Rings of power obejrzane ze sporym opóźnieniem.
Na pewno na plus zasługuje kasa wyłożona na scenografię, cgi, wygląd tego wszystkiego. Númenor faktycznie wizualnie daje radę, kopalnie krasnoludów są odpowiednio krasnoludzkie, elfie lokacje elfie itd. Co innego casting, charakteryzacja. Jeszcze krasnale dają radę, ale elfy to już absolutnie strzał kulą w płot. Celebrimbor zdecydowanie lepiej pasowałby na hobbita albo po prostu człowieka, Arondir to już by bardziej pasował na kogoś pokroju Aragona i już nawet nie chce mi się poruszać tematów koloru skóry, bo przywykłem, że te seriale no muszą po prostu robić z każdego fikcyjnego światka konglomerat ala USA.
Scenariuszowo to taki zlepek kilku wątków, z których część w ogóle się z sobą nie łączy. Potomkowie hobbitów mają swoją imbę z czarodziejem, mamuska z wioski i Arondir swój romans, przy czym jeszcze z tego wychodzi side quest o mieczu co to krwią się żywi w związku z synem mamuski, Elrond i Durin mają swoją historyjkę, Galadriela swoją.
Jedyne co jako tako się zazębia w finale to wątek Galadrieli i tej wioski co to strzeże jej Arondir, przy czym jest to już jeden z większych debilizmów serialu. Numeron dzielnie pomaga jakiejś tam wiosce w obronie przed orkami, co to ich złych elf prowadzi. Tak widać, wioski w śródziemiu to tak potężny i ważny punkt strategiczny w sródziemiu, że Numeron tam popłynie z doborowa kawalerią i samą królową na czele

Aktorko najlepiej radzą sobie typy od roli Durina i Elronda. Czuć tutaj faktycznie chowane urazy, ale też ogromną sympatię między tą dwójką. Wątek jest zdecydowanie najlepszy z całego serialu, bo nie kłuje aż takimi bzdurami jak to co wyżej, lokacje krasnoludzkie jak wyżej pisałem naprawdę dają radę i nie ma tutaj też spiny na jakieś super bitwy na które amazon najwidoczniej nie stać, jest za to skupienie się na relacji między postaciami.
Najgorsza jest zdecydowanie Galadriela. Nie wiem co palili bądź pili scenarzyści i reżyserzy tego serialu, ale ktoś na poważnie tam uznał, że taka interpretacja tej postaci będzie fajna. Jaka to interpretacja? Ano zadufana w sobie, ze spojrzeniem psychopaty, bufonowata, zaczadziała, egocentryczna i traktująca większość istot instrumentalnie i z góry.
Wicie, rozumicie jej brata na wojnie zabili więc to jej daje mandat na bycie socjopatką, bo przecież ona jedna straciła kogoś bliskiego przez wojnę
.
Morfydd Clark wykonała kawał niesamowitej roboty, żeby jej postać była odpychająca za każdym razem kiedy pojawi się na ekranie. Dziwne tiki i mimika, spojrzenie pełne mordu i absolutny brak jakiś punktów zaczepienia, żeby tą postać jakkolwiek polubić. Jedyna argumentacja, żeby bronić tego gówno performance, to wrzeszczenie, że faceci nie lubią silnych kobiet w fikcji. Osobiście nie mam problemu z Larą Croft, Ellen Ripley i tabunem kobiecych super-bohaterek na czele z Wonder Woman. Istotne jest tylko czy postać jest dobrze rozpisana, budzi sympatie.
Byłbym zapomniał Galadriela ma jedną z najgorszych scen z galopem konia w historii. Wmontowane od czapy, a sama scena jest tak żenująca, że pokazuje jedne z najbardziej badziewnych użyć slow-motion i ta mimika Galadrieli... brrr.
Gówniane są też wątki postaci, które widz ma w dupie bo są tak nijakie, ze aż dziadostwem bije od tego na kilometr. Prym wiedzie siostra Isildura, co to dookoła niej kręci się jakiś fircyk co to cholewki do niej smaży. Isildur to też nie lepszy lebioda. Jakiś taki nieopierzony gamoń, co trochę irytuję, trochę zajmuje czas ekranowy na zdecydowanie ciekawsze rzeczy. Nawet jak twórcy postawili sobie za cel zrobić ewolucję postaci na przestrzeni sezonów, od kompletnego niedołęgi do kolesia co będzie jednym z dowódców wyprawy na Mordor to jest mimo wszystko słabo wykonane.
Dialogi to często jakiś level na zasadzie "chcemy brzmieć mądrze, ale, że scenarzyści to jakaś amatorka, to brzmimy jak debile, co próbują udawać mądrych". Postaci często walą jakimiś sentencjami, bo że, to świat Tolkiena itd. Tylko, ze drewno większości aktorów i prowadzenie tego wszystkiego sabotuje te rzeczy. Zaśmiałem się, kiedy bohaterowie twierdzili, że "morze ma zawsze rację", zaśmiewałem się do rozpuku kiedy Galdriela mówiła, że "widziała więcej". Kompletnie to nie wyszło i jest bardzo wymuszone w tym serialu. No i bardzo to przesadzka, bo 80% serialu opiera się na dialogach między postaciami, dynamiką ich relacji, bo dużą dawkę akcji dostaliśmy dopiero w dwóch ostatnich odcinkach. Przy czym i tam wychodzi głupota rzeczy, które się dzieją.
Postaci przeżywają erupcję wulkanu bo tak
Chronologia wydarzeń względem uniwersum Sródziemia? Wiadomo, że panuje burdel, rzeczy dzieją się za szybko względem oryginalnego, książkowego uniwersum Tolkienowskiego. Niby było to oczywiste, ale jednak znając rozmach i wielkość tego wszystkiego z książek ma się wrażenie, bezsensownego kurczenia skali tego świata, jego epokowości.
Z plusów dochodzi jeszcze muzyka. Bear Mccreary ma bardzo dobry warsztat, a muzyka momentami przypomina tę z God of war, więc to jest wartość dodatnia.
Podsumowując serial ma masę problemów a co najgorsze choruje na schizofrenię. Niby w jednych rzeczach oddaje jako taki hołd Tolkienowi, żeby w innych wywracać to wszystko do góry nogami. Pod pewnymi względami to mogłoby być dowolnie inne od Sródziemia uniwersum fantasy, bo czasem tego Tolkiena nie czuć tutaj wcale.
Jak dla mnie naciągane 5/10 a czuje, że z kolejnymi sezonami będzie tylko gorzej.