Póki co wygląda na to, że kolejnymi komiksowymi „Star Trekami” z oferty Egmontu już się nie nacieszymy. Szkoda, choć zarazem chwała temu wydawnictwu za publikacje tych tytułów, z którymi zdążyli się uwinąć. Tym bardziej, że ich dobór na ogół był trafny, w tym zwłaszcza tych, według scenariuszy braci Tipton.
Wygląda jednak na to, że temat zamierzają „grzać” w wydawnictwie Amber. Na ile konsekwentnie to się oczywiście okaże. Na ten jednak moment wypada przyznać, że wybór serii „Star Trek: Defiant” okazał się bardzo dobrym pomysłem. Rzecz stanowi swoiste „przedłużenie” serialu „Star Trek: Stacja kosmiczna”, choć odnajdziemy tu również echa innych produkcji, osadzonych w uniwersum „Gwiezdnej Włóczęgi” (m.in. „Star Trek: Voyager”).
Intryga wiodąca jest stosownie problematyczna i zwiastuje kłopoty na ogromną skalę. A to z perspektywy czytelnika na ogół cieszy. Stopień rozeznania scenarzysty tego tytułu – tj. Christophera Cantwella – w niuansach wspomnianego uniwersum jest bez zarzutu, a równocześnie znać złożony zamysł dla tej historii. Stąd wypadałoby rzec, że niniejsza inicjatywa zapowiada się nieźle, gdyby nie okoliczność, że już na tym jej etapie rozwojowym sprawy mają się więcej niż dobrze.
Z kolei warstwa plastyczna jawi się solidnie (osobowości znane z telewizyjnych produkcji zachowują pełnie podobieństwa do swoich „pierwowzorów”), choć zapewne części odbiorców może wydać się zbyt zachowawcza. Czekam na ciąg dalszy, bo jak dla mnie jest na co czekać.
