumowej braci. Z zadumy wyrywa mnie telefon sprowadzając do rzeczywistości. Dzwonią z hotelu. Zameldowanie odbywa się do 22.00, ja będę o 21.40 w Łodzi Kaliskiej. 28 minut na dojście, więc będę za późno. Zgłaszałem na szczęście to rankiem tego dnia. Teraz dzwonią by przekazać kody dostępu.
21.40
Jestem na miejscu. Ledwo wyciągam plecak z bagażnika - jest ciężki skubaniec. Moja matula nie mogła pojąć po kiego biorę tyle komiksów. „Wozić tomiszcza tylko po to by ktoś je pomazał? Bezsens!”. Dreptam na miejsce noclegowe, zachodzę jeszcze do Żabki kupić energole.
22.30
Docieram do bazy wypadowej. Brama jest zamknięta. Wpisuje kod, pcham drzwi. Nic. Mini zawał serca. Przyglądam się uważniej. Skrzydło jest szersze niż odrzwia. A zamontowane są w grubym murze. Po prostu się zaklinowały. Używam prostackiej siły, pcham i voilà - jestem na terenie.
Przemykam przez podwórko, docieram do najdalszych drzwi. Korytarz jak z horroru, kręcone schody... Z duszą na ramieniu kroczę mrocznym holem. Ni widu ni słychu bogu ducha winnych mieszkańców - ofiar tego nawiedzonego miejsca. Docieram na piętro pierwsze. Tabliczki wskazują, że mam przeciąć niepostrzeżenie jeszcze jeden korytarz, a następnie piąć się stromymi schodami dalej, hen-hen na poddasze. Wreszcie docieram. Staje przed drzwiami z wyrytą „11”. Jestem u kresu dzisiejszego etapu podróży.
Wpisuje kod i zamieram.
Pokój jest duży, w dzień na pewno jasny dzięki wielkiemu oknu skierowanemu na wschód. 4 łóżka piętrowe, schludnie złożona pościel... jestem sam w 8-osobowym pokoju.
Rozpakowuję się. Na szczęście przebłysk kognitywistki pozwala mi podjąć decyzje by wziąć komiksy do podpisu zarówno na sobotę jak i na niedzielę. 23.00 - padam na łóżko i osuwam się w niespokojne objęcia Morfeusza.
Ze snu wyrywa mnie... kurczę, nic mnie nie wyrywa. Po prostu się budzę. Jest 3.30. Odwracam się na drugi bok z mocnym postanowieniem, że ni chu*a, nie wstaje o psiej godzinie. Mija 60 minut, a ja dalej nie mogę zasnąć. Ni chu*a, po K... mam leżeć i się męczyć, jak mogę wstać i pójść pod AA. I tak nie śpię i tak...
Wstaje i wychodzę. Do nowego celu mam 30min spacerkiem, ale w nocy łatwo zabłądzić, więc trasa zajmuje mi godzinę.
5.30 - fotorelację czas zacząć. 5.40 leci selfiak na forum: oficjalnie otwieramy Kolejkon.
Nowe miejsce „w realu” wygląda lepiej niż się spodziewałem ze zdjęć. Przede wszystkim jest wielki napis wskazujący, że to tu będą panowie z okienka dawać po numerku. Jest nawis, który chronić może od deszczu (prognozy są nieubłagane), jest załomek by się przed wiatrem schronić, nie widać ulicy więc nie będziemy rzucać się w oczy. Może pan ochroniarz nas nie nawiedzi.
Trochę się pomodliłem - w końcu potem z czasem może być krucho. No i zaczynam czytać. Na dzień dobry „Rewolucyjny mechanizm” Karola Mularczyka. Jeszcze telefon do rodzicielki, co by się nie martwiła. Ma mnie za czubka - wy też - ale mnie akceptuje - wy już nie wszyscy.
Trochę przed 8 - zjawiają się pierwsi zziajani stacze do kolejki. Śmieją się ze mnie między kolejnymi klątwami, żem ich tak z rana zerwał do pionu. No co ja poradzę, że spać nie mogłem? Planowałem wyjście na 6, by dotrzeć przed 7, ale sprawa się rypła. Przy okazji dostaję zjebkę: nie przygotowałem listy. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Na za rok będę lepiej zaopatrzony. Nie, żebym planował bić kolejne rekordy i przesuwać początek czasoprzestrzenny kolejki. Przyjazd w czwartek to dobry pomysł: pierwszy piątkowy transport jest jednak za późno. A o której wyjdę z hotelu? Zobaczymy za rok. Oby mi się udało załapać więcej snu w noc poprzedzającą event, ot tak na zapas.
O czym to ja...? A o liście Kolejkonowej. No to robimy prowizorkę na kartce. Nie wygląda to super, ale jest. Niedługo później dołącza Midar. Dotychczasowy Król Kolejkonu w tym roku poza podium. Stłuczkę miał, ale to już inna historia i nie mnie ją opowiadać. Wraz z detronizowanym pojawia się lista PRO, przepisujemy nasze bazgroły i wieszamy ostateczną wersję.
Kogo by tu jeszcze warto wymienić z tych co dotarli...?
O! Boro - przyniósł karton z zinami. I to prawdziwymi, a nie procentowymi. Wygrzebuje z dna 3 numer Darmozina. Ło panie, cóż to za święto? Od 2 lat szukam dwu archiwalnych numerów: 4 i właśnie 3. I to nie kwestia, że nie da się dostać w dobrej cenie. Ich się w ogóle nie da zdobyć :\ No to teraz brakuje mi tylko #4. Jeszcze raz wielkie dzięki! Do tego zbunkrował mój bagaż w swoim samochodzie. No złoty człowiek!
O! Teli - przyniósł wkładkę do pudła z zinami. Ależ szybko się rozeszła!

O! Arne zwany onegdaj Bosmanem. Jest w parszywym humorze, gorszym niż Midar po stłuczce. Cóż, beczka grogu postawiła go jednak na nogi.
I tak czas leci. Coraz nas więcej, Teli wodzirejuje ponoć raz ostatni. Aż nastała 5.40 dnia sobotniego. Ktoś ze śmiechem zauważa, iż mi doba w kolejce stuknęła. Aż wrzucam fotkę na forum. Przy okazji: kto odczytał napis na okienku „depozyt” w odbiciu lustrzanym jako „Tytusopedia”? Głodnemu chleb na myśli.
O 7.00 stajemy w zwartym szeregu pod komendanturą Teliego.
9.30 pojawiają się zaspane chłopaki ze strefy autografów. Niosą zwitki mocy - przedmioty pożądania całego Kolejkonu. Otwierają drzwi i... a nie, nie otwierają. Zgubili klucz. Włącza się za to alarm. Zaczyna być nerwowo.
Wreszcie dostają się do pomieszczenia. Małe przemeblowanie, bunkrują się za szafami, pewnie odprawa bojowa. I rozkładają zwitki mocy. Otwierają okienko i... a nie, nie otwierają - klucz nie pasuje. Negatywne emocje zaczynają napływać falą. W końcu przychodzi umyślny i manipuluje przy barierze oddzielającej nas od przeznaczenia. Uff! Udało się. Biorę co mi przysługuje, lecę do punktu wymiany biletów, i wreszcie wkraczam na AA.
10.00 Rozpoczynam zakupami u Timofa, zaraz potem przenoszę się do KG a na koniec lecę na płytę do Yatty. Zajmuje mi to max 20 min. A i tak zdobywam pierwszy wrys po drodze. Co ciekawe wrys od osoby do której miałem numerek 001. Niepotrzebny już świstek papieru przekazuję znajomym. Im się bardziej przyda.
11.00 - od teraz większość czasu spędzam na strefie autografów, gadam z twórcami, znajomymi, zbieram wrysy i smoki zżerające kaczki. W przerwach okrążam Arenę po pierścieniu i rozglądam się po stoiskach. W między czasie odbieram BCR wraz z przyległościami, a na stanowisku trochę dalej poznaję pana Piwko. Nabywam odeń zin który wywoła niemałe poruszenie w sobotnio-niedzielnym Kolejkonie. „Czapeczka z papieru” to obiekt klasy „relikwia” i gdy zaginie, oj to kiła i mogiła.
Mniej więcej o 14.30 ustawiam się w kolejce na dzień następny. Plan wykonany można odzipnąć. Ja tam do roboty już nic nie mam, ale niektóry się burzą. To czas Thorgalowców. Postanawiamy być bardziej liberalni i elastyczni. Stać w kolejce gdy festiwal trwa? Lecimy po ostatnie wrysy. Postanawiam odwiedzić Otta z komiksem Las. Nie dostaje się, ale łapie Fantastyczną Czwórkę od Pętli i Pętli 2. Oraz paru innych Polaków. Wracam do kolejki i ląduję na 8 lokacie. Pada. I nie przestanie do świtu.
Kolejna noc to wariacja na temat poprzedniej. Nie śpimy, gadamy, coś na ząb rzucimy, gardła nawilżymy. Łącznie pierwszej nocy kolejkonowej przespałem 3h, a drugiej 1h, w dzień nic. Jestem na jednym energolu w sobotni poranek, a jednak czuję się jak młody bóg. Nawiedza nas ochroniarz. Jesteśmy pełni obaw, czy nie będzie nas próbował przepędzić. Ale to porządny gość. Prosi o ogień i odchodzi.
Towarzystwa dotrzymują nam pewne niezwykłe istoty. Są to DZIEWCZYNY. Widok niespotykany w tym patriarchalnym tworze jakim jest nasze zgrupowanie „staczy amatorów”. Zaczynam czuć drapanie w gardle. Ocho, przeziębiłem się. W sumie to nie dziwota... Przed uformowaniem się w szereg Teli wygłasza mowę pożegnalną i namaszcza mnie na swojego następcę. Jak ja taki ciężar dźwignę...?
Bez zbędnych i nieprzyjemnych niespodzianek o 9.30 okienko się otwiera i w ruch idzie maszyna numerkowa. I znów na AA tym razem na spokojnie połazić po wystawcach, bo na strefie mam się zameldować dopiero o 12.30. Wreszcie jednak ta godzina wybija. 3h ( tj. 2 sesje autografów) mijają jak z bicza strzelił. W między czasie spotykam Jakuba Babczyńskiego, autora Wyspy Szyszek i tu info: brak 7 osób do realizacji dodruku archiwalnych numerów, bodaj Janka i przyjaciół. Ja mam i bardzo mi się podoba, to rzadka okazja by zdobyć ten unikat. Piszcie do Kuby jeżeli jesteście zainteresowani.
No i nadchodzi wiekopomna chwila. 15.30 - Teli po raz ostatni ustawia kolejkę do Grzegorza Rosińskiego. Po półgodzinie Wchodzę na sceną półprzytomny. Mam przed sobą 3 drogi:
- Po prostu usiąść i poczekać na wrys żałując do końca życia, że nie poszedłem którąś z pozostałych;
- Zagrać vabank i stracić wszystko, ściągając na siebie gniew osób za mną, słusznie wściekłych, że zamulam;
- Zagrać vabank i zdobyć skarb nieopisany, ściągając na się gniew kolejki i zawiść za najzajebistrzy wrys ze wszystkich
Odrzucam pierwszą opcję. Kto nie gra, ten przegrywa. Licytację czas zacząć i zagrać o najwyższą stawkę. Zadaję kluczowe pytanie: Czy narysuje mistrz smoka zżerającego kaczora? Tętno skacze poza skale, mistrz z połowicą się głowią. Trudny temat, pan Grzegorz jest już zmęczon, ale cierpieniom kaczora zawszeć rad. Jednak kolejka długa. Koniec końców zauważa, że artysta po lewej nakur**a wrys za wrysem. Decyzja zapada. Rosiński sprawdza, a ja mam same blotki. Leci błyskawiczny wrysik, raczej kiepskiej jakości, trochę na odwal. Cóż, liczyłem się z takim scenariuszem. Już myślałem, że złapałem Pana Boga za pięty, ale jak Ikar runąłem w dół. Nie mogę jednak powiedzieć, że żałuję. Dałem z siebie wszystko. Zdobyłem masę innych, niepowtarzalnych artefaktów. Jestem człowiekiem spełnionym. Tyle że w stanie zagrożenia. Ponoć mistrza na 3 minuty zawiesiłem. Gniewny pomruk się niesie. Szybko łapię graty i uciekam gdzie pieprz rośnie.
Z tego miejsca pragnę przeprosić:
- Wszystkich, dla których zabrakło czasu. Nie miejcie mi za złe mego egoizmu. Pracuję nad nim by go skruszyć. To była jedyna taka próba. Kolejny raz do GR iść nie będę już raczej. A na pewno nie z tak zawadiacką prośbą
- Tych z którymi się nie pożegnałem. Bałem się linczu, wstyd mną zawładną, czy co tam innego. Nie, dość, bez wymówek! Nie powinienem tak zniknąć. Część z was się o mnie nawet martwiła, tym bardziej, że zamilkłem na pół tygodnia. Wybaczcie mi. I przyjmijcie szczere „do zobaczenia za rok, a może i wcześniej (oby)”.
Obładowany jak muł udałem się do kościelnych murów. By na mszy nie zasnąć wychyliłem energola. Godzinę później udałem się w drogę powrotną do hotelu na ostatnią noc w Łodzi. Na co mi było go wynajmować weekendowym czasie, starczyłyby 2 z 4 zarezerwowanych nocy. Nauczka na przyszłość. O 21 padam na pysio i śpię snem kamiennym bez widzeń czy mar nocnych do 8.00. Jeszcze śniadanie w Żabce, jeszcze dreptanko do apteki po specyfiki odpornościowe i na dworzec. Tam w oczekiwaniu na busa rozmowa z kumplem, o wszystkim i o niczym. Usadowiwszy się w fotelu lecę w kimę. Budzę się w Lublinie i empekiem docieram do swojego mieszkania. 24. Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi właśnie dobiegł końca. Jutro jeszcze sobie odpocznę, ale od środy trza zapierda**ć.
Rozpakowany, zdjęcia porobione. Czas opisać festiwal. Potem opiszę zdobycze. Ale to na raz następny. We własnym temacie.