Zakończyłem lekturę wydanych u nas zbiorczych Hellblazerów wraz z tymi, które nie były wydane - czyli od 1 do 229 (resztę przeczytam po niesprecyzowanej przerwie).
Generalnie to niestety, ale cała seria stoi przede wszystkim głównym bohaterem i klimatem Anglii sprzed 2000 roku. Same w sobie perypetie Constantine'a nie są aż tak interesujące, by były istotnym atutem. Niestety po runie Jenkinsa jakoś serii spada niemiłosiernie, ponieważ ginie cały klimat. Już chyba te extra zeszyty Ennisa są słabe, potem przychodzi bardzo słabiutki Ellis (da się czytać, ale to strasznie nijakie). Potem jest nieszczęście w postaci runu Azzarello, który zabiera Johna do USA (i zwłaszcza na początku całkiem nieźle się to czyta, tylko że to nie jest Hellblazer). Potem jest run Careya, który musiał się wpierdzielić w epickie zmagania i koniec świata. Znowu - nie jest tak, że to się źle czyta, ale to nie jest Hellblazer. Co ciekawe, ostatni zeszyt Careya (229) jest bardzo dobry i w klimacie starego Hellblazera.
Wracając zatem do tego co dobre. Run Delano jest mocno przegadany, poza tym główna historia (Maszyna strachu) jest słaba. Run Ennisa i Jenkinsa są po prostu fajne, przy czym Jenkins pod koniec zaczyna wałkować ciągle ten sam motyw i to zaczyna być trochę zbyt wtórne.
Polecam przeczytać do zeszytu 128, a potem to już tylko jeśli ktoś wsiąkł i chce więcej Constantine'a, nawet jeśli cała reszta już nie do końca gra.
Dla porządku dodam, że zeszyty Morrisona, Gaimana, Foremana, Smitha, Macana nie mają najmniejszego znaczenia dla fabuły, na dodatek są po prostu słabe lub co najwyżej przeciętne. Wyjątkiem tutaj jest zeszyt Smitha (51), całkiem fajna historia, która dzieje się w pralni. Natomiast zeszyty 85-88 (Campbell) stanowią w zasadzie całość z dwoma pierwszymi zeszytami Jenkinsa i nie rozumiem decyzji, żeby to wydać oddzielnie. Tłumaczą skąd się John wziął w Australii i pojawią się tam postaci, z tych dwóch pierwszych zeszytów. Sama historia Campbella jest niezła, zwłaszcza na początku, ale potem trochę widać, że kazali mu kończyć. Zeszyty Miny (216-228) to w sumie ciekawy początek, ale potem rozwinęło się to w słabą historię. Nie powiem jednak czy ma znaczenie dla fabuły dalszych zeszytów, bo skończyłem na 229.
I ostatnia kwestia - Hellblazer - Wzlot i upadek - takie se, chyba szkoda czasu, o ile nie chce się koniecznie przeczytać wszystkiego.
Potwór z Bagien (Wein) - przeczytałem jako wstęp do historii Moore'a. Typowa ramotka, nie ma nad czym się rozwodzić.
Ostatni dzień Howarda Phillipsa Lovecrafta - niezłe, ale bez przesady. Najlepszy jest w tym wszystkim Rebelka z kilkoma ujęciami Lovecrafta (np. okładka), ale później niestety wszystko zaczyna być podobne, zlewa się ze sobą. Sama historia to dla mnie przede wszystkim próba pogodzenia się autora z faktem, że Lovecraft miał niewłaściwe poglądy. Nie doceniam tego w najmniejszym stopniu bo mam na to zupełnie wywalone. Pozostałe kwestie oceniam lepiej i dlatego warto. I przy okazji - listy Lovecrafta są całkowicie czytelne i jeśli ktoś ma z tym problem to wina leży po stronie czytelnika (i najwyraźniej braku umiejętności czytania pisma odręcznego albo stylizowanego na odręczne), a nie po stronie wydawcy/autora/liternika.