na Disney+ wjechał Czarna Pantera 2, tak więc część ludzi którzy tak jak ja ominęli seans w kinie, mają teraz okazję nadrobić.
no więc siadłem na kanapie i nadrobiłem seans. staram się nie narzekać, więc zacznijmy od pozytywów, postaram się coś wykrzesać:
- film zawiera mnóstwo mocnych emocji pokazanych w scenach wspominkowych Chadwicka Bosemana. to im się naprawdę udało.
- fenomenalnie pokazane krajobrazy zarówno Atlantydy jak i Wakandy. w szczególności to pierwsze mnie mega pozytywnie zaskoczyło. CGI też nie było najgorsze, na pewno widać progress w stosunku do pierwszego BP
- świetne kreacje bohaterek. naprawdę jestem pod wrażeniem kostiumów, zwłaszcza tych inspirowanych Czarnym Lądem
- wygląd Namora i dodanie wpływów Mezoamerykańskich uważam za strzał w dziesiątkę.
- film, mimo sztampy, potrafił kilkukrotnie zaskoczyć (np. śmiercią jednego z głównych bohaterów, czy gościnnym występem kogoś innego)
- gra aktorska Ramondy - totalny majstersztyk. mocno się wyróżniała na plus na tle reszty obsady.
to teraz może trochę wad:
- historia przedstawiona w tej części została sklejona na ślinę i patyki. o ile w pierwszej części raziła mnie sztampowość historii (pojawia się dawno zagubiony konkurent o tron, zdobywa władzę i okazuje się być despotą. ziew...), tak tutaj już mamy pełną losowość. argumenty obu stron konfliktu nie mają najmniejszego sensu, działania Namora nijak się nie mają do niczego - nie wyjaśnia ich ani jego charakter, ani jego historia.
- jeszcze w temacie Namora - Marvel lubi marnować potencjał fajnych złoli (Malekith, Gorr, teraz Namor). w komiksach władca Atlantydy jest zadufanym w sobie, pyszałkowatym manipulatorem. tutaj dostajemy nudnego kolesia pozbawionego jakiegokolwiek charakteru, który w sumie bez powodu stwierdza że fajnie będzie najechać na swojego największego potencjalnego wroga. no ale o klejeniu fabuły na ślinę już wspominałem.
- wracając jeszcze do samej fabuły - film stwarza wrażenie (jak kilka poprzednich produkcji Domu Pomysłów), że jedynym celem jest lekko wstrząsnąć stanem uniwersum i nic ponadto. rozstawianie pionków na planszy, ale w sumie nie wiadomo przeciwko komu gramy ani o ile żetonów. Napchane mamy tutaj multum postaci, o których nic nie wiemy i które w sumie mamy w nosie. Pojawia się np. Riri Williams, grana przez aktorkę co do której umiejętności aktorskich miałbym poważne wątpliwości. gra miernie, jej postać jej rozpisana totalnie nieangażująco. Dostajemy też Valentinę de Fontaine która pewnie odegra w przyszłości większą rolę, ale póki co po prostu... jest. podobno gdzieś się już przewinęła w innych produkcjach, ale kogo to obchodzi.
- soundtrack też oceniam niżej niż w pierwszej części. momentami robił robotę, ale przez większość czasu gdzieś tam przygrywał w tle. wisienką na torcie jest kawałek nagrany przez Rihannę - ja wiem że o gustach się nie dyskutuje, ale to brzmi jak coś napisanego na kolanie i to przed poranną kawą. albo może raczej po porannej kawie i papierosie.
- sceny po napisach nie skomentuję, bo to już kolejny taki motyw (dostaliśmy już podobne zakończenie w She-Hulk i ostatnim Thorze). sensu w tym nie widzę, ale liczę że ekipa od tych filmów wie co robi.
podsumowując tl;dr - film między miernym a średnim. jak macie w alternatywie coś innego do obejrzenia na wieczór to wybierzcie to drugie.