To może - w kwestii adaptacji - nieco podobna sytuacja. Rysujesz komiks na podstawie czyjegoś scenariusza i tam tworzysz fajne graficznie postacie (i nikomu do nich praw nie przekazujesz). Scenarzysta bierze ten komiks, idzie gdzieś i powstaje film rysunkowy na podstawie komiksu. Postacie niemal identyczne. Ty masz problem, że ktoś wykorzystał Twoje postacie i ani Cię o zgodę nie spytał, ani Ci nie zapłacił, ani nawet nie napisał, że to Ty jesteś twórcą (graficznym) tych postaci. I tu Ci ktoś rzuca - jest absurdem, moim prywatnym zdaniem oczywiście, pomysł, że w oficjalnej adaptacji w postaci filmu rysunkowego następuje naruszenie praw do postaci, które wystąpiły w utworze pierwotnym. To są oczywiście innego rodzaju prawa autorskie, ale samo założenie, że adaptacja pozwala na swobodne wykorzystanie czyjegoś wizerunku...
Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale właśnie opisałeś konflikt między Nicolasem deCrecy a Sylvainem Chometem.
Z drobną poprawką, że nie było przeniesienia projektów rysownika, a jedynie bardzo mocna inspiracja wynikająca ze wcześniejszej współpracy.
BTW Chomet wygrał.
Inna sprawa, że ja cały czas mam problem z czymś takim jak „wizerunek”.
Kłóci mi się to elementarną logiką, szczególnie w kontekście praw autorski i definicji utworu.
„Jestem właścicielem swojej twarzy”?
OK, ale co właściwie to znaczy?
Że mam unikatowe elementy, z których się składa?
Na każdym posterunku policji poskładają z gotowców dowolny portret, który będzie przypominał mnie i setki, tysiące innych ludzi.
W telewizji leci właśnie głupawy program, w którym ludzie wcielają się w innych ludzi, nawet śpiewają tak jak oni. Kto przyjdzie do mnie z pretensjami, jeśli narysuję np. Piaska ucharakteryzowanego na Dodę?
Nie widzisz absurdu takich sytuacji, czy tylko udajesz?
@Starcek, niestety pełna zgoda, też męczę tę wersję teatralną i mam podobne wnioski. Dobrze się stało
