Podsumowanie lutego. Raczej na spokojnie. UWAGA UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!
"Deadly Class - tomy 1-5" - Rick Remender, Wes Craig. Pierwsze tomy zakupiłem bo zwłaszcza przy początkach Non Stop Comics oferowało naprawdę wysoką jakość, którą zresztą z drobnymi wyjątkami utrzymuje do dzisiaj za naprawdę niską cenę. Co najśmieszniejsze do samego tytułu pomimo dobrych opinii jakoś nie byłem strasznie przekonany, no ale tanio było więc cały czas brałem dorzucając pojedyncze części do różnych zamówień a jak ceny w końcu skoczyły to okazało się, że to już prawie wszystkie tomy mam w posiadaniu, więc bez sensu byłoby nie dobrać tych ostatnich i w ten oto dosyć kuriozalny sposób stałem się właścicielem całkiem obszernej serii o której kompletnie nic nie wiedziałem i nawet nie miałem na nią jakiejś szczególnej ochoty. Założenia fabularne podejrzewam znane Marcus Arguello, młodociany bezdomny trafia do szkoły kształcącej zabójców. I tutaj bardzo ważna uwaga, założenia fabularne tej serii są kompletnie niedorzeczne oraz pozbawione jakiegokolwiek realizmu. Jasne samo założenie szkoły, która kształci zawodowych morderców już od młodych lat ma w sobie pewien cień prawdopodobieństwa, natomiast o ile już to wyobrazilibyśmy sobie coś w stylu profesjonalnej tajnej agencji rodem z jakiegoś Hitmana, tutaj mamy do czynienia z obrazem dosyć stereotypowego amerykańskiego liceum po prostu o bardzo niestandardowym profilu. Jak to w ichniejszej kulturze dzieciaki trzymają się w grupach tyle, że nie zwyczajowych pokroju, sportowców, kujonów czy innych rockersów, ale jako, że szkoła jest najzupełniej kosmpolityczna zbierających się podług pochodzenia. Są i murzyńskie gangi z gett i gangi latynoskie czy azjatyckie, są dzieci gangsterów europejskich czy też spadkobiercy grup pokroju Bractwa Aryjskiego (Dixie Gang, spodobała mi się gra słów). Uczniowie jednakże wywodzą się nie tylko z grup przestępczych, ale i również kręgów rządowych lub biznesowych, które to również tworzą swoje klubiki wzajemnej adoracji, coś takiego nie utrzymałoby się nawet tydzień ilość potężnych rodziców niezadowolonych, że ich pociechom jakiś inny mały wariat wbił śrubokręt w oko, albo polał kwasem byłaby ogromna. Na dodatek pomimo niby wręcz morderczej dyscypliny, dzieciaki robią co chcą (największa niekonsekwencja w fabule), więc zorientowanie się, że na ulicach zabija się gromada naćpanej młodzieży raczej nikomu nie zabrałoby dużo czasu. Główny bohater jako wzięty z ulicy (uczniów kaptuje się na dwa sposoby, albo płacą wysokie czesne, albo obserwuje się obiecujących kandydatów i funduje im "stypendia", to bardzo ważne fabularnie się okaże), znajduje się na samym dole drabiny społecznej, aczkolwiek ma pewien kredyt społeczny uważany jest za kompletnego świra z którym lepiej nie zadzierać z powodu podpalenia (dosyć morderczego w skutkach) sierocińca w którym kiedyś się znajdował (będzie wytłumaczone w miarę rozwoju fabuły). Jako wyrzutkowi pozostanie mu tylko dołączenie do grupy podobnych sobie outsiderów (dobór postaci nie do końca trafny, takie laski nigdzie nie zostałby odrzucone) i rozpoczęcie morderczego roku szkolnego.
Rysunków nie mogę ocenić inaczej niż na bardzo dobrze. Chaotyczne, nerwowe przy czym bardzo energiczne linie kreślone czym tam się je kreśli idealnie odzwierciedlają identyczne treści. Trochę w tych grafikach kreskówkowości prosto od Fiony Staples czy Chrisa Samnee, ale jest ona filtrowana oko komiksowego szaleńca pokroju a żeby daleko nie szukać to sięgnę powyżej, Bretta Blevinsa. Jak zawsze powtarzam niespecjalnie cenię rysowników nie zaznaczających choćby symbolicznie jakiegokolwiek tła, aczkolwiek jeżeli rysownik ma styl, pomysł i umiejętności to zdarza mi się pochwalić coś takiego, Craig z pewnością odhacza wszystkie trzy podpunkty. Jakkolwiek nie da się nie zauważyć, że sporo roboty robią kolory nałożone przez Jordana Boyda. Kolory kojarzące się z latami 80-tymi w których dzieje się akcja, ale jednocześnie jakby "sprane" pozbawione tego neonowego blasku. Kolorysta sięgnął po w sumie nie tak rzadko spotykany patent, czyli stara się plansze a właściwie raczej całe strony utrzymywać w jednej tonacji, przydając im efekt "monochromatyczności". Bardzo dużo różnych zabaw stylami.
To, że założenia świata przedstawionego nie mają sensu to już wiemy, czego jeszcze nie wiemy że niespecjalnie to przeszkadza, Remender naprawdę umiejętnie połączył młodzieżową teendramę z ostrym komiksem akcji. Bohaterowie pomimo, że pozlepiani z doskonale znanych klisz, sprawiają wrażenie żywych postaci, zresztą akurat to zawsze stanowiło mocną stronę autora, kreacja postaci i interakcji między nimi. Dzieciaków nie da się polubić bo zachowują się jak się zachowują, ale jednocześnie na tyle można się do nich przyzwyczaić, że w końcu im kibicujemy. Fajnie zostało to napisane, grupka przyjaciół, którzy tak naprawdę nie są przyjaciółmi, ale bandą odrzuconej młodzieży która trzyma się ze sobą z braku innych perspektyw, wykorzystując jedno z drugim innych dla własnych korzyści w czym mogą się posunąć aż do granic, których nikt przekraczać nie powinien. W sumie jakby nie patrzeć "Deadly Class" to cała twórczość Remendera w pigułce zarówno chodzi o pozytywy jak i negatywy. Drażnić może to co zwykle, ilość fabularnych twistów jest po prostu męcząca i na tyle duża, że każdy następny już nawet nie dziwi, bo cały czas oczekujemy kolejnej dramatycznej zmiany. Aczkolwiek nie da się nie wspomnieć o tym, że jednak zadziwiło mnie zakończenie pierwszego story-arcu i to w momencie kiedy myślałem, że "no wszystko fajnie, ale kiedy ta formuła się wyczerpie?", szkoda tylko, że to było takie trochę łże-zakończenie. Plusy też te co zwykle coś tam wspomniałem powyżej i należy też pamiętać, że scenarzysta to jak zwykle świetny opowiadacz, ma niezwykłe wyczucie tempa opowieści, gdy zaczynają nas nudzić przemyślenia bohaterów dostajemy szybką akcję, gdy zaczynamy się zastanawiać czy aby już nie wystarczy, nagle zostaje ona ucięta (często maczetą) i zapoznajmy się z konkluzjami, wszystkiego jest tak mniej więcej tyle ile trzeba. Mnóstwo świetnych nawiązań (zwłaszcza muzycznych), ciężko nie wyczuć tutaj pewnej dozy artystycznej samokreacji autora na "zajefajnego" gościa, który jednocześnie był ofiarą szkolnych prześladowań (co niespecjalnie szczerze rezonuje ze sobą). Sporo tutaj cynicznego nihilizmu bardzo niechętnie odnoszącego się do amerykańskiej epoki "cudów" Ronalda Reagana. Wszystko to biorąc pod uwagę, że bohater jest młody, gniewny i pokrzywdzony przez system, świetnie pasuje, natomiast jeżeli to faktyczne filozofie scenarzysty (a jestem niemalże pewien, że tak), to no hmmmm...no tak średnio. Całkiem dużo tekstu do przeczytania, należałoby zaznaczyć. Sam w sobie komiks może kojarzyć się z filmami Quentina Tarantino, mozaika "życiowych" bardziej lub mniej problemów przerywanych aktami chaotycznej przemocy. Mozaika złożona z pozornie niepasujących do siebie elementów w której obok siebie układają się losy, przestraszonych i zawiedzionych przez dorosłych dzieci oraz obrazki cheerleaderek jeżdżących na wrotkach i uzbrojonych w siekiery. Jasne, nie wszystko udaje się tak jak powinno i na pewne rzeczy należałoby przymknąć oko (Shabham czy jak on tam, to nigdy by się nie stało), ale mamy świetnie prowadzone postacie (Petra w piątym tomie, to co z nią zrobili jest niemalże boskie) i fabułę, która nie daje czasu się nudzić. Najlepszy komiks Ricka Remendera? Z tych co czytałem to tak, no zobaczymy czy się nie zawali pod własnym ciężarem jak Invincible. Taki "młodzieżowy" skierowany w głównej mierze do mniej, więcej czterdziestolatków. Ocena 8/10.
"Slaine - Zabójca Demonów" - Pat Mills i inni. Cóż to było oczywiste, że po gigantycznym sukcesie jakim był "Rogaty Bóg", mimo iż stanowił on wyraźne zwieńczenie cyklu, ani autor ani wydawca nie pozwolą sobie na odpuszczenie tematu. Album zaczyna się od dwóch shortów, pierwszy całkiem zabawny w którym Slaine nieco znudzony swoimi obowiązkami króla szuka zaczepki wśród swoich poddanych (co mu się średnio a właściwie wcale udaje) oraz drugi nieco mniej zabawny, aczkolwiek nie pozbawiony zupełnie humoru w którym bohater przy pomocy tradycyjnych celtyckich metod będzie musiał pogodzić się z Niamh zazdrosną o boginię Danu. Dalej przejdziemy do tytułowego komiksu stanowiącego najobszerniejszą część. Slaine zgodnie z tradycją po siedmiu latach panowania zostaje zarżnięty na ołtarzu, no ale to jednak zbyt wielki wojownik żeby zakończyć tak marnie, pojawia się sama ziemska bogini, wskrzesza go jako swojego czempiona i wysyła poprzez Kocioł Krwi w inne czasy, aby wykonywał dla niej odpowiednie zadania. Slaine wraz z Ukko lądują w Brytanii czasów powstania Boudiki. Całość zamyka prolog w którym bohaterowie spotkają św. Patryka, oraz czarno-biały komiks paragrafowy. Rysunki Glenna Fabry i Dermota Powera naprawdę dobre, fani realistycznego stylu będą z pewnością zadowoleni z tym zastrzeżeniem, że jeden z nich niespecjalnie potrafi rysować kobiece twarze, na dodatek ich prace tak wyglądają jakby oni swoich plansz nawzajem nie oglądali przez co wspomniana wcześniej królowa Icenów ma kilka różnych wersji (więcej niż dwie szczerze mówiąc). Komiks fajny, pomysł wplecenia rzeczywistych wątków historycznych dobry, miejsca w których się uśmiechniemy również się znajdą, plusik za powrót Elfrica jako dandysowatego masowego mordercy. Problematyczna jest fabuła, która jest tak "płaska", że z pewnością znajdzie się grono osób które stwierdzą że wcale jej nie ma. Całość się sprowadza właściwie do serii bitewnych scen (lub wręcz rzezi niewiniątek, wszystko ultra-brutalne, tutaj już sobie autorzy naprawdę pofolgowali). Brakuje tutaj tej atmosfery przygody z pierwszych tomów, czy interesującej opowieści Rogatego Boga. Ot naprawdę ładnie wyrysowana rzeźnia (również na kołach). Ocena 6/10.
"Slaine - Władca Nieprawości" - Pat Mills, Greg Staples, Clint Langley. Przygód Slaine'a w czasie ciąg dalszy. Tym razem ze swoim kurduplowatym podnóżkiem celtycki heros ląduje w roku tysiąc sto którymś tam pod postacią banity Robina Goodfellowa, króla lasu Greenwood. Jego zadaniem będzie odnalezienie Miecza Krwawego Boga oraz odzyskanie swojej pani Niamh, która odrodziła się jako zakonnica Marian. Początek wielce obiecujący, jakoś tam miałem nadzieję na większe oparcie historii na którymś z podań o Robin Hoodzie, natomiast fabuła bardzo szybko kieruje swoje kroki w stronę nonsensownego pierdololo z różnorakimi potworkami dosyć niejasnego pochodzenia w którym Slaine walczy zmieniając się w jakieś latające monstrum. Całość tomu kończy w sumie zabawny short w którym Slaine i Ukko zapuszczają się do tajemniczej świątyni. Za rysunki odpowiada dwóch panów. Prace Grega Staplesa mogą się spodobać zwłaszcza fanom Simona Bisleya do których lekko nawiązują, aczkolwiek są zdecydowanie bardziej stonowane. Rysunki Clinta Langleya przeniosły mnie do czasów polskiego komiksu z lat 90-tych, czyli czasów do których niespecjalnie tęsknię, natrętnie kojarząc się z robotą Mariusza Moroza. Nie wygląda to jakoś źle szczególnie, aczkolwiek w momentach w których występują te mutanty czasem ciężko się zorientować co w ogóle znajduje się na kadrze. Za to Langleyowi całkiem udanie wychodzą panie. Ciężko mi natomiast powiedzieć, dlaczego do jednego komiksu wybrano, aż tak oddalonych od siebie stylistycznie artystów (dobrze chociaż, że nie mieszają tylko się dzielą po połowie). Najsłabszy póki co tom Slaine'a przeze mnie przeczytany. Historia prostacka a jednocześnie bełkotliwie napisana. Wesoła Kompania kompletnie niewykorzystana, na dodatek zakończenie w mocno niejasny i zdaje się kompletnie bezsensowny sposób, grzebie w linii czasowej, co zdaje się może kasować poprzednie przygody. Mills już w czasie poprzedniego tomu (w sumie jakieś tam przesłanki były od początku, ale dopiero teraz temat został przyciśnięty), zaczął wyraźnie krążyć wokół klimatów wręcz turbo-celtyckich (pewne momenty można by tu wziąć do siebie jako religijną profanację, jeżeli ktoś wrażliwszy na takie rzeczy) a im bardziej skupia się na takich treściach tym wyraźniej czuć jakieś takie bardziej kompleksy niż dumę. No, nie wiem nie podobało mi się po prostu, aczkolwiek graficzki całkiem znośne. Ocena 4/10.
"Kolekcja Toppi tom 3 - Ameryka Południowa" - Sergio Toppi. Patrząc się na okładkę i pamiętając pewną monotematyczność tomu poprzedniego, spodziewałem się, że większość komiksowych nowelek będzie się kręcić wkoło Indian i Konkwistadorów i w sumie niewiele się pomyliłem. Tym razem jednak, samych historii jest mniej niż wcześniej, album numer trzy praktycznie pozbawiony jest shortów zbierając kilka nieco dłuższych historii. Najfajniejsze - najkrótsze chyba w tym tomie "San Isidro Maxtlacingo 1850" o bogatym właściwie niewiadomo kim, ale na pewno bogatym, który wybrał się też właściwie niewiadomo po co na wyprawę do Meksyku z horrorowym zacięciem oraz "Skarb Ciboli" w którym trójka poszukiwaczy przygód udaje się na poszukiwanie legendarnego złota (jak kto pamięta kreskówkę lecącą bodajże na dwójce dawno temu "Tajemnicze Złota Miasta" bez wątpienia się uśmiechnie). Nie za bardzo przypadły mi do gustu ta o braciach poszukujących samolotu oraz strasznie rwana "Legenda Potosi" (chociaż tutaj zakończenie jest całkiem zgrabne). Należy zwrócić uwagę, że po raz pierwszy mamy tutaj przewagę stron kolorowych i w tym momencie wracamy po raz kolejny do "Skarbu Ciboli" to w jaki sposób Toppi nałożył tam barwy momentami zapiera dech w piersiach. Po raz kolejny odrobinę zawód. Jasne, komiksy wyglądają fenomenalnie, mimo wszystko jednak po raz drugi kolekcja nie osiągnęła poziomu tomu pierwszego, który nie tylko się ogląda, ale i również czyta, tutaj moc jednak głównie w warstwie wizualnej. Ocena -7/10.
"Injustice:Bogowie pośród Nas - Piąty" - Brian Buccellato i inni. Czas na zakończenie wielkiej epopei. Byli herosi, były Latarnie, byli magowie i bogowie, żadne z nich nie dało rady szurniętemu Supermanowi, no to kogo jeszcze nie było w takim razie? Oczywiście Doom Patrolu, tyle że tutaj też go nie będzie (no na bank jeszcze wielu innych postaci brakuje, ale kij z nimi), po zakończeniu poprzedniego tomu można było spodziewać się, kto stanie do walki. Mianowicie tym razem będą to superprzestępcy i to kaptowani zarówno przez jedną, jak i przez drugą stronę. W przeciwieństwie do poprzednich czterech tomów w tym nie będzie jednej zwartej historii, tylko raczej kilka czasami przeplatających się fabularnych ścieżek, domykających niektóre wątki i rozstawiających ostatecznie figury na szachownicy do rozpoczęcia fabuły gry video. Tom piąty zacznie się mniej więcej od pojedynku Esa z Doomsdayem, potwór spadnie dosłownie z nieba, chwila bitki i po sprawie na tym etapie już raczej nikt nie jest w stanie się przeciwstawić rozszalałemu Kryptonijczykowi, no ale skoro Dooms był grywalną postacią to widocznie być musiał. Dalej zostanie zakończony wątek Bizarro, scenarzysta próbował zrobić z tego fragmentu makabryczną humoreskę, do mnie jakoś ona nie trafiła, ale suflowany był już od jakiegoś czasu więc i znaleźć się tu musiał. Zakończy się wielka "miłość" Harleen do Shazama, bardzo pokrótce ale za to jak najbardziej sensownie (dziewczyna na ten swój pokręcony sposób całkiem dobrze myślała, Billy wydawał jej się obciążony największymi wyrzutami sumienia i najbardziej naiwny przez co najłatwiejszy do przeciągnięcia na stronę Batmana), za to później dostanie nieco nonsensowną fabułkę w której porzuca tożsamość Harley, aby powrócić do niej dwie strony dalej. Zostanie zabita osoba, którą wszyscy czytelnicy DC znają i kochają (chyba najmocniejszy punkt "piątki"). Dwójka z bohaterów wspierających dotychczas (bardziej lub w sumie wcale) Ruch Oporu przejdzie na stronę Supermana, za to Barry i Hal rozpoczną swoją powolną wędrówkę na powrót ku światłości (te "zeszyty" są naprawdę bardzo dobre), Supermanowi spadnie ostatnia maska i zażąda hołdu od swoich sojuszników, przy okazji zabije też Hawkmana (ten wątek z kolei został kompletnie położony, kosmita jest tutaj takim palantem że w sumie można mu raczej tej śmierci życzyć). Batman zrealizuje swój plan ostatniej szansy ukazania całej ludzkości prawdziwego oblicza nowego tyrana (który nie wypali z dosyć abstrakcyjnych powodów), aby w końcu spróbować zrealizować tym razem naprawdę ostatni-ostatni pomysł aby rzucić wszystkie siły na desperacki ruch Lexa Luthora (świetny występ Deathstroke'a), który doprowadzi czytelnika do momentu rozpoczęcia gry (Super zdaje się dopadnie jeszcze Kate Kane).
Graficznie to samo co poprzednio, czyli wybrano najlepszych co przewinęli się przez serię na dodatek dosyć podobnych stylistycznie więc pod tym względem album będzie się podobał, czytelnikom którzy darzą sympatią taką klasyczną superbohaterską kreskę a i ci co jakoś strasznie nie doceniają też się raczej nie skrzywią, ale też i nikt się tym raczej nie zachwyci. Obrazki są jedynie nośnikiem treści w tym wypadku. Zdecydowanie na co zwraca się tutaj uwagę to kreacja Supermana, który stał się zły. Ale to nie tak jak był zły wcześniej tylko złyzły, tak zły że rysownicy to nawet podkreślają szkicując go z wiecznie zaciętą miną oraz gorejącymi oczami. Dopuszcza się zbrodni na ludności cywilnej, wydaje wyrok śmierci na raczej-wiecie-kogo, tylko dlatego że miał odwagę powiedzieć mu kilka słów prawdy, swoich byłych już przyjaciół traktuje wyłącznie jako podwładnych (z jednym wyjątkiem biednego, głupiego, oszukanego Damiana, który razem ze a raczej dzięki swojemu mentorowi ostatecznie przechodzi na ciemną stronę mocy) a wielki plan pokojowy dla ludzkości zostaje już raczej przesunięty na dalszy plan by cała energia miała zostać włożona już tylko w utrzymanie władzy (nawet nieobecność jego rodziców na ceremonii odsłonięcia pomnika w Smallville zdaje się już nie robić na nim żadnego wrażenia). To zresztą jest jedna z mocniejszych stron tego komiksu, Batman absolutnie nie posiada sił, aby pokonać siły Reżimu, ale jednocześnie sama dyktatura zaczyna się chwiać w posadach, ludzie zaczynają przeglądać na oczy. Fabuła w końcu powróciła na ulice, między mieszkańców miast i wsi, tam gdzie jej miejsce, powinno być od początku. Na zdecydowany minus samo zakończenie, pierwsze Injustice ma już ponad 10 lat a ja grałem w nie naprawdę dawno temu i szczerze mówiąc pogubiłem się na tych kilku strasznie chaotycznych ostatnich stronach, to ciekawe co powie ktoś kto zna tylko te komiksy. Natomiast ja cały czas jestem zdziwiony, że Bucellato jest tak mocno umniejszany względem Toma Taylora, owszem może i nie ma aż tak lekkiego pióra, czy nie potrafi pisać tak błyskotliwych dialogów, ale raz wcale nie jest w tych konkurencjach taki ostatni (Harley i jej "brzydka Elsa" do Killer Frost, nawet mnie rozbawiły), dwa sięga po ciekawsze tematy po prostu, przypominam że Taylor już w drugim tomie zaczął pisać komiks o dyktaturze bez dyktatury i zaczął bujać dosłownie w obłokach. Nie jest to do końca udany tom, nie wszystkie wątki są udane, nie wszystkie są potrzebne, ale kilka motywów jest wyjątkowo mocnych a kilka scena naprawdę na emocje potrafi zadziałać.
Tak już podsumowując, to mam lekki żal do obydwu panów scenarzystów, chociaż z drugiej może i nie do końca sprawiedliwie bo ciężko stwierdzić na ile cała ta epopeja jest wynikiem planu scenarzystów na ile wypadkową zachcianek i "widzimisie" wydawcy. Tylor fantastycznie potrafi animować postaci o których pisze to trzeba mu przyznać a na dodatek jest naprawdę mocny w konstruowaniu interakcji między nimi, Bucellatto za to wydaje się nieco sprawniejszy w opowiadaniu historii. Natomiast fabuła całości jest dosyć mocno chwiejna, często mocno się w oczy rzuca epizodyczność akcji jak i dopisywanie kolejnych treści wynikające tylko i wyłącznie z chęci przedłużenia dobrze sprzedającego się tytułu a nie z racji jakiegoś konkretnego pomysłu. Bohaterowie potrafią pojawiać się i znikać bez żadnego powodu, sporo ze śmierci różnych postaci nastawiona jest tylko na zwyczajny "shock-effect" a dałoby się pewnie zmniejszyć tę liczbę o 50% gdyby dostały więcej czasu "antenowego" (albo wogóle go dostały, bo czasami wjeżdżają w kadr, tylko po to aby umrzeć). Tzn. ja rozumiem że w komiksie będącym jednym wielkim prologiem do komputerowo-konsolowo (chyba nawet automatowo) gry akcji musi być pokazane wiele pojedynków różnych postaci...tzn. nie, nie rozumiem, nie jestem przekonany czy fani bijatyk to akurat tego rodzaju grupa docelowa. Nie przekonuje do końca obraz upadku Supermana jak już gdzieś wcześniej wspominałem strasznie chaotyczny i bez widocznego progresu (z wyjątkiem ostatniego tomu i jego gotowej już postaci Dartha Vadera). No i dlaczego na litość boską przez pięć jakby nie patrzeć grubaśnych tomów nikt mi nie wytłumaczył dlaczego większość Ligi Sprawiedliwości wspiera Supermana z wyjątkiem jakichś komunałów w stylu "wierzę w ten projekt", ku...a projekt wprowadzenia totalitarnego rządu nad całą Ziemią? Tzn. jasne dwóm czy trzem postaciom to nawet pasuje, ale reszcie? Tak jednak przymrużając nieco oko, to naprawdę bardzo dobra seria i mimo, że tak jakby miał oceniać poszczególne części składowe to byłoby trochę słabsze, ale całość mimo że czasami wkurza a czasami wydaje się głupiutka to z uwagi na to, że nie nudziłem się ani przez sekundę zasługuje na swoją renomę. Powtórzę, jestem trochę zły na obydwu panów bo tutaj naprawdę widać materiał i nawet możliwości, aby zrobić z tego komiksu naprawdę wielki tytuł, który znalazł by miejsce na półce pomiędzy największymi klasykami (chociaż pewnie u części czytelników awansował na taką pozycję). No i przynajmniej pod wpływem lektury popykałem sobie trochę w Injustice 2 (niestety multi jest już martwe) a jaskółki ćwierkają, że kolejną grą Netherrealm będzie właśnie Injustice 3, chociaż żadnego oficjalnego potwierdzenia nie ma (ciekawe jaki będzie punkt startowy, zakończenia są dwa, które jest "kanoniczne" jest oczywiste, za to drugie horrorwe to niezły hardcore), ale więc może DC coś wysmaży jeszcze w tym temacie. No i pytanie czy Egmont zdecyduje się na wydanie drugiej serii, sporo mniejszej (jakieś dwa tomy) również Toma Taylora i również świetnie ocenianej. Cenzurka wyłącznie za ostatni tom (dobry, nie dajcie sobie wmówić że nie) za całość byłaby z plusikiem. Ocena 7/10.