Takie trochę luźne przemyślenie w kontekście obecnego maratonu z X-chipsami.
W ramach poprzednich dwóch (WKKM/Mucha) styczności z "New X-Men" Morrisona jakoś zupełnie nie byłem w stanie ubrać pewnych wrażeń w przemyślenia i trzeba było dopiero trzeciego podejścia (widać jakiś powolny jestem) żeby owe wrażenia przybrały konkretny kształt.
I w zw. z powyższym najkrócej rzecz ujmując: muszę przyznać, że zupełnie nie leży mi "demokratyzacja" mutantów.
Zaczynając przygodę z tą grupą na początku lat 90tych przywykłem do mutantów jako do "Xtra" ludzi, którzy w odniesieniu do reszty świata pozostają zupełnie wyjątkowi (w końcu po to czyta się komiksy będąc młodszym nastolatkiem - żeby doświadczyć czegoś niezwykłego). W efekcie pod wpływem tamtych historii termin "X-Men" kojarzył mi się przez długi czas z hermetyczną, skrajnie małą grupą wybrańców, która posiadała absolutnie fantastyczną w swej komiksowej wymowie przewagę nad resztą ludzkości. Tymczasem przyszedł taki Morrison (zakładam, że to on, bo też nie miałem jeszcze do czynienia z wcześniejszymi historiami innych twórców z podobnymi przemyśleniami) i zaczął rozdawać mutacje na lewo i prawo niczym cukierki, sprawiając, że kurioza genetyczne trafiły pod strzechy, ciężki i niewdzięczny los mutanta mógł trafić w głowę dosłownie każdego, a i sami zmutowani zamiast zyskać coś "ekstra" bywali obdarowywani prezentami niczym z jakiejś maszyny losującej, która jednemu może dać zdolność czytania w myślach, drugiemu umiejętność absorpcji energii kinetycznej a trzeciemu potrójną facjatę, względnie wygląd świeżo wyklutego pisklaka bez umiejętności latania.
W efekcie dotarło do mnie, że tym co nie podobało mi się w "Iksach" Morrisona była egalitaryzacja mutantów. Coś absolutnie wyjątkowego zostało sprowadzone w pewnej mierze do powszechności (tak, wiem - kilkadziesiąt milionów w kontrze do kilku miliardów to tzw. "pikuś") odzierając w efekcie fakt bycia mutantem z tej swoistej otoczki genetycznej wyjątkowości (jakby to idiotycznie w kontekście idei świata "bojącego się i nienawidzącego mutantów" nie brzmiało). I w sumie nic nie poradzę - wyjdzie ze mnie elitarystyczny szowinista, ale przeskok z "Nowych" na "Zadziwiających" to z kolei coś na kształt wrażenia wyjścia ze spędu z dalszą rodziną i udania się na umówione spotkanie z kumplami, bo też tu gdzie Morrison idzie w kierunku wątków bardziej hm... "społecznych" (przez co skądinąd nie zamierzam Mu ujmować ewidentnych przewag fabularnych) tam Whedon nie zagłębiając się aż tak w tego typu tematykę po raz kolejny potrafi porwać człowieka w wir bezkompromisowej przygody, oferując serialową niemalże historię dekady (a może i dwóch) jeżeli chodzi o tę serię komiksową.
I to w zasadzie jest w tym wszystkim i najdziwniejsze i chyba najbardziej rozczarowujące: że jeżeli trafi się twórca, któremu się chce, który ma pomysł i który wie jak go przygotować i sprzedać to te wydawałoby się dawno przerobione i zużyte pod względem koncepcyjnym schematy wciąż można wyciągnąć na rozrywkowe wyżyny. Po czym po wszystkim pozostaje mentalny kac związany z faktem, że w tym obszarze biznesu komiksowego jakim jest SH tak rzadko jeszcze komuś się chce i równie rzadko komuś pozwala się chcieć. Koniec końców "Astonishing" X-Men stawiałbym obok "DPS" jako jedną z ulubionych historii ze świata mutantów. Problemem może być momentami nierówna narracja, ale bądźmy szczerzy - przy tylu zeszytach coś takiego może się zdarzyć. Niemniej cała ta dosłownie "serialowa" produkcja robi robotę praktycznie bez pudła. Konkretne sceny, konkretne rozwiązania fabularne, dialogi i puenty, wszystko to składa się na "produkt premium" z którym chciałoby się obcować jak najczęściej. A końcówka - przy uwzględnieniu wszystkiego co zawsze stawia się w ramach zarzutów: że to historia o gościach strzelających promieniami z oczu, że to telenowela gdzie wszystko idzie zmienić po to żeby wszystko w pewnym momencie odkręcić, że to obrazkowa guma do żucia dla 15-stolatków - przy wszystkich tych zarzutach końcówka rozwala mnie raz po raz. Bo co z tego, że wszystkie powyższe zastrzeżenia gatunkowe gdzieś tam kręcą się w pobliżu: tempo i natężenie ostatnich stron tej historii są po prostu filmowe. I jeśli chodzi o umiejętność grania na emocjach - mistrzowskie. Pod tym względem - samego zakończenia - uważam, że "Astonishing" przebija "Dark Phoenix Saga". I wiem, że za jakiś czas znowu wrócę do tej historii ponownie, bo też w kategorii SH to jest moje 9/10.
P.S. Przyznaję, Whedon mnie skrzywił: po Jego historii Emma awansowała na moją ulubioną X-babkę (jako chyba najbardziej z całego tego stadka skomplikowana i poharatana życiowo) i jak na razie od tych kilku lat niezmiennie pozostaje samotną na szczycie.
