
Tak bardzo spodobało mi się niedawno wydane W ułamku sekundy, że sięgnąłem po zdecydowanie zbyt długo zalegające na półce inne dzieło Guya Delisle. Kupiłem go zapewne na premierę czyli...o kurde...7 lat temu. Ale potem czytałem jakieś opinie, że to słabszy komiks Delisle, że jest męczący i jakoś mi się odechciało, więc sobie stał na półce.
Czy Zakładnik jest słabszym komiksem Delisle? Raczej nie. Czy jest męczący? O tak. Ale właśnie taki ma być. Bo opowiada o nudzie, o męce człowieka, który został porwany i przetrzymywany kilka miesięcy w Czeczenii. Codzienna rutyna, czyli dwa posiłki dziennie i możliwość skorzystania z toalety, to jedne z niewielu wydarzeń, w których brał udział porwany, niebędące leżeniem przykutym kajdankami do kaloryfera w pustym pokoju. Komiks liczy 430 stron i przez dłuższą jego część obserwujemy tę rutynę, czyli materac, kajdanki, kaloryfer, śniadanie, materac, kajdanki, kaloryfer, kolacja, wiadro, materac, kajdanki, kaloryfer. Zostajemy sam na sam z myślami głównego bohatera, jego obawami i przemyśleniami. W tym komiksie atrakcją jest zdobycie jednego ząbka czosnku i jego smak, a największą frajdą piosenka, którą porwany usłyszał przez ścianę.
Perspektywa.
Małe szczęścia.
Nie wiesz dlaczego cię więżą, nie wiesz kiedy i czy w ogóle wyjdziesz. Materac, kaloryfer, kajdanki, pusty pokój. Aby nie zwariować przypominaj sobie w głowie przebieg największych bitew wygranych przez Napoleona - to mi się bardzo podobało, śledzisz losy gościa przykutego do kaloryfera, a nagle dostajesz wykład historyczny z rysunkami przedstawiającymi rozmieszczenie wojsk i komentarz pasjonata historii. 370 stron pęka bardzo szybko, zasługi ma tutaj niezwykle wciągająca nuda (właśnie tak!), ale także lekka kreska Delisle. A potem jest jeszcze świetny 60-stronicowy finał - chyba najlepsza część komiksu, na którą warto było czekać. Kolejna bardzo dobra cegiełka. Od czasu jak Timof wydał 18 lat temu Blankets, niezmiennie jednym z moich ulubionych rodzajów komiksu jest fajna opowiadająca o czyimś życiu cegłówka.