Autor Wątek: Szkielety Bogów - opowiadanie dark fantasy/horror (wersja audio i tekstowa)  (Przeczytany 352 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Adeptus

(Link do wersji audio:
Tysiące lat temu, w pewnym królestwie na dalekim południu, żył człowiek, który zawsze chciał mieć więcej, niż miał… chciał być kimś więcej, niż był. Jego imię zostało wymazane z kronik, lecz mędrcy znający tę historię, zwą owego człeka „Nienasyconym”.

Urodził się w rodzinie służących pewnego wielmoży. Jego rodzice od małego przyuczali go, by kiedyś zajął ich miejsce. Zawsze mu powtarzali: „Zobacz, jakie masz szczęście! Mogłeś być niewolnikiem na jakiejś plantacji, a jesteś służącym w domu bogacza! W dodatku, takiego dobrego człowieka. Pozwala nam zjadać resztki ze swojego stołu i bije tylko wtedy, gdy naprawdę się zdenerwuje. Będziesz mieć u niego istny raj!”.

Ale owego młodego człowieka nie zadowalały ochłapy z pańskiego stołu. Chciał mieć to wszystko, co miał jego pan… I jeszcze więcej. Nie miał natomiast pomysłu, jak to zdobyć.

Lata mijały, rodzice Nienasyconego zestarzeli się, a on wyszedł z wieku młodzieńczego. Zajął miejsce ojca, stając się najbardziej zaufanym sługą. To dało mu dostęp do wszelkich zakamarków wielkiego domostwa. Pewnego razu, sprzątając sypialnię swojego pana, natrafił na schowany pod poduszką zwój. Natychmiast wziął go do rąk, rozwinął i zaczął przeglądać. Posiadł sztukę czytania na tyle, aby zrozumieć ogólny sens zapisanych słów. A były to słowa nad wyraz znaczące. Pan domu spiskował z innym wielmożą, arystokratą ze starożytnego rodu, przeciwko księciu rządzącemu prowincją!

Nienasycony był zszokowany, ale po chwili owo uczucie zamieniło się w ekscytację. To była okazja, na którą czekał tyle lat! Wreszcie mógł się wznieść ponad swoją nędzną egzystencję… Po trupie tego nędznego, tłustego wieprza, któremu musiał usługiwać!

Mężczyzna popędził do stajni i bez pytania zabrał najlepszego konia, po czym zmusił go do galopu w stronę książęcej siedziby. Kiedy dojechał pod fortecę, jego rumak ledwo dyszał, a końskie boki pokrywał gęsty pot. Lecz jeździec nie zamierzał litować się nad stworzeniem. Natychmiast zeskoczył z wierzchowca i popędził ku wrotom fortecy.

A tam zatrzymali go zbrojni strażnicy. Wojownicy nie mieli zamiaru wpuścić nieznajomego do zamku. Oświadczyli, że jeśli ma on jakieś ważne wieści dla księcia, niech przekaże je im, a oni dopilnują, by dotarły do uszu włodarza. Wówczas Nienasycony wpadł w popłoch. Nie mógł oddać listu wartownikom. Wszak sami mogli brać udział w spisku. Ale nawet jeśli byli lojalni wobec księcia – niewiele to zmieniało. Gdy to oni ostrzegą magnata o zagrożeniu, na nich spłynie cała chwała – i wszelkie nagrody – zaś biedny donosiciel zostanie zapomniany. Był tak blisko wyniesienia… a teraz okazja mogła mu się wymknąć z rąk.

Dlatego Nienasycony zaczął głośno protestować i domagać się widzenia z księciem. Wydzierał się wniebogłosy. Wartownicy mieli tego dość i już zabierali się do przepędzenia natręta siłą, gdy przez okno jednej z komnat wychyliła głowa władcy zamku. „Skoro ten człek tak bardzo chce ze mną rozmawiać, pozwólcie mu na to” – oświadczył książę.

Słysząc takie słowa, strażnicy musieli wprowadzić przybysza do zamku. A on w ich asyście maszerował przez korytarze twierdzy. Pomimo swojego podniecenia nie przestawał obserwować otoczenia. Widział bogactwa – dzieła sztuki na ścianach i drogie dywany na podłogach. Mijał książęcych służących, z których wielu było odziany dostatniej od jego własnego pana. Oczywiście, natychmiast poczuł żądzę posiadania tego wszystkiego… rządzenia tym wszystkim.

Ale to była odległa przyszłość. Najpierw Nienasycony musiał zabezpieczyć nieco skromniejsze wyniesienie. Stanął przed obliczem księcia. Padł na twarz przed magnatem, a potem wręczył mu list, informując o spisku. Arystokrata rozwinął zwój i zaczął czytać. Najpierw zmarszczył brwi. Potem zaczął zgrzytać zębami. Wreszcie zwinął zwój w kulkę i rzucił na bok, a sam ze złością uderzył pięścią w ścianę. Nienasycony bał się, że gniew księcia zwróci się ku niemu, lecz magnat nie zamierzał karać posłańca, tylko rzeczywistych winowajców. Natychmiast kazał aresztować wszystkich spiskowców. Zbrojni jeźdźcy ruszyli co koń wyskoczy w różne zakamarki księstwa i machinacje zdrajców zostały zduszone w zarodku. A plac przed zamkiem wkrótce przyozdobiły pale, na których zwijali się w męczarniach uczestnicy spisku – w tym dawny pan Nienasyconego.

Książę okazał swoją sprawiedliwość również w inny sposób. Domostwo, w którym Nienasycony był niegdyś sługą oraz okoliczne ziemie przekazał temu, który ostrzegł go przed niebezpieczeństwem. Donosiciel miał teraz wielki majątek i zastępy sług na swoje rozkazy.

Ale to mu nie wystarczało. W pamięci miał przepych książęcego zamku. Poprzysiągł sobie, że go posiądzie. W jego głowie zaczął kiełkować pewien plan. Otóż książę pomału się starzał, a wciąż nie miał męskiego potomka, jedynie córkę. Nienasycony wiedział, że kto weźmie ją za żonę, zostanie dziedzicem książęcego tytułu i związanych z nim splendorów.

Ale książę nie miał zamiaru wydawać swej jedynaczki za byłego służącego. Kiedy Nienasycony delikatnie zasugerował taką możliwość podczas rozmowy, twarz magnata przybrała niemal tak srogi wyraz jak podczas czytania pamiętnego listu. „Jedynie przez wzgląd na dług wdzięczności daruję ci tę zniewagę” – wycedził arystokrata przez zęby. Nienasycony ukłonił się i przeprosił za swą bezczelność, ale z planu nie zrezygnował. Wiedział, że jest taki klucz, który otwiera nawet najlepiej strzeżone drzwi – w tym te do alkowy książęcej córki. A tym kluczem jest złoto.

Następne lata Nienasycony poświęcił gromadzeniu fortuny. Szukał wszelkich możliwych okazji handlowych. Pożyczał pieniądze na procent. Podniósł daniny nałożone na wieśniaków. Za każde, najmniejsze przewinienie egzekwował bez litości wysokie grzywny. Ale trzeba przyznać, że sam siebie też nie oszczędzał. Starał się jeść i ubierać jak najskromniej, nie marnować pieniędzy na luksusy, dzięki czemu przyspieszał pomnażanie swojego majątku. Świadomość rosnącej góry w skarbcu sprawiała Nienasyconemu pewną przyjemność. Bywało, że przychodził, żeby po prostu popatrzeć na jej blask. Ale cały czas żył w przekonaniu, że to tylko środek do celu.

Jednocześnie podjął pewne działania mające na celu sprawienie, że książę zacznie potrzebować pieniędzy. Nienasycony przeznaczył niewielką część swojego majątku na uzbrojenie band zbójców, którzy zaczęli grasować w książęcej domenie, paląc wioski oraz napadając na karawany kupieckie i poborców podatkowych. Magnat był bezradny. Nie mógł wyśledzić zleceniodawcy bandytów, gdyż ten kontaktował się ze złodziejami bardzo rzadko i tylko przez pośredników. Nienasycony nie wymagał, aby zbóje oddawali mu część łupu – wystarczyło mu, że rujnują księcia.

A sytuacja finansowa magnata stawała się coraz gorsza. Odcięty od źródeł dochodu, książę zaczął szukać ratunku w pożyczkach. Z pomocą oczywiście przyszedł mu Nienasycony. Udzielał hojnie pożyczek, na wysoki procent, za to z długim terminem spłaty. Uzyskane fundusze książę przeznaczał na wystawianie kolejnych wojsk patrolujących prowincję – a to jeszcze bardziej drenowało jego skarbiec i zmuszało do zaciągania kolejnych długów.

Wreszcie nadeszła pora spłaty zobowiązań. Nienasycony przedstawił swojemu patronowi, a zarazem dłużnikowi, liczne weksle. Po raz kolejny zobaczył księcia zagniewanego – ale wściekłość szybko ustąpiła miejsca zakłopotaniu. Magnat był człowiekiem srogim, ale też bardzo honorowym. Odmowa wywiązania się z zobowiązań nie wchodziła w grę. Ale po prostu nie miał funduszy pozwalających na spłatę długów. Na szczęście, Nienasycony miał na to receptę.

„Wasza Wysokość, oddajcie mi swoją córkę za żonę i uczyńcie mnie swoim dziedzicem. W ten sposób długi zostaną umorzone. Wszak jako dziedzic nie będę egzekwował długów ze swojego własnego przyszłego spadku”.

Książę zamyślił się na chwilę, a potem udzielił odpowiedzi.

„Nie będę udawać, że takie rozwiązanie mi się podoba. Ale nie będę też udawać, że nie okazujesz się po raz kolejny dobroczyńcą mojego rodu. Być może fakt, że znów ratujesz go przed upadkiem, to znak od bogów, że pragną, abyś stał się jego kontynuatorem”.

Wkrótce odbył się ślub i wesele. Nienasycony nie zwracał większej uwagi na uroki swojej młodej żony. Dla niego była ona jedynie kolejnym trofeum – i środkiem do osiągnięcia większych zaszczytów.

Jako książęcy dziedzic, Nienasycony energicznie zabrał się do walki z plagą zbójectwa. A miał ułatwione zadanie. Bandyci bez wsparcia swojego tajemnego patrona zaczęli tracić na sile. Zaś ów patron – czyli sam Nienasycony – wiedział bardzo dużo o swoich dawnych podopiecznych. Dzięki temu zaczął rozbijać ich bandy – jedną po drugiej. Czasem nawet sam prowadził zbrojnych do walki. Ludzie w królestwie zaczęli go podziwiać „Może urodził się jako służący, ale ma serce przywódcy!” – mówili. „Stary książę nie umiał sobie poradzić ze zbójami, a ten człowiek oczyścił prowincję w trymiga! To dowód, że czasem warto wpuścić do starych rodów trochę świeżej krwi”.

Nienasycony nie mógł się doczekać, aż odziedziczy tytuł i włości. Dlatego zakupił od podejrzanej staruchy o jaskrawo błękitnych oczach zimnych niczym lód zioła, które miały pomóc przenieść się teściowi na tamten świat. I tak też się stało. Odrobina proszku dosypana do wina uczyniła z Nienasyconego nowego księcia… Prawie. Pozostała jeszcze formalność – złożenie oficjalnego hołdu przed królem.

Nienasycony udał się wraz ze swoim orszakiem do stolicy. Nigdy wcześniej nie widział tak gwarnego miasta. Nawet największy gród w księstwie mógłby stanowić zaledwie jego przedmieścia. A królewski pałac… Każda klamka była ze złota, a za zawartość jednej komnaty można by kupić pół książęcej siedziby. Podczas uczty stoły uginały się od potraw, o jakich Nienasycony wcześniej nawet nie słyszał. Podobnie jak król podczas ceremonii uginał się pod ciężarem złotej korony i ozdób z tego samego metalu. Padając przed monarchą na twarz, a potem na kolanach powtarzając słowa przysięgi, Nienasycony poprzysiągł sobie samemu w duchu, że kiedyś zajmie jego miejsce.

Nienasycony wrócił do swojego zamku, a jego głowę zaprzątała jedna myśl – co zrobić, aby zostać królem. Złożył przysięgę wierności… Nie czuł potrzeby jej przestrzegania, a jego sumienie bez problemu poradziłoby sobie ze zdradą. Ale pozostali wasale zapewne okazaliby się bardziej lojalni wobec monarchy. Zamiast wspomóc Nienasyconego w walce o tron, stanęliby po stronie starego króla.

Wówczas Nienasycony przypomniał sobie, jakie spojrzenia rzucał król w stronę jego młodej, pięknej żony. Sam monarcha miał swoje lata, ale jego małżonka była jeszcze starsza. Nic dziwnego, że władca spoglądał na młodsze niewiasty… Na razie powstrzymywał swoją chuć. Należało to zmienić.

Od tej pory Nienasycony książę starał się odwiedzać królewski dwór tak często, jak mógł. Zawsze zabierał ze sobą żonę. Młoda księżna była zadowolona z tych wizyt. Mąż traktował ją oschle i nie zapewniał żadnych rozrywek, więc każda wizyta w pałacu była dla niej miłą odmianą. Nienasycony starał się też, jak mógł, aby jego żona i król jak najczęściej zostawali tylko we dwoje. Przykładowo, kiedy para książęca była oprowadzana po pałacowym ogrodzie, Nienasycony poprosił, aby królowa, znana ze swej zielarskiej pasji, odeszła z nim na chwilę na bok i udzieliła porady we wstydliwej kwestii.

Nienasycony widział, że jego działania przynoszą efekty. Gdy zbyt długi czas mijał między jedną, a drugą wizytą, jego żona zaczynała dopytywać, kiedy odwiedzą stolicę. A gdy dochodziło do wizyty, uwadze księcia nie uchodziły ukradkowe spojrzenia, czy czasem wręcz niby przypadkowe dotknięcia, między księżną i królem. Jeśli chodzi o królową, to wiek nieco stępił jej zmysły, więc najwyraźniej niczego nie zauważała.

Aż wreszcie romans dojrzał. Król nie mógł dłużej powstrzymywać swoich żądzy, których nie była w stanie zaspokoić jego podstarzała małżonka. Zaś księżna, zaniedbywana przez męża, uległa urokowi monarchy. Parę kochanków zastano w łóżku.

Nienasycony zrobił wszystko, aby wieści o tym skandalu rozeszły się po całym królestwie. Miał ku temu dobry powód. Zgodnie ze starodawnym prawem, cudzołóstwo władcy z żoną wasala dawało wasalowi prawo do wypowiedzenia posłuszeństwa monarsze. Nienasycony głośno wyrażał swoje oburzenie i odmalowywał w tak strasznych barwach podłość monarchy, że wkrótce w królestwie zaczęto postrzegać króla jako obrzydliwego lubieżnika oraz tyrana, który nie potrafi uszanować więzi rodzinnych swych poddanych.

Księciu udało się zgromadzić pod swoimi sztandarami kilku innych wielmożów i wspólnie wszczęli rebelię. Król był kompletnie zaskoczony takim obrotem spraw. Do ostatka próbował negocjacji. Nienasycony mamił go poselstwami i listami, dającymi nadzieję na pokój, podczas gdy sam na czele armii maszerował w kierunku stolicy. Wojska buntowników spadły na miasto niczym jastrząb na ofiarę. Gwardia królewska nie była w stanie stawić oporu nacierającej hordzie.

Nienasycony osobiście ściął głowę królowi na placu przed pałacem, a potem nałożył na swoje skronie koronę, którą niegdyś ta głowa nosiła. Później mężczyzna zasiadł na tronie. Królestwo było jego. Ale wciąż było mu mało. Kiedy patrzył na mapę, widział, że jego domena zajmuje jedynie niewielki kawałek znanego świata. Nie dawało mu to spokoju. Przez następne miesiące zbierał wojska i werbował najemników. Kowale w całym kraju pracowali dniami i nocami, kując broń i zbroje. Aż wreszcie nadszedł dzień wymarszu. Nienasycony wypowiedział wojnę okolicznym krajom. Przez kilka następnych lat prowadził wielką kampanię. Ścierał się w polu z wrogimi armiami, plądrował wioski, zdobywał miasta. Gdyby przelana przez niego krew nie wsiąkała w ziemię, zapewne zatopiłaby świat. Jego ciało stało się pokryte bliznami nabytymi w różnych potyczkach. Zebrał pokaźną kolekcję koron i innych insygniów władzy odebranych pobitym monarchom.

Kiedy wszystkie kraje na kontynencie zostały podbite, Nienasycony wrócił do swojej stolicy i ogłosił się cesarzem. Uroczystości ku jego chwale i na cześć jego zwycięstw trwały przez cały tydzień. Było to siedem dni wypełnionych ucztami, balami, turniejami, występami artystów i magików oraz obrzędami dziękczynnymi. Wino, niemal tak czerwone, jak krew, lało się strumieniami. Nocami światło pochodni odbijało się od stosów zdobycznych skarbów, wielkich, niczym góry. Świat wcześniej nie widział tak wystawnego święta.

Przez kilka tygodni Nienasycony radował się swoim triumfem. Był tak szczęśliwy, że nawet w ramach łaski przeniósł swoją niewierną żonę z ciemnicy do porządnej komnaty i kilka razy zaszczycił ją swoimi odwiedzinami.

Ale już wkrótce powrócił znajomy niepokój. Nienasycony wciąż chciał mieć więcej, niż miał, chciał być kimś więcej, niż był. Sługa stał się bogaczem, bogacz księciem, książę królem, zaś król – cesarzem. Cóż pozostało cesarzowi? Tylko jedno. Stać się bogiem.

Imperator kazał zwołać przed swoje oblicze wszystkich najważniejszych kapłanów z najróżniejszych kultów rozsianych po jego nowym cesarstwie i rozkazał, aby ogłosili go bogiem. Wielu duchownych było oburzonych tym bluźnierstwem. Głośno krzyczeli, wzywali pomsty bogów i przeklinali pełnego pychy władcę. Tych cesarz kazał wyprowadzić i ściąć. Inni błagali Nienasyconego, aby porzucił swoje grzeszne pragnienia i nie ściągał na siebie potępienia. Tych kazał jedynie wychłostać. Ale jeden z kapłanów, wyznawca mało znanego bóstwa z północnych krańców imperium, starzec odziany w zieloną szatę, naprawdę zaskoczył władcę, wypowiadając te słowa: „Chcesz mieć więcej, niż masz i być kimś więcej, niż jesteś. To szlachetne pragnienia. Odróżniają one ludzi od zwierząt. Lecz ty wierzysz, że należy ci się wszystko, z racji samego istnienia – i dlatego ostatecznie nie będziesz mieć nic”.

Cesarz tak długo przetrawiał te słowa, że kapłan zdążył opuścić salę tronową, zanim władca zdążył kazać go aresztować.

Część wychłostanych duchownych poszła po rozum do głowy, inni byli gotowi spełnić żądanie od razu. A ściętych Nienasycony zastąpił innymi, bardziej posłusznymi. W całym kraju, we wszystkich świątyniach, zaczęto odprawiać modły – nie za cesarza, lecz do cesarza. W każdym świętym miejscu, nawet najmniejszej kapliczce, pojawiły się pomniki lub chociaż posążki władcy.

Nienasycony był zadowolony. Wreszcie osiągnął szczyt. Nawet fakt, że w międzyczasie urodził się jego syn, nie sprawił mu aż tak wielkiej przyjemności, jak ta apoteoza.

Ale i ta radość nie była trwała. Kilkanaście miesięcy od ogłoszenia cesarskiej boskości, Nienasyconemu zdarzyło się przysnąć na swoim tronie. We śnie ukazała mu się postać – jej kontury były mgliste, ale jedna rzecz odcinała się wyraźnie – jaskrawe błękitne oczy o spojrzeniu chłodnym jak lód. Władca usłyszał kpiący głos: „Myślisz, że jesteś bogiem? Tak cię nazywają. Ale nazwa nie czyni bytu. Podobnie jak dekret. Gdybyś kazał ludziom nazywać się olbrzymem, czy urósłbyś od tego? Albo czy gdybyś kazał nazywać się ptakiem, nauczyłbyś się fruwać? Aby stać się bogiem, musisz żyć jak bóg”.

Nienasycony obudził się i zerwał ze swojego tronu, szukając przemawiającej do niego postaci, ale na jawie jej nie znalazł. Za to jej słowa zapadły mu w pamięć. Wcale nie był bogiem. Musiał przyjąć do wiadomości, że nawet jego poddani, rzekomi wyznawcy, bijąc pokłony i zanosząc modły, w głębi dusz zdają sobie sprawę z tego, że ich cesarz jest człowiekiem. Wielce potężnym, może nawet najpotężniejszym na świecie, ale wciąż człowiekiem. Nie bogiem.

Cesarz znów zwołał naradę z kapłanami. Zadał im proste, konkretne pytanie – w jaki sposób człowiek może stać się bogiem. Tym razem żaden z duchownych nie próbował krytykować cesarskich dążeń, ale i tak ich odpowiedzi nie były w żaden sposób pomocne. Jedni mówili o bogach, którzy istnieli od zawsze i brali udział w tworzeniu świata. Inni o bogach, którzy takimi się urodzili, jako potomkowie boskich rodziców. Jeszcze inni o ludziach, którzy stawali się bogami dzięki bohaterskim czynom… ale dopiero po śmierci, gdy trafili w zaświaty.

Jak się łatwo domyślić, żadna z tych opcji nie wchodziła w grę. Cesarz zwrócił się więc ku mniej ortodoksyjnym doradcom. Naspraszał wiejskie wiedźmy, pokątnych czarowników, heretyckich okultystów i wędrownych szarlatanów. Byli bardziej skorzy do przedstawiania praktycznych sposobów na osiągnięcie boskości. Jeden z mistyków nauczył cesarza techniki medytacyjnej, która wymagała odpowiedniego sposobu oddychania i utrzymywania jednej pozycji ciała przez kilka godzin. Po jakimś czasie Nienasyconego nawiedziły piękne wizje boskich mocy… niestety, zniknęły natychmiast po zakończeniu medytacji. Za to ból kręgosłupa utrzymał się przez kilka następnych dni. Z kolei pewna zielarka sporządziła dla władcy napar. Po jego wypiciu, Nienasycony niemalże nie przeniósł się na tamten świat i nie sprawdził na własnej skórze prawdziwości teorii o ludziach stających się bogami po śmierci.

Cesarz dość szybko doszedł do wniosku, że ta taktyka nie ma większego sensu, z prostego powodu. Gdyby którykolwiek z tych czarowników znał prawdziwy sposób na osiągnięcie boskości, już dawno by ją zagarnął dla siebie. Wiedza o prawdziwej apoteozie musiała być z definicji tajemna i trudno dostępna.

Nienasycony rozesłał więc swoje sługi po imperium, każąc im zdobywać wszelkie księgi na temat teologii, mistyki, okultyzmu i magii. Posłańcy przeszukiwali biblioteki, świątynie i ruiny upadłych cywilizacji. Kupowali księgi, wykradali je, odbierali siłą. Wszystkie przesyłali do stolicy. A cesarz siedział nad nimi i wertował. Ale nie znalazł rozwiązania.

Na poszukiwaniach boskości Nienasycony zmitrężył wiele lat. Musiał jednak też zajmować się innymi sprawami. Pewnego dnia odwiedził swojego syna podczas lekcji udzielanych przez jednego z nadwornych mędrców. Cesarz nakazał, aby uczeń i nauczyciel prowadzili swoją lekcję jak zwykle i nie zwracali na niego uwagi. Sam zaś usiadł z boku i swoim zwyczajem pogrążył się w rozmyślaniach nad dążeniem do boskości.

Wciąż jednak docierały do niego urywki wykładu. Dzisiaj mędrzec nauczał księcia w zakresie przyrody. W pewnej chwili chłopiec zapytał „Dlaczego zabijamy i jemy zwierzęta?”. Mędrzec odpowiedział „Istoty, które stoją wyżej w hierarchii bytów, mają prawo żywić się stojącymi niżej. Zwierzęta jedzą rośliny, a ludzie jedzą zwierzęta”.

Nienasycony powtórzył bezwiednie te słowa w myślach, a potem nagle zerwał się na równe nogi, krzycząc „Nareszcie!”, ku zaskoczeniu swojego syna i jego nauczyciela. Wyższe istoty zjadały niższe. Zwierzęta żywiły się roślinami, ludzie zwierzętami… A zatem ten, kto żywił się ludźmi, był kimś wyższym, niż człowiek. Bogiem. Nie tylko z nazwy, lecz z natury.

Cesarz natychmiast wydał nowe rozkazy. Od tej pory skazani na śmierć przestępcy mieli trafiać zamiast na szafot, do pałacowej kuchni. Te polecenia wywołały oburzenie wśród poddanych. Niektórzy nawet zbuntowali się przeciwko ludożernemu władcy, którego postrzegali jako potwora. Zabawna rzecz – zabijesz człowieka, a inni są gotowi to zaakceptować. Ale jeśli go zjesz, to jest to dla nich zbrodnia niewybaczalna, choć przecież zmarłemu pożarcie już nie zaszkodzi. Niektórzy z poddanych ośmielili się nawet chwycić za broń. Nienasycony siłą stłumił te rozruchy, a rebelianci dołączyli do skazańców trafiających na rożen lub do kotła.

Nienasycony codziennie pochłaniał porcje ludzkiego mięsa i popijał krwią. Przez kilka dni nie był przekonany, czy to naprawdę uczyni go bogiem, ale pewnego ranka obudził się przepełniony pewnością, że jest na dobrej drodze. Nie wiedział, co mu się dokładnie śniło, zapamiętał jedynie dwoje błękitnych oczu, zimnych jak lód, świecących pośród ciemności. Cesarz był jednak pewien – oto stał się bogiem Pochłaniając ciała zwykłych ludzi, bezsprzeczni udowodnił, że jest istotą wyższą niż oni.

Wkrótce do uszu cesarza doszły niepokojące wieści. Oto inni mieszkańcy Imperium poszli w jego ślady. Obłudnicy, a najpierw sami się oburzali na jego nowy jadłospis! Bogacze kupowali ciała zmarłych biedaków od ich rodzin. Biedacy napadali na sąsiadów, by ich pożreć. Wszyscy mieli nadzieję na boskość. Nienasycony wpadł we wściekłość. Jeśli wszyscy zaczną korzystać z boskiej diety, przestanie ona być czymś wyjątkowym. On przestanie być kimś wyjątkowym. Przestanie być bogiem. Jeśli wszyscy są bogami, nikt nie jest bogiem!

Nienasycony wprowadził surowe kary dla ludożerców. Ale to nie powstrzymało nowej mody. Oczywiście, dotarła ona również do królewskiego pałacu. Kiedy cesarz usłyszał, że jeden z jego ochmistrzów po kryjomu zajada się ludzkim mięsem, postanowił przykładnie go ukarać. Zwołał wszystkich dworzan do sali tronowej i kazał strażnikom postawić skutego w kajdany ochmistrza przed swoim obliczem. „Śmiałeś sięgnąć po to, co należy się wyłącznie mnie, jako bogu!” – zagrzmiał Nienasycony. Ochmistrz zaczął błagać o litość, a kiedy prośby nie złagodziły cesarskiego gniewu, postanowił wydać innych ludożerców, wskazując na sekretarza i koniuszego. Ci dwaj natychmiast, by ratować swoją skórę, zaczęli donosić na innych dworzan. A ci wydali kolejnych. I tak z każdą chwilą krąg oskarżonych poszerzał się. W pewnej chwili cesarz ku swojemu przerażeniu zorientował się, że wszyscy jego dworzanie są ludojadami. Urzędnicy i kapłani, damy dworu i żołnierze. Każdy, od najmarniejszego niewolnika, po najwyżej postawionych ministrów. Nienasycony nie wiedział, co zrobić. Przecież nie mógł ukarać ich wszystkich, zresztą, kto by miał wykonać ten rozkaz? Zbrojni sami byli winowajcami.

Co gorsza w pewnej chwili sami dworzanie zorientowali się w sytuacji. Każdy z nich uświadomił sobie, że reszta podziela potajemnie jego nowe upodobania kulinarne. Zapadła cisza, a wszystkie spojrzenia powędrowały w stronę cesarza siedzącego na tronie. Ochmistrz pomimo kajdan uniósł dłoń i wskazał na władcę, mówiąc: „Skoro zwierzęta jedzą rośliny, ludzie jedzą zwierzęta, a bóg zjada ludzi… Czym się staniemy, kiedy zjemy boga?”.

Minął miesiąc. Namiestnicy prowincji zaczęli się niepokoić, że od wielu dni brak jest jakichkolwiek wieści ze stolicy. Wysłali swoich żołnierzy, aby ci sprawdzili, co się dzieje w cesarskim mieście. Kiedy zbrojni wkroczyli do metropolii, ich oczom ukazał się straszliwy widok. Stosy obgryzionych ludzkich kości. Szkielety bogów.
« Ostatnia zmiana: Śr, 12 Czerwiec 2024, 14:44:33 wysłana przez Adeptus »