Negalyod. Ostatnie słowo (Vincent Perriot, wyd. Story House Egmont):
Kontynuacja
Negalyoda, który chyba na rynku frankofońskim sprzedał się na tyle dobrze, że autor poszedł za ciosem. Samego
Negalyoda (ciężko go nazwać częścią pierwszą; to była raczej zamknięta opowieść z otwartym zakończeniem) czytałam jakieś 8+ miesięcy temu. I powiem szczerze: z fabuły nie pamiętam za wiele. Ten komiks stał przede wszystkim ciekawą kreacją świata (a la postapo, ale z rodzaju tych sf i fantasy), przesłaniem (proeko) i… dinozaurami

Albo zwierzakami, które je do bólu przypominały. Vincent Perriot ma również świetną rękę do rysowania rozległych pustkowi, przygnebiających miast przyszłości z lotu ptaka i tego typu rzeczy; czyli raczej oddalenia/plan dalszy. I w kreowaniu atmosfery to się świetnie sprawdza.
Sięgając zatem po drugą część, wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać. Przypomniały się też główne postacie (uff), ale jakieś konkrety – niekoniecznie, ogólniki – tak. Gdybym miała streścić fabułę obu
Negalyodów, to z powodzeniem można by ją zamknąć w jednym zdaniu: bohaterowie, którzy zasadniczo skazani są na porażkę, walczą o swój świat/lepsze jutro i – tak jak można się spodziewać – nie jest to walka bezowocna… W przypadku jedynki walczą rodzice, w dwójce do walki dołączają się też ich dzieci. Jak dla mnie trochę za mało, żeby to wciągnęło i zawładnęło uwagą czytelnika. Dwójka, powtarzając schemat jedynki, nie jest dodatkowo wolna od błędów, które w samej jedynce się nie pojawiły (albo nie rzucały się tak w oczy): dziwny, rwany pacing; brak rozwijania postaci; brak skoncentrowania się na szczegółach istotnych dla fabuły. Perriot skupia się na prezentowaniu budowli, statków, lądowych i morskich przestrzeni czy scen walki głównie z oddalenia – wszystko gigantyczne, bombastyczne, przerośnięte, napuszone – ale już ciężej przychodzi mu prowadzenie narracji spokojnej, skoncentrowanej na szczegółach, budującej napięcie bądź relacje między bohaterami czy w naturalny sposób pchającej akcję logicznie do przodu. Czasami miałam wrażenie, że nie wiem, o czym czytam, brakowało mi płynnych przejść między kadrami, myliły mi się postacie… Trochę wrażenie, jakby autor miał kilka naprawdę fajnych konceptów, ale najzwyczajniej wrzucił je w narracyjny chaos i liczył, że
bombastic oraz dinozaury załatwią sprawę. Już nie wspomnę o kilku momentach, gdzie siadła mi totalnie wiarygodność opisywanych sytuacji lub motywacji (klasyczne „na co ja paczę/co tu się…?”). W tym pędzie ku jeszcze szybciej pędzącej fabule zakończenie bierze czytelnika zupełnie z zaskoczenia i to nie w ten pozytywny sposób, w który powinno; nie przystaje do całej reszty opowieści. Pojawiają się wątki nadnaturalne, za którymi miało stać przesłanie (podobnie jak w części pierwszej), ale nie ukrywam, że trochę mi zajęło, żeby się domyślić, „co autor miał na myśli”. Zabrakło jakiejś uważności, pieczołowitości, z którą powinien przygotowywać czytelnika na zakończenie swojego komiksu. I jak już rozszyfrowałam, o co potencjalnie chodziło, to jednak zawód, bo nic nowego, a do tego dużo kosmicznego mambo-dżambo (nie będę spojlerować, szkoda czasu). Finał oczywiście wprowadzony „na szybko”, pozostawiający wrażenie, że jakoś trzeba było ten komiks zakończyć, co niestety uważam za bolączkę wielu frankofonów…
Komiks wypożyczony z biblioteki, przeczytany w ramach mojej prywatnej inicjatywy „co ten Egmont w tych frankofonach?”.