Żeby tutaj tak nie dowalać mojej mamie, że taka zła, bo nie kupiła mi Asteriksa z wielbłądem, to napiszę, że to ona wypożyczyła mi pierwszy komiks. Mam 7 lat, wrzesień, pierwsza klasa, idziemy z kumplem po szkole (tak, w tamtych czasach 7-latki normalnie chodziły do domu ze szkoły, rorat, czy majowego, nie to co teraz te tato, przyjedź po mnie, bo to aż kilometr 14-letnie pizdeusze w rurkach) na Coca - Colę w tej klasycznej butelce, bo akurat mieliśmy więcej kasy (zazwyczaj kończyło się na tańszej oranżadzie), przechodzę przez drogę w stronę sklepu, patrzę w prawo, a tam jedzie moja mama na rowerze. I mówi, że zapisała mnie do biblioteki. I wyciąga z siatki rasistowskie Czarne Smerfy. Pamiętam to jak dziś. Kumpel miał na szyi powieszoną żółtą oczojebną sznurówkę z kluczem, bo ojciec pracował na kopalni, a matka była nauczycielką matematyki w liceum i kończyliśmy wcześniej od niej. Czasy samodzielności.
I najlepsze: niedługo potem mama kupiła mi w mieście w księgarni Arię: Rycerzy Aquariusa, ale nie zauważyła, że z tyłu, na samym końcu komiksu Aria pokazuje cycuszki na łódce. Szaleństwo. Czytałem ze pięćdziesiąt razy. Jeszcze Wam kiedyś opowiem jak mój kumpel z kluczem na sznurówce przestał interesować się komiksami i dlaczego nie ma go tu z nami na forum. Dokładnie pamiętam tamten dzień. A zielonego Lucky Luke'a czytałem właśnie od niego, swój egzemplarz kupiłem dopiero pod namiotem nad morzem, kiedy już byłem na studiach. I oni tam mieli nówki, jakby prosto z drukarni. Nic dziwnego, że wydali tylko jeden tom, skoro zrobili tak ogromny nakład.