Powyższe komentarze świadczą, że mnóstwo osób padło ofiarą agregowania zamówień ze złożonych pobożnych życzeń w hurtowniach, a nie z realnych stanów magazynowych.
Jak na jubileuszowe wydanie, to jest ono, łagodnie rzecz biorąc, całkiem ascetyczne. Jednostronicowy wstęp z abstrakcyjnymi dywagacjami, które nie są warte nawet dwóch zdań komentarza.
Plusem zdaje się być papier – na szczęście nie jest to kreda, ale też papier nie wali bielą po oczach jak zęby Krzysztofa Ibisza. O kolorach nie ma co pisać – widać, że co zeszyt, to inna pieśń. Skoro urokiem PRL-u był druk, który potrafił nie do końca odzwierciedlać to, co stworzył rysownik, to przy wydaniu opartym na oryginalnym nic dziwnego, że jest lekki miszmasz. No i to nieszczęsne odwzorowanie oryginalnego wydania... Bez żadnej refleksji powielono ten napis na reprodukcjach okładek, co moim zdaniem jest absurdem. No, ale zapewne nie trzeba było gmerać przy materiałach do druku. No to zaszaleli i poszli po linii najmniejszego oporu. Już kiedyś tak zapaskudzili okładki, to i teraz to powtórzyli. Szkoda. Jedyny wysiłek edytrski - spis treści z pomniejszonymi okładkami. I.. tyle.
Ciekawe czy przy 60. rocznicy jednak pójdą po rozum do głowy i bardziej się wysilą edytorsko? Pozostaje ogromny niedosyt po tej rocznicy.
Aaaa – i ten zapach. Dawno nie miałem w ręku komiksu, który wydawałby tak intensywną woń. Cudowna sprawa dla nałogowca.