Dokładnie. Cały run Rosenberga wygląda trochę w ten sposób, że kierownictwo Marvela dało mu wolną rękę na zasadzie: wiesz Matthewu, tytuł zaraz przejmuje Hickman, więc pisz sobie co tam chcesz bo i tak to nie ma żadnego znaczenia. I to czuć. Zwłaszcza w ostatnim tomie wydanym przez Egmont - taki kilkusetstronicowy zapychacz:)