Pozwolę sobie trochę szerzej o tej /chirurżce/, która pojawiła się w tłumaczeniu
XIII, w odpowiednim w moim przekonaniu do tego wątku. Ale zanim przejdę do konkretów, to zrobię dwa założenia. Myślę, że wiele osób się ze mną zgodzi:
1. feminatywy istnieją
2. feminatywy są w języku polskim potrzebne (bez względu na to, w jakim stopniu są potrzebne; traktujemy tę tezę na razie trochę zero-jedynkowo, ale postaram się rozwinąć ją później, i wydaje mi się, że wtedy już wszystko będzie jasne).
Jak już zgadzamy się z powyższym, to przechodzimy do meritum.
I tu odniosę się do stwierdzenia @Midara, z którym to stwierdzeniem w pierwszym odruchu zgodziłam się bez większego problemu:
- mamy słowo opisujące osobę zajmującą się chirurgią w ustach osoby starszej (starszy pan, wygląda na 60+ lat)
- a dodatkowo akcja komiksu dzieje się w latach 70.
- zatem bardziej pasowałby /chirurg/, a nie /chirurżka/.
Tak, no przecież, ale… Wątpliwości pojawiły się, gdy pomyślałam o dwóch rzeczach:
1. językiem oryginalnym komiksu jest francuski, który – jak to już ktoś ładnie określił – jest jednym wielkim feminatywem
2. a akcja dzieje się w Stanach.
Gdybyśmy mieli do czynienia z czysto polskim tworem, który dodatkowo rozgrywałby się w Polsce, nie ma problemu – /chirurg/, a nie /chirurżka/. Pełna zgoda.
Do konkretów zatem:
1. Jak już zdążyłam wskazać, /chirurgienne/, czyli po francusku: chirurżka, to nie jest jakiś nowoczesny twór; odnotowujemy to określenie już w XVI wieku we Francji. Można z niezerowym prawdopodobieństwem powiedzieć, że Francuzi nie mieli takiego problemu z feminatywami, jak my po wojnie (do tego zagadnienia też odniosę się później). Używają ich w przypadku bardzo wielu zawodów (choć np. /astronaute/ jest
masculin et féminin identiques – ciekawostka). I tak samo używali ich w latach 70. zeszłego wieku.
2. No ale przecież w Stanach nie ma feminatywów! No nie ma

Nie ma też maskulatywów. Albo neutratywów. W języku angielskim rzeczowniki nie są „obarczone” rodzajami (żeńskim, męskim, nijakim/neutralnym), co już było na tym Forum opisywane wielokrotnie. Użytkownicy tego języka przypisują nazwom zaimki, np. /apple/ to /it/, /surgeon/ może być zarówno /he/, jak i /she/. Wiem, że ten koncept wydaje się czasami dziwny, więc lubię go tłumaczyć w ten sposób: to tak, jakby wszystko było neutralne, wszystko było słońcem, ziarnem, jabłkiem itp.
Feminatywy typu /actress/ czy /waitress/ to trochę sztuczne dla tego języka twory (wpływy francuskie?), z którymi trudno się niektórym utożsamiać w sytuacji, gdy /actor/ czy /waiter/ nie są maskulatywami, a dotyczą wszystkich w danej grupie zawodowej. Angielski pod tym względem jest cudownie inkluzywny.
No ale skoro nie mają feminatywów, to jednak /chirurg/, prawda?
I tu wchodzi myślenie totalnie abstrakcyjne: nie mają feminatywów, nigdy nie mieli z nimi problemu (jak my w Polsce), więc w hipotetycznych Stanach z lat 70. odwzorowanych na naszą rzeczywistość językową być może bliżej by im było do francuskich określeń niż naszych (w analogicznej Polsce, w latach 70.)? Nie wiem, teoretyzuję

Współczesny polski daje nam możliwość stosowania feminatywów na dużo szerszą skalę. Dlaczego? Bo są potrzebne:
- kwestia precyzji językowej --> łatwo to zaobserwować na bardzo specyficznych przykładach: nikt nie nazwałby mnie /małżonkiem/, nikt nie powiedziałby o Marii L, że jest /piosenkarzem/
- zgadzam się też z argumentem, że język kształtuje rzeczywistość; dla dzisiejszej małej dziewczynki zainteresowanej nauką bycie /naukowczynią/ otwiera możliwości osiągania sukcesów na tym polu --> bo może, bo to niezarezerwowane tylko dla chłopaków; eksperyment myśleniowy „odwrotny” zrobił Maciej Makselon, gdy zamiast maskulatywów w opisie swoich funkcji użył feminatywów; („Drogie Użytkowniczki tego Forum!”

)
A oprócz tego, co ciekawe i żeby nie było zbyt różowo, wyjadę teraz z dość niepopularną opinią:
uważam, że feminatywy niestety mają swój efekt uboczny, który rykoszetem wali po inkluzywności, a polega na tworzeniu podziałów społecznych (i nie, nie chodzi o to, że „Wy jesteście przeciw, a my jesteśmy za”); chodzi konkretnie o sytuację liczby mnogiej. Zaczynamy mieć /czytelników i czytelniczki/, a może nawet lepiej /czytelniczki i czytelników/. W sytuacji, gdy dążymy do optymalnej inkluzywności w języku, mamy tutaj pewien
clash 
Jestem idealistką, chciałabym mieć komfortową sytuację a la to, co w krajach anglojęzycznych. Chciałabym widzieć zamiast feminatywów i maskulatywów rozłącznie – neutratywy. Ale nie czarujmy się: jakie neutratywy? Jak by takie stworki miały wyglądać? Zamiast /nauczyciela/ i /nauczycielki/ --> /nauczy-co?/… No właśnie

Sztuczne twory, które nie mają zastosowania w naszym języku: nauczycielo, nauczycielum, nauczycielu, nauczycielun? Pal licho same nazwy, a odmiana? Odmiana będzie według rodzaju męskiego, no przecież

Ktoś powie: a osobatywy? Tak, dużo lepiej, ale nawet one mają swoje ciemniejsze strony. /Osoba nauczycielska/… /Nauczycielski/ to może być pokój, dziennik, nawet długopis… Poradnia w tym temacie (niezrównany Adam Wolański):
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Tzw-osobatywy-przymiotnikowe-i-imieslowowe;23703.htmlOsobatywy – przyjmijmy – sprawdzają się w liczbie mnogiej dużo lepiej. Lub w sytuacjach bardzo ogólnych. Martha z naszego komiksu nie może w przytoczonym przez @Midara dymku zostać /osobą chirurgiczną/ czy też… /chirurgizującą/? Chyba nie potrzebuję rozwijać tematu.
Jeśli ktoś ma jakieś lepsze pomysły, jak idealnie wybrnąć z tej sytuacji, zapraszam do dyskusji. Ja mówię pas i trochę zgodnie z zasadą: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, przyjmuję feminatywy jako najlepsze z możliwych (najgorszych?) rozwiązań (vide punkty, dlaczego są potrzebne).
Jaki problem z feminatywami po wojnie, o co chodzi? Dla niezorientowanych: notujemy słownikowo (tu poproszę chętnie o pomoc @Koalara w celu weryfikacji) wybrane („dziwnie” brzmiące dziś) feminatywy przed wojną, np. nasza ulubiona /gościni/, a później już, po wojnie… jakby mniej. I teraz tak: nie, nie mam wiedzy, w jakim zakresie były one stosowane, w jakich grupach społecznych, czy może lokalnie, czy nie; zakładam, że skoro notują je te dawne słowniki, to jednak się pojawiały. Czy tylko w piśmie? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie; jak na razie, nie udało mi się dotrzeć do źródeł pokazujących, że było tak vs. inaczej. Komuś na tyle zależało, aby je wyrugować z języka polskiego, że współcześnie nie jesteśmy chyba nawet w stanie dokładnie odtworzyć, jak było przed wojną w jakich zakresach używania tych słów. Jeśli ktoś ma konkrety w tej kwestii, zapraszam.
No ale w końcu /chirurżka/ czy jednak /chirurg/?
A spójrzcie w stopkę komiksu. W zespole tłumaczeniowo-redaktorsko-korektorskim ile macie kobiet? Bardzo się cieszę, że ten zespół jest tak bogaty osobowo. To naprawdę dobry trend – wiele różnych wrażliwości zderzonych ze sobą. Ufam, że są to osoby profesjonalnie zajmujące się tekstem (czytam dzieciowe komiksy Egmontu, zdarzają się błędy, ale w porównaniu z niektórymi innymi wydawcami jest naprawdę dobrze). Myślę, że dopóki nie zdamy sobie sprawy z tego, że tekstami w komiksach zajmują się też (albo przede wszystkim) kobiety, dopóty będziemy toczyć dyskusje, które niestety nie prowadzą do rozwiązań satysfakcjonujących wszystkich. Bezowocne jakby?…
Czy ja sama dałabym /chirurżkę/ w tym miejscu?
Daliśmy wspólnie z tłumaczem w
CE maginię i biolożkę, i genetyczkę. Nikt się nie skarżył

Dziękuję za uwagę wszystkim, którzy dotrwali do końca. Wyczerpałam swój limit na produkowanie się na Forum (kosztem snu) na tydzień

Egmont NIE SPONSOROWAŁ TEGO POSTU!
