The One Hand & The Six Fingers to dziwny komiks. Taki z gatunku, ktory lubie i doceniam czyli "mind bending". Pomysl wyjsciowy jest bardzo oryginalny, bo na album skladaja sie 2 miniserie, kazda po 5 zeszytow, ktore czyta sie naprzemiennie. The One Hand to opowiesc o detektywie, u progu przejscia na emeryture, scigajacym seryjnego morderce. Zeby bylo ciekawiej, juz go dopadl, a wlasciwie to dopadl go 2 razy. Ten schwytany jako drugi uznany zostal za nasladowce. Tymczasem znowu zaczynaja ginac ludzie, w sposob bardzo podobny jak poprzednio, a popelniajacy zbrodnie wydaje sie doskonale znac MO mordercy, ktory co ciekawe - nigdy nie zostal upubliczniony. Skad wiec nasladowcy, skoro bardzo charakterytyczne szczegoly znajdywane na miejscach zbrodni zna tylko policja? The Six Fingers natomiast to historia koncentrujaca sie na osobie owe zbrodnie popelniajacej. Tej ostatniej. Brutalne zabojstwa dokonywane sa na totalnej nieswiadomce, a zeby bylo jeszcze ciekawiej - lamane sa przy tym znane prawa fizyki. Ale jak lamane? No tak, ukazuja to tylko rysunki i sami musimy wykombinowac co wlasciwie widzimy. Kazdy rozdzial dzieje sie mniej wiecej w tym samym czasie, ale wydarzenia obserwujemy z dwoch roznych perspektyw. Prosty, ale ciekawy zabieg. Opowiesc trzyma nas w stalym napieciu, jest niesamowicie mroczna i dostarcza emocji jak najlepszy thriller. Tak mnie wessalo, ze nie moglem sie oderwac, przekladalem kolejne strony chcac jak najszybciej poznac rozwiazanie tej zagadki. Ale. No wlasnie, jest tu duze ale. Wszystko idzie elegancko tak mniej wiecej do polowy, bo pozniej zaczyna sie wspomniany przeze mnie mind bending i inne cuda na kiju. Historia odbija w dziwnym kierunku, a my zaczynamy sie gubic. Klimatyczny kryminal przechodzi w filozoficzne sci-fi, ktore najlepiej moznaby okreslic jako krzyzowke Matrixa z Blade Runnerem. Nie chce uzyc slowa belkot, ale momentami mialem wrazenie, ze mam z nim do czynienia. Pitu pitu, z ktorego niewiele wynika. Misternie budowana tajemnica oraz wszystkie watki maja sie pieknie spiac w wybuchowym finale, ktory... nie nadchodzi. To znaczy nadchodzi, ale z pewnoscia nie w takiej postaci jakiej sie spodziewamy. Nic nie jest podane na tacy. Byc moze powtorna lektura pozwoli poukladac elementy tej ukladanki precyzyjniej. Czy taki byl zamysl autorow? Szczerze mowiac nie wiem, ale mam nieodparte wrazenie, ze to nie jest koniec mojej przygody z The One Hand... Bo to nie jest slaby komiks, nie! To tytul wymagajacy i zmuszajacy do ruszenia makowka. Mimo mglistej koncowki wierci mi dziure w glowie i lapie sie na tym, ze wracam do niego myslami, a wydaje mi sie, ze ostatecznie wlasnie o to autorom chodzilo.