Zerocalcare - "Kobane calling"
To się teoretycznie udać nie mogło. Śmiertelnie poważny temat, jakim jest walka Kurdów o własną państwowość i prawo do życia, połączony z chaotyczną relacją Zerocalcare, w teorii wydaje się nietaktem. Po raz kolejny (podobnie miałem przy „Pancerniku” i animacji) przyzwyczajenie się do tej narracji wymaga czasu. Autor mota się, wykazuje cechy komiksowego ADHD, atakuje dygresjami i niezbyt wyszukanymi porównaniami. Sili się na zabawne korelacje - jest jak wujek, który przy stole wigilijnym wyskakuje z żartem kompletnie z dupy, wywołując krępującą ciszę. Zadziwiające, że to co uwiera przez kilkanaście pierwszych stron, z czasem zamiast rozbijać rytm, organizuje go, lecz na własny oryginalny sposób.
Mimo, że „Kabane Calling” nie jest reportażem, wciąga jak najciekawsze przykłady gatunku. Może właśnie dlatego, że autor ciągle podważa swoje kompetencje, robi wszystko byśmy szli śladem ignorancji przedstawiciela kultury zachodniej. Innymi słowy – Calca jest spoko, bo jest nam bliższy niż przemądrzały doświadczony podróżnik. Ciągle się dziwi, ciągle próbuje ogarnąć, a my razem z nim.
Ta wyprawa miała dwie słuszne cele – pomóc i przede wszystkim dać świadectwo. To się oczywiście udaje, kilka scen powoduje, że kolana miękną, lecz całość nie jest w stanie uciec przed piętnem opowiadającego. To może zachwycać i irytować równocześnie, a na jakimś poziomie staje się po prostu kolejną opowieścią o autorze, jego lękach, atakach paniki i zmaganiach się ze światem. Czy to przeszkadza? Z każdą stroną coraz mniej. „Kabane Calling” to cały arsenał mechanizmów obronnych bliski wielu z nas, więc siłą rzeczy wzbudza moją sympatię, stając się opowieścią kumpla przy piwie o tym, jaki przerażający i niezrozumiały bywa świat. Być może nie jest to tak wyszukana i erudycyjna historia, na jaką zasługuje temat, ale nie oszukujmy się – jest doskonałym odzwierciedleniem tego jak postrzega ją zwykły facet w koszulce z logo Punishera. Bez udawania, bez prężenia muskułów i snobistycznego zadzierania nosa. Szczere i cholernie przejmujące
Zavka - "Jazda stąd!"
Zavka lubi nagiąć swoją kreskę tak, by proporcje ciała przypominały zabawy formalne Michaela DeForge, ale również na poziomie projektu całych stron jej prace są fascynujące. Dodatkowo ta króciutka historia napakowana jest całkiem sporą ilością znaczeń. Póki co interpretuję, jako relację z wzlotów i upadków dziejących się w ciągu jednego dnia osoby chorej na depresję, choć możliwe, że na te słowa autorka wymownie puknie się wczoło. Cóż, na tym właśnie polega nieustająca zabawa z takimi tekstami kultury. Polecam szczególnie tym, których nuży dosłowność
Joncovici/Blain - "Świat bez końca"
Oczywiście, że miałem obawy, choć Blain już w "Kronikach dyplomatycznych" udowodnił, że nie istnieje coś takiego jak niekomiksowy temat. Martwiłem się, że gruby tom ilustrujący naukowe dowody i tezy, będzie barierą nie do przejścia. Wydawało mi się, że do wydawnictw tego typu nie potrzebuję formy obrazkowej - myliłem się.
Nie każdemu by się udało. Blain ma fantastyczną umiejętność kondensacji treści w metaforycznych i zwięzłych kadrach (o kadrowaniu mówię umownie, bo de facto autor z nich rezygnuje). Siłą rzeczy ta publikacja musiała być nastawiona przede wszystkim na treść, ale sposób jej zobrazowania budzi największy szacunek. Całość w charakterystycznym satyrycznym tonie, co oczywiście nie czyni ze "Świata bez końca" pozycji lekkiej i zabawnej, ale równoważy dosyć depresyjną (mimo przebijających się z trudem promyków nadziei) i naładowaną merytoryką całość.
Pozycja z półki: "lektury obowiązkowe"