Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 26025 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Kadet

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #195 dnia: Nd, 29 Marzec 2020, 22:53:42 »
zresztą wszystkie przykazania i te pozytywne zachowania obowiązują zdaje się i tak tylko wśród samych zainteresowanych a nie dotyczą obcych.

O tym, że jest inaczej, mogą świadczyć np. Wj 22,20, Kpł 19,33-34, Pwt 24,14-22, cała Rt czy Iz 19,24-25 i 56,3-7.

Przechodząc do tematu...

Zobaczymy, jak seria rozwinie się później.

No i przeczytałem sobie następne dwa tomy "X-Wingów" (56 i 57).

W tomie 56 zauważyłem na początku dużą zmianę na plus w zakresie rysunków. Po oldskulowej kresce z pierwszego tomu serii, o której pisałem wcześniej, strona graficzna opowieści o misji na Mrlsst była jak oddech świeżego powietrza: czytelna, wyraźna, wyrazista - i jednocześnie kolorem, cieniem i tuszem zdecydowanie bardziej "współczesna". Fabuła także nie jest zła - ciekawie wypada wrzucenie pilotów w niezbyt pasujące do nich środowisko akademickie. Cieszą zaskakujące zwroty akcji i ciekawa retrospekcja z przeszłością Wedge'a Antillesa. Drobnym problemem jest moim zdaniem jednak to, że scenarzysta, opisując Akademię na Mrlsst, parę razy zbyt mocno poszedł w stronę parodii "amerykańskiego kampusu" z jego zwyczajami, sporami, typami studentów i wykładowców itp. Takie nawiązania trochę burzą mi zawieszenie niewiary.

Druga dłuższa historia (pomijam poprzedzający ją krótki promocyjny zeszycik) dzieje się na Tatooine (jak na zapyziałą planetkę na peryferiach Galaktyki to miejsce przyciąga strasznie dużo wydarzeń). W mojej opinii jest to lekka zniżka graficzna - rysunki są chyba mniej wyraźne, a kreski - cieńsze. Zupełnie jakby zatarł je pustynny piasek :) Lekki uśmiech wzbudzali też komicznie wręcz napakowani szturmowcy sił specjalnych Imperium, niczym Pudzian i hardkorowy Koksu w jednym. W kwestii fabularnej lekko dziwi mnie trochę inne przedstawienie ojca Biggsa Darklightera niż w poświęconej temu pilotowi historii z serii "Imperium", no ale w końcu od tamtych wydarzeń minęło parę lat, a strata syna też mogła ojca trochę zmienić. Ogólnie rzecz biorąc, historia szału wielkiego nie robi i wydała mi się lekko przewleczona. Choć poznajemy dzięki niej nową definicję szpanu kasą: zamówić sobie rzeźbę lodową na przyjęcie na pustynnej planecie.

W tomie 57 ponownie mamy dwie dłuższe historie i znowu bardziej do gustu przypadła mi pierwsza. "Wojowniczą księżniczkę", podobnie jak opowieść o Tatooine z poprzedniego tomu, rysował John Nadeau, ale tym razem chyba sam kładł tusz na swoje rysunki, dzięki czemu wyglądają one wg mnie znacznie lepiej. Scenariusz też całkiem zadowalający. Doceniam zwłaszcza zniuansowane przedstawienie konfliktu wewnętrznego na planecie Eiattu - zamiast walki szlachetnych bohaterów z podłymi draniami mamy dwie frakcje, w których są zarówno dobrzy ludzie, jak i wredne typy.

Drugą historię czytałem już w jednym z wydań specjalnych SWK i muszę powiedzieć, że ponownie nie zrobiła na mnie rewelacyjnego wrażenia. Jedynym plusem było to, że tym razem dzięki znajomości wcześniejszych przygód lepiej znałem bohaterów i niektóre sceny miały dzięki temu mocniejszą wymowę. Jednak scenariusz z magiczną świątynią Sithów i jakimś kompletnym paziem kontrolującym Mocą bandy miejscowych dzikich stworzeń nie poraża złożonością fabularną. Co do rysunków - twarze bohaterów wydały mi się cokolwiek dziwne, szczególnie np. facjata Tycho Celchu zaraz po przebudzeniu z koszmarnego snu (występujący w tym śnie Tarkin też do Cushinga raczej niepodobny).

Jestem teraz w trakcie tomu 58, ale historie z 58 znam już akurat w całości ze "Star Wars Komiks". Zobaczymy, jak mi się spodobają tym razem i jak wypadnie ostatni, piąty tom serii (59).
« Ostatnia zmiana: Nd, 29 Marzec 2020, 22:56:06 wysłana przez Kadet »
Będę wdzięczny za wsparcie:
Majci: https://tiny.pl/t828d
i Kacpra: https://tiny.pl/tvlg1 - UDAŁO SIĘ! Dziękuję :)

Życzę wszystkim zdrowia! Zostańmy w domu.