Wczoraj minęło 20 lat od polskiej premiery "Daredevila" Marka Stevena Johnsona. Tak, Panie i Panowie, 20 lat. Zarzuciłem więc sobie z tej okazji wersję reżyserską. Jest ona dłuższa o jakieś 20 minut, inaczej rozkłada akcenty, dodaje blasku niektórym postaciom i zawiera inaczej poprowadzony wątek Murdock/Natchios. Generalnie jest to zdecydowanie lepszy film.
Nie ukrywam, że gdy w 2002 r. dowiedziałem się, że powstanie, to było to dla mnie "Fuck, yeah!"

. W końcu. Casting Duncana jako Fiska wywołał łezkę wzruszenia. Genialny ruch. Angaż aktora nie dlatego, że jest czarny, ale dlatego, że jest utalentowany. A był to wielki aktor, dosłownie i w przenośni. Szkoda, że rola nie została napisana inaczej, bardziej w stylu tego co miał do zagrania D'Onorfio dwanaście lat później.
Efekt końcowy zawiódł oczekiwania, ale i tak mam do filmu sentyment. Ma kilka znaczących wad (idiotyczna scena z Elektrą ćwiczącą z sai do dźwięków gothpop to jedna z nich), ale i dużo zalet (Miller z ołówkiem w głowie nieodmiennie mnie bawi

). Reżyser przyznał, że popełnił błąd, chcąc upchnąć za dużo wątków w fabule.
Wersja reżyserska zawiera dodatek, gdzie Johnson i producenci (w tym ten nieszczęsny Avi Arad) opowiadają o tym dlaczego wypuszczono wersję kinową w takim kształcie. W materiale archiwalnym widać jak jeden z nich tłumaczy Johnsonowi co ma wyciąć, a co skrócić. Johnson próbuje zachować spokój, ale po twarzy widać, że w nim kipi. Zaiste praca z idiotami może frustrować, zwłaszcza, gdy ich debilne decyzje idą potem na twoje konto.
Dwupłytowe wydanie DVD zawiera natomiast dodatek "Men without fear" z wywiadami z niektórymi ze scenarzystów i rysowników tworzących przygody DD przez lata: Lee, Romita, Colan, Miller, Romita Jr, Quesada, Mack, Bendis i Smith. Ciekawe opowieści, bardzo zacna rzecz.
Tyle wspominek. Tymczasem, D'Onorfio wszedł na plan serialu "DD: Born again" i obiecuje, że będzie to projekt inny niż netflixowa wersja. Strach się bać, szczerze mówiąc, mając w pamięci to co zobaczyliśmy w "Hawkeye"

.