



Philippe Druillett jeden z tuzów oryginalnej hurlantowej fali nie dorobił się do tej pory własnego tematu. czas to zmienić. Dru-Dru nie jest moim ulubionym autorem, choć odkąd zobaczyłem po raz pierwszy jego prace w Fantastyce, to wiedziałem, że kiedyś w końcu muszę dorwać to cudo i spróbować przeczytać. dorwałem po francusku, chciałem się na tym nauczyć języka, próbowałem, próbowałem po raz kolejny, i jeszcze, i stwierdziłem, że albo jego teksty są tak bardzo paździerzowe, albo ja nie nadaję się do tego języka. to drugie to na pewno, ale po latach - i po przeczytaniu oficjalnych translacji - zauważam, że to pierwsze chyba raczej też. wiadomo, może być że nie ogarniam. wiadomo, trzeba bardziej wchłaniać i wciągać, a nie czytać i "logicznie" składać. no niby wiadomo, ale jakoś do tej pory nie udało mi się Dru naturalnie zasyminlować. wciąż czuję smak paździerza. jedynym wyjątkiem jest Vuzz, który wszedł gładziutko bez popity. Genialny komiks, ale brak mu tych spektakularnych niesamowitych niezapomnianych i niedających się pomylić z niczym innym - ikonicznych grafik Druilleta. Najnowszy wydany u nas, Yragaël, to właśnie ta pozycja, w której są te wszystkie kultowe obrazki, którymi oszczędnie nas karmiono w siermiężnym peerelu.




