James Gunn potrafi. Takie krótkie zdanie przychodzi mi do głowy po obejrzeniu trójeczki. Słowo daje, że to najlepszy film MCU od czasu kiedy Bracia Russo skończyli swoją kadencję w Marvelu.
Przede wszystkim czuć tutaj, że to jest wyraźnie mocniejsza, bardziej dająca kopa emocjonalnego część cyklu od poprzedniczek. Humor nadal jest obecny, ale absolutnie nie zaburza dramatycznej warstwy filmu, o ile humor pełni rolę jak najbardziej rozluzniacza atmosfery, tak nie ma mowy o tym, że rozwala tą warstwę filmu, która miała być powazniejsza. Tutaj mogę tylko napisać "Waititi, klaunie ucz się". Love and Thunder miał być zdaje się podobnym filmem, a nie dość, ze totalnie spieprzył dramaturgie całości wstawianym humorkiem na szybciocha zaraz po poważniejszych momentach, co by widzowie za bardzo się nie wczuli to imo było owocem megalomani tamtego twórcy, który pijany sukcesem Ragnaroku uwierzył, że może wszystko a wpadł w mielizny autoparodii.
Sami "GOTG vol 3" mają serce po właściwiej stronie. Dialogi, interakcje między postaciami to Gunn w najczystszej i najlepszej postaci. To jest ten sam styl co poprzednie dwie części tego cyklu i Squad z 2021, więc jak ktoś lubi twórczość Gunna to może być spokojny o jego autorski stempel. Czuć, że ta ekipa żyzła się z sobą na przestrzeni tych wszystkich lat i stanowi autentyczną rodzinę. No i tak ten film naprawdę ma mocny temat przewodni jak na standardy MCU, tak jak Winter Soldier był w standardach mcu filmem szpiegowskim czy ostatni Strange wykorzystywał elementy i stylistykę horroru. Szczerze powiedziawszy to pod kątem emocjonalnym to faktycznie nie jest film dla dzieci, której oczekują wyłącznie super śmiesznej rozrywki z nietypowymi bohaterami. No w tej kwestii nie mogę nie zgodzić się z Krzysztof_Kuryłło. Mi się osobiście wiadomy wątek strasznie kojarzył z komiksowym We3 Granta Morrisona, a to był tak mocno sugestywny i poruszający komiks. Chyba tez dlatego tak bardzo wczułem się w ten motyw.
Widać że Gunn chciał się wbić zwieńczeniem trylogii tej ekipy i robi to nad wyraz dobrze. Dużo tutaj kropek nad i, pożegnań i naprawdę autentycznie wzruszających momentów i ogólnie miłości do tych postaci, komiksowej estetyki. Podoba mi się, że przy tym wszystkim film nie robi totalnie słodkiego happy endu. Jasne w finale jest masa momentów chwały, ale
chociażby wątek Gamory i Quilla nie kończy się wspaniałym, powtórnym związkiem ale każde idzie w swoją stronę.
Nie pamiętam, żeby od czasu Endgame jakiś film osadzony w MCU aż tak mną ruszył. Strange był spoko, bo tam robotę robił Raimi ale to nie ten ciężar emocjonalny, osatni pajęczak też jest ok, ale to prawdę powiedziawszy bardziej nostalgia trip niż kompetentny film sam w sobie. Eternals to bardzo dziwny film, niby tez autorski, ale rozlazły jak cholera a Love and Thudner to dla mnie po prostu wyrzyg.
W kinie miałem takie wrażenie, że ten film to i powrót do starego dobrego mcu, ale tez jego już takie pożegnanie bis po Endgame. Nie ukrywam, że kolejne premiery MCU są dla mnie tak bardzo "angażujące", że aż wzbudzają politwanie. Kolejny cap? Anthony Mackie to nie jest dobry aktor. Thunderbolts? No, fajnie pozbawiony r-ki koncept, który będzie nieudolną odpowiedzią na squad Gunna. Marvels? Matko święta, nie cierpię Cap Marvel w wykonaniu Larson, Khamala odrzuca mnie całą sobą. Ja świetlanej przyszłości w mcu już nie widzę. Możliwe, że serialowe Secret Wars chwyci, ale w ogólnym rozrachaunku widzę w filmowej wersji Marvela popadanie w co raz większe gówno i jeszcze świadome nurkowanie w nim co raz głębiej i głębiej.
Przy okazji GOTG to dla mnie piękny mimochodem i pewnie totalnie nie w tym celu tworzony, ale strzał w pysk dla wysrywów Disneya w temacie kinowych Star wars. Jak najbardziej da się tworzyć świetną filmową space-opere i to bez powoływania się na to najbardziej kultowe uniwersum w gatunku.
Przy tym słodko-gorzkim końcu uważam, że dobrze widzieć jak Gunn poszedł do DC, gdzie już w Squadzie bylo widać, że przenosi serce, które włożył do strażników do tego drugiego uniwersum.
Co do ewentualnego ciągu dalszego. Patrząc na obecną kondycję MCU, to się skończy jedną wielką stypą. GOTG w kinowym wydaniu= James Gunn. Gunn poszedł do Warnera/DC, nie ma już czasu na ten cykl więc strach się bać z tym zostawianiem sobie furtki. Zatrudnią randoma albo zakochanego w sobie Waitiego i wyjdzie koszmarny kupsztal.
Nie ma mowy o zachowaniu szacunku do wizji Gunna, jego autorskiego stylu przy korpo podejściu Disneya, który może z tym i tak robić co będzie chciał po opuszczeniu tej drużyny.
No ale zawsze będzie można wracać do trylogii i aż ciągnie po seansie do sprawdzenia chwalonego growego GOTG od Eidosu.