Dziś dwa komiksy, które ostatnio przeczytałem i jakoś tam podobały mi się, ale nie jestem ich w stanie ocenić.
Reaktor 1F. Zapiski z pracy w elektrowni jądrowej Fukushima nr 1 (Waneko)
Zupełnie nie znam się na mangach i raczej ich nie czytam. Głównie z tego powodu, że czytanie "w drugą stronę" mnie po prostu męczy. Tymczasem tę ponad pięćset stronicową mangę pochłonąłem w trzy dni. I było to jednocześnie doświadczenie ciekawe i nużące. Ciekawe, gdyż mamy tu realistyczny do bólu opis prac porządkowych przeprowadzanych w elektrowni atomowej w Fukushimie po awarii, do której doszło w 2011 roku w wyniku tsunami. Jest to opis tak szczegółowy i detaliczny jak to możliwe. Przeczytamy m.in. o: spawaniu, problemach z maskami i kombinezonami, pomiarach kontrolnych przyjętej dawki promieniowania, procedurach wchodzenia do i wychodzenia z elektrowni, korzystaniu z toalety, organizacji pracy, relacjach międzyludzkich, problemach z dojazdem... Dowiemy się też jak to jest być podwykonawcą 7 szczebla, jak działa kapitalizm japoński i jak zarabia się pieniądze na katastrofie. Mamy przy okazji opisane doświadczenie amatorskiego twórcy mang, miłośnika wrestlingu, człowieka grubo po czterdziestce, który nagle postanawia zostać robotnikiem pracującym w Fukushimie. Ta szczegółowość sprawia jednak, że jest to dzieło nużące. Tu naprawdę nie ma żadnej akcji. Jest za to lekko cukierkowy obraz codziennej pracy, opisany z perspektywy inteligentnego robotnika.
Całość jest napisana nieco beznamiętnym tonem, który bije odmiennością kulturową (z mojej perspektywy; z perspektywy miłośnika mang pewnie nie do końca). Niektóre fragmenty mogą być nieczytelne, ponieważ jest to komiks dla Japończyków, częściowo polemizujący z medialnym przedstawianiem prac porządkowych w Fukushimie, którego to kontekstu my nie znamy. W komiksie jest też sporo powtórzeń, gdyż jest to zbiorcze wydanie kilku wydanych osobno tomów.
Rysunkowo jest chyba bardzo przeciętnie. Obejrzałem dla porównania kilkanaście mang, które czyta moja córka. I większość z nich jest ewidentnie lepsza rysunkowo. Natomiast jest to bardzo czytelny komiks.
Zdecydowanie nie żałuję, że przeczytałem "Reaktor 1F", ale nie jestem w stanie z czystym sumieniem polecić tej mangi (ani jej ocenić). Jest to komiks dla: osób, którym podobał się serial "Czarnobyl" (dla porównania jak działali Sowieci), miłośników atomistyki, fascynatów społeczeństwa japońskiego (chociaż pewnie już go znają), osób, które będą odpowiedzialne za planowanie i budowę elektrowni atomowych w Polsce (i tak nie przeczytają).
Marvel Origins. Tom 4. Hulk 1 (Hachette)
Nie lubię Hulka, ale lubię retro kilmaty. Więc komiks kupiłem sobie do pociągu bez żadnych oczekiwań. W przeciwieństwie do Spider-Mana, wydanego w tej samej kolekcji, jest to rzecz zwrócona w przeszłość. Hulk (najpierw szary, a później zielony) to ewidentne skrzyżowanie potwora Frankensteina (w wersji znanej z filmów z Borisem Karloffem) z historią Dr. Jekkyla i Mr Hyde'a (co jest zresztą napisane we wprowadzeniu). W pierwszych sześciu zeszytach "The Incredible Hulk" (lata 1962-1963) widać poszukiwanie właściwej formy tej historii. Pierwotny pomysł ewidentnie nie chwycił, więc trzeba było kombinować. Scenariusz jest poniżej krytyki. I jako całość, i na poziomie poszczególnych historii: zero logiki, spójności wewnętrznej, ciągłe deux ex machina i konieczność zawieszenia niewary na wszystkich poziomach, papierowe postacie... Scenariusze komiksów robione dla EC Comics dekadę wcześniej to przy tym klasa sama w sobie (czytam właśnie zbiór takich historii narysowanych na podstawie opowiadań Raya Bradbury'ego na początku lat '50). Dodatkowo w poszczególnych zeszytach mamy ciągłe powtórki dotyczące genezy Hulka (przeznaczone dla nowych czytelników).
Ale z drugiej strony miałem pewną frajdę z lektury. Hulk bije komuchów sowieckich oraz chińskich na lewo i prawo, a niektóre historie w najlepszych momentach przypominają komiksy przygodowe Miltona Caniffa (nie stylem rysunku, ale narracją: przygoda, przygoda, przygoda...).
Z ciekawostek: w jednej z historii pojawia się motyw wesołego miasteczka i hipnotyzera, który przejmuje kontrolę nad widzami. To chyba była jakaś obsesja - albo Stana Lee, albo ówczesnej amerykańskiej kultury, bo widziałem to - mam wrażenie - przynajmniej kilka razy.
Jeśli idzie o rysunek, to wiem, że Jack Kirby to mistrz, ale tu widać to ewentualnie na pojedynczych stronach czy wręcz kadrach... Chyba traktował to jako improwizowaną chałturę. Jako całość najbardziej podobał mi się szósty zeszyt narysowany przez Steve'a Ditko.
Co jeszcze? O dziwo, w trakcie lektury denerwowały mnie nie bzdury w pisanym na kolanie scenariuszu, czy z lekka niechlujny rysunek, ale jakieś drobiazgi w materiałach dodatkowych czy tłumaczeniu. Przykładowo w jednej z historii Hulk ląduje na Formozie, czyli na Tajwanie. Tłumacz tymczasem konsekwentnie używa anglojęzycznej wersji Formosa. I to, co było czytelne dla Amerykanów na początku lat '60, może być problematyczne dla czytelnika dziś (Co to za Formosa? Skąd tam wojska amerykańskie?). Ale - jak wspomniałem - to tylko drobiazgi.
Podsumowując: nie jestem w stanie wystawić ceny. To jest ewidentnie zły komiks, który jednak przeczytałem z jakąś przyjemnością. Komiks dla: miłośników nieudolnego retro, pasjonatów Marvela, osób lubiących oglądać work in progress (i jak z niczego, czy raczej ze zlepku wątpliwych pomysłów, powstaje coś, co jest kontynuowane do dziś).